Zaczęłam 3-ci tydzień pracy.
Jak można się domyślać najtrudniejszy był pierwszy. A dokładniej to pierwszy dzień, kiedy to zwalił się na mnie cały ogrom nowości, zadań, obowiązków, nowych procedur i sama nie wiem czego jeszcze.
Pracuję na 4/5 etatu to jest 4 dni w tygodniu a weekend mam 3 dniowy. Rozwiązanie jest to przymusowe ale jednocześnie bardzo dobre bo ten jeden dzień więcej wolnego a jeden dzień mniej pracy naprawdę daje się pozytywnie odczuć :)
Wstaję o 5 lub przed 5 rano, zależy czy muszę rano umyć głowę czy nie. Autobus mam 5:56 i dojeżdżam do pracy na 7:30, wtedy o 15:30 mogę wyjść i jestem w domu po 17:00. Chyba, że coś mi po drodze nie idzie (tak jak dziś) i wchodzę do domu ok 18:00 :/ To już tak naprawdę koniec dnia ale jeszcze załapuję trochę czasu z dziećmi. Nie dużo ale zawsze trochę a na więcej i tak nie miałabym sił. Dzieci kładziemy ok 21:00, niestety ja ze zmęczenia usypiam z młodszym czy starszym (zależy, którego akurat usypiam) i budzę się nieprzytomna po 22:00, wtedy wstaję, szykuję ubranka na drugi dzień dla A., J., siebie, słoiczki żeby M nie musiał już wybierać i inne potrzebne akurat rzeczy, sprzątam co tam jest do posprzątania, zmywam butle, chowam jakieś wysuszone pranie, szykuję następne i tak robi się godzina 23:00 a wtedy muszę się już położyć żeby na drugi dzień wstać o tej 5. Także jak widać w tygodniu czasu dla siebie mam 0, słownie ZERO. Dlatego też ostatnio nie piszę, chyba że robię to kosztem mojego spania tak jak teraz :/ Również kosztem snu uzupełniam na bieżąco mojego fotobloga gdzie oczywiście serdecznie zapraszam, udało mi się wstawić część weekendowych zdjęć pięknej złotej jesieni :)
Co do dojazdów to na razie jakoś daję radę i jeżeli trwa to ok 1,5 to jeszcze nie jest to dla mnie jakaś zbytnia uciążliwość, a czasem nawet duży plus bo ten czas dojazdu to w sumie jedyny moment w czasie dnia kiedy mogę sobie odpocząć. Ani w pracy ani w domu jest to niemożliwe żebym tak po prostu siedziała sobie i nic nie robiła. Także jadę tym tramwajem, siedzę sobie w spokoju (bo wsiadam na pętli), słucham, muzyki, której też od miesięcy nie mam możliwości słuchać tyle ile bym chciała ...
...myślę nad milionem spraw, nad którymi też nie mam kiedy indziej pomyśleć i po prostu ... odpoczywam ... Gorzej jak ten dojazd przeciąga się tak jak dziś to wtedy pod koniec mam już trochę dość. No i zimą te dojazdy to też pewnie nie będzie już przyjemność :/
Ze spraw bieżących to A. po tygodniu spokoju od kataru od soboty znów katar ma a J od niedzieli ma jakąś dziwną chrypę, M nadal walczy z ręką, mnie ukruszył się ząb a Adasiowi wychodzą górne jedynki.
Poza tym wielkimi krokami zbliża się dzień pierwszych urodzin A. więc w myślach urządzam mu już małe przyjęcie :) Planuję na dzień jego urodzin wziąć wolne i spędzić z nim ten dzień cały, bo to w końcu nasz dzień :)
Niestety do dziś nie udało nam się zorganizować chrzcin A. i w tym roku już nam się to nie uda :( Jestem o to zła i rozżalona bo zależało mi, żeby wyrobić się z tym tematem w jakimś ludzkim czasie czyli do pierwszego roku no ale niestety. Zawiodłam się bardzo na osobie związanej z tą sprawą i teraz temat leży odłogiem a dodatkowo ja czuję niesmak związany z tą sytuacją.
