Bo dzieci chorują, raz jedno raz drugie albo razem. Ja pracuję już prawie na 3 etaty: w czasie dnia jako szary pracownik, popołudniami jako mama a gdzieś po nocy jako kobieta starająca się zrealizować zawodowo w swojej pasji... powoli dopinam wszystko na ostatni guzik ale ciągle coś niedokończone, niezałatwione, a jak jedną rzecz odhaczę z listy to już dwie nowe dochodzą. I ciągle mówię sobie, że jeszcze tylko ten tydzień a potem już się uspokoi, potem odsapnę, zwolnię tempo i zacznę żyć i delektować się tym życiem.
Niestety, te tygodnie mijają a spraw coraz więcej. Cały czas pędzę i wiem, że nie tylko ja.
A gdy my tak pędzimy inni nagle umierają, zostawiają za sobą swoje życia, takie niedokończone i nic już nie ma znaczenia ...
Skąd takie myśli? Nie, nie, wcale nie przypadkiem. Wczoraj zmarła bliska koleżanka z pracy mojego M. I dowiedzieliśmy się o tym w tak banalnej sytuacji, chwilę potem gdy wyszliśmy z kina z komedii. To miało być takie oderwanie się, miłe, relaksujące wyjście, które zdarza nam się średnio raz na dwa lata ... Ona, młoda, mądra, piękna kobieta i choć w żaden sposób nie była mi bliska smutek udzielił się i mnie. Obejrzałam zdjęcia, trochę poczytałam o Niej, wczoraj słuchałam wspomnień M, dziś łzy same płynęły ...
Zatrzymałam się na chwilę.
Wyszłam z dziećmi do ogrodu, ciepłe jesienne słońce, kolory, piękna złota jesień, żal umierać...
A jutro wszystko znów zacznie pędzić, szkoda :(((
Od drugiej minuty, ciarki mi przechodzą ...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz