środa, 28 kwietnia 2010

uzupełnienie

Bo przecież zapomniałam wczoraj napisać, że:

*przed szczepieniem, standardowo nakleiłam Emlę na nóżkę A., niestety w przychodni okazało się, że coś złego zaczęło się dziać po tej maści, A. miał w jej miejscu olbrzymi, czerwony placek i pielęgniarka stwierdziła, że lepiej w to niekłuć :( trochę wystraszona tym, że nici ze znieczulenia usiadłam z A. do szczepienia i ku mojemu zaskoczeniu A. zaledwie jęknął i tyle !! Może przed następnym szczepieniem odpuszczę już tę Emlę ?

*A. zaczyna być naprawdę coraz bardziej kumaty, po posadzeniu w foteliku do karmienia, na widok zbliżającego się śliniaka, podnosi główkę tak żebym mogła go zapiąć :) a po skończonym jedzeniu na sam widok chusteczki do wytarcia buzi zaciska oczka i usteczka bo już wie co zaraz nastąpi.

*Wczoraj A. pierwszy raz złapał za butlę i trzymał ją sobie sam.

*Również wczoraj przy wkładaniu do wanienki złapał się jej boków i sobie usiadł, to była pierwsza kąpiel na siedząco :)

No ale wszystko to wydaje się niczym w porównaniu z synkiem mojej koleżanki z forum rówieśniczego, który urodził się zaledwie 3 dni przed A., a teraz już od kilku dni sam wstaje, stoi trzymając sie o oparcie i chodzi wzdłuż tego oparcia !!
Widziałam to na własne oczy na filmiku a wcześniej widziałam jak chyba w wieku 4 miesięcy stał jak kotek na wyprostowanych nóżkach a oparty prostymi rączkami o podłogę, podczas gdy reszta dzieci z naszego forum dopiero odwracała się na brzuszek.
Skąd się biorą tak ogromne różnice w rozwoju dzieci ???

wtorek, 27 kwietnia 2010

Pod koniec 6-go miesiąca.

Byliśmy wczoraj w przychodni na szczepieniu i ogólnej kontroli.

A. przestał przybierać na wadze jak szalony. Wcześniej przybierał ponad 1kg na miesiąc, teraz przybrał zaledwie 0,5 kg :( Z jednej strony to dobrze bo według siatek centylowych i naszej pani doktor A. ma nadwagę ale wiadomo, że jak dziecko mniej przybiera to mama się niepokoi. Choć według lekarki nie mam czym bo A. jest tłuściutki a przybieranie na wadze w kolejnych miesiącach życia nie jest już tak duże jak na początku, czyli wszystko jest u nas ok. Poza tym mniejszy przyrost jest też spowodowany ogromną ruchliwością, której wcześniej przecież nie było bo dziecko tylko sobie leżało a teraz jest go wszędzie pełno i pomijając sen to ani sekundy nie jest w bezruchu.
Tak sobie to w kółko tłumaczę żeby się nie zamartwiać ;)

Z jedzeniem trochę poszliśmy do przodu ale nie za bardzo no bo jak tu szybko przejść jak każdy nowy produkt podaję 5 dni a potem przerwa i dopiero następny.
Także do jadłospisu doszedł: indyk, królik, winogrona, gruszka i zupka jarzynowa z jakimiś tam warzywami, których A. jeszcze nie jadł oraz odbyło się kolejne podejście do kurczaka. Myślę, że jak na ok 4 tygodnie to i tak niezły wynik z nowościami :)

