piątek, 27 sierpnia 2010

Po zabiegu.

Panowie wyjechali rano o 9:00.
Na miejscu byli po 10:00, zabieg miał być o 11:00.
Do godziny 13:00 cisza, zero wiadomości. Myślę sobie, co tam się dzieje, że tyle czasu M się nie odzywa? Gdy już prawie odchodziłam od zmysłów dostałam smsa, że nic się jeszcze nie dzieje bo nadal czekają na zabieg. Trochę się uspokoiłam, że nic się nie dzieje a potem znowu nerwy bo myślałam, że o 13:00 to będzie już po wszystkim a tu się okazuje, że nic z tego.
Po 14:00 przychodzi sms, że już po zabiegu, że jest ok.
Ok 15:00 w końcu dzwoni M i udaje mi się coś więcej dowiedzieć. Sam zabieg poszedł dobrze, J zaczął się denerwować dopiero w momencie gdy mieli już usypiać, wtedy do niego dotarło, że to się dzieje naprawdę, na szczęście nie zdążył wpaść w większą panikę bo usnął :)
Gorzej niestety poszło przy wybudzaniu. J dostał jakiegoś dziwnego ataku, wył, wydawał z siebie ponoć jakieś nieludzkie dźwięki a do tego rzucał się po łóżku tak, że M nie mógł go w ogóle utrzymać. Podobno to było w przewidywalnej normie ale M powiedział, że dobrze, że tego nie widziałam. Też tak myślę.
Po wybudzeniu z narkozy pozwolili mu pójść spać.
O 16:00 kazali wybudzić.
Po 16:00 już M dzwonił, że J zaraz po obudzeniu gdy tylko napił się pierwsze łyki wody to zwrócił to co miał zwrócić. Podobno dobrze to zniósł. Z pionizowaniem poszło gorzej bo był bardzo osłabiony (w końcu nie jadł już prawie od 24h) i nie miał siły chodzić i słaniał się na nogach. Potem niestety nastąpiły kolejne wymioty i podali mu coś przeciw wymiotnego bo jego organizm zwracał już za wiele.
Ok 18:00 J mógł wreszcie coś zjeść. Dostał kanapkę, zjadł, potem następną. Po jedzeniu zaczął nabierać trochę wigoru :)

Po wybudzeniu z narkozy gardło go bolało i dali mu coś przeciwbólowego dożylnie. Potem była przez chwilę wersja, że nie boli ale jednak okazało się, że boli (na szczęście tylko trochę), przy przełykaniu. Także cieszę się, że nie ma dramatu :)

No i jest jeszcze jakaś opcja z głosem, znaczy się z barwą głosu. J mówi jak małe dziecko, może jak trzylatek. Wstydził się tego i nie chciał ze mną rozmawiać kazał tylko mi przekazać, że mnie kocha i przytula i niedługo do mnie wróci. Wieczorem jednak zadzwonił do mnie i porozmawialiśmy, faktycznie miałam wrażenie jakby czas się cofnął i jakbym rozmawiała z nim parę lat wcześniej, dziwne uczucie. Ponoć wszystko ma wrócić do normy.

Aha, i jeszcze okazało się, że oprócz 3-go migdała, J miał też podcinane dwa migdały.

Cieszę się, że już po wszystkim i mój Skarb jakoś dał radę.
Nie mogę się doczekać jak już będzie w domu.

Trochę tylko skomplikowało się ze szkołą bo niestety nie będzie mógł na razie pójść i niestety potem będzie szedł do grupy gdzie inne dzieci będą się już doskonale znały a on będzie taki samiuteńki w tej grupie. A znam go i wiem, że ciężko będzie mu się odnaleźć.
I znowu coś nie tak :/

czwartek, 26 sierpnia 2010

dzieje się, dużo ...

Zrobiliśmy przemeblowanie w pokoju J, do zestawu mebli, które kupowaliśmy mu dokładnie rok temu w wakacje, dokupiliśmy pozostałe części takie jak biurko itp., poustawialiśmy wszystko na nowo i J ma piękny pokoik w stylu już bardziej młodzieżowym niż dziecięcym :) Jakby nie patrzeć to za parę dni zaczyna nowy etap w swoim życiu ...

