Poranek.
Wstajemy.
Chłopaków ogarnia M, ja od czasu operacji wstaję na raty i w swoim tempie.
Starszy jedzie do szkoły z M.
Normalnie razem z nimi jedzie Młodszy tyle, że przedszkola.
Ale od 3 tygdoni nie jest normalnie bo Młodszy wiecznie albo zaglucony albo zakaszlony i siedzi ze mną w domu.
M wraca ze szkoły i wiezie mnie na rehabilitację.
Za chwilę wraca do domu.
Po ponad godzinie znów po mnie jedzie żeby mnie przywieźć.
Wszystko oczywiście w towarzystwie Młodszego.
Potem M jedzie do szkoły po Starszego, ja zostaję z Młodszym.
W tym czasie ogarniam dom i Młodszego, który ma "1000 pytań do..." i "1000 spraw do...", do mnie oczywiście.
Potem jest już ok 12:30 i M jedzie do pracy a ja zostaję sama z AngryBirdsami do ok 19:00.
I się zaczyna:
Mamo, to, mamo tamto, mamo chodź tu, chodź tam, zrób to, daj tamto i nie zapomnij o tym i o tamtym, a posłuchaj tego a popatrz na to, piciu, siusiu, umyć rączki, zrobić lekcje, a wytłumacz, a czemu?, a po co?, a kiedy?, a Krzyś to może do nas przyjść?, a do ZOO to kiedy pojedziemy?, a do parku?, a jutro jest sprawdzian, a dziś czytanka, a i jeszcze marzannę zrobić trzeba ...
W tym samym czasie jedno pranie woła z pralki żeby je wyjąć i rozwiesić, drugie z suszarki żeby je schować a trzecie z kosza żeby je wyprać, 15 brudnych kubków tańczy w zlewie z 30 łyżeczkami. Dwie paszcze Birdsów wołają jeść, oczywiście każda co innego. Potem w zlewie do tańca dołącza ileś tam talerzy i garów. A ja w tym wszystkim jak ten robocop (bo wciąż nie poruszam się normalnie i nie wykonuję zwykłych czynności naturalnie) patrzę tylko na zegarek kiedy i czy w ogóle uda mi się w końcu na chwilę położyć ale broń Boże nie dla odpoczynku tylko dla ćwiczeń, które muszę robić kilka razy dziennie. MUSZĘ i robię. W czasie tej całej bieganiny przychodzi taki moment, że w końcu rzucam wszystko, kładę się i ćwiczę, w tym czasie bez przerwy słyszę: mamo to, mamo tamto... po 30-40 minutach ćwiczeń jest już taka lista zadań dla mnie, że mam co robić przez następne 2 godziny. A przez te następne 2 godziny lista wcale nie maleje tylko wciąż się rozrasta. Gdy wykonam początkową część listy to akurat przychodzi czas na kolejną partię ćwiczeń. Gdy skończę ćwiczenia to wracam do listy zadań i tak w kółko, od rana do wieczora, dzień w dzień ten sam ciąg zdarzeń.
To tak w ramach wyjaśnienia i uświadomienia, jak wygląda moje życie na zwolnieniu.
Bo pewnie wiele osób myśli, że leżę sobie do góry brzuchem lub wypatruję wiosny przez okno...
Nie, nie leżę, nie za bardzo mam kiedy. Siedzieć też nie siedzę bo również nie mam kiedy a poza tym jeszcze mi nie wolno - siedzenie max do 30 minut, co zresztą byłoby mega luksusem gdyby udało mi się tyle czasu posiedzieć.
I stąd też moja mała obecność i u mnie i u Was. No bo kiedy, kiedy ja w tym wszystkim mam znaleźć czas na internet i blogowanie? Tego czasu po prostu nie ma i jeszcze przez jakiś czas nie będzie.
A bardzo mi go brakuje, szczególnie w kwestii mojej pasji i największej miłości czyli fotografii, bardzo bolą mnie moje zaniedbane fotoblogi i setki zalegających zdjęć, które chciałam pokazać a już nie pokażę bo i tak nie będzie na to czasu...
Tak bardzo marzy mi odzyskanie zdrowia i uzyskanie jakiejś harmonii w moim życiu, trochę stabilizacji, równego podziału czasu na wszystko, na bycie sobą i mamą, na obowiązki, dbanie o zdrowie i przyjemności.
Nie spodziewałam się, że tak to będzie wyglądało, byłam pewna, że będąc na zwolnieniu ma się czas na wszystko, życie toczy się inaczej...
O naiwności moja...
Edit (22-03-2013)
na takie coś w necie trafiłam, nie mogłam nie zamieścić :)
Źródło jak na obrazku powyżej: http://niefartfb.pl/