Tyle podsumowania ostatnich dni i mojego "nowego" życia jako mamy pracującej.
A teraz idę spać bo za 4 godziny zadzwoni mój pierwszy budzik.
wtorek, 28 września 2010
niedziela, 12 września 2010
13-go wszystko zdarzyć się może...
W piątek 13-go lutego 2009 roku, przez zagrożenie poronieniem ciąży, wylądowałam nagle na zwolnieniu i od tamtego dnia nie wróciłam już do pracy. Nie było mnie tam do dziś. Teraz, po ponad 1,5 roku mojej nieobecności, 13-go września, wracam na stare śmieci i jak to ja mówię: do świata żywych :)
Włosy ufarbowane (znowu ciemniej niż przez ostatnie kilka miesięcy), nowa torebka zapakowana, nowe buty czekają w wiatrołapie.
Mam wrażenie jakbym wracała po prostu ze zwykłego kilkutygodniowego urlopu. A to przecież dużo więcej, bo pomijając czas jaki mnie nie było to dodatkowo idę już do nowej siedziby firmy. Przenosili się gdy ja byłam na zwolnieniu i teraz dla nich to już nic nowego, dawno się już z nowym miejscem zapoznali, obyli, przyzwyczaili...dla mnie wszystko będzie nowe. Z samą pracą zresztą też bo zmiany pozachodziły ogromne. Nie wiem jak poradzą sobie z pracą na nowym programie ? Choć dziś jakoś jest mi to zupełnie obojętne. Będzie co ma być, najwyżej przez jakiś czas nie będę przodownicą pracy i nie będę trzaskać zleceń jak kiedyś ponad 200 dziennie ;) z czasem się wyrobię i znów nie będę miała sobie równych :)
Gdyby tylko tak nie martwić się i nie tęsknić za dziećmi, przyznaję się, że w szczególności za Małym A. Bo to on teraz świata poza mną nie widzi, on płacze gdy nie ma mnie przy nim, on chce żebym to tylko ja go karmiła, ubierała, przytulała... J też mnie oczywiście potrzebuje ale jest już starszy i tak zakochany w szkole, że gdy tam jest to zapomina o całym świecie i smuci się gdy nie może tam pójść.
Przez choróbska na razie chłopaki będą razem w domu, może w połowie tygodnia sytuacja się zmieni.
Wiem, że sobie poradzą ale taka świadomość wcale nie sprawia, że nie martwię się już zupełnie. No i tęsknota, na to nie ma lekarstwa.
Włosy ufarbowane (znowu ciemniej niż przez ostatnie kilka miesięcy), nowa torebka zapakowana, nowe buty czekają w wiatrołapie.
Mam wrażenie jakbym wracała po prostu ze zwykłego kilkutygodniowego urlopu. A to przecież dużo więcej, bo pomijając czas jaki mnie nie było to dodatkowo idę już do nowej siedziby firmy. Przenosili się gdy ja byłam na zwolnieniu i teraz dla nich to już nic nowego, dawno się już z nowym miejscem zapoznali, obyli, przyzwyczaili...dla mnie wszystko będzie nowe. Z samą pracą zresztą też bo zmiany pozachodziły ogromne. Nie wiem jak poradzą sobie z pracą na nowym programie ? Choć dziś jakoś jest mi to zupełnie obojętne. Będzie co ma być, najwyżej przez jakiś czas nie będę przodownicą pracy i nie będę trzaskać zleceń jak kiedyś ponad 200 dziennie ;) z czasem się wyrobię i znów nie będę miała sobie równych :)
Gdyby tylko tak nie martwić się i nie tęsknić za dziećmi, przyznaję się, że w szczególności za Małym A. Bo to on teraz świata poza mną nie widzi, on płacze gdy nie ma mnie przy nim, on chce żebym to tylko ja go karmiła, ubierała, przytulała... J też mnie oczywiście potrzebuje ale jest już starszy i tak zakochany w szkole, że gdy tam jest to zapomina o całym świecie i smuci się gdy nie może tam pójść.
