U Jota się poprawiło to za to z A mamy sajgon.
Pisałam wcześniej o błędnym kole, w które wpadamy każdego dnia. Niestety w tym temacie zamiast się poprawiać to zmieniło się na gorsze bo Mały A już nie tylko co chwilę ulewał ale wręcz chlustał pokarmem, buzią i nosem. Nie ważne czy mu się odbiło czy nie to co zjadł to ulał a właściwie z siebie wystrzeliwał. Działo się tak już nawet w czasie jedzenia, zaraz po lub z upływem jakiegoś czasu, np.: w trakcie snu lub zaraz po obudzeniu kiedy to przeważnie już byłam spokojna, że się nic nam nie przydarzyło :( Do tego w międzyczasie oczywiście kupa za kupą i w kółko kolejne karmienie bo A jak ulał to znowu chciał jeść a jak była kupa to przy przewijaniu się rozbudzał i potem też chciał jeść. Oczywiście kolejne karmienia kończyły się kolejnym chlustaniem i tak w koło Macieju. Tak jak pisałam: SAJGON. Wczoraj zamiast skorzystać z ładnej pogody to męczyliśmy się tak od 10:00 rano do prawie 15:00 i taki kilkugodzinny rajd mamy każdego dnia.
Nie wiem ile już dni przeryczałam bo po prostu nie daję rady z tym wszystkim :(
I dzień, w którym nie uronię ani jednej łzy nazwę jakimś cudem chyba.
Ponieważ sytuacja stawała się nie do wytrzymania to napisałam posta na forum "karmienie piersią", który przyniósł mi sporo odpowiedzi, a także przekopałam net w tym temacie i generalnie opcje mogą być 3:
1. Alergia
2. Refluks
3. NIC - taka uroda dziecka.
Ja skłoniłam się najbardziej ku temu refluksowi, gdzieś w sieci dokopałam się informacji o preparacie do zagęszczania mleka: Nutriton i wysłałam M do apteki.
Zaczęłam też oczywiście stosować wszelkie rady znalezione w necie ale sajgon robił sie coraz większy bo: nakarmić dziecko piersią w pozycji pionowej to nie lada wyzwanie a jeszcze większe to podać mu przed piersią jakąś papkę (czyli ten nutriton) łyżeczką. Synuś głodny, płacze, chce do piersi a ja zamiast piersi wciskam mu łyżeczkę do buzi, ten się dławi, płacze, papka rozmazuje się wszędzie, po dziecku i gdzie tylko się da, ja się denerwuję, mały się denerwuje no ale w końcu po kilku łyżkach możemy skupić sie na piersi i wtedy kolejny cyrk bo A ma tyle tej papki w buzi, że nie może złapać piersi bo się po niej normalnie ślizga. W międzyczasie ze mnie zaczyna mleko tryskać jak za przeproszeniem z krowy i po kilku minutach oboje jesteśmy w tym mleku udyźdani po pachy. Czyli teraz mamy na sobie już papkę, mleko a za chwilę zaczynamy ulewać no i obowiązkowo gdzieś po drodze jest jeszcze ta nieszczęsna kupa.
Po prostu rozkosz. No ale faktem jest, że pierwszego dnia stosowania tej papki A przestał chlustać i ulewać, byłam przeszczęśliwa. Niestety szczęście to trwa ło tylko ten jeden dzień, na drugi dzień ulewania wróciły.
Wczoraj zaczęłam brać też pod uwagę opcję alergii na produkty mleczne, przed którą do tej pory zapierałam się rękami i nogami ale skoro jest tak jak jest to muszę wziąć jednak pod uwagę wszystkie możliwości. Od dziś jestem na diecie bezmlecznej, czyli generalnie nie mogę jeść prawie nic bo okazuje się, że białka mleka są ukryte dosłownie wszędzie, nawet w głupiej puszce z pasztetem !! Nie wiem jak to zniosę, szczególnie, że jestem uzależniona od nabiału, ja w zasadzie nic innego nie jadłam. Poza tym to cholerstwo tak jak pisałam jest dosłownie wszędzie, więc to nie chodzi już nawet o to, że nie będę mogła jeść moich ulubionych serków czy przepysznych zup robionych przez mojego M na śmietanie ale ja nie będę mogła jeść prawie nic, bo mimo, że jest sporo tych produktów bezmlecznych to akurat wiele z nich jest silnymi alergenami i przy karmieniu nie można ich jeść. Ratunku !!!
Poza tym umówiliśmy się też oczywiście na wizytę u pediatry żeby jednak ktoś nas obejrzał. Ponieważ szłam w kierunku tego refluksu to liczyłam też, że dostaniemy skierowanie na usg brzuszka. Nasza przesympatyczna pani doktor przyjęła nas na przychodni dla dzieci zdrowych (na czym mi bardzo zależało żeby nie targać 3 tygodniowego dziecka do chorych dzieci), obejrzała, wybadała, wysłuchała i powiedziała w sumie tyle co już wiedziałam z forum i netu :) No ale przynajmniej uspokoiła mnie, że dobrze robię podając ten Nutriton i dała nam skierowanie, ale nie na samo usg tylko do szpitala na kompleksowe badania. I z jednej strony to super bo zbadają A od góry do dołu ale z drugiej strony jestem tym oczywiście przerażona bo zupełnie nie wiem jak to ma wyglądać. Czy długo tam będziemy i czy będę mogła być z A (bo nie wyobrażam sobie, że nie !!!), no i co mu w ogóle będą robić ???
Dziś planuję zadzwonić do szpitala i się wywiedzieć.
czwartek, 29 października 2009
czwartek, 22 października 2009
Duże smutki i małe radości.
Jot nadal chory, dziś 4 doba antybiotyku i niby trochę się poprawiło ale nadal jest kiepsko do tego przez stan zapalny ucha to moje biedne dziecko na jedno ucho w ogóle nie słyszy :(
M zaczął chorować wczoraj a mnie od ponad tygodnia dzień w dzień boli głowa a od 3 dni gardło.
Do tego ta izolacja zaczyna odbijać się na mojej psychice, nie daję już rady w tym zamknięciu i coraz gorzej znoszę to, że nie zajmuję się J. Jak schodzę na dół i widzę go takiego schorowanego to serce mi pęka a nawet nie mogę go przytulić :(
No dramat dosłownie !!!
Ryczę drugi dzień.
A miało być tak pięknie...
To były moje duże smutki a co do małych radości to wczoraj zaliczyliśmy z A pierwszy spacer, 20 minut. Dziś też mam nadzieję, że wyjdziemy. Tyle, że niestety nie mam zupełnie doświadczenia ani wprawy w ubieraniu noworodka na taką pogodę i całą drogę zastanawiałam się wczoraj czy dobrze ubrałam A i czy nie jest mu za ciepło lub za zimno.
W końcu doczekaliśmy się też wizyty pediatry, wszystko jest ok. Tylko, że przez to, że miałam tysiąc pytań to się pogubiłam i zapomniałam od kiedy mam podwać tę witaminę D, bo K to wiem, że już od teraz. No i trochę mnie zdziwiło to, że na tą D nie dostałam recepty na krople (jak to było przy J) tylko peditra kazała kupić jakąś tam w kapsułkach i wyciskać, hmmm, chyba łatwiej jednak byłoby z kroplami, no ale one są na receptę, której nie mam :(
A przedwczoraj dostałam od firmy przepiękny bukiet z okazji narodzin A :) Z piękną kartą i przemiłą dedykacją w środku. A na kopercie był napis: Szczęśliwi rodzice A i M :)
M zaczął chorować wczoraj a mnie od ponad tygodnia dzień w dzień boli głowa a od 3 dni gardło.
Do tego ta izolacja zaczyna odbijać się na mojej psychice, nie daję już rady w tym zamknięciu i coraz gorzej znoszę to, że nie zajmuję się J. Jak schodzę na dół i widzę go takiego schorowanego to serce mi pęka a nawet nie mogę go przytulić :(
No dramat dosłownie !!!
Ryczę drugi dzień.
A miało być tak pięknie...
To były moje duże smutki a co do małych radości to wczoraj zaliczyliśmy z A pierwszy spacer, 20 minut. Dziś też mam nadzieję, że wyjdziemy. Tyle, że niestety nie mam zupełnie doświadczenia ani wprawy w ubieraniu noworodka na taką pogodę i całą drogę zastanawiałam się wczoraj czy dobrze ubrałam A i czy nie jest mu za ciepło lub za zimno.
