Na 19.10.2009 miałam termin porodu.
Cały czas zastanawiam się i nie daje mi spokoju to, który dzień wybrałby sobie Mały A. na przyjście na świat gdybym nie miała planowanego cc.
Data urodzin jest dla mnie czymś bardzo magicznym i trochę żałuję, że data urodzin mojego A. jest wynikiem zwykłego wyliczenia matematycznego a nie działania natury czy układu planet i gwiazd...
wtorek, 19 października 2010
czwartek, 14 października 2010
A jak Wam minąl 13-ty?
Bo mnie tak:
Rano, przed samym wyjściem do pracy rozsypałam na pół kuchni mój lek, którego biorę pół kapsułki także muszę ją otwierać i przesypywać te malutkie granulki i właśnie one wylądowały w rozsypce na kuchennej podłodze. Czasu na sprzątanie nie było, więc w nerwach czekałam potem aż M zadzwoni jak wstaną żebym zdążyła ostrzec go zanim puści A. na podłogę.
W drodze do pracy przez ogólnie panujące ciemności zagapiłam się i wysiadłam na złym przystanku a byłam umówiona z koleżanką, która miała mnie zabrać do pracy więc musiałam biegusiem dotrzeć do miejsca gdzie na mnie czekała. Trasa prowadziła mnie przez rozkopaną budowę mostu północnego, przez piach, doły, wertepy, koparki, dźwigi i inne cuda, a ja w nowych zamszowych kozaczkach na obcasiku skakałam jak ten konik polny przez to wszystko co spotkałam na drodze (pomijając koparki i dźwigi, te raczej omijałam szerokim łukiem).
W drodze z parkingu do pracy zgubiłam rękawiczki i zorientowałam się w pół drogi do biura, skąd znów jak ten konik polny w podskokach po nie biegłam.
W pracy zorientowałam się, że nie wzięłam z domu serka do bułki w związku z tym na obiad jadłam samą bułkę. No dobra, nie tak zupełnie samą bo z ziarnem ;) i popijałam sokiem, który to potem przed samym wyjściem z pracy rozlał mi się na pół biurka i cały telefon stacjonarny. Ostatnie pół godziny przed wyjściem spędziłam myjąc biurko oraz cały telefon. Sok oczywiście wpłynął do środka telefonu i zakleił przyciski, ledwo się dziś wciskają.
W drodze do domu miałam załatwić jedną drobną sprawę także po wyjściu z tramwaju nie udałam się jak zwykle do mojego autobusu tylko odbiłam w inną stronę w celu załatwienia sprawy. Najpierw nie mogłam znaleźć miejsca, które szukałam a jak już znalazłam to i tak okazało się, że nie mają tego co chcę.
Gdy doszłam na pętlę mojego autobusu to okazało się, że na pętli nie ma ani jednego autobusu za to stoi jakaś setka ludzi. Staliśmy tak ok 10 minut gdy nadjechały jednocześnie dwa autobusy, zabrały prawie wszystkich i zapchane po brzegi odjechały. Ja miałam niecny plan żeby poczekać na trzeci z rzędu, który miał być za 5 minut i bez ścisku dojechać do samego domu. Mój plan się nie powiódł bo autobusu nie było jeszcze przez ok 15 minut a gdy przyjechał to ludzi było już tyle samo co wcześniej zanim nadjechały dwa pierwsze autobusy. Ruszyłam do drzwi ale zostałam stratowana przez tłum dzikusów, którzy zaczęli się przepychać przez siebie nawzajem żeby tylko być pierwszym w autobusie i zająć miejsce. Przysięgam, że w życiu czegoś takiego na pętli autobusowej nie widziałam. Ja rozumiem gdzieś w środku trasy ale już na pętli takie akcje ? Oczywiście o miejscu siedzącym mogłam sobie pomarzyć a do tego stałam w mega ścisku bo jak pisałam wcześniej ludzi był cały tłum, na dwa autobusy spokojnie. A ja pod tym względem to trochę taka księżniczka jestem, mogę stać ale kuźwa nienawidzę jak się jakieś obce babska czy dziady lub jacyś kolesie kładą na mnie i ściskają jak imadło. W takich luksusowych warunkach, po całym dniu samych przyjemności dojechałam do domu dobrze po 18:00. Z pracy wyszłam o 15:10.