Przez choróbska na razie chłopaki będą razem w domu, może w połowie tygodnia sytuacja się zmieni.
Wiem, że sobie poradzą ale taka świadomość wcale nie sprawia, że nie martwię się już zupełnie. No i tęsknota, na to nie ma lekarstwa.
sobota, 11 września 2010
Totalna załamka.
JJ zaraził M.
M zaraził A.
Nasz dom jak szpital, każdy ma swój pokój: w salonie śpi M, w gościnnym mój tata, JJ u siebie, A. ze mną w sypialni.
Wczorajsza noc była ciężka. A. dusił się katarem i nie mógł spać. W dzień nie dawał rady pić, gorzej jadł, ogólnie utrzymywał się stan podgorączkowy.
A. mimo karmienia butelką, od urodzenia do tej pory chorował tylko raz i było to tak dawno temu, że nawet nie pamiętam kiedy, chyba na początku roku.
Także może nie powinnam nawet narzekać bo inne znane mi niemowlęta, nawet karmione piersią mają za sobą już kilka chorób i antybiotyków.
Ale jednak narzekam, bo nie mogę patrzeć jak się męczy :(
A co gorsza ciągle jest przecież temat mojego powrotu do pracy !
I jak ja mam zostawić chorego M samego z dwójką chorych dzieci ?
M zaraził A.
Nasz dom jak szpital, każdy ma swój pokój: w salonie śpi M, w gościnnym mój tata, JJ u siebie, A. ze mną w sypialni.
Wczorajsza noc była ciężka. A. dusił się katarem i nie mógł spać. W dzień nie dawał rady pić, gorzej jadł, ogólnie utrzymywał się stan podgorączkowy.
A. mimo karmienia butelką, od urodzenia do tej pory chorował tylko raz i było to tak dawno temu, że nawet nie pamiętam kiedy, chyba na początku roku.
Także może nie powinnam nawet narzekać bo inne znane mi niemowlęta, nawet karmione piersią mają za sobą już kilka chorób i antybiotyków.
Ale jednak narzekam, bo nie mogę patrzeć jak się męczy :(
A co gorsza ciągle jest przecież temat mojego powrotu do pracy !
I jak ja mam zostawić chorego M samego z dwójką chorych dzieci ?
czwartek, 9 września 2010
Załamka.
JJ po drugim dniu chodzenia do szkoły przytargał infekcję. Zaczęło się standardowo w nocy (z wtorku na środę) od kilku jego pobudek z mega histerią, zatkanym nosem, kaszlem i odruchem wymiotnym podczas kaszlu. Oczywiście noc nieprzespana.
Od środy leki: Ibuprom, Isoprinosine, Pulneo, i oczywiście Flixonase do nosa. Od czwartku dom i na razie koniec szkoły. Zarąbiście po prostu. J zamiast chodzić do szkoły gdzie jak do tej pory bardzo mu się podoba i wreszcie ma zajęcie to będzie całe dnie zdychał na kanapie, oglądając TV w oczekiwaniu aż ktoś znajdzie dla niego trochę czasu między sprzątaniem, gotowaniem, robieniem zakupów, przewijaniem, karmieniem, zabawianiem i bieganiem po schodach za Małym A.
A tak na marginesie to przy okazji dziękuję wszystkim rodzicom, którzy przyprowadzają chore dzieci do przedszkoli, szkół i innych miejsc gdzie mogą przebywać tylko dzieci zdrowe. W ten sposób w naszej klasie zerówkowej dziś nie było już 4 osób a od jutra nie będzie kolejnych dwóch w tym mojego JJ'a.