Niestety do glutenu nadal nie doszłam i na razie nie dojdę bo po tym miesiącu wprowadzania nowych smaków i obserwowania A. pod względem alergii, niestety wyszło szydło z worka i już wiem na 100%, że A. JEST ALERGIKIEM :(
Zaczęło się od tego, że po 2 tygodniach przerwy z kurczakiem podałam mu kurczaka, plamy pojawiły się od razu na następny dzień :( Odstawiłam kuraczaka, wprowadziłam gruszkę, było ok, potem indyka, też było ok a potem królika i plamy pojawiły się jeszcze tego samego dnia :(
Ale nadal nie chcąc uwierzyć, że to alergia (no bo przecież skąd u nas alergia?, powtarzałam w kółko to pytanie) obstawiałam nadal różne inne przyczyny a pomagało mi w tym też to, że palmy znikały często na drugi dzień od pojawienia sie i wydawało mi się, że przy alergii tak się nie dzieje. I pewnie nadal bym tak broniła się przed stwierdzeniem, że mamy alergię gdyby nie przypadkowa rozmowa z teściową na temat plam na nóżkach u A. Gdzieś przy jakimś przewijaniu teściowa była ze mną i powiedziałam jej o tych plamach i o tym, że podejrzewam alergię ale jeszcze nie jestem pewna i nie powiedziałam jej też co podejrzewam jako przyczynę. Teściowa obejrzała A., podotykała tych plam, patrzy na to i mówi: "ooo, to to jest tak samo jak miał M.(czyli mój mąż a jej syn) jak był mały a wszystko zaczęło się po podaniu kurczaka". PADŁAM, przecież to identycznie jak u nas !!! To ja od 1,5 miesiąca bujam sie z tym tematem, zapieram, że to nie alergia, żyję święcie przekonana, że nie mamy w rodzinie alergików a tu proszę !! Mamy i to w prostej linii !! Szok lekki przeżyłam ale przynajmniej teraz już ostatecznie wiem na czym stoję i już niestety nie uda mi się wymigiwac przed alergią, ona jest i tyle :(
A mój M, zupełnie zdziwiony mówi mi, że on nic o tym nie wie, tak samo jak i o tym, że jego mama miała skazę białkową co też jest obciążeniem w genach dla reszty pokoleń. Faceci ...

Wracając do problemu to pani doktor powiedziała, żeby próbować oczywiście z innymi mięsami oraz z tymi co uczulają ale w małych porcjach i obserwować. Z glutenem powiedziała, że spieszyć się nie muszę bo to raczej tyczy się dzieci piersiowych, tylko żebym żółtko postarała się wprowadzić. No i oczywiście mnie uspokajała i mówiła, że to wszystko jest przejściowe i A. z tego wyrośnie, tak jak i M. wyrósł. No mam nadzieję ...

Poza tym jest tak:
*A. na razie nie przypadły do gustu chrupki kukurydziane, i nie chodzi o smak tylko o konsystencję (jeżeli tak można powiedzieć) owego chrupeczka, jak się go trochę pomęczy żeby pomemłał chrupa to jakoś przejdzie ale na pierwsze zetknięcie z ustami ten chrupek jest dla niego za twardy i chropowaty i A. się wykrzywia i tyle. Poza tym bidny jakoś nie łapie, że sam może go sobie trzymać i jeść, inne rzeczy pakuje do busi a tego nie. Chyba czasu trochę potrzebuje na zaprzyjaźnienie się z chrupami :)

*Coś nam się A. rozregulował i po 4 miesiącach przesypiania całych nocy i pobudek ok 9 rano najpierw zaczął zaczynac dzień dużo wcześniej bo nawet ok 6:30 a teraz ni z tego ni z owego trzeci dzień z rzędu budzi się o 4 nad ranem na butlę, wypija ok 220ml kaszki i śpi dalej ale maks do 8:00. Nie jest bardzo kłopotliwe zrobienie mu butli nad ranem ale wolałabym żeby spał tak jak kiedyś bez tych pobudek.

*Zębów nadal ani widu ani słychu, pani doktor to wczoraj potwierdziła :)

*Przewijanie odbywa się tylko na brzuchu, A. przewraca się na brzuch już od dawna ale od niedawna dopiero postanowił, że po położeniu do przewijania będzie leżał na brzuchu i koniec, odraca się w jedną sekundę i nie ma zmiłuj, jak go tylko przekręcę na plecy to on znów jest na brzuchu i tak w kółko, mogę go sobie odwracać a on i tak za chwilę zrobi obrót, czasem nawet nie zdążę sięgnąć po pampersa czy chustkę jak on już leży na nowo na brzuchu, także przestałam z nim walczyć i powoli nabieram wprawy w zakładaniu pieluchy gdy dziecko jest na brzuchu, bo z myciem poradziłam sobie już dawno.

*Mamy ze sobą coraz większy kontakt i pałamy do siebie coraz większą miłościa, A. na mój widok dostaje kociokwiku a jak odchodzę to wpada w taką histerię, że bębenki w uszach pękają. Tylko czasem pozwala komuś innemu zająć się sobą a ja wtedy latam po domu, sprzątam, coś po drodze jem i oczywiście zaglądam na bloga i moje ulubione forum, które po ostatnio burzliwych przejściach powoli kończy swój żywot a my z dziewczynami odnalazłyśmy się na nowym miejscu i jest nam tam bardzo fajnie :)

czwartek, 22 kwietnia 2010

w poszukiwaniu pracy

Oto jakie ciekawe wymagania można wyczytać w niektórych ogłoszeniach:

"Młodą z językiem zatrudnię"
lub
"Dobra znajomość jeżyka angielskiego"