W końcu doczekaliśmy się też wizyty pediatry, wszystko jest ok. Tylko, że przez to, że miałam tysiąc pytań to się pogubiłam i zapomniałam od kiedy mam podwać tę witaminę D, bo K to wiem, że już od teraz. No i trochę mnie zdziwiło to, że na tą D nie dostałam recepty na krople (jak to było przy J) tylko peditra kazała kupić jakąś tam w kapsułkach i wyciskać, hmmm, chyba łatwiej jednak byłoby z kroplami, no ale one są na receptę, której nie mam :(
A przedwczoraj dostałam od firmy przepiękny bukiet z okazji narodzin A :) Z piękną kartą i przemiłą dedykacją w środku. A na kopercie był napis: Szczęśliwi rodzice A i M :)
poniedziałek, 19 października 2009
19.10.2009 mój termin :)
Na dziś miałam termin :)
Ciekawe, który dzień wybrałby sobie Mały A gdyby sam mógł zdecydować o tym kiedy przyjdzie na świat. Tego już się nie dowiem, za to jutro A kończy już dwa tygodnie a ja od 13 dni jestem (jak to już wcześniej pisałam) najszczęśliwszą kobietą na świecie :) jak mogłabym nie być mając takiego Skarba...
Dziś mieliśmy wyjść na pierwszy spacer ale niestety A przespał najlepszą godzinę na wyjście kiedy było słońce, obudził sie dopiero przed 16:00 i zanim się przewinęliśmy, zjedliśmy itd. to słońce zaszło i zdecydowałam, że wyjdziemy jutro a dziś zrobimy spanie przy dwóch otwartych oknach na oścież.
Na telefon od pediatry A się dziś nie doczekałam i powoli zaczyna mnie to denerwować bo mieli dzwonić w piątek i nie zadzwonili, po telefonie M powiedzieli, że zadzwonią w poniedziałek no i też nie zadzwonili. A ja bardzo nie lubię takiego olewactwa i w ten sposób załatwiania spraw. Pewnie jutro też się nie odezwą i znowu my będziemy musieli się im sami przypominać, wrrrr. A dni lecą.
Jot za to był dziś u lekarza i niestety nie jest dobrze: zapalenie oskrzeli i ucha :(
Jednym słowem dramat :( mam wrażenie, że w ogóle już zapomniał, że ma mamę i w dodatku nie wiem ile czasu jeszcze spędzimy w takiej izolacji :(
Ciekawe, który dzień wybrałby sobie Mały A gdyby sam mógł zdecydować o tym kiedy przyjdzie na świat. Tego już się nie dowiem, za to jutro A kończy już dwa tygodnie a ja od 13 dni jestem (jak to już wcześniej pisałam) najszczęśliwszą kobietą na świecie :) jak mogłabym nie być mając takiego Skarba...
Dziś mieliśmy wyjść na pierwszy spacer ale niestety A przespał najlepszą godzinę na wyjście kiedy było słońce, obudził sie dopiero przed 16:00 i zanim się przewinęliśmy, zjedliśmy itd. to słońce zaszło i zdecydowałam, że wyjdziemy jutro a dziś zrobimy spanie przy dwóch otwartych oknach na oścież.
Na telefon od pediatry A się dziś nie doczekałam i powoli zaczyna mnie to denerwować bo mieli dzwonić w piątek i nie zadzwonili, po telefonie M powiedzieli, że zadzwonią w poniedziałek no i też nie zadzwonili. A ja bardzo nie lubię takiego olewactwa i w ten sposób załatwiania spraw. Pewnie jutro też się nie odezwą i znowu my będziemy musieli się im sami przypominać, wrrrr. A dni lecą.
Jot za to był dziś u lekarza i niestety nie jest dobrze: zapalenie oskrzeli i ucha :(
Jednym słowem dramat :( mam wrażenie, że w ogóle już zapomniał, że ma mamę i w dodatku nie wiem ile czasu jeszcze spędzimy w takiej izolacji :(
sobota, 17 października 2009
W izolatce.