Do tego we wtorek zaczęło mnie coś rozkładać a wczoraj rozłożyło już na dobre i przez cały dzień męczyłam się z okropnym bólem gardła, zatokowym bólem głowy i ogólnym zmęczeniem jakie czuje się przy chorobie. Ta wczorajsza podróż do domu to było po prostu coś o czym marzyłam cały dzień zdychając w pracy.
Rano, przed samym wyjściem do pracy rozsypałam na pół kuchni mój lek, którego biorę pół kapsułki także muszę ją otwierać i przesypywać te malutkie granulki i właśnie one wylądowały w rozsypce na kuchennej podłodze. Czasu na sprzątanie nie było, więc w nerwach czekałam potem aż M zadzwoni jak wstaną żebym zdążyła ostrzec go zanim puści A. na podłogę.
W drodze do pracy przez ogólnie panujące ciemności zagapiłam się i wysiadłam na złym przystanku a byłam umówiona z koleżanką, która miała mnie zabrać do pracy więc musiałam biegusiem dotrzeć do miejsca gdzie na mnie czekała. Trasa prowadziła mnie przez rozkopaną budowę mostu północnego, przez piach, doły, wertepy, koparki, dźwigi i inne cuda, a ja w nowych zamszowych kozaczkach na obcasiku skakałam jak ten konik polny przez to wszystko co spotkałam na drodze (pomijając koparki i dźwigi, te raczej omijałam szerokim łukiem).
W drodze z parkingu do pracy zgubiłam rękawiczki i zorientowałam się w pół drogi do biura, skąd znów jak ten konik polny w podskokach po nie biegłam.
W pracy zorientowałam się, że nie wzięłam z domu serka do bułki w związku z tym na obiad jadłam samą bułkę. No dobra, nie tak zupełnie samą bo z ziarnem ;) i popijałam sokiem, który to potem przed samym wyjściem z pracy rozlał mi się na pół biurka i cały telefon stacjonarny. Ostatnie pół godziny przed wyjściem spędziłam myjąc biurko oraz cały telefon. Sok oczywiście wpłynął do środka telefonu i zakleił przyciski, ledwo się dziś wciskają.
W drodze do domu miałam załatwić jedną drobną sprawę także po wyjściu z tramwaju nie udałam się jak zwykle do mojego autobusu tylko odbiłam w inną stronę w celu załatwienia sprawy. Najpierw nie mogłam znaleźć miejsca, które szukałam a jak już znalazłam to i tak okazało się, że nie mają tego co chcę.
Gdy doszłam na pętlę mojego autobusu to okazało się, że na pętli nie ma ani jednego autobusu za to stoi jakaś setka ludzi. Staliśmy tak ok 10 minut gdy nadjechały jednocześnie dwa autobusy, zabrały prawie wszystkich i zapchane po brzegi odjechały. Ja miałam niecny plan żeby poczekać na trzeci z rzędu, który miał być za 5 minut i bez ścisku dojechać do samego domu. Mój plan się nie powiódł bo autobusu nie było jeszcze przez ok 15 minut a gdy przyjechał to ludzi było już tyle samo co wcześniej zanim nadjechały dwa pierwsze autobusy. Ruszyłam do drzwi ale zostałam stratowana przez tłum dzikusów, którzy zaczęli się przepychać przez siebie nawzajem żeby tylko być pierwszym w autobusie i zająć miejsce. Przysięgam, że w życiu czegoś takiego na pętli autobusowej nie widziałam. Ja rozumiem gdzieś w środku trasy ale już na pętli takie akcje ? Oczywiście o miejscu siedzącym mogłam sobie pomarzyć a do tego stałam w mega ścisku bo jak pisałam wcześniej ludzi był cały tłum, na dwa autobusy spokojnie. A ja pod tym względem to trochę taka księżniczka jestem, mogę stać ale kuźwa nienawidzę jak się jakieś obce babska czy dziady lub jacyś kolesie kładą na mnie i ściskają jak imadło. W takich luksusowych warunkach, po całym dniu samych przyjemności dojechałam do domu dobrze po 18:00. Z pracy wyszłam o 15:10.
