niedziela, 28 lutego 2010

Tik, tak, tik, tak ...

Nieubłagalnie, z każdą chwilą, coraz bardziej zbliżam się do godziny ZERO, czyli dnia powrotu do pracy :(
Co gorsze mam wrażenie, że każdy dzień, tydzień, miesiąc mija jeszcze szybciej od poprzedniego. Przed chwilą był Sylwester a tu już jutro marzec, no i gdzie te wszystkie miesiące uciekły?

Teraz, mimo tego, że tak źle się czuję (przez leki) to staram cieszyć się każdą chwilą z A., rozpływam się nad jego uśmiechami, całuję go bez przerwy we wszystkie fałdki, noszę, tulę, patrzę, podziwiam, KOCHAM tak bardzo ...

I po prostu nie wyobrażam sobie zostawienia go. NIE I KONIEC. Już kiedyś to przerabiałam i było tak samo ciężko, płakałam już na 2 miesiące przed powrotem a teraz jest jeszcze gorzej bo wtedy mojemu powrotowi towarzyszyły trochę inne okoliczności niż teraz i przez to było może ciut łatwiej. Wtedy wracałam na nowe stanowisko a moja praca była 20 minut drogi od domu, teraz wracam na stare śmieci, które przez lata tak mi sie obrzydły, że na samą myśl powrotu do tego bagna chce mi się wyć i wymiotować. Całą sytuację pogarsza jeszcze fakt, że teraz do pracy mam ponad 2h drogi w jedną stronę.

Nie ma co się oszukiwać, już za chwilę moje życie zmieni się w koszmar i świadomość tego dobija mnie strasznie.

poniedziałek, 22 lutego 2010

Deja vu

Dokładanie miesiąc temu, między 21 a 26 stycznia przeżywałam istny pogrom, który opisywałam tu na blogu. A dokładnie od wczoraj mogę powiedzieć, że przeżywam powtórkę z rozrywki: nadal plączemy się po szpitalach, temat asymetrii też się nie chce odczepić, mam coś na kształt anginy, popsuła się nam mikrofalówka a przed chwilą przy wyjmowaniu prania okazało się, że znów cała woda zatrzymała się w pralce, czyli dokładnie to samo co miesiąc temu.

Deja vu ?

No pokażcie mi większego pechowca.

niedziela, 21 lutego 2010

Zonk

Cały zeszły tydzień to był maraton po lekarzach z A. i prawie każde wyjście to był jeden wielki ZONK.

Zaczęliśmy już w poniedziałek, 15 lutego, od kolejnej tyru szczepienia. Było to jak do tej pory jedno z najbardziej udanych szczepień, bo pomijając lekką histerię przy szczepieniu to zarówno wcześniej jak i później było ok. Dla przypomnienia wspomnę tylko, że pierwsze szczepienia było porażką na całej linii bo histeria była przez cały czas a potem jeszcze odczyn poszczepienny a przy drugim mimo, że nie było odczynu to za to w trakcie był mega wrzask bo A. został wybudzony i głośno wszystkim dał znać co o tym myśli.
Przed szczepieniem odbyła się standardowa kontrola czyli ważenie, mierzenie itd. I tu padł pierwszy zonk :( Wrzucamy A. na wagę, pani doktor na widok mojego rozebranego Pączka komentuje, że "dobrze" wygląda, ja zaciskam kciuki coby był ładny przyrost, waga pokazuje ponad 7kg, więc na mojej twarzy pojawia się uśmiech. I w tym momencie nasza pani doktor zmywa mi ten uśmiech jednym krótkim zdaniem: "on ma nadwagę !!!" COOOOO ??? Jaką nadwagę ??? Pani doktor mówi, żebym ubrała małego a ona popatrzy w siatki centylowe itd. Popatrzyła i mówi, że dzieci w jego wieku ważą ok 6kg a jeszcze dodatkowo w porównaniu z jego niską wagą startową to on po prostu za dużo przybiera. Masz babo placek. Z jednym wieczny stres, że za chudy (J wagą A osiągnął w wieku 6,5 miesiąca czyli aż dwa miesiące później) to jak przy drugim zaczęłam się cieszyć, że taki Pączek to mnie nadwagą straszą :(
Pni doktor zapytała ile on je i oczywiście stwierdziła, że zbyt dużo (ale to już sama wiem bo od dawna zjada porcje, które według tabelki na pudełku są przeznaczone dla dziecka 6-cio miesięcznego). Pytam więc pani doktor co w związku z tym robimy ponieważ mniej mu robić nie mogę bo zasysa wtedy pustą butlę i płacze, a ona na to żeby A. podawać na pół godziny przed jedzeniem wodę to może będzie wtedy ,mniej zjadał bo będzie miał wodę w żołądku. No nie spodobał mi się ten pomysł w ogóle bo A. nadal ulewa i ratuje nas tylko mleko AR a i tak mam każdego dnia kilka przebieranek i góra prania rośnie co chwila. To jak zacznę mu podawać wodę to przecież będzie chlustał dalej niż będzie widział i wrócimy do tego co było zanim wprowadziłam mleko AR. Mówię to pani doktor a ona mi na to, że wodą nie powinien chlustać bo ona nie zatrzymuje się w żołądku tylko przelatuje. No dobra, tylko gdzie tu sens w takim razie skoro ta woda miała być po to żeby zapchać żołądek żeby potem mniej zjadł ?? Ja sensu nie widzę. I taką oto drogą dedukcji doszłam do wniosku, że żadnej wody podawać małemu nie będę tylko co najwyżej nie wprowadzę pełnej porcji kaszek, które jak wiadomo potwornie tuczą i daje się je dzieciom z niską wagą na podtuczenie. Póki co A. dostaje kaszkę lub kleik nie jako pełny posiłek tylko po prostu dosypywałam 2 lub 3 miarki do butli z mlekiem więc po prostu przy tej metodzie pozostanę żeby nie jadł pełnej michy kaszki. Na koniec przeanalizowaliśmy jeszcze temat z wójkiem M, który jest pediatrą i on też powiedział, że nie ma o co robić paniki i, że z tą wodą to dziwny pomysł. Także z błogosławieństwem lekarza wody nie włączyłam do menu A. :)