Za młodą nadal się raczej uważam (mimo tego, że za parę dni stuknie mi kolejny roczek), według otoczenia tak też wyglądam. Język jak najbardziej posiadywuję ;) ale niestety nie udało mi się poznać żadnego jeżyka a tym bardziej angielskiego ;)

poniedziałek, 12 kwietnia 2010

żałoba i kołowrotek

Jest 11 kwietnia 2010 roku, godzina 8:00, budzi się A.
Ja nieprzytomna choć spałam 7h ledwo daję radę jedno oko otworzyć (to wina leków i ogólnego przemęczenia). Wykorzystuję chwilowe zainteresowanie A wszystkim co widzi wokół siebie i przymykam oczy jeszcze na parę minut.
Za jakiś czas przytomnieję, chwilę bawię się z A i wstaję żeby zrobić kaszkę dla niego.
Po drodze zaglądam do J, śpi ale niestety wydaje mi się ciepły :(
Schodząc na dół czuję, że mnie w nocy połamało i nie mogę szyją przekręcić w jedną stronę.
Docieram do kuchni, robię kaszkę, wracam na górę.
Przewijam i bawię się z A.
Schodzimy na dół, A wcina swoją kaszkę a ja mam chwilę spokoju.
Włączam TV, 1 i TVN24 na zmianę. Cały kraj i pół świata żyje tym co wydarzyło się wczoraj.
Jest dokładnie 8:56 gdy zerkam na zegarek, dosteję gęsiej skórki, właśnie mijają 24h ...
Chwila zadumy, coś na co od wczoraj przez ciągłe zabieganie zupełnie nie mogłam sobie pozwolić.
Chwila jednak nie trwa długo, A skończył jeść i domaga się wzięcia na ręcę, odbicia, itd.
Oddaję A dziadkowi a sama zmierzam w kierunku łazienki, po drodze odpisuję koleżance na wczorajszego smsa o spotkaniu (niestety nie przyjdę) i zachaczam jeszcze o kompa gdzie to samo piszę na naszym forum.
Jestem już jedną nogą w łazience gdy budzi się J a mój tata przynosi A i mówi, że trzeba go przewinąć.
Cofam się z łazienki, najpierw do J. Mówi, że czuje się dobrze ale jak zwykle przy infekcji ma tak sklejone oczy ropą, że za diabła nie może ich otworzyć.
Idę do łazienki po waciki namoczone ciepłą wodą i kładę je na oczach J i proszę żeby je trzymał.
Teraz biorę się za A, przewijam.
Wracam do J, rozklejam mu "odmoczone" oczy i daję mu termometr.
Idę w końcu pod prysznic.
Potem idę do J, sprawdzam termometr - 36,6 ufff, ale i tak zostanie jeszcze w izolatce.
Schodzę na dół zrobić J śniadanie, po drodze chcę coś wyrzucić do kosza, nie da się, kosz pełny. Wyjmuję śmieci i wkładam nowy worek. Myję ręcę, łapię za ręcznik papierowy a tu pusta rolka, wyciągam nowe ręczniki i wtedy czuję, że oprócz szyi boli mnie też kręgosłup albo to zawiane korzonki albo zwykły ból kręgosłupa, nie wiem ale ruszać się nie mogę, biorąc pod uwagę jeszcze tę szyję i ogólne otępienie po lekach to czuję się niefajnie. Biorę Ibuprom i jakąś tam witaminkę, tak na wszelki jakby to jednak był początek choroby.
Teraz biorę się za przyszykowanie porcji leków dla J i robię mu śniadanie, z którym idę do niego na górę.
Wysyłam J do łazienki, czyścimy zapchany nos, wpuszczamy sterimar, myjemy rączki i takie tam.
Wracamy do pokoju, J zabiera się za śniadanie i w tym momencie następuje gigantyczne kichnięcie i biedny J ma wszystko na twarzy. Łapię za chusteczki - nie ma - lecę do łazienki po papier, wycieram J i zapuszczam kolejny spray, tym razem już leczniczy, mucofluid oraz krople do oczu, sulfacetamid.
J je śniadanie, ja wysyłam smsa do M, że temperatura u J wyszła ok.
A zaczyna marudzić bo jest zmęczony i chce spać.
J zjadł, zbieram kubki, talerzyki i lecę na dół uśpić A.
A nie czekając na mnie zasnął sam.
Odkładam go do spania.
Dziadek idzie do J.