Jot jest chory :(
Zaczęło się już na początku tygodnia. Wysłałam M z Jotem do lekarza i myślałam, że będzie po sprawie. Niestety zamiast się poprawiać po kilku dniach brania leków wczoraj się pogorszyło i doszła temperatura. Do tej pory mimo choroby Jota funkcjonowaliśmy normalnie jednak wczoraj zarządziłam izolację i tym sposobem drugi dzień spędzam zamknięta z A w sypialni na górze a M siedzi z J na dole. Po tym drugim dniu zaczynam się czuć jak w więzieniu poza tym brakuje mi obecności M i J, że już nie wspomnę o rozdarciu wewnętrznym jakie czuję zostawiając starszego synka i siedząc tylko z A :( czuję się jakbym porzuciła swoje chore dziecko.
M ma zwolnienie i te dwa tygodnie to miał być czas dla nas a my siedzimy tak jedno na górze drugie na dole jak w dwóch osobnych mieszkaniach :(
Co do A to wszystkie dni wyglądają podobnie, śpimy, jemy (mleko mamusi), przewijamy się i tak w kółko. I mimo, że dla kogoś może to być największa nudą na świecie to dla mnie są to najpiękniejsze chwile :) A jest taki maleńki, stópki ma jakieś 5cm, łapki drobinki i te oczka, no nie mogę przestać się zachwycać !!!
Żeby tak jeszcze J był już zdrowy to znowu byłaby pełnia szczęścia :)
W przyszłym tygodniu planuję pierwszy spacer, już nie mogę się doczekać a z drugiej strony jakoś tak niepewnie czuję się co do pogody. Nie wiem za bardzo jak ubrać i jak przyzwyczaić najpierw do zimniejszego powietrza ?? Póki co od wczoraj w czasie dnia A śpi pod dwoma kocykami przy otwartym oknie, a jutro albo po jutrze może zrobimy krótkie werandowanie. Kurcze z J w lecie było o dużo prościej, po prostu wyszliśmy z domu na gigantyczny upał i tyle.
W przyszłym tygodniu ma też do nas przyjść pediatra na pierwszą wizytę i mam ogromną nadzieję, że będzie to najpóźniej we wtorek.
Wracając do dnia codziennego to mam już pewne patenty na różne tematy i tak np.: przewijamy się "na suszarkę" czyli przy włączonej suszarce, która na początku służyła tylko do osuszania pupci A (rewelacyjna metoda przeciw odparzeniom) ale bardzo szybko okazało się, że jest też świetnym uspokajaczem na te parę minut kiedy trzeba wymyć zimną chusteczką, posmarować maścią, zapiąć pampersa i ubrać :) dzięki suszarce cały ten proceder stał się o wiele prostszy :)
Z drugiej strony powinnam to doskonale pamiętać bo J pół swojego niemowlęcego życia spędził przy włączonej suszarce bo nic innego nie było w stanie go uspokoić.
W związku z tym, że przypomniałam sobie o suszarce to odkopałam też z czasów J pliki mp3 w kompie z dźwiękami nagranej suszarki, odkurzacza, szumu oceanu itp. I tak wczoraj po południu zasypialiśmy przy dźwięku fal uderzających o brzeg :) Jeżeli jednak chodzi o suszarkę to o dużo lepszy efekt daje taka prawdziwa niż ta w formie mp3 z kompa. Zupełnie nie pamiętam już od kogo dostałam 5 lat temu te pliki ale pamiętam, że zainteresowanie nimi były ogormne na forum i dziewczyny rozsyłały to sobie masowo, zupełnie tak samo jak elektroniczną wersję książki "Język niemowląt" słynnej Tray Hogg, której osobiście akurat fanką nie jestem.
