środa, 30 marca 2011

Ciąża ciążę goni.

Od dobrych kilku lat (jeszcze z czasów gdy starałam się o drugą ciążę) w moim najbliższym otoczeniu istnieje coś takiego jak "łańcuszek ciąż", charakteryzuje się to tym, że zazwyczaj minimum dwie moje koleżanki (bliższe czy dalsze) są w tym samym momencie w ciąży (a zdarzyło się, że było ich nawet 4!), a gdy któraś z ciąż ma się ku końcowi to zaraz pojawia się następna.
W tym roku jedna ze znajomych już urodziła, kolejna rodzi w maju, następna w lipcu a właśnie dziś (może nawet teraz) moja przyjaciółka z czasów studium ma mieć cc. Siedzę jak na szpilkach i czekam na "tego" ważnego smsa, że to już!
Przy okazji od jakiegoś czasu zastanawiałam się kto, że tak powiem "wskoczy" na miejsce mojej dziś rodzącej koleżanki i zaciąży. Nawet miałam na myśli konkretne dwie osoby :) No i chyba przewidziałam! Bo wczoraj wieczorem od jednej z nich dostaję smsa, że właśnie zrobiła test i są dwie kreski! Także łańcuszek nadal nie został przerwany :)

Zachciewajka

Wczoraj będąc w Empiku natknęłam się na taką oto kolekcję lalek. I muszę przyznać, że jak nie jestem jakąś zagorzałą fanką zdjęć i twórczości Anne Geddes to te lalki naprawdę mnie urzekły a już w szczególności zakochałam się w tej konkretnie jednej:




no czyż nie jest urocza???
I chcę taką mieć! A mój M z totalnym niezrozumieniem a nwet oburzeniem zapytał: "ale po co ci to?" A tak po prostu, bo mi się podoba i chcę takie małe cudo mieć, a to już nie wolno mi mieć takiej małej, dziecinnej zachciewajki?

środa, 23 marca 2011

Jazdy poszczepienne, znowu :(

Wczoraj Mały A. miał kolejną dawkę szczepienia Pentaximem.
W ostatnich miesiącach szczepień nie mieliśmy prawie żadnych a od ostatniej dawki Pentaximu minął ponad rok...już zapomniałam jak to jest i nawet w sumie nie pomyślałam, że coś mogłoby pójść nie tak.
Szczepienie było ok 14:00, ja z pracy wróciłam dopiero ok 19:00 i już od drzwi stwierdziłam, że Synuś nie wygląda zbyt dobrze :/ Był jakiś taki nie swój, popłakujący, pojękujący, jakby trochę spuchnięty na buzi. Przykleił się do mnie ale nastrój wcale mu się nie poprawiał a potem z minuty na minuty było już tylko gorzej :( Płacz, histeria, wycie, wicie i sama nie wiem co jeszcze. Wszystko było źle. Nie dał się nawet wykąpać, rozebrać, ubrać, napoić, nic... cały czas bardzo mocno płakał :( Po kąpieli zazwyczaj od razu zasypia. Wczoraj wił się po całym łóżku, jęczał, nie mógł zasnąć aż w końcu dostał histerii. Nosiłam, tuliłam, uspokajałam, nic nie pomagało, nie mógł znaleźć sobie miejsca nawet u mnie na rękach, tak jakby było mu cały czas bardzo niewygodnie, wysuwał mi się z rąk, wił się jakby dosłownie chciał wyjść z siebie i stanąć obok albo jakby go coś bardzo bolało i nie mógł znieść tego bólu. Miałam ochotę płakać razem z nim :(
Na nóżce ślad dosyć mały, temperatura ok ale ten płacz był tak nieutulony, że zdecydowałam się podać Panadol bo gdy przechodziliśmy podobne historie z Jotem to lekarze mówili, że jeżeli jest taka reakcja po szczepieniu to nawet jak nie ma temperatury to żeby paracetamol podać przeciwbólowo i rozluźniająco.
Poprawa przyszła dopiero po godzinie od podania, Mały A w końcu zasnął. Niestety nie pospał długo i tej nocy mieliśmy jeszcze kilka ciężkich pobudek z takim nieutulonym płaczem :( Ostatnia była nad ranem gdy akurat wstawałam szykować się do pracy. Tym razem dołączyła już temperatura, nie mam pojęcia jaka bo nie było warunków żeby mierzyć (płacz, histeria itd) ale od samego dotyku czułam, że jest piec i nie ma na co czekać. Podaliśmy Nurofen, zadziałał szybciej niż Panadol i Mały A w miarę szybko zasnął. Najgorsze było to, że ja musiałam wyszykować się, pójść do pracy i zostawić go na cały dzień zamartwiając się o to co ten dzień przyniesie :/

