piątek, 16 lipca 2010

Jest ZĄB !!!

Jest ZĄB !!!

Dziś rano został przeze mnie osobiście wystukany metalową łyżeczką, także dowód jest w 100% namacalny :) Lewa, dolna jedynka wyszła na świat :)

Czekamy na prawą, która to przecież jako pierwsza pokazała się w postaci białej kreski na dziąśle ale okazała się leniwa i na razie wyjść nie chce.

środa, 14 lipca 2010

Lato w mieście

We wtorek, ot tak sobie, spędziliśmy kilka godzin w zupełnie innych okolicznościach przyrody niż mamy na co dzień.
JJ zabalował w fontannie. Trzeba było wejść potem do sklepu i kupić mu suche ubrania bo nikt nie przewidział, że ta wyprawa skończy się kąpięlą a ubrań zapasowych dla dziecka nie było.

A. siedział w wózku i zszokowany szumem i ilością lecącej w górę wody i przez chwilę zapomniał o wspinaniu się i marudzeniu. Siedział tak i obserwował.

Ja siedziałam i obserwowałam ich oboje, cieszyłam się chwilą, bo przez tę chwilę było tak beztrosko ...
I co z tego, że to miasto ... jak to akurat miasto, w którym tak dobrze się czuję, Warszawa, moja Warszawa...

niedziela, 11 lipca 2010

Siłownia dnia codziennego :/

Cały nasz dzień to jedna wielka siłownia.

Mały A. nigdy nie należał do dzieci typu: posadźcie mnie na macie, dajcie zabawki a będe tam sobie siedział i się bawił a wy róbta co chceta. Nie, tak nigdy u nas nie było. Obecność rodzica przy zabawie jest obowiązkowa bo inaczej zabawki są be, do tego nawet obecność rodzica i jego nieudolne próby zorganizowania ambitnych zabaw grzechotkami są na nic po ok 5-7 minutach zabawy bo generalnie A. nudzi się daną rzeczą zanim jeszcze dokładnie ją obejrzy. Także nigdy łatwo nie było ale teraz... teraz to po prostu jest masakra. Siedzimy sobie na kocyku, obrabiamy zabawki, jedna minuta, druga, i w max 3-4 minucie następuje rzut 9 kilogramowego ciałka na mamę w celu wspinania się po niej jak najwyżej tylko się da, używając do tego nóg i rąk z naciskiem na ręce, które to są wyposażone w super wbijające się w skórę mamy paluszki z paznokciami. Gdy synek dotrze już prawie na sam czubek mojej głowy następuje ryk i krzyk bo dalej nie dość, że dalej nie da się już wspiąć to jeszcze mama ściąga syna na dół bo już ledwo zipie od tej wspinaczki a do tego jest cała wyszczypana. Mały A.,prowadzony na ziemię i posadzony tyłem do mamy a przodem do zabawek, w ciągu jednej sekundy wykonuje śrubę w miejscu, potem rzut na mamę i zaczyna swoją wyprawę od nowa. I tak w kółko, cały dzień. Jeżeli mamy nie ma w pobliżu to może to być jakakolwiek inna osoba czy też każdy napotkany przedmiot.
I ja doskonale rozumiem, że on po prostu odkrywa swoje nowe umiejętności, tym razem akurat wstawanie na nóżki ale czemu z aż taką zachłannością ?
Nie ma mowy o normalnej zabawie, cały czas czuwania wygląda tak, że on się wspina a gdy już osiągnie cel i stanie na nogi to zaczyna się złościć i krzyczeć, ja go zdejmuję a on wtedy jeszcze bardziej krzyczy :/ Ja jestem cała umordowana i ugotowana bo to naprawdę niezły wysiłek prowadzić takie zapasy z niemowlakiem przez ok 3-4 godziny bez przerwy (bo tyle trwa czas czuwania u A.) i to w taki upał.
Kombinuję jak mogę, wózek, noszenie, basenik, wszystko a on wszędzie robi to samo, z każdego miejsca po prostu próbuje się wydostać o własnych siłach i za wszelką cenę.

