Nieubłagalnie, z każdą chwilą, coraz bardziej zbliżam się do godziny ZERO, czyli dnia powrotu do pracy :(
Co gorsze mam wrażenie, że każdy dzień, tydzień, miesiąc mija jeszcze szybciej od poprzedniego. Przed chwilą był Sylwester a tu już jutro marzec, no i gdzie te wszystkie miesiące uciekły?
Teraz, mimo tego, że tak źle się czuję (przez leki) to staram cieszyć się każdą chwilą z A., rozpływam się nad jego uśmiechami, całuję go bez przerwy we wszystkie fałdki, noszę, tulę, patrzę, podziwiam, KOCHAM tak bardzo ...
I po prostu nie wyobrażam sobie zostawienia go. NIE I KONIEC. Już kiedyś to przerabiałam i było tak samo ciężko, płakałam już na 2 miesiące przed powrotem a teraz jest jeszcze gorzej bo wtedy mojemu powrotowi towarzyszyły trochę inne okoliczności niż teraz i przez to było może ciut łatwiej. Wtedy wracałam na nowe stanowisko a moja praca była 20 minut drogi od domu, teraz wracam na stare śmieci, które przez lata tak mi sie obrzydły, że na samą myśl powrotu do tego bagna chce mi się wyć i wymiotować. Całą sytuację pogarsza jeszcze fakt, że teraz do pracy mam ponad 2h drogi w jedną stronę.
Nie ma co się oszukiwać, już za chwilę moje życie zmieni się w koszmar i świadomość tego dobija mnie strasznie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz