Dokładnie dwa miesiące i jeden dzień mijają dziś od wizyty podczas, której nastąpił wielki przełom i ktoś w końcu stwierdził co jest przyczyną tego masakrycznego bólu, który nie daje mi normalnie żyć.
Lekarz nr 1, po obejrzeniu badań (gromadzonych przez 2 lata) i wnikliwej analizie moich objawów zdiagnozował u mnie niestabilność segmentu kręgosłupa. Wszystko co mówił ułożyło się w piękną całość z tym co mówiłam ja. W końcu, po całym roku szukania odpowiedzi i pomocy ktoś powiedział co mi jest. I na tym piękno tej sytuacji się kończy. Lekarz nr 1 zaproponował operację stabilizacji kręgosłupa, w moim przypadku segment L4-L5-S1. Po krótce: usuwana jest resztka dysku, która została pomiędzy L5-S1, wsadzany jest tam implant a wszystko to łączą śruby. Bardziej medycznie i szczegółowo link TUTAJ.
Lekarz zlecił mi dodatkowe badania, z którymi miałam do niego wrócić by ustalić termin operacji.
4 tygodnie wychodziłam z szoku. Na początku nawet nie chciałam o tym myśleć, gdy pierwszy szok minął zaczęłam szukać. Informacji i ludzi po takich operacjach. Jak to bywa w przypadku różnych chorób i operacji opinie są podzielone. Są tacy, którzy sobie chwalą i tacy, którzy nie. Co gorsza ci drudzy dzielą się naprawdę bardzo złymi historiami swoich przypadków, więc po kilku musiałam przestać czytać...
Załamałam się.
Pod koniec zeszłego roku z dwóch źródeł dostałam informację, że pewien szpital pod Warszawą jako jedyny z Polsce wprowadził jakąś nowatorską metodę leczenie przewlekłego bólu kręgosłupa. Trzeba tylko najpierw przyjść na wizytę kwalifikacyjną i zostać zakwalifikowanym do zabiegu. Gdy dzwoniłam jeszcze w styczniu to jeszcze nie rozbili zapisów, gdy zadzwoniłam w lutym to już NIE robili zapisów na rok 2015 a na rok 2016 to dzwonić w styczniu 2016.
Kolejna załamka.
Na stronie tego szpitala było podane nazwisko lekarza, który jako jedyny prowadzi te kwalifikacje do zabiegu. Zaczęłam googlać. Znalazłam. Lekarz (nazwijmy go nr 2) przyjmuje w dwóch klinikach prywatnych w wawie. Jedna wizyta 200 zł (mój neurochirurg 250zł). Zapisałam się. Poszłam.
Lekarz nr 2, obejrzał wyniki i mnie, potem zbadał, wysłuchał historii choroby i ostatniej diagnozy Lekarza nr 1.
Zaproponował blokadę segmentu L4-L5-S1.
Zapisałam się. Cena masakra.
Zrobiłam dodatkowe badania, o które prosił Lekarz nr 1 i podjęłam decyzję, że pojadę na wizytę i zapiszę się na operację żeby mieć zaklepany termin a w tym czasie będę próbować walczyć dalej.
Lekarz nr 1 na kolejnej wizycie pamiętał mnie i mój przypadek ale i tak od nowa pewne rzeczy ze mną omawiał dla potwierdzenia diagnozy. Nagle oglądając mri zatrzymał się przy jednym zdjęciu i zwrócił uwagę na coś czego nie zauważył wcześniej, dopatrzył się kawałka dysku utkniętego na korzeniu. Bardzo dobrze to widać i nawet ja teraz umiem to pokazać na zdjęciu.
Lekarz nr 1 powiedział, że nadal wpisuję się w teorię niestabilności i mam jej objawy (też jestem tego pewna) ale ten kawałek też może dawać objawy i w obecnej sytuacji trudno jest określić w 100% co jest u mnie przyczyną a tak naprawdę to mogą się one nakładać na siebie. Tak czy inaczej w pierwszej kolejności należałoby jednak odciążyć ten korzeń a potem stabilizować.
No i według Lekarza 1 blokada, którą mam mieć zrobioną nie będzie adekwatna jeśli przyczyną jest ten kawałek dysku.
Znowu załamka.
Wróciłam do Lekarza nr 2 (kolejna wizyta, kolejna kasa) i mówię mu o nowych ustaleniach z Lekarzem nr 1.
Lekarz nr 2, spokojnie na nowo obejrzał badania. Potem przeszliśmy do ponownego badania mnie. Bardzo dokładnego. Po badaniu Lekarz nr 2 stwierdził, że objawowo potwierdza się to co mówił na pierwszej wizycie ale skoro wyszła kwestia tego kawałka dysku to zrobimy blokadę diagnostyczną na korzeń uciśnięty przez dysk. Ma ona potwierdzić albo wykluczyć przyczynę.
Ogólnie jednak powiedział też to co Lekarz nr 1, że w takim przypadku objawy mogą się nakładać na siebie i maskować prawdziwą przyczynę.
Czekam na blokadę.
Ja to kiedyś napiszę książkę o wszelkich moich zmaganiach z życiem ;)
piątek, 13 marca 2015
sobota, 7 lutego 2015
Senne przepowiednie
Śniło mi się, że przymierzałam nowe buty, były ładne i wygodne - to ponoć oznacza sukces i polepszenie sytuacji materialnej.
Śniło mi się też, że niosłam (na swoim chorym kręgosłupie) ciężką torbę, niosłam ją tak przez dwie noce i było naprawdę ciężko... noszenie torby podobno oznacza, że jeśli się postaram to osiągnę majątek.
Dzień po tych snach przypadkiem znalazłam się na pewnym spotkaniu i poznałam pewnych ludzi, powiązanych ze mną w różny sposób.
W następną noc śniła mi się mętna, czarna woda, po której stąpałam bosą nogą.
Wolę tego nie sprawdzać, z dzieciństwa pamiętam jak tata mówił mi, że mętna i brudna woda w snach nie oznacza nic dobrego...
Jak w takiej sytuacji interpretować to spotkanie?
A Wy wierzycie w senne przepowiednie?
Śniło mi się też, że niosłam (na swoim chorym kręgosłupie) ciężką torbę, niosłam ją tak przez dwie noce i było naprawdę ciężko... noszenie torby podobno oznacza, że jeśli się postaram to osiągnę majątek.
Dzień po tych snach przypadkiem znalazłam się na pewnym spotkaniu i poznałam pewnych ludzi, powiązanych ze mną w różny sposób.
W następną noc śniła mi się mętna, czarna woda, po której stąpałam bosą nogą.
Wolę tego nie sprawdzać, z dzieciństwa pamiętam jak tata mówił mi, że mętna i brudna woda w snach nie oznacza nic dobrego...
Jak w takiej sytuacji interpretować to spotkanie?
A Wy wierzycie w senne przepowiednie?
niedziela, 11 stycznia 2015
Próba powrotu.
Otwieram, zamykam, otwieram ...
Nie mogę się zdecydować.
Potrzebuję się tu "wygadać" ale mam wątpliwości co do pisania na otwartym blogu...
Znów tyle się wydarzyło.
Minęły 3 miesiące, kolejne miesiące bólu, nerwów, problemów, nie tylko tych zdrowotnych.
W listopadzie nastąpiła kulminacja wszystkiego.
Przeszłam na pół etatu, nie byłam w stanie pracować na cały etat a tym bardziej z dojazdem jakim miałam.
Prawie w tym samym czasie otrzymałam zaproszenie na rozmowę o pracę w firmie, o której marzyłam od kilku lat i często sobie mówiłam, że jeszcze kiedyś moja noga przekroczy te bramy ;) Dodatkowo firma jest blisko mnie. To miało być spełnieniem marzeń i rozwiązaniem wielu moich problemów życiowych.
W tym samym czasie gdy prowadziłam rozmowy z potencjalnym nowym (wymarzonym) pracodawcą otrzymałam wezwanie na komisję o przyznanie niepełnosprawności gdyż w końcu zdecydowałam się i na ten krok (papiery złożyłam w październiku). Kolejne nerwy. Przyznano mi umiarkowany stopień niepełnosprawności czyli drugą grupę inwalidzką. Nowy pracodawca zgodził się na zatrudnienie mnie. Wyglądało na to, że może w końcu moje życie zacznie się jakoś układać. Niestety w nowej pracy spotkało mnie wiele złego, nie będę tu tego opisywać, wywlekać brudów ani nazywać rzeczy po imieniu, tak czy inaczej złożyłam wymówienie. Kosztowało mnie to bardzo dużo kolejnych nerwów. Przecież tak walczyłam o to miejsce, w sumie to do dziś nie mogę pogodzić się z biegiem tych wydarzeń i z tym co przyniosło mi to moje spełnione marzenie ...
Obecnie jestem bez pracy, z rozwalonym kręgosłupem i jedną wielką niewiadomą jeśli chodzi o przyszłość.
Fotografia? To staje się już czymśprawie nierealnym.
Jutro mam wizytę u kolejnego neurochirurga, koszt - 250 zł.
Nie mogę się zdecydować.
Potrzebuję się tu "wygadać" ale mam wątpliwości co do pisania na otwartym blogu...
Znów tyle się wydarzyło.
Minęły 3 miesiące, kolejne miesiące bólu, nerwów, problemów, nie tylko tych zdrowotnych.
W listopadzie nastąpiła kulminacja wszystkiego.
Przeszłam na pół etatu, nie byłam w stanie pracować na cały etat a tym bardziej z dojazdem jakim miałam.
Prawie w tym samym czasie otrzymałam zaproszenie na rozmowę o pracę w firmie, o której marzyłam od kilku lat i często sobie mówiłam, że jeszcze kiedyś moja noga przekroczy te bramy ;) Dodatkowo firma jest blisko mnie. To miało być spełnieniem marzeń i rozwiązaniem wielu moich problemów życiowych.
W tym samym czasie gdy prowadziłam rozmowy z potencjalnym nowym (wymarzonym) pracodawcą otrzymałam wezwanie na komisję o przyznanie niepełnosprawności gdyż w końcu zdecydowałam się i na ten krok (papiery złożyłam w październiku). Kolejne nerwy. Przyznano mi umiarkowany stopień niepełnosprawności czyli drugą grupę inwalidzką. Nowy pracodawca zgodził się na zatrudnienie mnie. Wyglądało na to, że może w końcu moje życie zacznie się jakoś układać. Niestety w nowej pracy spotkało mnie wiele złego, nie będę tu tego opisywać, wywlekać brudów ani nazywać rzeczy po imieniu, tak czy inaczej złożyłam wymówienie. Kosztowało mnie to bardzo dużo kolejnych nerwów. Przecież tak walczyłam o to miejsce, w sumie to do dziś nie mogę pogodzić się z biegiem tych wydarzeń i z tym co przyniosło mi to moje spełnione marzenie ...
Obecnie jestem bez pracy, z rozwalonym kręgosłupem i jedną wielką niewiadomą jeśli chodzi o przyszłość.
Fotografia? To staje się już czymś
Jutro mam wizytę u kolejnego neurochirurga, koszt - 250 zł.
Subskrybuj:
Posty (Atom)