Termin znałam oczywiście wcześniej ale jak to napisałam w komentarzach nie w moim stylu jest wrzucanie rozpaczliwych postów i robienie wokół siebie zbyt dużego szumu. Strach mnie blokuje. Nie umiem i nie chcę o nim pisać gdy mnie przytłacza. To takie nietypowe dla blogera, takie odcinanie się, zamykanie ze swoimi myślami, ale cóż, w tym przypadku ja akurat tak mam. Co innego gdy już jest po wszystkim... a, że pewien etap jest już za mną to teraz mogę go opisać, wszelkie moje obawy, strachy, lęki oraz to jak to przebiegało czyli jak wygląda operacja przepukliny kręgosłupa (odcinek L5S1) z punktu widzenia pacjenta.
PART 1
20 stycznia (niedziela), dzień przed operacją strach sięgnął zenitu co jest chyba oczywiste. Cały dzień jeszcze się jakoś trzymałam ale wieczór mnie przygniótł. Oj było ciężko. Czego to mi ta moja wyobraźnia nie podpowiadała, natłok myśli, jedna za drugą: o p e r a c j a, pokroją mnie, kręgosłup (Jezu!!!), narkoza - jak to będzie? ja nie toleruję stanów omdleniowych, zasłabnięć, mam z tym niestety wiele przykrych doświadczeń a narkoza kojarzy mi się właśnie z takim momentem, że człowiek czuje jakby mdlał, dla mnie koszmar... a obudzę się? a dzieci, moje kochane, moje maleństwa, beze mnie? a jak się obudzę, co potem? jak przetrwać leżenie na pooperacyjnej, kiedy odzyskuje się świadomość a możesz tylko leżeć bez ruchu i myśleć co z Tobą zrobili, jak to znieść? czucie w nogach, będę czuła? brrrrrr, potem noc, kolejny dzień, pionizowanie, że niby jak ? aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa tak się właśnie skutecznie wkręcałam przez wszystkie dni przed operacją, uwierzcie mi nie jest łatwo zatrzymać ten potok myśli, nie jest łatwo czekać na operację ... no chyba, że się jest weteranem w tych sprawach albo osobą wyjątkowo odporną psychicznie, ja nie jestem. Wrażliwa, artystyczna duszyczka, nie dała sobie rady z tymi emocjami. W niedzielę wieczorem, chodziłam już po ścianach, potrzebny był telefon do przyjaciela. Zadzwoniłam, wypłakałam się ze wszystkich obaw. Potem jeszcze rozmowy z bliskimi, którzy byli ze mną w domu. Spakowałam po części torbę, obejrzałam jeszcze film ze Starszym (w ramach oderwania myśli), załzawiona wyprzytulałam śpiącego Młodszego i w końcu poszłam spać. Chyba nawet przespałam całą noc ale w sumie to nie pamiętam...
PART 2
21 stycznia (poniedziałek), budzik dzwoni o 6, o 7 wychodzimy z domu, mamy do przejechania całą Wawę, w godzinach szczytu i w kierunku, w którym jadą wszyscy. Trasa zajmuje nam ponad 1,5h, dla porównania, dwa dni później droga powrotna zajmie nam 30 minut. Na miejscu chwila rejestracji, wypełniam stos papierów, normalka. Miła pani mówi mi gdzie mam się udać a tam druga bardzo miła pani prowadzi mnie do mojego pokoju. Sala jest dwuosobowa, ja jestem pierwsza więc mogę wybrać sobie łóżko, przezornie wybieram to bliżej łazienki ;) Mam ten komfort, że M może ze mną przez chwilę zostać, pomaga mi rozpakować trochę rzeczy... Godzina zabiegu nie jest jeszcze ustalona, pacjentów do operacji jest 6 i decyzję kto i o której będzie operowany podejmie doktor operujący (profesor) jak dojedzie do kliniki. Do tego czasu mam czas wolny ;) i rozmowę z anestezjolog. M jedzie, zostaję sama w pokoju, leżeć jakoś nie mogę, kręcę się, kuśtykając po pokoju od okna do drzwi, dzwonię do tych, którzy czekają na jakieś wieści ode mnie co i jak ma być i mówię, że jestem przyjęta i czekam. Przychodzi pani anestezjolog, młoda dziewczyna, przeprowadza ze mną wywiad a potem ja z nią bo przecież mam milion pytań i wątpliwości odnośnie narkozy jak wygląda samo podanie (ma być dożylnie a nie wziewnie, uff, dla mnie to akurat lepiej), wybudzenie itd. Po tej rozmowie jestem już spokojniejsza. Padła też propozycja podania mi czegoś uspokajającego na czas oczekiwania na operację ale podziękowałam ponieważ to co chcieli mi dać to był lek antylękowy a takich środków unikam jak ognia bo wywołują u mnie efekt totalnie odwrotny od zamierzonego. Pani anestezjolog wyszła, znowu zostałam sama, chwila ciszy, zdążyłam pomyśleć, że teraz już tylko to długie czekanie i dokładnie w tym samym momencie machina ruszyła i wszystko poszło już bardzo szybko.
Drzwi się otworzyły i weszła moja sąsiadka z łóżka obok, młodziutka dziewczyna, razem z nią pielęgniarka z wenflonem dla mnie do założenia a jeszcze chwilę moment później pielęgniarka wróciła już z kroplówką dla mnie i informacją, że mój profesor już jest i, że ja idę jako pierwsza, ZARAZ. Nawet nie pamiętam czy zdążyłam się wystraszyć, pamiętam za to, że się bardzo ucieszyłam bo chciałam iść pierwsza i mieć to jak najszybciej z głowy. W czasie kroplówki zdążyłam wymienić jeszcze parę informacji z nową znajomą z łóżka obok, która też już przyjmowała kroplówkę i miała iść na zabieg jako druga po mnie. Gdy moja kroplówka przeleciała przyszedł mój profesor, zadał jeszcze parę dodatkowych pytań, ja też o coś jeszcze pytałam ale dziś już nawet nie pamiętam o co i poszłam się przebrać (strój nie byle jaki bo piękny niebieski dresik a nie jakaś tam zielona sukienka) i próbowałam jeszcze dodzwonić się do M, że już idę ale niestety nie odbierał, więc wysłałam tylko krótkiego smsa, że "idę" i już byłam w drodze na blok operacyjny. Tu znowu miła rzecz bo nie wieźli mnie na łóżku (co osobiście wydaje mi się okropne) tylko mogłam sama przejść w obstawie pielęgniarki. W drzwiach bloku operacyjnego przejęła mnie znana mi już pani anestezjolog i zaprowadziła na salę operacyjną gdzie poraziło mnie bardzo ostre i jasne światło a na widok wszystkich medycznych sprzętów oraz stołu operacyjnego i ludzi w maskach serce zaczęło mi walić jak młot. Sekundę później już stało obok mnie łóżko do narkozy, na którym się położyłam, podpięli mnie do jakiejś aparatury gdzie od razu wyskoczyło tętno 136 uderzeń na minutę i pani anestezjolog powiedziała, że "musimy się trochę uspokoić" :) i za chwilę podpięli coś do wenflonu na mojej ręce, anestezjolog powiedziała, że może mi się zakręcić w głowie, przyłożyła mi maskę z tlenem i ...
...otworzyłam oczy, nie było już tego przeraźliwie jasnego światła, byłam na sali pooperacyjnej...
PART 3
Pierwsza myśl: maska z tlenem, miałam coś powiedzieć o tej masce, ale co? Zapomniałam. Poza tym tego wszystkiego (sali, świateł, maski, pani anestezjolog) chyba już nie ma, chyba jestem już gdzieś indziej. No tak, powoli docierała świadomość, to już sala pooperacyjna. Ale jak to? To już? Już po wszystkim? Czy to naprawdę się dzieje, wydarzyło? Przecież przed chwilą, dosłownie dwie sekundy wcześniej dopiero co kładłam się na to łóżko do usypiania i coś o tej masce chciałam mówić, przecież jeszcze nawet nie zdążyło mi się w tej mojej biednej głowie zakręcić tak jak miało się zakręcić! A tu już? Ano już.