Tak się rozpędziliśmy tym kupowaniem mebli i zmianami u J, że zachciało nam się też zmian u nas. Ale miało być tak minimalnie, bez szaleństw, jeden mebelek tam, drugi tu, coś drobnego dokupić i styka. Jednak po ponad tygodniu planowania, oglądania katalogów z meblami, kombinowania, rysowania, nasze plany mocno wykroczyły poza salon i okazało się, że przemeblowujemy cały dom. Bo żeby coś mogło stanąć w jednym miejscu to trzeba było najpierw coś innego przenieść gdzieś indziej, a żeby można było to coś przenieść to najpierw trzeba było zrobić na to miejsce itd., itp. Tym sposobem w każdym pokoju mamy teraz całkowicie inny układ niż był wcześniej a w salonie nowe, wymarzone mebelki :)

Ale zanim wszystko stanęło na swoim miejscu to przez ponad tydzień charowaliśmy jak woły wynosząc wszystko z pokoi i po kolei z każdego mebla. Całe pokoje, korytarze i wszelkie zakamarki miałam zastawione rzeczami, ciężko w to uwierzyć ale to co mieści w jakimś jednym małym mebelku, po wyciągnięciu zajmuje pół pokoju !! Jak już wszystko powyciągałam to potem trzeba było te meble pomyć i w środku i z zewnątrz. Potem ruszyliśmy z przestawianiem tego co się dało, korytarzami między powystawianymi rzeczami. Potem na nowo przecierałam część tego co przestawiliśmy bo w całym domu unosił kurz, który momentalnie opadał na wszytko to co wcześniej myłam. Na te meble co wylądowały na swoim ostatecznym miejscu mogłam zacząć układać od nowa to co z nich wyciągnęłam. Tyle, że najpierw trzeba było wszystko przejrzeć i od nowa układać tak żeby pasowało do nowego ustawienia. W międzyczasie latałam też z odkurzaczem i mopem i odkurzałam oraz myłam wszelkie miejsca gdzie akurat nic nie stało. A w kolejnym międzyczasie przyjechały meble do naszego salonu i czekały na panów od montażu a M pojechał odebrać meble dla J i sam je potem skręcał. Do tego wszystkiego jednocześnie na zmianę z M zajmowaliśmy się Małym A, który nie zalicza się do dzieci, które siedzą same w bezruchu, więc generalnie całe to przemeblowanie i sprzątanie w towarzystwie A. okazało się niezłym wyczynem. I chyba nigdy więcej się na coś takiego nie porwę ;) Tak samo zresztą jak na branie ślubu dwa miesiące po porodzie, co uczyniliśmy dokładnie 6 lat temu, 21 sierpnia i w tym roku w dniu rocznicy zakończyliśmy ostatecznie przemeblowanie. O taki sobie prezent walnęliśmy na rocznicę.

W trakcie całego tego zamieszania przyszło sobie (podobnie jak za pierwszym razem na zły adres) pisemko z Zusu. Wezwanie na kontrolę. Wezwanie przyszło na 4 dni przed terminem kontroli. Przez te 4 dni myślałam, że się przekręcę tak się denerwowałam. Było bajecznie ale jakoś dotrwałam do dnia kontroli 16.08. Apogeum nastąpiło podczas oczekiwania na wizytę pod drzwiami gabinetu a czekałam 40 minut. Myślałam, że jeszcze chwilę posiedzę w tym napięciu i po prostu zejdę z tego świata. W końcu nastąpiła moja kolej. Na miękkich nogach weszłam do gabinetu, pokazałam całą dokumentację leczenia, która obejmuje czas od lipca 2009 roku do teraz, odpowiedziałam na sporo pytań o historię choroby itp., a potem pani doktor podsumowała to zaleceniem udania się na wizytę do kardiologa bo tachykardia zatokowa, którą mam mogła się pogłębić i powinnam to kontrolować. Na koniec oświadczyła, że zwolnienie UZNAJE ZA ZASADNE. No.

Dokładnie następnego dnia, 17.08 miałam kolejną wizytę u mojej pani doktor. Jestem od 5 miesięcy na lekach. Poprawa jest ale średnia, za mała żebym mogła powiedzieć, że czuję się już zupełnie normalnie i dobrze :( Pani doktor zaproponowała mi pójście na oddział dzienny, bo tak jak mówiła mi już wiele razy, warunki w jakich jestem na co dzień nie pomagają mi w leczeniu a tylko potęgują objawy i dlatego tak opornie to wszystko idzie. Taki "turnus" na oddziale trwa 3 miesiące. Nie zdecydowałam się. Musiałabym starać się o świadczenia rehabilitacyjne i dalej przeciągać mój powrót do pracy a już i tak bardzo długo mnie nie ma i nie mogę przeciągać tego w nieskończoność bo za chwilę nie będę miała gdzie wracać. Sama w to jeszcze nie wierzę ale zdecydowałam się na ... powrót do pracy!.