Skoro jesteśmy przy jedzeniu to wspomnę tylko, że w jadłospisie A. znajdują się już: marchewka, ziemniak, kleik kukurydziany, kaszka waniliowa i oczywiście mleko AR. Jutro spróbujemy zupki jarzynowej.


We wtorek, 16 lutego, byliśmy za to w szpitalu Dziekanowskim na kontroli u rehabilitantki. I tu kolejny zonk bo oczywiście stwierdziła, że A. jest do rehabilitacji: wzmożone napięcie mięśniowe, asymetria itd., kazała nam dzień później przyjechać na nowo, stawić się w poradni rehabilitacyjnej i umówić się na turnus rehabilitacyjny. Trochę się wkurzyłam po pierwsze diagnozą a po drugie tym, że znów na następny dzień mieliśmy tam jechać i odbębniać kolejne stania pod drzwiami, które zazwyczaj rujnują nam cały rytm dnia jaki mamy w dni kiedy nie wozimy się po przychodniach. Kto ma małe dziecie ten wie jakie to wkurzające kiedy drzemki mieszają się z karmieniami itd., bo dziecko zasypia w samochodzie w czasie gdy normalnie czuwa i potem nie wiadomo jak naprostować żeby rytm dnia znów miał ręce i nogi. No ale skoro mus to mus.