Z tego szoku zupełnie zapomniałam, że plan miałam taki, że jak tylko odzyskam świadomość to sprawdzę czy mam czucie w nogach. Nie sprawdziłam, nawet o tym nie pomyślałam ;) poczułam za to zimno, potworne zimno. Trzęsło mną. Nie, nie trzęsło, T E L E P A Ł O, wręcz rzucało po całym tym łóżku, na którym leżałam. Pani z sali pooperacyjnej dokładnie okryła mnie czymś dodatkowo i powiedziała, że to normalne, że na sali operacyjnej jest bardzo zimno a operacja jednak trochę trwała, organizm jest mocno wyziębiony a do tego jest to też efekt po narkozie i, że niedługo minie. Nie minęło, prawdopodobnie dlatego, że ja dodatkowo jestem strasznym zmarźluchem o ciśnieniu umarlaka więc trochę dłużej dochodziłam do normalnej temperatury. Generalnie myślałam, że nie przestanie mnie już nigdy telepać i martwiłam się czy to aby dobrze dla mojego kręgosłupa, że tak nim rzucam zaraz po operacji :/ Następną rzecz jaką poczułam był okropny ból gardła. A to ci niespodzianka, tyle rzeczy sobie wyobrażałam w związku z operacją ale o bólu gardła nie pomyślałam ;) a bolało jak diabli, jak przy mega infekcji, ledwo dawałam radę ślinę przełknąć. Domyśliłam się, że to od suchego powietrza, czasem robi mi się tak po nocy gdy jest suche powietrze ale jeszcze nigdy ten ból nie był o takim nasileniu. Kolejną przyjemnością był strasznie uciśnięty palec, na który miałam nałożone to coś co chyba mierzy czynności życiowe, ale tego akurat się spodziewałam bo to pamiętam też z cesarki, że wtedy też tan palec mnie bolał i miałam bardzo silną potrzebę uwolnić się z tego uścisku. A na koniec dotarło do mnie, że dodatkowo jeszcze mam założony ciśnieniomierz, który co ileś tam minut włącza się automatycznie i mierzy moje zdechłe ciśnienie, niemiłosiernie ściskając mi przy tym rękę. Jako, że miałam kiedyś holtera ciśnieniowego to obstawiałam, że włącza się tak co 15 minut. Nie wiem ile czasu zajęło mi świadome zarejestrowanie wszystkich tych rzeczy, które opisałam i nie wiem ile razy odpływałam między jedną myślą a drugą ale w pewnym momencie drzwi się otworzyły i na salę pooperacyjną wjechała moja sąsiadka z pokoju. Chwilę leżałyśmy jeszcze razem, wymieniłyśmy nawet jakieś spostrzeżenia ale zupełnie nie pamiętam co dokładnie i niedługo potem mój czas na Poop. się zakończył, jeszcze tylko nastąpiło przełożenie mnie na moje łóżko i pojechałam do swojego pokoju. Nie wiem nawet, która była godzina ale chyba coś ok 12:00-13:00.
PART 4
Następne godziny, zdarzenia i rozmowy pamiętam jak przez mgłę. Na pewno dzwoniłam do rodziny i rodzina do mnie. Na pewno były podawane mi jakieś kroplówki (na pooperacyjnej również), sąsiadka z łóżka obok wróciła do naszego pokoju ok 15:00, powiedziano nam, że teraz możemy już próbować zmienić pozycję z pleców na któryś bok ale nadal możemy tylko leżeć, zaraz po operacji, na sali pooperacyjnej nie można było się ruszać prawie w ogóle. Sąsiadka bardzo zadowolona zaczęła się układać na boki bo jej było bardzo niewygodnie na plecach, ja za to gdyby mi nie kazali zmienić pozycji to bym tak leżała nieruchomo jeszcze przez co najmniej 3 następne dni tak bardzo bałam się poruszyć :/ a gdy się poruszyłam poczułam coś czego już teraz nie umiem opisać ale na pewno było to mocno nieprzyjemne i bardzo nie chciałam tego poczuć.