Jestem oczywiście niepewna swojej decyzji bo różnie się czuję i rozdarta bo dojazdy, wstawanie o 4 nad ranem (to jakaś masakra!!), te ploty o mnie, no i A., wymieniony na końcu ale najważniejszy z tego wszystkiego. Wiadomo, jest moim całym światem, ogromną miłością i cudem, na który czekałam tyle lat, każdy dzień zaczynam od najcudowniejszego widoku na świecie, mojego Skarbka stojącego w łóżeczku i uśmiechającego się na mój widok ... BEZCENNE ... każda matka wie o czym mówię ;)

Nie wiem jak przeżyję rozstania z nim, wiem, że będę ryczeć tak jak ryczałam kiedyś gdy zostawiałam J. Ale nie mam wyjścia :(((

Kolejna sprawa, która wyszła w zeszłym tygodniu zupełnie nagle i niespodziewanie, dotyczy J.

Jak żaliłam się tu już nie raz mój J jest dzieckiem notorycznie chorującym :( Do 3-go roku życia mieliśmy za sobą tylko JEDNO JEDYNE przeziębienie, nic poza tym się nie działo nie było nawet zwykłych katarków, kaszlu, nic a nic. A od pierwszego tygodnia w przedszkolu do dziś, czyli łącznie 3 lata, mój J choruje praktycznie non stop. Wziął niezliczoną ilość antybiotyków i przesiedział w domu w sumie całe te 3 lata bo chodził do przedszkola po 3 do 5 dni a potem chorował po 2-3 tygodnie. Przez te 3 lata odwiedziliśmy milion lekarzy z różnych dziedzin, byliśmy nawet u homeopaty znanego na cały kraj. I nic, J jak chorował tak chorował. Najczęściej oglądali J laryngolodzy bo u niego wszystkie choroby zawsze dotyczyły głównie uszu a wynikały z bardzo przerośniętych migdałków. Różni lekarze wspominali o wycinaniu ale ostatecznie taka decyzja nie zapadła. Aż do teraz. Przy ostatniej infekcji M wydębił od pediatry skierowanie do pewnej słynnej kliniki laryngologicznej. Jest to prywatna klinika, która przyjmuje też dzieci ze zgłoszeniami z NFZ. Mają tam super sprzęt i świetnych lekarzy a do tego warunki na bardzo wysokim poziomie. Dostać się tam graniczy z cudem. Najpierw na wizytę za skierowania czeka się całe tygodnie a potem dopiero na takiej wizycie lekarz decyduje czy dziecko kwalifikuje się do zabiegu. Jeżeli się kwalifikuje to na termin zabiegu czeka się kolejne tygodnie a nawet miesiące i jeszcze w dodatku trzeba mieć farta żeby dziecko w tym terminie było akurat zdrowe bo jak jest chore to termin przepada i czeka się kolejne tygodnie na następny. Także gdy dostaliśmy to skierowanie to nawet nie przejęłam się tematem zbyt bardzo bo wiedziałam, że zanim dojdzie do samego zabiegu to minie w najlepszym wypadku pół roku. I pewnie tak by było gdyby nie to, że M miał przyjemność spotkać pewną osobę, która okazała się kimś wysoko postawionym właśnie w tej klinice i osoba ta wzięła do nas kontakt i powiedziała, że ktoś zadzwoni. No dobra, myślę sobie, zadzwoni albo nie zadzwoni zobaczymy. Zadzwonili, szybciej niż się spodziewałam, zaprosili na wizytę konsultacyjną. Na wizycie mój M miał okazję pooglądać sobie na dużym monitorze wnętrze ucha naszego J, J patrzeć nie chciał. Zbadali mu uszy, gardło, nos. Pani doktor orzekła, że dwa migdały są gigantyczne, sama to wiem bo zaglądałam mu do gardła i wiem, że ma w nim nie migdały tylko dwie ogromne mirabelki, które w dodatku łączą się ze sobą, pani doktor zdziwiła się, że J w ogóle może z czymś takim przełykać i pytała czy kiedykolwiek skarżył się na to. Nie skarżył się, widać bidak przyzwyczaił się do tego i nawet nie wie, że można mieć inaczej :( Trzeci migdał również duży i oczywiście klasyfikujemy się do zabiegu. W sumie było to do przewidzenia. Pani doktor powiedziała co i jak trzeba zrobić przed zabiegiem, dała skierowanie na badania, które trzeba wykonać i powiedziała, że ktoś do nas zadzwoni i poda nam termin zabiegu. Uff, pomyślałam, że nie mam co się jeszcze denerwować bo teraz to pewnie już tak szybko nie będzie i ten termin to dostaniemy za ruski tok. Wróciliśmy spokojnie do swoich zajęć z przemeblowaniem a dokładnie 5 dni po wizycie, w dniu kiedy jechaliśmy akurat kupować meble do salonu zadzwonił telefon i usłyszeliśmy, że mamy na ura robić badania J bo zabieg jest za tydzień !! Padłam, jak to za tydzień ??? A tak to. I ten tydzień właśnie mija. Dziś odbyła się kolejna wizyta konsultacyjna z dwoma lekarzami, w tym również z anestezjologiem bo zabieg jest w pełnej narkozie. I tu właśnie zaczyna się mój stres. Boję się tej narkozy, wybudzania i innych atrakcji z zabiegiem związanych :( Już słyszałam o tym, że po wybudzeniu dziecko mimo tego, że jest nieprzytomne musi zacząć chodzić, że musi zwymiotować krew po zabiegu i z pewnością nie jest to miły widok dla rodzica ani przyjemna rzecz dla dziecka, szczególnie dla mojego J, który bardzo źle znosi wymioty i zawsze bardzo przy tym płacze :( Inna sprawa, że ja przy tym i tak nie będę bo muszę zostać z A. ale to, że mnie przy nim nie będzie to dla mnie tylko kolejny stres bo o dużo lepiej czułabym się gdybym mogła być przy nim, potrzymać go za rączkę gdy się będzie wybudzał, przytulić gdy mu będzie źle ... a ja nie mogę :( będę siedzieć daleko w domu i odchodzić od zmysłów. Trochę też mam wyrzuty sumienia, zupełnie jakbym robiła coś złego zostając z A. a nie jadąc J, tak jakbym faworyzowała A., ale to tak nie jest. Po prostu lepiej będzie jak ja zostanę z A. w domu mam większą wprawę w opiece nad nim niż M a z drugiej strony lepiej żebym nie była z J bo jestem słabsza psychicznie i mogę się tam rozkleić i tu z pewnością M poradzi sobie lepiej ode mnie. No i sam dojazd, ja nie mam prawka i M i tak musiałby nas tam zawozić, więc prościej będzie jak po prostu on pojedzie i już.