Szlag mnie trafia. A pani wychowawczyni zwróciła dziś uwagę rodzicom żeby nie przyprowadzali chorych dzieci ale co to da ...
M za to walczy z chorobą młodych matek o czule brzmiącej nazwie Choroba De Quervain’a.
Zarówno nazwa jak i sytuacja gdzie facet ma do czynienia z chorobą młodych matek może wydawać się śmieszna ale zapewniam, że śmiesznie nie jest :/ Wiem bo miałam to samo i kiedyś przy J i jakiś czas temu przy A. Ból jest taki, że ręką prawie nie można ruszać, kciuk całkowicie nie do użycia, szklanki nawet podnieść nie można. U M pojawiło się to tak dawno, że już nawet nie pamiętam kiedy. Ponieważ z dnia na dzień było coraz gorzej to po kilku tygodniach męczarni M wylądował u ortopedy. Ortopeda zalecił maści i specjalny usztywniacz na rękę i jak najmiej pracy chorą ręką, taaaaaa. Poprawa miała być po ok 2 tygodniach a w razie jej braku M miał zrobić usg i wrócić z wynikiem do lekarza, który zaleciłby albo gips albo zabieg. Rehabilitantka sprzedająca M ten specjalny usztywniacz doradziła mu jakiś inny, mniej sztywny, tańszy i ponoć stanowczo wystarczający, "mamy sobie chwalą". Niestety M nie pochwali bo po ponad miesiącu nie dość, że nie nastąpiła poprawa to jeszcze się pogorszyło. USG wykazało zmiany a dziś ortopeda ocenił sytuację, że choroba po prostu postępuje. M musi kupić jednak ten usztywniacz z prawdziwego zdarzenia i brać jakieś prochy na receptę, jak się domyślam przeciwzapalne. I oczywiście jak najmniej forsować rękę.
A wszystko to akurat na dosłownie kilka dni przed moim powrotem do pracy.
Od środy leki: Ibuprom, Isoprinosine, Pulneo, i oczywiście Flixonase do nosa. Od czwartku dom i na razie koniec szkoły. Zarąbiście po prostu. J zamiast chodzić do szkoły gdzie jak do tej pory bardzo mu się podoba i wreszcie ma zajęcie to będzie całe dnie zdychał na kanapie, oglądając TV w oczekiwaniu aż ktoś znajdzie dla niego trochę czasu między sprzątaniem, gotowaniem, robieniem zakupów, przewijaniem, karmieniem, zabawianiem i bieganiem po schodach za Małym A.
A tak na marginesie to przy okazji dziękuję wszystkim rodzicom, którzy przyprowadzają chore dzieci do przedszkoli, szkół i innych miejsc gdzie mogą przebywać tylko dzieci zdrowe. W ten sposób w naszej klasie zerówkowej dziś nie było już 4 osób a od jutra nie będzie kolejnych dwóch w tym mojego JJ'a.
Szlag mnie trafia. A pani wychowawczyni zwróciła dziś uwagę rodzicom żeby nie przyprowadzali chorych dzieci ale co to da ...
M za to walczy z chorobą młodych matek o czule brzmiącej nazwie Choroba De Quervain’a.