Do końca dnia leżałyśmy tak pół przytomne, co chwilę u którejś z nas dzwonił telefon, co chwilę przychodziła pielęgniarka sprawdzić co z nami albo podłączyć jakąś kolejną kroplówkę a my co parę zdań zapadałyśmy w kolejny sen. Na wieczór mogłyśmy już zjeść kolację, którą ja nawet z chęcią zjadłam bo ostatni raz jadłam poprzedniego dnia ok 17:00, więc lekko zdychałam z głodu. Po kolacji znów odpływ i już o godzinie 22:00 obudziłam się nagle w pełni wyspana i przytomna. Super. I jak tu teraz przetrwać noc? Poprosiłam o coś nasennego ale nie za bardzo zadziałało :/ najpierw wcale nie mogłam zasnąć a jak w końcu zasnęłam to budziłam się co 2-3 godziny i nie mogłam znów zasnąć a ponieważ bałam się wykonać jakikolwiek ruch to leżałam tak jak ta kłoda i patrzyłam w sufit :/ moja sąsiadka w tym czasie spała jak niemowlę i jeszcze przez sen pozycje zmieniała. Jak ja jej zazdrościłam.
Tak minęła mi pierwsza noc po operacji.
Następnego dnia (22.01) rano śniadanko, kroplóweczki i decyzja, że ok 10:00 pionizowanie. O dzizu jak ja się bałam. Sąsiadka poszła na pierwszy ogień bo ona już od poprzedniego dnia prawie, że wstawać chciała a ja to tak jak pisałam, mnie sie nigdzie nie spieszyło. Ale w końcu i ja ruszyłam. Jak się okazało, najgorsze było przełożenie się z pozycji leżącej do siedzenia i z siedzenia do pionu a gdy się już stało na nogach to samo chodzenie nie sprawiało bólu. Był za to ogromny lęk, uczucie jakby się było wieżą z klocków, która za chwilę może się rozpaść. Człowiek taki kruchy, słaby jakiś, nogi z waty i jak nie swoje, straszne dziwne uczucie. Do końca dnia tak miałyśmy leżeć i co jakiś czas wstawać na parę minut. Każde podniesienie stanowiło dość spory problem ale samo chodzenie zaczynało mi się coraz bardziej podobać.
Pod wieczór razem z sąsiadką byłyśmy już tak odważne, że udałyśmy się na dalszy spacer, wyszłyśmy poza nasz pokój, na korytarz :) A tam, podobnym, pokaleczonym krokiem kursowało dwóch panów po tej samej operacji. Generalnie cała nasza czwórka na tym korytarzu kojarzyła mi się z jakimiś zombiakami na spacerze, normalnie noc żywych trupów ;) Spotkaliśmy się w pół drogi i podzieliliśmy doświadczeniami, jak przebiegała choroba, leczenie i jak znaleźliśmy się tutaj itd., no i jak czujemy się po operacji.
No i właśnie tu dochodzimy do ważnego punktu. Choć chodziłam jak stara babcia, bardzo powoli, niepewnie i nie byłam w stanie zrobić nawet minimalnego ruchu ciałem w tył, do przodu czy w bok to ewidentnie czułam, że to co było wcześniej, co rwało mi całą nogą, co nie pozwalało jej normalnie postawić i zrobić kroku, to to jakby minęło, czułam jeszcze coś delikatnie w nodze ale było to bez porównania z tym co było przed operacją, nie rozrywało mi nogi, nie strzelało w łydkę, nie kulałam, mogłam normalnie iść!