Do tego we wtorek zaczęło mnie coś rozkładać a wczoraj rozłożyło już na dobre i przez cały dzień męczyłam się z okropnym bólem gardła, zatokowym bólem głowy i ogólnym zmęczeniem jakie czuje się przy chorobie. Ta wczorajsza podróż do domu to było po prostu coś o czym marzyłam cały dzień zdychając w pracy.
czwartek, 7 października 2010
06.10.2010 ROCZEK !!!
Wczoraj o godzinie 10:15 A. skończył roczek.
Była super udana impreza, tort, prezenty, śmiechy chichy do późnego wieczora w doborowym towarzystwie... a do mnie to wszystko nadal nie dociera !! Po prostu nie czuję i nie mogę uwierzyć, że minął już rok !! Poród mimo, że pamiętam jak przez mgłę to mam wrażenie jakby był wczoraj. I te wszystkie następne dni i miesiące, tak szybko przeleciały. I to małe, niespełna 3 kilogramowe zawiniątko, które pierwszy raz w życiu zobaczyłam, trzymałam na rękach i tuliłam 6 października 2009 roku teraz śpi sobie sam na górze w swoim łóżeczku i od wczoraj nie jest już niemowlakiem !
A. wszedł w kolejny etap swojego życia na czworaka (znaczy się nadal sam nie chodzi) i z 3 zębami, górna prawa jedynka wyszła 28.09 :) oraz ze sporo powiększonym zasobem słów, które rozumie gdy się do niego mówi. Dziś za to pierwszy raz miałam wrażenie, że mówił świadomie "mama". "Biegł" na czworakach do mnie przez pół mieszkania i powtarzał "ma-ma, ma-ma" aż znalazł się przy mnie.
Wspaniałe uczucie :)))
Była super udana impreza, tort, prezenty, śmiechy chichy do późnego wieczora w doborowym towarzystwie... a do mnie to wszystko nadal nie dociera !! Po prostu nie czuję i nie mogę uwierzyć, że minął już rok !! Poród mimo, że pamiętam jak przez mgłę to mam wrażenie jakby był wczoraj. I te wszystkie następne dni i miesiące, tak szybko przeleciały. I to małe, niespełna 3 kilogramowe zawiniątko, które pierwszy raz w życiu zobaczyłam, trzymałam na rękach i tuliłam 6 października 2009 roku teraz śpi sobie sam na górze w swoim łóżeczku i od wczoraj nie jest już niemowlakiem !
A. wszedł w kolejny etap swojego życia na czworaka (znaczy się nadal sam nie chodzi) i z 3 zębami, górna prawa jedynka wyszła 28.09 :) oraz ze sporo powiększonym zasobem słów, które rozumie gdy się do niego mówi. Dziś za to pierwszy raz miałam wrażenie, że mówił świadomie "mama". "Biegł" na czworakach do mnie przez pół mieszkania i powtarzał "ma-ma, ma-ma" aż znalazł się przy mnie.
Wspaniałe uczucie :)))
sobota, 2 października 2010
I po jeżyku :(
Pamiętacie mojego jeżyka ? Tego, o którym pisałam tutaj?
No to już go nie mamy. Wczoraj M znalazł go rozjechanego, centralnie przed naszą bramą :(
Raczej nie mam wątpliwości czy to aby na pewno był ten nasz ...
Smutno.
No to już go nie mamy. Wczoraj M znalazł go rozjechanego, centralnie przed naszą bramą :(
Raczej nie mam wątpliwości czy to aby na pewno był ten nasz ...
Smutno.
Subskrybuj:
Posty (Atom)