W środę, 17 lutego, znów zrywamy małego i znów wieziemy do tego szpitala, pokonujemy kolejny raz te długaśne korytarze (szpital dziekanowski to moloch nad molochy), docieramy do poradni i czekamy na swoją kolej. Cały czas zastanawiam się na czym ma polegać ta wizyta i po co miałam brać dziecko skoro chodzi tylko o ustalenie terminu turnusu. Okazuje sie, że dziecko jest potrzebne pownieważ tu gdzie mieliśmy się stawić wcale nie będziemy ustalać terminu turnusu tylko tym razem inny lekarz na nowo majta naszym A. i stwierdza, że: ŻADNEGO NAPIĘCIA NIE MA I JEST TYLKO LEKKA ASYMETRIA, UFFFF, znowu pojawia sie uśmiech na mojej twarzy i tak samo szybko zostaje zmyty jak ostatnim razem bo pan doktor na koniec optymistycznego wywodu orzeka: DO REHABILITACJI. Qrwa.
Znów się wqurwiłam bo nie dość, że czeka nas jeszcze ta rehabilitacja to okazuje się, żeby zapisać się na ten turnus to musimy drałować na inny koniec szpitala bo tu tylko dzieci oglądają i dają skierowania. Czyli odbębniliśmy dwa dni z rzędu dwie takie same wiyty jakby nie można było tego skierowania załatwić jednego dnia. No dobra, wzięliśmy małego i dawaj tymi korytarzami szukać pokoju do rejestracji na ten turnus. Znaleźliśmy, znów odczekaliśmy swoje i w końcu wchodzimy. I następuje kolejny zonk: pani bierze skierowanie, patrzy, czyta i mówi, że zaraz nam powie kiedy mamy termin, chwila ciszy po czym dowiadujemy się, że pierwszy wolny termin to ... UWAGA: 23 LIPCA. I to w dodatku na liście rezerwowej. ŚMIECH NA SALI. Mało tego, pytam się jak to wygląda bo nie wiem co to znaczy turnus, myślę sobie, że jakieś przyjazdy raz czy dwa razy w tygodniu i tyle (przynajmniej w takiej częstotliwości mają zajęcia znane mi dzieci rehabilitowane i to na dużo poważniejsze sprawy niż lekką asymetria ułożenia) a tu okazuje się, że nie dwa czy jeden raz tylko oznacza to przyjazdy codziennie przez dwa tygodnie. Kolejny śmiech na sali. Ciekawe jak robią to osoby pracujące ??? Bo w lipcu to ja na swoje nieszczęście będę już w pracy. A nawet jakby mieli terminy wolne na teraz to powiem szczerze, że ostatnie tygodnie jakie mam do spędzenia z dzieckiem w domu wolałabym spędzić inaczej niż dzień w dzień wozić się po tym cholernym szpitalu.
Na koniec pani powiedziała nam jeszcze, że oczywiście w każdej chwili może się jakieś miejsce zwolnić i wtedy oni zadzwonią żeby przyjechać. I mamy następny zonk: bo turnusy zaczynają się zawsze i tylko w piątki i wygląda to tak, że po prostu w jakiś piątek oni sobie tak po prostu zadzwonią i powiedzą: proszę przyjechać za godzinę. Ha, ha, ha. Ciekawe jak ja to zrobię nie mając samochodu ani prawa jazdy do tego siedząc z drugim dzieckiem w domu.
Poczekamy, zobaczymy. Ale na spokojnie rozmawiając potem z M. stwierdziliśmy, że u J. ta sama pani doktor 5 lat temu też dopatrywała się napięcia i Bóg wie czego jeszcze a nasz pediatra nic takiego nie widział, ja wtedy przychyliłam się do wersji naszego pediatry i na żadną rehabilitację nie poszliśmy a J wyrósł jakoś normalnie.
Teraz mamy pokazane jak ćwiczyć A., więc pomęczymy go sami i zobaczymy, może zanim przyjdzie termin to sami z tego jakoś wyjdziemy.
A skoro jesteśmy już przy ćwiczeniach i sprawności ruchowej to od dwóch dni A. sam przewraca się z plecków na brzuszek i sprawia mu to ogromną frajdę, mnie zresztą też bo widok jest super :)


Generalnie z tej mojej notki wynika, że w niczym nie zgadzam się z tymi lekarzami i neguję wszystko co do mnie mówią. No ale co ja na to poradzę, że moja matczyna intuicja podpowiada mi inne rozwiązania ??

piątek, 19 lutego 2010

Ratunku, mój ZĄB !!!

Nie, NIE u A., ani też NIE u J.
MÓJ, własny, osobisty !!!
Po ponad 4 miesiącach olewania sygnałów z jego strony i uciszania go wszelkimi dostępnymi środkami przeciwbólowymi, tak mi wczoraj dał popalić, że ok 22:00 wylądowałam w całodobowym centrum stomatologii.
Ale zanim tam wylądowałam to:
*ok 19:00 próbowałam poratować się jeszcze ketonalem, po którym, nie było nawet minimalnej poprawy i wtedy wiedziałam już, że dobrze nie jest.
*w tym samym czasie, w gigantycznym bólu próbowałam zlokalizować jakiekolwiek miejsce, gdzie o tej porze mogłabym otrzymać jakąś pomoc, łatwe to nie było.
*po zlokalizowaniu miejsca gdzie mogli mnie przyjąć z otwartymi rękami musiałam załatwić sobie jakiś transport bo zanim sama dojechałabym tam z tej mojej wioseczki to byłby środek nocy a poza tym i tak nie byłam w stanie nigdzie sama się ruszyć bo z bólu chodziłam po ścianach.
*czekając na transport przemierzyłam moje mieszkanie wzdłuż i wszerz chyba ze 100 razy bo to był jedyny ratunek na mój ból. Chodziłam tak od ściany do ściany z dość dużą prędkością jakby motorek mi ktoś w tyłek wsadził, co i raz odlatując z bólu.

Tak jak pisałam wcześniej, w przychodni wylądowałam ok. 22:00, z ulgą chwyciłam za klamkę drzwi, odważny krok do przodu, przemierzam korytarz z radością, że już tylko chwilka i tym razem to ja dam temu skur.... ząbkowi popalić jakimś wiertełkiem. Jakież było moje zdziwienie gdy okazało się, że to nie koniec mojej męczarni i po tych 3 godzinach bólu czekają mnie chyba ze trzy kolejne bo w poczekalni siedzą 3 osoby a w gabinecie jedna !!! No kuźwa, jadąc tam byłam pewna, że tylko ja jedna przeżywam w tym czasie taki horror i jak tylko dojadę to od razu będę przyjęta bo przecież inni ludzie takich przygód nie mają, siedzą sobie spokojnie w domkach i filmy oglądają. A tu taki numer. Okazuje się, że do tej samej przychodni, w tym samym czasie, w środku nocy przyjechali jeszcze inni cierpiętnicy a ich miny mówiły mniej więcej tyle samo co moja: "zrobię wszystko tylko uwolnijcie mnie od tego bólu."

Po tym lekkim szoku, gdy już pogodziłam się z tym, że muszę jeszcze trochę pocierpieć, było już tylko lepiej a czasem nawet wesoło bo np.:
po zadaniu trójce cierpiętnikom, siedzącym pod gabinetem, standardowego pytania: "kto z państwa jest ostatni?", usłyszałam odpowiedź, że ... "WSZYSCY", tu pojawiły się wielkie znaki zapytania w moich oczach a przy próbie wyjaśnienia okazało się, że ci ludzie, siedząc pod tym gabinetem nie wiadomo ile, do tej pory nie ustalili kto po kim wchodzi, mało tego, nie są nawet w stanie tego ustalić bo: tego pana to nie było widać bo stał za wieszakiem (powierzchnia 2 na 2 ale pana widać nie było), a ta pani to przepuściła tego pana bo on tu z bólem przyjechał (!!!) - no kuźwa, a ja to tak dla zabawy, ząbki pokazać bo mi się nudzi po nocy. Jednak udało mi się w końcu dojść do tego kto po kim itd., więc zaległam w spokoju na skórzanym fotelu, położyłam głowę na ramieniu mojej pomocy transportowej i starałam się odpłynąć i nie czuć już tego bólu. Po ok 30 minutach takiego leżenia poczułam, że ból zanika !! Co za ulga !! Ale było juz ok 23:00, czyli 4h po ketonalu więc stwierdziłam, że to nie od leku a raczej od tego ułożenia głowy i może bezpieczniej będzie już jej nie ruszać coby ten ból nie wrócił bo powtórki nie zniosę. W tym czasie przyszło kilka kolejnych cierpiętników, z czego pani zaraz za mną okazała się mamą trójki dzieci, z czego pierwsze dokładnie w wieku mojego J. a ostatnie w wieku mojego A., do tego obie połączone nagłym, nocnym bólem zęba naprawdę miałyśmy sporo wspólnych tematów, tyle, że gadałam z nią cały czas tak półleżąc bo bałam się poruszyć i zmienić pozycję.
Następna cierpietnica, która przyszła, po kilku minutach siedzenia zaczęła odwalać w poczekalni dokładnie taką samą pielgrzymkę jak wcześniej ja w domu. Ja nie czując póki co bólu byłam dla niej pełna współczucia ale nie na tyle, żeby zaproponować jej wejście przede mną, o nie, sama już swoje przeszłam i wyczekałam, był już środek nocy a ja byłam już prawie u drzwi gabinetu a w domu czekała na mnie dwójka śpiących dzieci, którymi od rana miałam się dziś zająć.
Także po 2 godzinach czekania, o 23:40 wylądowałam w końcu na fotelu i po krótkim wywiadzie pani doktor dotarła do ogniska problemu, którym to ku mojemu zdziwieniu okazała się ukruszona 5-tka a nie tak jak myślałam przez te ostatnie kilka miesięcy, robiona wieki temu, także obecnie ukruszona, przyciemniona 6-tka. Pani doktor zabrała się za 5-tkę, zrobiła co trzeba i już o 00:08 byłam w drodze do samochodu, do domu weszłam przed 1 w nocy.

Szkoda tylko, że to nie koniec tej historii a dopiero początek. Bo teraz trzeba zrobić prześwietlenie zarówno 5-tki jak i 6-tki i pociągnąć temat dalej, poza tym 7-ka też się pani doktor nie podobała więc na nią też trzeba spojrzeć, że już nie wspomnę o 2-ce, która odzywała mi sie już dawno temu zanim jeszcze ta 5-ka dała o sobie znać.

niedziela, 7 lutego 2010

Wiosno precz !!!

J: Ja chcę żeby było już lato.
Ja: A ja nie chcę.
J: Dlaczego ?
Ja: Bo wtedy będę już od dawna w pracy, wracam na wiosnę :(((
J: Jakto, przecież musisz się zajmować A. bo on jest jeszcze mały. I kto się będzie nim zajmował?
Ja: No właśnie to jest dobre pytanie. Nie wiem :(
J: A nie możesz zapytać o to w pracy? Powiedzieć, że Ty nie możesz jeszcze wrócić bo masz dzidziusia? (Syneczku kocham Cię za to zdanie, mój mały mistrzu myśli i słowa ;)

Ja: Mam tak powiedzieć komuś u mnie w pracy ?
J: Tak !!
Ja: No dobrze to tak zrobię ...
J: Świetnie, to będziemy dalej razem w domu :)

Żeby to było takie proste ...
I jak tu się nie śmiać i nie płakać zarazem ?
Wszyscy na około chodzą i gadają o tej wiośnie, żeby już przyszła i jak to będzie fajnie. Nic nie będzie fajnie, a ja na samą myśl o wiośnie dostaję od razu gigantycznego doła !! To będzie najokropniejsza wiosna i lato mojego życia.
Ja nie chcę żadnej wiosny, żadnego lata, ja CHCĘ BYĆ W DOMU Z MOIMI DZIEĆMI !!!

I znowu dół :(((

sobota, 6 lutego 2010

Czwóreczka - dzisiaj :)

4 miesiące życia, prawie 7kg Szczęścia !! Ponad 2 tygodnie temu było 6300, więc teraz spokojnie jest już blisko 7kg :) A. zyskał ksywę Grubcio bo wygląda jak tłusty pączek :) w przeciwieństwie do J, mojej chudziny.

Już za chwilę będę robić podejście do rozszerzenia diety. Rozejrzałam się po stronach w necie i się pogubiłam, tyle tego jest. Nie wiem, co, jak, kiedy i z czym. Zupełnie jakbym miała z tym doczynienia pierwszy raz w życiu a przecież jedno już wykarmione ;) choć śmieję, się, że J powinien od nowa przejść wprowadzanie pokarmów bo biedaczek zapomniał, że można jeść też inne rzeczy oprócz makaronu, ryżu i mięsa a także nie pojmuje, że można pić coś innego oprócz wody i mleka. Także moja ostatnia szansa na urozmaicenie mu diety to nauczenie go jedzenia na nowo razem z A :)


Przed nami kolejna tura szczepienia a pare dni później kontrola u rehabilitantki. Jedno i drugie przyprawia mnie o dreszcze i chciałabym mieć już za sobą.

piątek, 5 lutego 2010

Kalendarium lutowe

Luty to taki dziwny miesiąc w moim życiu bo często przynosi jakieś ważne wydarzenia. Powstało w ten sposób moje małe kalendarium lutego...

1 lutego minęło mi 10 lat pracy w obecnej firmie.
4 lutego minęły 3 lata od zamieszkania w naszym domu.
7 lutego minie rok od ujrzeniach tych wyczekanych przez lata dwóch kresek.
12 lutego będzie pierwsza rocznica śmierci naszego wujka :(
13 lutego minął rok od dnia, który był początkiem końca jednego z bliźniąt, które nosiłam pod sercem...

Tradycyjnie i w tym roku luty okazał się miesiącem ważnych i poważnych zmian i zdarzeń.

Zaczynając od spraw najważniejszych i największych:
13 lutego M zaczynam nową pracą, z którą to wiąże się całkowita zmiana całego naszego
dotychczasowego życia. I mimo mojego wrodzonego pesymizmu jak również nie zwracając zupełnie uwagi na fakt, iż będzie to 13-ty, mam nadzieję, że będzie to zmiana na lepsze :)