Żeby tego było mało, po takim wyczynowym dniu następuje równie wyczynowy wieczór ponieważ od 3 dni moje dziecko, które przez ostatnie 7 miesięcy zasypiało zaraz po kąpieli w trakcie picia wieczornej kaszki, teraz w trakcie tej kaszki nagle wybudza się z płaczem i nie ma mowy ani o dalszym piciu ani tym bardziej o spaniu. Aż mi się przypomniały pierwsze tygodnie jego życia gdy właśnie tak wyglądało usypianie, ryki, wrzaski, noszenie, suszarka, okap i nadal płacz. I teraz ten koszmar jakby powrócił :( Nie wiem co się dzieje, obstawiam dwie rzeczy: po pierwsze zęby, bo ten ząb co to go widać od miesiąca od wczoraj jest bardzo wypukły na dziąśle i siny, ewentualnie po drugie podejrzewam też trochę te upały, że może A. jest po całym dniu w takim skwarze na wieczór coś z niego w końcu wychodzi. Ale oba powody wydają mi się dość słabe bo co niby ma być winien ząb, który wcześniej przez cały dzień jakoś dziecku nie przeszkadza a nagle na wieczór zaczyna męczyć ? To samo z upałami, w dzień jakoś znosimy a na wieczór nagle foch ? Nie wiem.

I jak jeszcze ciężkie dni mogę sobie wytłumaczyć po prostu tym, że A. jest mega energicznym dzieckiem i po prostu bardzo chce już chodzić i stąd ta wieczna siłownia, tak tych wieczorów nijak nie umiem rozgryźć :(

Może ktoś ma jakieś pomysły ???

wtorek, 6 lipca 2010

9 miesięcy

Trochę o A., na koniec 9-go miesiąca:

*Sam siada.

*Próbuje raczkować ale po kilku krokach pada na brzuch i dalej zasuwa po staremu czyli na brzuchu, odpychając się rączkami i nóżkami od podłogi.

*Wspina się jak tylko może i po czym tylko może a również po czym nie może i wtedy jest bęc.

*Za sprawą siadania i wspinania przewijanie to istny koszmar bo A. po prostu nie toleruje leżenia ani unieruchomienia ani w ogóle żadnej innej pozycji od tej siedząco-wspinającej.

*Zęby (dokładnie dwie dolne jedynki), które pokazały się dokładnie miesiąc temu po dziś dzień nie raczyły przebić się przez dziąsło co wywołuje u mnie lekki niepokój, bo niby czemu one tak tam siedzą i nie wychodzą na wierzch? Pani doktor, dziś na wizycie, też się zdziwiła i pod nosem sobie powiedziała: "no chyba się nie zblokowały?" Cokolwiek to znaczy to z pewnością nie to chciałam usłyszeć :/

*Z wagą trochę kiepsko bo wychodzi na to, że A. przez trochę ponad miesiąc przybrał zaledwie 60g, tu nic lekarka nie powiedziała a ja nie spytałam i teraz nie wiem co o tym myśleć.

*W końcu odbębniliśmy ostatnie szczepienie i teraz przez jakiś czas mamy spokój. A czemu dopiero teraz? A temu, że chciałam zaszczepić A. na obowiązkowe szczepienia oraz dodatkowe ale nie chciałam ich łączyć i szczepiłam partiami, po kolei jedno po drugim aż dotarliśmy do końca tyle, że zajęło nam to 9 miesięcy.

*W ostatnich dniach wyszliśmy z małej wanienki i przenieśliśmy się do dużej, dorosłej wanny. Jest ubaw.