Patrzę na bałagan w kuchni, który doprowadza mnie do szału ale z rozsądku muszę przed sprzątaniem najpierw coś zjeść, bo jestem na nogach od kilku godzin, latam jak głupia w tę i z powtrotem i wzięłam już leki, więc organizm może paść.
Jem śniadanie.
Zaczynam pisać obecną notkę. Dochodzę do tego momentu i postanawiam jednak na chwilę położyć się z A.
Kładę się przy A a on w tej samej chwili się budzi.
Chwilkę razem sobie leżymy.
Wybija 12:00.
Rozlegają się syreny, cała Polska zamiera.
Wstaję, biorę A na ręce.
Ciarki mi przechodzą.
Serce zaczyna walić, robi mi się słabo i niedobrze, aha, nerwica się odezwała, zbyt dużo emocji, lęku, ale stoję, jakoś nie mogę się ruszyć.
Syreny milkną.
Chciałabym w pełni uczestniczyć w tym pożegnaniu ale nie mogę, tam czas jakby się zatrzymał, u mnie życie toczy się dalej, A zaczyna marudzić, jest głodny.
Szykuję mu obiad.
Przy jedzeniu A brudzi obranko obiadem.
Lecę na górę po czyste ubranko.
Brudne rzucam w łazience na dość sporej kupce prania, która czeka na moją wolną chwilę.
W drodze powrotnej zaglądam jeszcze do J a także mijam dwie suszarki uginające się pod wyschniętym praniem. Tak, trzeba to kiedyś pochować. Te suszarki generalnie ilekroć koło nich przechodzę to wręcz kłują mnie w oczy.
Na dole przebieram A i oddaję go na trochę dziadkowi żeby posiedzieć trochę dłużej na górze z J.
Po krótkiej chwili niestety orientuję się, że w sumie to jest już czas na obiad i dla reszty domowników a poza tym A coś nie za bardzo zadowolony z opieki zaczynam marudzić.
Schodzę na dół, patrzę a tam dziadek siedzi nad A, zagapiony w TV, pochłonięty myślami i nie kontaktuje zupełnie nic co dochodzi z innego miejsca niż TV.
Po chwili jednak dociera do niego głos marudzącego A i dziadek wraca myślami na ziemię i czule przemawia do A: "a czemóż to moja dzidzia płacze?" Taaaa
Wyłączam TV i tłumaczę dziadkowi co ma teraz zrobić przy A żeby ten już nie płakał, bo dziadek mimo, że zszedł na ziemię to niczym wyłączony z obiegu zapomniał w te kilkanaście minut co i jak się robi.
Zauważam nieodebrane połączenie. To koleżanka z sąsiedztwa pewnie idzie już na spacer i dzwoni żeby się umówić. Oddzwonię później, teraz zabieram się w końcu za obiad.
Woda na makaron się gotuje, zupa podgrzewa a ja sprzątam w końcu ten cały meksyk w kuchni, który powstał od rana.
Chowam milion rzeczy ze zmywarki do szafek i na odwrót: kolejne brudne lądują w zmywarce.
Myję i wyparzam butelki, nawet ścieram wszystie blaty bo mój pedantyzm nie pozwala mi spokojnie przejść obok brudu.
Robię mleko dla A, które wypije przed spacerem jako uzupełnienie obiadu.
Podaję zupę dziadkowi, biorę A i idę na górę z porcją zupy dla J.
Na górze znów zerkam na te suszarki, nic się nie zmieniło, one nadal tam są a pranie jak wisiało tak wisi.
J cały w katarze siedzi, chcę sięgnąć po chusteczki - nie ma - no tak, od rana jeszcze cały czas ich nie przyniosłam.
Idę na dół po chusteczki.
Wracam na górę, czyścimy nos, kolejna porcja sprayu.
W końcu J je obiad, ja zabawiam A i oddzwaniam do koleżanki mówiąc, że dziś na spacer nie idę, nie dam rady. Zostanę w domu z J a A pójdzie z dziadkiem.
Dziadek po zjedzeniu przejmuje ode mnie A a ja lecę do piwnicy przyszykować wózek na spacer. Wyjmuję śpiwór, wkładam kocyk i wystawiam wózek przed dom.
Wracam do domu, A zjadł, więc biorę go na górę do przewijania.
Zaglądam do J i mówię mu, że już za chwilę przyjdę do niego na dłużej jak tylko wystawię A na spacer.
Wracam na dół ubieram A na spacer, chwila zawachania, kombinezon wiosenny czy kurteczka. Nie wiem. Wybieram jednak opcję z kurtką.
Pakuję A do wózka na dworzu, wracam do domu. Cichego, spokojnego. Zamykam za sobą drzwi, uff, teraz chwila odpoczynku.
Ale zanim ta chwila nastąpi to najpierw:
idę do J sprawdzić czy zjadł obiad. Jeszcze je, więc zbiegam na dół.
Ogarniam kuchnię po obiedzie: chowam kolejne rzeczy do zmywarki, pozostały makaron ląduje w lodówce, butelkę po mleku A zalewam już tylko wodą, potem umyję.
Patrzę na zegarek, jest 14:40, za chwilę transmisja przewożenia trumny, nie mogę tam być ale muszę to chociaż zobaczyć.
Idę na górę po J, obiad zjedzony, możemy iść na dół.
Zbieram talerz po jego jedzeniu, butelkę z wodą, kubek na wodę, rozglądam się co jeszcze trzeba wziąć żebym za chwilę znów nie leciała na górę.
Nic nie trzeba wziąć ale widzę za to niewypity syrop. J, nie wypiłeś syropu, wypij !!
Schodzimy na dół do salonu.
Jest 14:55, sadzam J na sofie i idę do kuchni odstawić to co zniosłam z góry.
Wracam do salonu, J siedzi znów cały zasmarkany, sięgam po chustkę, i ... chustek nie ma. Tak, dziś wszystko postanowiło mi się jednoczesnie pokończyć, więc chustek nie ma i tutaj.
Idę po chustki.
Gdy zaczyna się transmisja ląduję w końcu na sofie obok J i mimo tego, że słyszę od niego 100 pytań na minutę odnośnie oglądanej przez nas uroczystości to udaje mi się jednak skupić myśli głównie na samym wydarzeniu i przeżywam bardzo mocno każdą kolejną scenę z transmisji.
W międzyczasie pojawia się długo wyczekiwana przeze mnie teściowa.
Oglądamy transmisję razem. Gdy trumna znika za murami Pałacu Prezydenckiego, teściowa idzie z J,(który znów ma stan podgorączkowy) na górę a ja szykuję się na powrót A bo już widzę ich w furtce.
Szykuję najpierw słoiczek i soczek, potem schodzę po A.
Wnoszę A z dworu, przebieram, zanoszę na górę (znów widzę te suszarki) do J i babci, a następnie znów na dół na jedzonko.
W tym momencie tempo dnia zaczyna w końcu zwalniać.
Większość najważniejszych punktów dnia już mam za sobą, odchaczone, zaliczone, już chyba powoli mogę przestać się spieszyć. Już w sumie wszystko zrobiłam i wszystko było ok i na czas. I choć teraz w końcu powinnam zająć się np tym praniem, to po prostu nie mam już sił.
Dziadek bierze A.
Ja idę na górę do J i teściowej, siedzimy, znów rozmawiamy o tym o czym mówi i myśli teraz cała Polska.
Te myśli towarzyszą mi zresztą cały dzień, bez przerwy, w każdej chwili dosłownie.
Dziadek teź przychodzi na górę. Siedzimy tak wszyscy razem, dzieci zadowolne a ja poczułam w końcu trochę spokoju i czuję, że zmęczenie zaczyna mnie rozkładać a ja zamiast siedzieć na łóżku to coraz bardziej się pokładam.
I tak odpłynęłam na jakieś 15 minut, kiedy to wybudził mnie płacz A, który kapnął się, że coś ta mama dziś zabiegana lekko jest i zbyt mało czasu poświęca jemu.
Wzięłam Grubego i poszliśmy na dół.
Od zabawy do zabawy dotrwaliśmy do wieczora.
M wrócił z pracy, znów wpadliśmy w temat, z kim to rozmawiał jeszcze parę dni temu, kto miał być w programie w przyszłym tygodniu, ile numerów telefonów musi usunąć z książki telefonicznej i jakoś nie jest w stanie tego zrobić. A ten numer już nigdy do niego nie zadzwoni ani też on nie będzie mógł go wybrać. Jak teraz będzie wyglądało życie, wybory i cały nasz kraj ...
Teściowa zabrała dziadka i pojechali do Wawy, my z M zajęliśmy się dziećmi.
Wieczór szybko minął, noc teraz też szybko mija.

Czekam na moment, kiedy ten kołowrotek, w którym żyję choć trochę zwolni tempo.
Czekam kiedy w końcu J wyzdrowieje.
I bardzo żałuję, że w obliczu tego co dzieje się w naszym kraju nie mogę w pełni w tym uczestniczyć, nie zapaliłam świeczki pod Pałacem Prezydenckim, nie mogłam być dzisiaj na trasie konduktu. Nie byłam na Placu Piłsudskiego.
Mam nadzieję, że na dniach tam pojedziemy.

sobota, 10 kwietnia 2010

10.04.2010

Taki zwykły dzień, poranek jak każdy inny, na nic złego się nie zanosiło ...
Rano jeszcze wrzuciłam wesołą notkę o A., a pół godziny później stała się ta niewyobrażalna tragedia.
Wciąż nie mogę tego pojąć ...

W obecnej sytuacji M z racji swojej pracy ma bardzo ciężki dzień, nawet nie umiem sobie wyobrazić co się tam u niego dzieje. Poza tym ogólnie jest mu ciężko bo wśród zabitych było wielu jego znajomych. Ja zupełnie apolityczna, na to co się wydarzyło patrzę od takiej zwykłej, ludzkiej strony. Jest mi strasznie żal rodzin, które straciły dziś swoich najbliższych w tak tragicznych okolicznościach.

Do tego okoliczności tej śmierci są tak symboliczne, wymowne.
Jak to powiedziała bliska mi osoba, że jest to swojego rodzaju "chichot historii"...

A co u Małego A?

Jak wiadomo skończył pół roku :)
A przy okazji:

*przewraca się z brzucha na plecy - pierwszy raz udało mu się to dokładnie w dniu kiedy skończył 6 miesięcy i od tamtej pory położony na macie czy innym płaskim miejscu, obraca się w tą i z powrotem, z pleców na brzuch, z brzucha na plecy i tak w kółko. Obracanie jest też oczywiście nagminnie ćwiczone przy przewijaniu przez co przewijanie stało się wyścigiem o to kto będzie pierwszy: mama w zapięciu pieluchy czy A w obrocie. Przważnie A wygrywa.

*coraz częściej i coraz bardziej natarczywie stara się siadać, odbija się łokciami od czego tylko może i podciąga się do siedzenia, wpadł na pomysł, że można to też robić przy jedzeniu.

*coraz zręczniej chwyta zabawki, preferuje raczej materiałowe.

*pięknie sylabizuje, na razie tylko ma-ma, ale za to jak to pięknie brzmi ;)

*w końcu odkrył swoje nogi, ale na razie tylko nogi, jego stopy go jeszcze nie zauroczyły, mnie za to już dawno ;)

*jesteśmy w trakcie przechodzenia na mleko "2", na razie mieszam 1 z 2.

*niestety zaczął mniej jeść :( kilka poprzednich miesięcy jadł porcje o duże większe niż były zalecane dla jego wieku, wciągał 200ml, gdy powinien jeść 150ml a teraz zamiast jeść 200 to on zjada ok 160, na jednorazowy posiłek. A do tego obraził się na obiadki, fakt, że do tej pory z obiadków miał wprowadzone tylko dwa smaki i mogły mu się znudzić ale boję się, żeby to nie była ogólna niechęć do warzyw. Za chwilę zaczynam wprowadzać kolejne smaki i liczę na to, że coś mu jednak przypasuje.

*z plamami mieliśmy kolejne spotkanie. Po kilkudniowej diecie bez kurczaka i bananów ruszyłam najpierw z kurczakiem i dwa dni później plamy wyskoczyły i tak samo jak ostatnio zniknęły na dzień następny. Na razie kurczaka nie daję ale ogólnie to jakoś mam wrażenie, że to jeszcze coś innego ale nie wiem za diabła co. Kolejni podejrzani to pampersy oraz przegrzanie. Pampersy dlatego, że plamy pojawiają się w obrębie miejsca gdzie jest falbanka pampersa. Ale z drugiej strony te plamy były też w innych miejscach, więc tu już moja teoria nie pasuje. Myślałam, że to może z przegrzania bo poprzednie pojawienie się plam było w
dniach kiedy trochę przegrzałam A na spacerze a akurat na nóżkach miał najwięcej przykrycia, jednak teraz przy tym ostatnim pojawieniu się plam do żadnego przegrzania nie doszło więc kolejna moja teoria staje się mało prawdopodobna. Nie wiem.

*zębów ani widu ani słychu. Choć pani doktor wczoraj powiedziała, że coś tam widziała zaczerwienione, ja nie widzę :) i mam nadzieję, że mam rację bo z zębami to im później tym lepiej. J wyszedł pierwszy ząb jak miał 14 miesięcy i nawet tego nie pamiętam, mam tylko zapisaną datę a, że było to tak późno to ominął nas wszystkich cały ten cyrk z ząbkowaniem związany, czego życzę i sobie i A teraz.

*A ma dwudniowe fazy ćwiczenia bądź po prostu robienia czegoś co mu sprawia frajdę, ostatnie dwa dni były pod hasłem: "zobaczcie jaki mam cudny język", i generalnie polegało to na tym, że język bez przerwy był na wierzchu a A robił przy tym przeróżne miny ku naszej i jego uciesze :)

od soboty do soboty

Wszystko zaczęło się w zeszłą sobotę. J obudził się z chrypą. I chrypiał tak cały dzień, który spedziliśmy w jakimś totalnym galopie: w biegu śniadanie, w biegu ogarnięcie domu, w biegu szykowanie święconki, w biegu ogarnięcie siebie i dzieci żeby już o 14:00 udać się w biegu do kościoła (ja niestety z tych co to do kościoła chodzą raz do roku: ze święconką właśnie) ,później w biegu po ostatnie zakupy, następnie w biegu do domu żeby w biegu przyszykować i obiad i małe przyjęcie urodzinowe dla M, który był już w drodze do domu.
I tak sobota zbliżała się ku końcowi a J jak chrypiał tak chrypiał. Następnego dnia czyli w niedzielę Wielkanocną J przez chrypę zaniemówił a do tego zaczął kaszleć.
Ponieważ temperaturę miał normalną a my byliśmy sami bez M i ja zaparłam się, że bez M na święta nigdzie nie idę to po krótkim świątecznym śniadaniu u nas w domu, J miał podjechać z babcią do rodzinki żeby choć trochę z tych świąt skorzystać. W dodatku w niedzielę miał mieć zorganizowany lany poniedziałek bo w poniedziałek najważniejszych uczestników zabawy miało już nie być. Zapakowałam więc rzeczy J łącznie z wszelkimi syropkami na kaszel ale jeszcze tak mnie coś tknęło coby do gardła mu zerknąć. Zerknęłam i padłam !! Bo po naciśnięciu końcówką łyżki na język, z gardła mojego synka wylazło coś czego jak żyję u człowieka jeszcze nie widziałam: dwie gigantyczne kule, coś jakby orzechy włoskie (pani doktor nazwała to później śliwkami), i doszło to to prawie do samych zębów z przodu. Teściowa przyjechała, pokazałam jej stwora w gardle u J i uradziłyśmy, że święta świętami ale nie ma żartów i ktoś musi J obejrzeć. Także w ramach atrakcji świątecznej J miał wycieczkę do szpitala, bo przecież w święta wszelkie przychodnie pozamykane. Szpital dzięcięcy jak już to chyba kilka razy pisałam mamy pod samym nosem, więc teściowa zamiast do rodzinki pojechała z J do szpitala gdzie pan doktor internista (tak, tak w szpitalu dziecięcym nie mieli na dyżurze pediatry) obejrzał J i orzekł zwykłą infekcję wirusową. Zalecił podawanie paracetamolu i syropków, tyle. Zabroniłam tylko J bitew wodnych i trochę uspokojona wysłałam go do rodziny gdzie miał zostać na noc do poniedziałku. Ponieważ uspokojna byłam tylko trochę to zarządałam od babci relacji telefonicznych na temat stanu zdrowia J. No i wszystko było w miarę ok, migdałki ponoć ciut mniejsze, kaszlu prawie nic, apap i syropy podawne, generalnie w miarę ok. Tyle, że jak tylko J wrócił w poniedziałek do domu to już ok nie było bo kaszlał jak najęty, doszedł katar a jak spojrzałam w gardło to zobaczyłam to samo co w niedzielę a w dodatku doszła lekka temperatura. We wtorek J nie obudził się wcale w lepszym stanie więc odwiedził kolejnego lekarza tym razem w przychodni rejonowej. Lekarka stwierdziła już nie infekcję wirusową a bakteryjną i dała na wszelki wypadek augmentin ale do wprowadzenia tylko w sytuacji gdyby w najbliższych dwóch dniach stan się nie poprawiał lub pogarszał. Resztę wtorku J przeleżał w łóżku. To samo w środę tyle, że po południu zaczął narzekać, że boli go policzek. Patrzę, oglądam i jak nic widzę, że spuchnięty z tej strony co go boli. Pierwsz myśl: ŚWINKA. Tego tylko brakowało. Zanosiło się na kolejną wizytę u lekarza. Jednak po długiej konsultacji telefonicznej z naszym wujkiem pediatrą stwierdziliśmy, że trochę jeszcze poobserujemy i zobaczymy co się wykluje. Jednak nic się nie wykluło a po paru godzinach J powiedział, że policzek go już nie boli a ja opuchlizny też już u niego nie