Chłopaki oczywiście jakoś przetrwali dzień bez mnie. Temperatura raz była raz nie, niestety na wieczór Mały A znów był jak piecyk i to godzinę po Nurofenie :( do tego na nóżce zrobiła mu się wielka opuchlizna w miejscu szczepienia, wygląda tak, że aż boli jak się patrzy :( Zrobiliśmy okład z sody.

Oby jutro było już lepiej...

Tylko dlaczego te moje biedne dzieci tak ciężko znoszą te szczepionki skojarzone? Ten hardcore zaczął się już przy Jot, to samo jest teraz z Małym A (TU link do akcji po pierwszej dawce). I przysięgam, że wśród znajomych w "realu" jeszcze nikogo nie spotkałam z takimi przeżyciami, co najwyżej w internecie trafiam na podobne przypadki. Lekarze mówią, że mimo wszystko jest to reakcja niepożądane i powinniśmy skonsultować to z punktem konsultacyjnym szczepień... ale na razie nawet nie zorientowałam się jak to się w ogóle odbywa... boje się tego tematu :(

Przy okazji Mały A został w końcu zważony, waga pokazała 10,900 ale w ubraniu także prawdziwa waga to pewnie coś ok 10,5 kg :) wzrost: 77cm, mój Pączuszek :)))

czwartek, 17 marca 2011

To jakiś koszmar ...

Popełniłam wczoraj w pracy w bardzo głupi i banalny sposób, bardzo poważny błąd :( Sprawa musiałam otrzeć się o najwyższe szefostwo :(
Mój świat chwilowo legł w gruzach a ja do tej pory nie mogę uwierzyć, że to w ogóle dzieje się naprawdę ! To nie powinno się w ogóle zdarzyć, NIE MNIE !!! Jestem jedną z najbardziej dokładnych, sumiennych i najlepiej zorganizowanych osób u nas w biurze, wszystko co robię jest zrobione dobrze, dokładnie i na tip top. I wszyscy to wiedzą. Przez ponad 10 lat pracy nigdy coś takiego mi się nie zdarzyło!

Byłam wczoraj na rozmowach z szefem i firmy i mojego działu. Podjęliśmy pewne kroki w celu odkręcenia sytuacji na tyle na ile się da.
Teoretycznie wszyscy wiedzą o mnie to co napisałam powyżej jak również to, że był to zwykły wypadek przy pracy i każdemu mógł się zdarzyć (tylko dlaczego akurat mnie ???)... tak jakby zostało mi to wybaczone ale sprawa nadal się ciągnie i jeszcze przez długi czas będzie się ciągnąć. Poza tym czuję, że jestem na językach wszystkich i, że w oczach ludzi wyszłam na ostatnią idiotkę, że bezpowrotnie zrujnowałam sobie opinię, na którą pracowałam tyle lat :( Nie mogę sobie z tym wszystkim poradzić.

Przeryczałam wczoraj pół dnia, nie wiem jakim cudem obyło się bez prochów uspokajających, wystarczyły rozmowy z bliskimi osobami. Ale dziś musiałam wstać rano i przyjechać tu znowu i stanąć przed tymi wszystkimi ludźmi twarzą w twarz. Istny koszmar!! Jechałam z duszą na ramieniu ale w miarę pokojna. Niestety po przekroczeniu drzwi znów mnie wszystko przybiło :(

A dopiero co zdążyłam napisać jak to fajnie mam w pracy...