PART 5
23 stycznia, środa.
Powrót do domu.
Ale najpierw prysznic i ubranie się. No, to była dopiero zabawa. Spróbujcie zrobić cokolwiek nie mogąc w ogóle ruszyć tułowiem, ani na boki ani do przodu ani do tyłu. Spróbujcie umyć zęby nie mogąc nachylić głowy do przodu, albo buzię bez pochylenia nad umywalką (przed operacją też robiłam to wszystko w pokracznej pozycji bo był ból ale jednak byłam bardziej skrętna ;). Jakoś mi się udało, zresztą przez jeszcze kilka następnych dni tak to wyglądało.
Przed opuszczeniem szpitala jeszcze krótkie spotkanie z profesorem, wypis, zwolnienie, zalecenia: chodzić, leżeć, zakaz siadania i tak przez miesiąc + dwa proste ćwiczenia. Biorąc pod uwagę euforię z dnia poprzedniego zapowiadało się całkiem dobrze. Wgramoliłam się na tylne siedzenie samochodu, położyłam na boku i tak bez najmniejszych problemów przejechałam całą drogę do domu.
Pierwsze dni w domu były ciężkie, podnoszenie się i zmiana pozycji na boki były bardzo nieprzyjemne. Mycie się i ubieranie też nadal stanowiło problem ale za to chodzenie było całkiem miłe choć na początku bardzo powolne, ostrożne bo nadal czułam się jak ta wieża z klocków co zaraz może się rozlecieć.
Z każdym dniem jednak czułam jak przybywa mi sił i pewności siebie. Wstawałam sprawniej, chodziłam sprawniej, wszystko robiłam sprawniej. Nadal nie tak jak normalny, zdrowy człowiek ale czułam, że idzie ku dobremu. I właśnie wtedy zaczęłam czuć, że ból w nodze jakby się nasilił. Zaczęło też "ciągnąć" przy przekładaniu z boku na bok, przy leżeniu no i po paru minutach chodzenia. To nadal nie było takie jak przed operacją ale z całą pewnością dużo silniejsze niż tuż po operacji :( Wpadłam w lekką panikę i doła, a może za dużo chodziłam? A może z tymi ćwiczeniami przesadziłam? A jak sobie zaszkodziłam? Był weekend (26-27 stycznia), po weekendzie miałam jechać na zdjęcie szwów i spotkanie z profesorem więc do tego czasu musiałam jakoś wytrzymać i wcale nie mam tu na myśli bólu fizycznego tylko to co naroiło się w mojej głowie ze strachu.
29 stycznia pojechałam na zdjęcie szwów, opowiedziałam o moich niepokojących objawach mojemu profesorowi a on uspokoił mnie, że to za wcześnie na diagnozy, że jestem tydzień po operacji i jest to czas gojenia wszystkiego wewnątrz (rany zewnętrznej nie czułam w ogóle) a ból jest spowodowany tym, że korzeń nerwowy jest nadal obrzęknięty i przy ruchu jeszcze może występować jego ucisk i ból. Zalecił chodzenie po 15 minut (niestety przed tą wizytą chodziłam dłużej), leżenie i ćwiczenia. Kontrola za 4 tygodnie a do tego czasu uzbroić się w cierpliwość i oczywiście pozytywne myślenie, taaaa, ani w jedno ani w drugie natura mnie nie wyposażyła co już tu kiedyś pisałam ... ale co mi pozostało ... tylko niech mnie ktoś nauczy jak to się robi.
Tym sposobem dotarliśmy mniej
więcej do miejsca, w którym jestem dzisiaj (01.02.2013), także wpis ten
możemy wreszcie uznać za zakończony a kolejne sprawy opisywać będę już w
nowych notkach.
Gratuluję każdemu kto dotrwał do końca mojej opowieści, dziękuję za uwagę i wsparcie ;)
Gratuluję każdemu kto dotrwał do końca mojej opowieści, dziękuję za uwagę i wsparcie ;)