dostrzegłam. Fałszywy alarm ? Tak dotrwalismy do czwartku kiedy to J nadal grzecznie przeleżał w swoim łóżku, przyjmował leki, temperatura prawie zeszła, opuchlizna nie wracała, apetyt był i ogólnie wyglądało na to, że może będzie już ok. Ale nie. Przyszedł piątek |(czyli dla mnie to jeszcze dziś ale ogólnie to już wczoraj bo jest po północy) i od rana J najpierw dostał takiego ataku kaszlu, że myślałam, że płuca wypluje a potem nagle ok południa wróciła mu temperatura i to wyższa niż miał wcześniej. Po obiedzie padł jak nieprzytomny a my postanowiliśmy poczekać aż się obudzi i ocenić jego stan po drzemce i wtedy ewentualnie wezwać lekarza do domu. Oczywiście po spaniu nic sie nie polepszyło więc wezwaliśmy lekarza. W momencie gdy pani doktor podjechała J nagle zaczął płakać, że boli go brzuch a następnie wymiotować, tak jak leżał, na siebie ... masakra normalnie, pani doktor w drzwiach, ja latam od drzwi do pokoju J, J leży w łóżku nie powiem w czym, ja staram się to ogarnąć, M chodzi z drącym się A, który akurat w tym momencie postanowił zarządać obecności tylko i wyłącznie mamy a pani doktor niczym nie wzruszona poszła na górę oglądać J. Drący się A. został na dole sam w łóżeczku, M wziął J do kąpieli a ja opowiedziałam wszystko co działo się z J przez ostatnie dni. Jak już zdałam relację to zleciałam na dół do cały czas drącego się A. i postanowiłam go nakarmić bo już dawno był na to czas. Okazało się jednak, że A. postanowił zrezygnować z obiadków (o tym w kolejnej notce) więc cały słoiczek marchewki z ziemniakiem poszedł do kosza a ja trzymając go na rękach zaczęłam szykować mleko, na które dodatkowo trzeba czekać 10 minut po zrobieniu przed podaniem. Całe szczęście A u mnie oczywiście się uspokoił więc gdy czekaliśmy na melko poszłam na górę dowiedzieć się co z moim drugim dzieciem się dzieje i jaka jest diagnoza pani doktor. Płuca czyste, uf. Oskrzela czyste, uf. Migdały wielkie ale nie infekcyjne, anginy nie ma, uf (choć z przerażniem myślę o tym, że to co on ma w gardle to jest jego stan naturalny, brr). A co w takim razie jest?
Wygląda na to, że na koniec przyplątała się jakaś infekcja żołądkowa, będzie wymiotował, może dojść biegunka, lekka gorączka itd., a my jedyne co możemy zrobić to dopajać i podawać różnego rodzaju preparaty przeciw odwodnieniu, z dobrymi bakteriami, pre czy tam probiotykami itd. Przy okazji poprosiłam panią doktor, żeby zerknęła na A., powiedziała, że gardło lekko zaczerwienione ale to równie dobrze może być od krzyku, który wcześniej A sobie i nam zafundował. Na wszelki wypadek powiedziała żeby Hascosptem psiknąć. Żaden problem, jakiego leku nie wymieniła wszystko miałam w domu, pół apteki już przecież mam przez te wieczne choróbska, z którymi walczymy. Co wcale nie zmienia faktu, że jak chwilę potem M pojechał do apteki po kilka bzdur, które chciałam żeby dokupił to zostawił tam ponad 90zł.

Podsumowując: przez organizm J przeszło jakieś istne tornado a przez nasz dom huragan.
W ten oto sposób dotarłam do kolejnej soboty.

Update, luty 2014.
Pisząc powyższą notkę nie wiedziałam, że za 8 godzin wydarzy się coś co zmieni naszą polską rzeczywistość na zawsze ...

wtorek, 6 kwietnia 2010

Pól roku !

Ale jakie pół roku? Przecież ja dopiero co urodziłam, a nawet lepiej, ja dopiero co robiłam test i dopiero co była Wielkanoc 2009 kiedy to miałam usg genetyczne.
I choć dla mnie wydaje się to zupełnie nieprawdopodobne to od tamtych Świąt i usg za pare dni minie rok a mój synek dziś kończy już 6 miesięcy :)

sobota, 3 kwietnia 2010

:/

Swięta a do tego urodziny M i wszystko spędzamy osobno, M w pracy a ja w domu z dziećmi, sami :(
Decydując się na zmianę stanowiska pracy M wiedzieliśmy, że tak to właśnie będzie wyglądać ale wtedy w lutym pomyślałam sobie, a co tam, jakoś to będzie.
No i jest ... smutno.