Błagam niech to się okaże tylko koszmarnym snem!!!

poniedziałek, 14 marca 2011

Pół roku minęło ...

Pół roku temu (13 września) wróciłam do pracy, nawet nie zuważyłam kiedy to zleciało.
I nadal bym nie zauważyła ale komputer w pracy mi przypomniał bo zażądał zmiany hasła a żąda zawsze co pół roku i wtedy mnie tknęło, że przecież ledwo co zmieniałam, niedawno, po powrocie do pracy, to czego on ode mnie chce? A tu jednak wcale nie tak niedawno tylko właśnie pół roku temu...

Inna sprawa, że niedawno M powiedział, że już pół roku siedzi w domu z Małym A, tylko ja wtedy zupełnie nie połączyłam tego z moją pracą, zakręcona ;)

Jestem zadowolona, że wróciłam do pracy, M świetnie radzi sobie z Małym A a Mały A świetnie czuje się z M., ja wyrwałam się z domu a moje chłopaki mieli możliwość zbliżyć się do siebie co bardzo mi się podoba i cieszy :) Uwielbiam gdy M dzwoni do mnie i z dumą w głosie oznajmia, że nasz synek zrobił to czy tamto i umie już coś tam nowego. Gdybym była cały czas w domu to A nigdy nie zbliżyłby się do ojca bo nie dopuszczał do siebie nikogo oprócz mnie, tylko ja mogłam go ubrać, przewinąć, dotknąć, bawić, nosić, i w ogóle być przy nim. W żaden sposób nie mogłam namówić A żeby pobył też trochę z tatą. I nadal tak jest, że gdy jestem w domu to nikt inny dla Małego A się nie liczy i histeryzuje gdy oddalę się od niego choćby na metr ale już nie przeraża mnie tak bardzo to jego uzależnienie bo wiem, że tata też dla niego jest ważny i wiem, że świetnie się rozumieją, gdy oczywiście nie ma mnie w pobliżu ;) Gdy jeszcze siedziałam w domu to martwiłam się o ten brak więzi Małego A z tatą, teraz już się nie martwię, są ze sobą całe dnie i świetnie się dogadują :) Do tego jeszcze Mały A jest przy M zupełnie innym dzieckiem, zamienia się dosłownie w anioła. M czasem przysyła mi zdjęcia jak A siedzi sobie spokojnie na sofie, pod kocykiem i bajki ogląda! Często bawi się sam, nie krzyczy, nie złości się, zjada wszystko co M mu poda... przy mnie takie rzeczy się nie dzieją, zresztą napiszę to w zaległej notce o ukończonym 17 miesiącu...

Wracając do tematu to naprawdę muszę powiedzieć, że powrót do pracy wyszedł mi na dobre i mimo, że tęsknię, w czasie dnia brakuje mi przytulania puchatych policzków, całowania malutkich stopek i oglądania słodkich minek i w niektóre niedziele mam doła, że do pracy trzeba wrócić to jak już minie poniedziałek i się rozkręcę to wcale nie jest tak źle :) Nie jestem typem karierowiczki ale z drugiej strony nie mogłabym chyba tak na stałe siedzieć w domu. Potrzebuję też trochę jakiegoś innego zajęcia, innej odpowiedzialności niż tą, którą mam na codzień w domu. Jedyne co tak naprawdę mi przeszkadza to te dojazdy :( Czuję totalne marnotrawstwo tego czasu gdy jestem w drodze z lub do pracy :((( Czasu, który mogłabym po pracy spędzać z dziećmi. A ja spędzam 2 godziny (w jedną stronę!!) w zapchanym tramwaju, metrze i autobusie :(
I to naprawdę mnie wkurza.

środa, 9 marca 2011

No !!!