Powoli też wyrabiam się w przewijaniu jedną ręką a drugą zakrywaniu tej małej sikawki coby pół pokoju nie zostało obsikane :)
Niestety nie za bardzo radzę sobie z ulewaniem :( Dość często sie nam ulewa i nie ma reguły, czy się po jedzeniu odbiło czy nie, jak ma się ulać to i tak się uleje :( Do tego A bardzo nie lubi być w pozycji pionowej do odbicia, dostaje szału jak się go bierze do pionu i często nic nam nie wychodzi z odbijania, z J nie było tego problemu. A lubi sobie po prostu zasnąć po jedzeniu i od razu się denerwuje jak się go bierze do odbicia. Potem na uspokojenie znów trzeba przystawić do cyca, potem odbić i w ten sposób wpadamy w błędne koło :( A po kilku takich próbach przeważnie pojawia się kupa i wtedy trzeba przewinąć a podczas przewijania przeważnie następuje ulanie na pół ubranka, więc nie dość, że mamy kupę do kompletu to jeszcze musimy się cali przebierać no i na koniec dziecko znów chce do cyca, więc wracamy do punktu wyjścia. I jak już tak wpadniemy w to błędne koło to nawet i 4 godziny możemy się tak karmić, odbijać, ulewać, przewijać i końca jakby nie widać :(
Ale jak uda nam się w to błędne koło nie wpaść to radzimy sobie naprawdę dobrze i bardzo miło spędzamy czas na wymienianiu czułości :)
Zaczęło się już na początku tygodnia. Wysłałam M z Jotem do lekarza i myślałam, że będzie po sprawie. Niestety zamiast się poprawiać po kilku dniach brania leków wczoraj się pogorszyło i doszła temperatura. Do tej pory mimo choroby Jota funkcjonowaliśmy normalnie jednak wczoraj zarządziłam izolację i tym sposobem drugi dzień spędzam zamknięta z A w sypialni na górze a M siedzi z J na dole. Po tym drugim dniu zaczynam się czuć jak w więzieniu poza tym brakuje mi obecności M i J, że już nie wspomnę o rozdarciu wewnętrznym jakie czuję zostawiając starszego synka i siedząc tylko z A :( czuję się jakbym porzuciła swoje chore dziecko.
M ma zwolnienie i te dwa tygodnie to miał być czas dla nas a my siedzimy tak jedno na górze drugie na dole jak w dwóch osobnych mieszkaniach :(
Co do A to wszystkie dni wyglądają podobnie, śpimy, jemy (mleko mamusi), przewijamy się i tak w kółko. I mimo, że dla kogoś może to być największa nudą na świecie to dla mnie są to najpiękniejsze chwile :) A jest taki maleńki, stópki ma jakieś 5cm, łapki drobinki i te oczka, no nie mogę przestać się zachwycać !!!
Żeby tak jeszcze J był już zdrowy to znowu byłaby pełnia szczęścia :)
W przyszłym tygodniu planuję pierwszy spacer, już nie mogę się doczekać a z drugiej strony jakoś tak niepewnie czuję się co do pogody. Nie wiem za bardzo jak ubrać i jak przyzwyczaić najpierw do zimniejszego powietrza ?? Póki co od wczoraj w czasie dnia A śpi pod dwoma kocykami przy otwartym oknie, a jutro albo po jutrze może zrobimy krótkie werandowanie. Kurcze z J w lecie było o dużo prościej, po prostu wyszliśmy z domu na gigantyczny upał i tyle.
W przyszłym tygodniu ma też do nas przyjść pediatra na pierwszą wizytę i mam ogromną nadzieję, że będzie to najpóźniej we wtorek.
Wracając do dnia codziennego to mam już pewne patenty na różne tematy i tak np.: przewijamy się "na suszarkę" czyli przy włączonej suszarce, która na początku służyła tylko do osuszania pupci A (rewelacyjna metoda przeciw odparzeniom) ale bardzo szybko okazało się, że jest też świetnym uspokajaczem na te parę minut kiedy trzeba wymyć zimną chusteczką, posmarować maścią, zapiąć pampersa i ubrać :) dzięki suszarce cały ten proceder stał się o wiele prostszy :)
Z drugiej strony powinnam to doskonale pamiętać bo J pół swojego niemowlęcego życia spędził przy włączonej suszarce bo nic innego nie było w stanie go uspokoić.
W związku z tym, że przypomniałam sobie o suszarce to odkopałam też z czasów J pliki mp3 w kompie z dźwiękami nagranej suszarki, odkurzacza, szumu oceanu itp. I tak wczoraj po południu zasypialiśmy przy dźwięku fal uderzających o brzeg :) Jeżeli jednak chodzi o suszarkę to o dużo lepszy efekt daje taka prawdziwa niż ta w formie mp3 z kompa. Zupełnie nie pamiętam już od kogo dostałam 5 lat temu te pliki ale pamiętam, że zainteresowanie nimi były ogormne na forum i dziewczyny rozsyłały to sobie masowo, zupełnie tak samo jak elektroniczną wersję książki "Język niemowląt" słynnej Tray Hogg, której osobiście akurat fanką nie jestem.