*Jeszcze wcześniej odstawiliśmy Lovelę itp. i przestawiliśmy się na dorosłe płyny. Co za ulga !! Mniejszy wydatek a do tego mniej butli stojących w łazience.

piątek, 2 lipca 2010

Środa na Mazurach

W zeszły weekend J zapytał mnie zatroskanym głosem czy może przyjedziemy go odwiedzić jak będzie na wakacjach? No, mnie długo prosić nie trzeba było. J wyjechał w poniedziałek a my przyjechaliśmy do niego w środę, na ten jeden dzień. 2 godziny drogi samochodem i znalazłam się w zupełnie innym świecie, głusza, cisza, las ... słychać było tylko szum drzew i śpiew ptaków, no bajka po prostu - Nibork. Miejsce, którego (jak upierał się mój tata) nie ma na mapie. A jednak istnieje naprawdę :)

A. miał przyjemność przeżywać swoją pierwszą w życiu dalszą wycieczkę jednak chyba nie wiele z niej zarejestrował. Dla niego to był dzień jak co dzień, cały dzień na dworze a przy tym jedzenie, zabawa, spanie, jedzenie, zabawa, spanie ;)
Po obiedzie pojechaliśmy nad jedno z pobliskich jezior.
A potem do Nidzicy zwiedzić zamek.
Tutaj więcej o zamku, który zwiedzaliśmy.
Na koniec jeszcze tylko lody na rynku ...

i niestety trzeba było już wracać w domu :(

czwartek, 1 lipca 2010

Potop

Normalnie nas zalało. A dokładnie to łazienkę.

Miała dziś przyjechać nowa pralka więc M wziął się za odłączanie starej i okazało się, że zawór w ścianie, który prowadzi węża doprowadzającego wodę do pralki jest zepsuty i mimo, że powinien się zamknąć to jest otwarty. Woda jak na filmach dosłownie wystrzeliła nam na całą łazienkę, lało się wszędzie a na podłodze w oczach rosło jezioro na całej powierzchni łazienki. Woda doszła aż do wysokości progu. M brodząc w kałuży, mokry od stóp do głów, starał się jakoś zatamować ten prysznic ale ciśnienie było tak ogromne, że się nie dało.

Ja akurat miałam wyjść z A. na spanie do ogrodu ale musiałam go odłożyć i pomóc M. Zostawiony sam sobie A. nie skumał zupełnie czemu takiego marudnego i zaspanego zostawiłam go samego w łóżeczku i w biegu gdzieś się oddaliłam i zaczął się tak drzeć, że miałam wrażenie, że dodatkowo do tej powodzi jeszcze ściany zaczną pękać. Woda się leje, Adaś wyje a ja lecę na dół do piwnicy zakręcać całą wodę. M krzyknął mi tylko, że to taka czerwona wajcha przy pompie, no i była ale okazało się, że to nie ta i przekręcenie jej nic nie dało, właściwa była z drugiej strony. Wróciłam biegiem na górę, woda nadal leje się litrami, M już prawie pływa i cały mokry tym razem on leci do piwnicy. Krzyczę żeby tak nie leciał i w tym samym momencie widzę jak traci równowagę ale leci dalej, za chwile drugi raz prawie orła wywija ale nic a nic mnie nie słucha tylko leci. A ja już nie martwię się o zalaną łazienkę tylko o niego żeby doleciał w jednym kawałku.

Doleciał, wodę wyłączył. Szum wodospadu przestał wydobywać się zza drzwi łazienki, które wcześniej zamknęłam żeby może jak najmniej wody wylało się na resztę domu. Otworzyłam drzwi, zajrzałam, POTOP. A za 2 godziny miała przyjechać nowa pralka. Do tego w domu zero wody bo zakręcona a ja potrzebowałam wymyć butlę, z której za chwilę A. miał wypić kleik. Na szczęście w rurach zostało ciut wody, akurat na tą jedną butlę. Hydraulik przyjechał dość szybko. Pozachwycał się A., w jakieś 3 minuty założył nowy zawór, wziął 70zł i pojechał.
Taki pierd a tyle kłopotu.

I cenna uwaga na przyszłość, zanim się weźmiesz za grzebanie przy rurach w łazience - zakręć dopływ wody, to nawet jak zaworek będzie popsuty to domu nie zaleje.

A miałam dziś pisać o naszej wczorajszej wycieczce do Nidzicy, może jutro mi się uda :)