Wywalczyłam Nifuroksazyd!
Ale od początku.
W sobotę robiłam dwa podejścia, do dwóch lekarzy i żaden z nich nie chciał nam dać Nifuroksazydu bo upierali się, że Mały A ma biegunkę wirusową i Nifuroksazyd nie pomoże. Wsciekła byłam jak nie wiem bo matczyna intuicja podpowiadała mi, że jednak ten Nifuroksazyd by nam pomógł a do tego podejrzewałam, że zalecana dieta u nas za żadne skarby nie przejdzie więc ten Nifuroksazyd naprawdę był jedynym ratunkiem. No ale niestety jak już napisałam wcześniej recepty nie zdobyłam a dieta oczywicie nie przeszła.
Gorączka zeszła w niedzielę, także naprawdę szybko, niestety biegunka nie za bardzo chciała ustąpić. Ilość może i się zmniejszyła ale jakość pozostawiała nadal wiele do życzenia :/ Zakupiłam wszelkie słoiki, które w składzie mają ryż i ogólnie wydają mi się w miarę "łagodne" dla chorego brzuszka i jelit. Niestety poprawa do dziś nie nastapiła :( Jutro minie tydzień jak się tak męczymy i czekamy aż się unormuje. Rano stwierdziłam, że mam dość i wysłałam M z Małym A do naszej lekarki (poprzednie dwie konsultacje nie były u niej bo na nią nie trafialiśmy), która wiem, że jest skłonna do dawania leków i miałam wewnętrzne przeczucie, że jak usłyszy, że przez tyle dni nie ma poprawy to nam ten Nifuroksazyd da. No i przeczucie mnie nie myliło, udało się i M właśnie jedzie wykupić lek :) Teraz oby tylko jeszcze sprawdziło się moje przeczucie, że ten Nifuroksazyd pomoże.

niedziela, 6 marca 2011

17 miesięcy

Kilka faktów podsumowujących ukończenie 17 miesięcy mojego Smyka.
wypisane bez ładu i składu, tak po prostu ku pamięci mamusi :)

Mówi "czeć" (cześć) i podaje rączkę na przywitanie.

Każdorazowo po usłyszeniu słów "pa, pa", czy to na ulicy, w TV lub gdziekolwiek, podnosi rączkę, macha i woła pa pa :)

Przy wieczornym wyjściu z łazienki gdy tata go zabiera a straszy brat jeszcze zostaje (kapią się razem), żegna się z nim również machając łapką i mówiąc przy tym "pa pa".

Pokazuje paluszkiem, że "nie wolno" i się śmieje, także chyba nie za bardzo rozumie jeszcze przekaz tego gestu ;)

Powtarza charakterystyczny dźwięk "o, o" z Teletubisiów.

Buzia mu się nie zamyka (po mamusi ?), gada jak katarynka, bez przerwy wydaje z siebie jakieś dźwięki bez specjalnego ładu i składu (dla przeciętnego słuchacza), bardzo wszystko przeżywa werbalnie :)
Mimo tego zasób słów nie powiększa się :/

Przy bieganiu często przyjmuje pozę "na Małysza" czyli pochyla się do przodu, odgina wyprostowane rączki do tyłu i tak biegnie, skojarzenie jest chyba oczywiste :)

Nadal nie wykształciła się w nim funkcja "STOP", czyli nie zatrzymuje się praktycznie w ogóle, pomijając może kilka sytuacji ale o tym w następnych punktach .

Nawet jak siedzi to się rusza, pijąc soczek np. na siedząco na sofie przesuwa się po całej jej szerokości w tą i z powrotem a także w kółko wchodzi i schodzi, wciąż trzymając butlę.

Ogólnie bez przerwy włazi na wszystkie możliwe sprzęty, z jednego schodzi i od razu leci do następnego żeby na niego wejść. I tak w kółko cały dzień. Niestety trzeba go przy tym bardzo pilnować bo często po wejściu na dany sprzęt, wstaje i zaczyna iść po prostu przed siebie nie zważając na to co jest przed nim jak również na to, że może spaść :/
Ostatnio zastałam go klęczącego na dość wysokim krześle, przy kuchennym stole, na którym stał laptop i do tego właśnie laptopa Mały A się wspiął, klęknął sobie na krzesełku i zadowolony.
Innym razem gdy na niego przez chwilę nie patrzyłam to stanął na prostych nóżkach na siedzonku od chodzika-pchacza, który jest na kołach !! Włos mi się zjeżył.