Powoli też wyrabiam się w przewijaniu jedną ręką a drugą zakrywaniu tej małej sikawki coby pół pokoju nie zostało obsikane :)
Niestety nie za bardzo radzę sobie z ulewaniem :( Dość często sie nam ulewa i nie ma reguły, czy się po jedzeniu odbiło czy nie, jak ma się ulać to i tak się uleje :( Do tego A bardzo nie lubi być w pozycji pionowej do odbicia, dostaje szału jak się go bierze do pionu i często nic nam nie wychodzi z odbijania, z J nie było tego problemu. A lubi sobie po prostu zasnąć po jedzeniu i od razu się denerwuje jak się go bierze do odbicia. Potem na uspokojenie znów trzeba przystawić do cyca, potem odbić i w ten sposób wpadamy w błędne koło :( A po kilku takich próbach przeważnie pojawia się kupa i wtedy trzeba przewinąć a podczas przewijania przeważnie następuje ulanie na pół ubranka, więc nie dość, że mamy kupę do kompletu to jeszcze musimy się cali przebierać no i na koniec dziecko znów chce do cyca, więc wracamy do punktu wyjścia. I jak już tak wpadniemy w to błędne koło to nawet i 4 godziny możemy się tak karmić, odbijać, ulewać, przewijać i końca jakby nie widać :(
Ale jak uda nam się w to błędne koło nie wpaść to radzimy sobie naprawdę dobrze i bardzo miło spędzamy czas na wymienianiu czułości :)
wtorek, 13 października 2009
JESTEŚMY :)))))
Mały A. urodził się przez cc 6.10.2009 o godzinie 10:15, ważył 2910 i miał 53 cm, dostał 10 pkt.
Jest taki maleńki i śliczny i dzisiaj skończył tydzień :) A ja jestem oczywiście najszczęśliwszą kobietą na świecie, choć te słowa to i tak za mało żeby odzwierciedlić stan moich uczuć :)
Na ostatniej wizycie przed cc okazało się, że synek leży miednicowo, a na IP przed samym cc wyszło, że nie tylko miednicowo ale w dodatku poprzecznie, położna w ogóle nie mogła go wyczuć badaniem ginekologicznym i zrobiła usg a tam okazało się, że główką leży przy moich żebrach z prawej strony a nóżki po przekątnej, na dole, z lewej, no nijak by się nie urodził sn.
Co do cc to mogę powiedzieć, że kolorowo nie było.
I to zarówno samo cc jak i dochodzenie potem do siebie.
Podczas zabiegu miałam jakieś jazdy, źle zniosłam znieczulenie, zaczęło mi się robić słabo, przestałam czuć prawą stronę ciała i myślałam, że za chwilę zejdę. Myślałam, że to nerwy ale anestezjolog powiedziała mi, że reakcja organizmu na znieczulenie i zarządziła ileś tam jednostek efedryny (nie wiem czy dobrze zapamiętałam nazwę), nie pomogło, więc dostałam kolejną dawkę i dopiero nastąpiła poprawa i od tego momentu do końca było już w miarę ok.
Choć prawda jest taka, że oprócz leków, które mi podali to bardzo pomogła mi fantastyczna anestezjolog i mój gin prowadzący operację.
Na koniec powiedziałam im, że kiepsko chyba sobie poradziłam a oni oboje, że wręcz przeciwnie, że bardzo dobrze zniosłam operację a to co się ze mną działo to mały pikuś w porównaniu z tym co widzieli i z czym nie raz mieli tu doczynienia. W szoku byłam ale potem na popordówce spotkałam dziewczynę i jak posłuchałam tego co się z nią działo to faktycznie okazało się, że moje przejścia to mały pikuś :) No ale w momencie jak leżałam na tym stole to naprawdę od mojej strony nie wyglądało to za dobrze.
Tyle o samym cc.
To co było po to masakra, pionizowanie to był szok, nie spodziewałam się aż takiego bólu, normalnie aż mnie zatkało i nie mogłam złapać oddechu przez parę minut. Pomijając pionizowanie to ogólnie: ból koszmarny, cały wtorek, i noc do środy rano byłam na silnych lekach przeciwbólowych: pyralgina, ketonal i dolargan, po którym po prostu odpływałam i nie kontaktowałam tylko co jakiś czas otwierałam oczy i znów odpływałam.