Boję się jutra.

czwartek, 12 sierpnia 2010

Pierwsze postrzyżyny.

Odbyły się dziś :)
Nudziło mi się a Mały A taki trochę zarośnięty i włoski mu do oczu wchodziły, więc wzięłam nożyczki obcięłam go na garnuszek :)
Tak poważnie mi teraz wygląda ...

Fotki może jutro wrzucę bo dziś już nie mam siły.

piątek, 6 sierpnia 2010

strzał w 10

A. skończył dziś 10 miesięcy.

Całe dnie nic innego nie robi tylko raczkuje, pełza, siada, wstaje, wspina się, siada, raczkuje, pełza, wstaje i tak w kółko.

Wstaje ale nie chodzi.

Rozumie słowa: mama, tata, J, kaszka i pitku.

Ustalił sobie nowy rytuał zasypiania. Skończyły się czasy gdy po kąpieli przy wieczornej kaszce zasypiał od razu w 5 sekund. Teraz pije kaszkę w pełni świadomie, po czym wstaje i rozpoczyna harce. Czekam aż się porządnie zmęczy wtedy rzucam zrozumiałe już hasło: pitku, A. ląduje koło mnie na podusi, gaszę światło, zapuszczam dzwoneczki i szum wiatru z karuzeli i odpływamy w błogi sen :)

Nawiązuje coraz większy kontakt ze starszym bratem. Wspaniale jest obserwować jak każdego dnia rośnie więź między nimi :)

Stan uzębienia nadal sztuk 1.