Zarówno nazwa jak i sytuacja gdzie facet ma do czynienia z chorobą młodych matek może wydawać się śmieszna ale zapewniam, że śmiesznie nie jest :/ Wiem bo miałam to samo i kiedyś przy J i jakiś czas temu przy A. Ból jest taki, że ręką prawie nie można ruszać, kciuk całkowicie nie do użycia, szklanki nawet podnieść nie można. U M pojawiło się to tak dawno, że już nawet nie pamiętam kiedy. Ponieważ z dnia na dzień było coraz gorzej to po kilku tygodniach męczarni M wylądował u ortopedy. Ortopeda zalecił maści i specjalny usztywniacz na rękę i jak najmiej pracy chorą ręką, taaaaaa. Poprawa miała być po ok 2 tygodniach a w razie jej braku M miał zrobić usg i wrócić z wynikiem do lekarza, który zaleciłby albo gips albo zabieg. Rehabilitantka sprzedająca M ten specjalny usztywniacz doradziła mu jakiś inny, mniej sztywny, tańszy i ponoć stanowczo wystarczający, "mamy sobie chwalą". Niestety M nie pochwali bo po ponad miesiącu nie dość, że nie nastąpiła poprawa to jeszcze się pogorszyło. USG wykazało zmiany a dziś ortopeda ocenił sytuację, że choroba po prostu postępuje. M musi kupić jednak ten usztywniacz z prawdziwego zdarzenia i brać jakieś prochy na receptę, jak się domyślam przeciwzapalne. I oczywiście jak najmniej forsować rękę.
A wszystko to akurat na dosłownie kilka dni przed moim powrotem do pracy.
poniedziałek, 6 września 2010
11 miesięcy
Nie wiem jak to się stało ale mój młodszy syn skończył dziś 11 miesięcy.
Pamiętam jak A. miał kilka tygodni a potem 3 czy 4 miesiące to jak wchodziłam na forum "niemowlę" czy jakieś o karmieniu i widziałam posty mamuś dzieci w wieku 10, 11 miesięcy to te dzieci wydawały mi się już taaakie duże, prawie "dorosłe" a ich świat odległy od naszego (wtedy typowo niemowlęcego) o co najmniej miliony lat świetlnych.
Okazało się, że to jednak wcale nie tak daleko.
A. cały miesiąc doskonalił wspinanie się i wstawanie, prób chodzenia jeszcze nie podejmuje, tyle co kilka kroków przy meblach. Odkrył za to schody i dokładnie od dziś (bo wcześniej go nie puszczałam) wchodzenie po schodach stało się najnowszym ulubionym zajęciem, dojście do półpiętra zajmuje mu kilka sekund. Potem ja znoszę go na dół, sadzam na podłodze w salonie a on w sekundę na czworakach znajduje się znowu przy schodach, zaczyna od nowa wspinaczkę i piszczy z radości gdy słyszy, że biegnę do niego żeby go złapać.
Mam wrażenie, że coraz więcej rozumie, zapytany gdzie jest mama, tata, czy brat, bezbłędnie wzrok kieruje w stronę danej osoby, odpowiada płaczem lub zadowoleniem gdy proponuję mu kaszkę, mleczko czy soczek, zależy na co ma w danym momencie ochotę. Z mówieniem nie za bardzo się spieszy ale za to pięknie mówi "ampa" i pokazuje na lampę :) Od pierwszych tygodni życia tak się już zapatruje na te lampy :) Pięknie mówi "tata" ale niestety nie zawsze ma to związek naprawdę z tatą. Z mamą jest sytuacja podobna.
Coraz częściej dostaje coś z naszego dorosłego jedzenia. Je z ogromną ochotą i spokojnie daje sobie z tym radę, choć stan uzębienia od miesiące się nie zmienił, sztuk 2 i ani widu ani słychu następnych.
Jest też pewien zaległy temat, od 2 miesięcy zapominam napisać, że w lipcu A. sam pożegnał smoczek i póki co chyba za nim nie tęskni.
Poza tym, bardzo nieśmiale i po cichu mogę napisać, że chyba powoli problem ulewania odchodzi w niepamięć, ale ciiiii, żeby nie zapeszyć, bo to był naprawdę koszmar :/
Pamiętam jak A. miał kilka tygodni a potem 3 czy 4 miesiące to jak wchodziłam na forum "niemowlę" czy jakieś o karmieniu i widziałam posty mamuś dzieci w wieku 10, 11 miesięcy to te dzieci wydawały mi się już taaakie duże, prawie "dorosłe" a ich świat odległy od naszego (wtedy typowo niemowlęcego) o co najmniej miliony lat świetlnych.
Okazało się, że to jednak wcale nie tak daleko.
A. cały miesiąc doskonalił wspinanie się i wstawanie, prób chodzenia jeszcze nie podejmuje, tyle co kilka kroków przy meblach. Odkrył za to schody i dokładnie od dziś (bo wcześniej go nie puszczałam) wchodzenie po schodach stało się najnowszym ulubionym zajęciem, dojście do półpiętra zajmuje mu kilka sekund. Potem ja znoszę go na dół, sadzam na podłodze w salonie a on w sekundę na czworakach znajduje się znowu przy schodach, zaczyna od nowa wspinaczkę i piszczy z radości gdy słyszy, że biegnę do niego żeby go złapać.
Mam wrażenie, że coraz więcej rozumie, zapytany gdzie jest mama, tata, czy brat, bezbłędnie wzrok kieruje w stronę danej osoby, odpowiada płaczem lub zadowoleniem gdy proponuję mu kaszkę, mleczko czy soczek, zależy na co ma w danym momencie ochotę. Z mówieniem nie za bardzo się spieszy ale za to pięknie mówi "ampa" i pokazuje na lampę :) Od pierwszych tygodni życia tak się już zapatruje na te lampy :) Pięknie mówi "tata" ale niestety nie zawsze ma to związek naprawdę z tatą. Z mamą jest sytuacja podobna.
Coraz częściej dostaje coś z naszego dorosłego jedzenia. Je z ogromną ochotą i spokojnie daje sobie z tym radę, choć stan uzębienia od miesiące się nie zmienił, sztuk 2 i ani widu ani słychu następnych.
Jest też pewien zaległy temat, od 2 miesięcy zapominam napisać, że w lipcu A. sam pożegnał smoczek i póki co chyba za nim nie tęskni.
Poza tym, bardzo nieśmiale i po cichu mogę napisać, że chyba powoli problem ulewania odchodzi w niepamięć, ale ciiiii, żeby nie zapeszyć, bo to był naprawdę koszmar :/
czwartek, 2 września 2010
JJ idzie do szkoły !!!
Wczoraj byliśmy na rozpoczęciu roku ... szkolnego !!
Mój maleńki J nagle z dnia na dzień osiągnął wiek 6 lat i zaczął kolejny etap w swoim życiu, szkolny. Mogliśmy zapisać go do pierwszej klasy ale zdecydowaliśmy się na zerówkę bo on nie zaliczył nawet porządnie przedszkola, przez ostatnie 3 lata więcej chorował niż był w przedszkolu. Nie wiem czy na całe 3 lata edukacji przedszkolnej uzbierałoby się z 5 miesięcy łącznie jego chodzenia do przedszkola :/ Uznałam, że nie ma co się pchać do pierwszaków, to jeszcze nie czas dla niego. Poza tym niech jeszcze ma kawałek dzieciństwa...
Samo rozpoczęcie roku poszło super. Wystroiłam mojego Skarba w czarne spodnie, białą koszulę, muszkę, wyglądał tak dorośle :)
J był trochę onieśmielony i oszołomiony ilością dzieci, cała sala gimnastyczna była wypełniona. A. za to rozglądał się z wielkim zainteresowaniem i cieszył się do wszystkich. W sumie to dziwne, że się nie wystraszył i nie dostał histerii od takiego tłumu i hałasu.
Ja oczywiście gardło miałam ściśnięte ze wzruszenia, moje małe dziecko idzie do szkoły !!!
J rozkręcił się później gdy w klasie spotkał swojego wielkiego przyjaciela i resztę kolegów z przedszkola oraz koleżankę, która wyraźnie okazuje mu zainteresowanie ;) Po powrocie do domu mówił, że szkoła jest super, bardzo mu się tam podoba i chce tam chodzić :) Kamień z serca ale na razie jestem ostrożna, jeszcze nie wiadomo jak będzie po paru dniach. Grunt jednak, że pierwsze wrażenie było dobre :)
Nie zmienia to jednak wcale faktu, że ogólnie bardzo boję się o J bo on zalicza się do mega wrażliwych dzieci, np. jako jedyne dziecko popłakał się na zakończeniu przedszkola, podczas występu jego grupy, dlatego, że śpiewali piosenkę, która miała smutną muzykę! Do tego jest bardzo grzeczny, w dwóch przedszkolach panie mówiły, że przez lata nie miały tak grzecznego dziecka w grupie. No i super ale w życiu takie dzieci nie mają łatwo. Przynajmniej tak to tutaj wygląda. I o to się właśnie boję, jak on poradzi sobie z tą swoją dobrocią i wrażliwością w tej dżungli gdzie trzeba być twardym i umieć walczyć o swoje ? A może za mało w niego wierzę ?
J zaczyna zajęcia od poniedziałku, ze względu na przebyty zabieg lekarze powiedzieli, żeby przetrzymać go jeszcze te 2 dni w domu, od poniedziałku ruszamy z pełną parą.
Mój maleńki J nagle z dnia na dzień osiągnął wiek 6 lat i zaczął kolejny etap w swoim życiu, szkolny. Mogliśmy zapisać go do pierwszej klasy ale zdecydowaliśmy się na zerówkę bo on nie zaliczył nawet porządnie przedszkola, przez ostatnie 3 lata więcej chorował niż był w przedszkolu. Nie wiem czy na całe 3 lata edukacji przedszkolnej uzbierałoby się z 5 miesięcy łącznie jego chodzenia do przedszkola :/ Uznałam, że nie ma co się pchać do pierwszaków, to jeszcze nie czas dla niego. Poza tym niech jeszcze ma kawałek dzieciństwa...
Samo rozpoczęcie roku poszło super. Wystroiłam mojego Skarba w czarne spodnie, białą koszulę, muszkę, wyglądał tak dorośle :)
J był trochę onieśmielony i oszołomiony ilością dzieci, cała sala gimnastyczna była wypełniona. A. za to rozglądał się z wielkim zainteresowaniem i cieszył się do wszystkich. W sumie to dziwne, że się nie wystraszył i nie dostał histerii od takiego tłumu i hałasu.
Ja oczywiście gardło miałam ściśnięte ze wzruszenia, moje małe dziecko idzie do szkoły !!!
J rozkręcił się później gdy w klasie spotkał swojego wielkiego przyjaciela i resztę kolegów z przedszkola oraz koleżankę, która wyraźnie okazuje mu zainteresowanie ;) Po powrocie do domu mówił, że szkoła jest super, bardzo mu się tam podoba i chce tam chodzić :) Kamień z serca ale na razie jestem ostrożna, jeszcze nie wiadomo jak będzie po paru dniach. Grunt jednak, że pierwsze wrażenie było dobre :)
Nie zmienia to jednak wcale faktu, że ogólnie bardzo boję się o J bo on zalicza się do mega wrażliwych dzieci, np. jako jedyne dziecko popłakał się na zakończeniu przedszkola, podczas występu jego grupy, dlatego, że śpiewali piosenkę, która miała smutną muzykę! Do tego jest bardzo grzeczny, w dwóch przedszkolach panie mówiły, że przez lata nie miały tak grzecznego dziecka w grupie. No i super ale w życiu takie dzieci nie mają łatwo. Przynajmniej tak to tutaj wygląda. I o to się właśnie boję, jak on poradzi sobie z tą swoją dobrocią i wrażliwością w tej dżungli gdzie trzeba być twardym i umieć walczyć o swoje ? A może za mało w niego wierzę ?
J zaczyna zajęcia od poniedziałku, ze względu na przebyty zabieg lekarze powiedzieli, żeby przetrzymać go jeszcze te 2 dni w domu, od poniedziałku ruszamy z pełną parą.
Subskrybuj:
Posty (Atom)