CC miałam rano i na cały dzień miałam wynajętą osobistą położną i potem na noc też, gdyby nie one to nie wiem jakby to wszystko wyglądało bo synka miałam przy sobie od samego cc i ktoś musiał się nim zająć. Od środy rano byłam już sama a pierwsza wyczuwalna poprawa nastąpiła dopiero w piątek czyli w trzeciej dobie po cc.
Dziś, czyli dokładnie tydzień po cc mogę powiedzieć, że pierwszy dzień funkcjonuję prawie normalnie i to w sumie jest chyba całkiem dobry wynik :)
A mając za sobą dwa porody, sn i cc to mogę powiedzieć tyle, że ból po sn już zapomniałam a tego bólu co przeszłam w pierwszych 3 dobach po cc to mam wrażenie, że nie zapomnę już nigdy. Z drugiej jednak strony na 1000% tydzień po sn nie byłam w tak dobrej formie jak teraz tydzień po cc.
A biorąc pod uwagę to jak ciężki i niebezpieczny dla dziecka miałam poród sn teraz jestem wdzięczna za to, że przy cc moje dziecko urodziło się bez męczarni, spokojnie i bez narażenia jego życia.
To tyle o tym co było.
Ten tydzień zleciał szybciej niż jakikolwiek inny, wydaje mi się, że ten wtorek, kiedy przekraczałam drzwi szpitala był zaledwie wczoraj a tu już jest następny wtorek a ja nie leżę z raną, w bólach na łóżku szpitalnym tylko siedzę w swoim domu z syneczkiem w ramionach :)
Tym wpisem pewien rozdział w moim życiu, teraz jestem już w innej bajce :)
Jest taki maleńki i śliczny i dzisiaj skończył tydzień :) A ja jestem oczywiście najszczęśliwszą kobietą na świecie, choć te słowa to i tak za mało żeby odzwierciedlić stan moich uczuć :)
Na ostatniej wizycie przed cc okazało się, że synek leży miednicowo, a na IP przed samym cc wyszło, że nie tylko miednicowo ale w dodatku poprzecznie, położna w ogóle nie mogła go wyczuć badaniem ginekologicznym i zrobiła usg a tam okazało się, że główką leży przy moich żebrach z prawej strony a nóżki po przekątnej, na dole, z lewej, no nijak by się nie urodził sn.
Co do cc to mogę powiedzieć, że kolorowo nie było.
I to zarówno samo cc jak i dochodzenie potem do siebie.
Podczas zabiegu miałam jakieś jazdy, źle zniosłam znieczulenie, zaczęło mi się robić słabo, przestałam czuć prawą stronę ciała i myślałam, że za chwilę zejdę. Myślałam, że to nerwy ale anestezjolog powiedziała mi, że reakcja organizmu na znieczulenie i zarządziła ileś tam jednostek efedryny (nie wiem czy dobrze zapamiętałam nazwę), nie pomogło, więc dostałam kolejną dawkę i dopiero nastąpiła poprawa i od tego momentu do końca było już w miarę ok.
Choć prawda jest taka, że oprócz leków, które mi podali to bardzo pomogła mi fantastyczna anestezjolog i mój gin prowadzący operację.
Na koniec powiedziałam im, że kiepsko chyba sobie poradziłam a oni oboje, że wręcz przeciwnie, że bardzo dobrze zniosłam operację a to co się ze mną działo to mały pikuś w porównaniu z tym co widzieli i z czym nie raz mieli tu doczynienia. W szoku byłam ale potem na popordówce spotkałam dziewczynę i jak posłuchałam tego co się z nią działo to faktycznie okazało się, że moje przejścia to mały pikuś :) No ale w momencie jak leżałam na tym stole to naprawdę od mojej strony nie wyglądało to za dobrze.
Tyle o samym cc.
To co było po to masakra, pionizowanie to był szok, nie spodziewałam się aż takiego bólu, normalnie aż mnie zatkało i nie mogłam złapać oddechu przez parę minut. Pomijając pionizowanie to ogólnie: ból koszmarny, cały wtorek, i noc do środy rano byłam na silnych lekach przeciwbólowych: pyralgina, ketonal i dolargan, po którym po prostu odpływałam i nie kontaktowałam tylko co jakiś czas otwierałam oczy i znów odpływałam.
CC miałam rano i na cały dzień miałam wynajętą osobistą położną i potem na noc też, gdyby nie one to nie wiem jakby to wszystko wyglądało bo synka miałam przy sobie od samego cc i ktoś musiał się nim zająć. Od środy rano byłam już sama a pierwsza wyczuwalna poprawa nastąpiła dopiero w piątek czyli w trzeciej dobie po cc.
Dziś, czyli dokładnie tydzień po cc mogę powiedzieć, że pierwszy dzień funkcjonuję prawie normalnie i to w sumie jest chyba całkiem dobry wynik :)
A mając za sobą dwa porody, sn i cc to mogę powiedzieć tyle, że ból po sn już zapomniałam a tego bólu co przeszłam w pierwszych 3 dobach po cc to mam wrażenie, że nie zapomnę już nigdy. Z drugiej jednak strony na 1000% tydzień po sn nie byłam w tak dobrej formie jak teraz tydzień po cc.
A biorąc pod uwagę to jak ciężki i niebezpieczny dla dziecka miałam poród sn teraz jestem wdzięczna za to, że przy cc moje dziecko urodziło się bez męczarni, spokojnie i bez narażenia jego życia.
To tyle o tym co było.
Ten tydzień zleciał szybciej niż jakikolwiek inny, wydaje mi się, że ten wtorek, kiedy przekraczałam drzwi szpitala był zaledwie wczoraj a tu już jest następny wtorek a ja nie leżę z raną, w bólach na łóżku szpitalnym tylko siedzę w swoim domu z syneczkiem w ramionach :)
Tym wpisem pewien rozdział w moim życiu, teraz jestem już w innej bajce :)
poniedziałek, 5 października 2009
Ostatnie 24h w dwupaku
Na początku zeszłego tygodnia zaliczyłam kolejne komplikacje zdrowotne i wylądowaliśmy znów u lekarza. Nie będę się rozpisywać co się działo itd., bo po pierwsze mam już dość opisywania ciągle napotykających mnie problemów a po drugie teraz to już i tak nie ma znaczenia. Chciałam tylko zaznaczyć fakt, że nawet na samej końcówce musiało mi się jeszcze coś przytafić !! W ostatnim tygodniu i w momencie kiedy sobie powiedziałam, że teraz to mi się już nic nie przytrafi. Po prostu: KOCHAM CIĘ ŻYCIE !!!
Pełnia 4.10 nie zadziałała na mnie w żaden sposób i nie urodziłam :)
Torba spakowana, zostało kilka drobiazgów, to czego na razie spakować nie mogę bo będę jeszcze używać.
Samopoczucie takie jak zwykle, wczoraj pomogło wyjście do kina ale po powrocie do domu znów się pogorszyło a do tego dół :(
Dziś z doła wylazłam ale za to napięcie sięgnęło zenitu i generalnie jestem oszołomiona, otumaniona i chyba za chwilę zacznę chodzić po ścianach.
Jestem od 7 rano na nogach, zrobiłam milion rzeczy w domu i po pierwsze: mimo, że zmachałam się totalnie to nadal nie urodziłam a po drugie: napięcie niestety nie zeszło.
I już raczej nie zejdzie.
Tyle, że dziś jestem usprawiedliwiona, w końcu ile razy w życiu przechodzimy narodziny własnego dziecka ?
Jutro, 10:00 CC.
Pełnia 4.10 nie zadziałała na mnie w żaden sposób i nie urodziłam :)
Torba spakowana, zostało kilka drobiazgów, to czego na razie spakować nie mogę bo będę jeszcze używać.
Samopoczucie takie jak zwykle, wczoraj pomogło wyjście do kina ale po powrocie do domu znów się pogorszyło a do tego dół :(
Dziś z doła wylazłam ale za to napięcie sięgnęło zenitu i generalnie jestem oszołomiona, otumaniona i chyba za chwilę zacznę chodzić po ścianach.
Jestem od 7 rano na nogach, zrobiłam milion rzeczy w domu i po pierwsze: mimo, że zmachałam się totalnie to nadal nie urodziłam a po drugie: napięcie niestety nie zeszło.
I już raczej nie zejdzie.
Tyle, że dziś jestem usprawiedliwiona, w końcu ile razy w życiu przechodzimy narodziny własnego dziecka ?
Jutro, 10:00 CC.
Subskrybuj:
Posty (Atom)