Przez to, że jest taki ruchliwy to ciągle się o coś przewraca, potyka, uderza. Na szczęście przeważnie w miarę delikatnie na tyle, że kończy się na chwilowym płaczu i przytuleniu do mamusi. Bez względu na to w co się uderzy zawsze gładzi się rączką po główce :)

Ma coraz więcej swoich ulubionych kawałków, na których dźwięk po prostu zamiera, siada na dywanie przed TV, ogląda teledysk i słucha w wielkim zadumaniu :) To są właśnie te momenty kiedy na chwilę się zatrzymuje. I na szczęście takich "swoich" piosenek ma już całkiem sporo (ponad 20 spokojnie), rozpoznaje je po pierwszych taktach. Gdy skończy się jakaś jego piosenka a następna nie jest jego to podaje mi pilota i oznajmia po swojemu żeby przełączyć na coś co będzie mu się podobało.

Ogólnie jest umuzykalniony (po mamusi ?) i oprócz uwielbienia do słuchania teraz doszedł również taniec :) Taki klasyczny co większość dzieci w tym wieku wykonuje czyli obraca się wokół własnej osi :)

Jest bardzo zakochany w swoim starszym bracie, zresztą z wzajemnością, przytulają się, wygłupiają, ganiają. Mały A pokazuje czasem różki i jak mu się coś nie spodoba to potrafi się zamachnąć na Jota rączką ale jest wtedy zawsze przez nas strofowany, Jot też bardzo rozumnie podchodzi do takich zdarzeń, nie "oddaje" tylko podobnie jak my mówi, że nie wolno i tyle. Także nie istnieją u nas sytuacje opisywane często przez moje koleżanki, że dzieci o coś się biją, szarpią, kłócą. Naprawdę bardzo się z tego cieszę bo mam znajomą, której dzieci są w tej samej różnicy wieku co moje a kłócą się i szarpią o wszystko i to już od dawna. Myślę, że nasza sielanka to w dużej mierze wynik rozumnego i dojrzałego postępowania Jota w sytuacjach podbramkowych. Oby trwało to jak najdłużej :)

Pije syropy prosto z łyżeczki, dla mnie to szok bo Jota musiały trzymać 3 osoby żeby udało mu się co kolowiek podać :/

Nie chce pić z kubków niekapków, jeżeli już to prosto ze zwykłego kubka, niekapki są beeee. Jot też ich nie lubił i jakoś nauczył się pić z normalnego kubka bez wycudowanych niekapków także niekapek Aventu kupiony jeszcze za czasów Jota i użyty wtedy kilka razy tym razem również po kilku razach wylądował w szafce i stoi. Mnie tam nie zależy na jego piciu z tego bo denerwuje mnie mycie tych wszystkich części, wolę wymyć butelkę. Jot nie miał problemów z przejściem na zwykły kubek i widzę, że A też raczej sobie z tym poradzi także kubki niekapki uznaję za zbędny gadżet. Choć nie wiadomo co przyszłość przyniesie i może jeszcze zadnie zmienię :)

Niestety nadal robi mi dziwne akcje przy jedzeniu i dotyczy to tylko i wyłącznie mnie :( Ma apetyt, ładnie je prawie wszystko ale gdy jest ze mną to coś mu odbija i po zjedzeniu kilku łyżek odmawia dalszego jedzenia :( Poza tym mnie nie pozwala się wsadzić do krzesełka do karmienia i ja karmię go trzymając na kolanach.

Nadal nie je żadnych słodyczy :p jego przekąskę stanowią zwykłe "płatki" śniadaniowe Cheeriosy zbożowe i zwykłe pieczywo. Jot też nie jadł słodyczy w ogóle i to aż do 5-go roku życia bo ... nie chciał !! Musiałam go błagać żeby zjadł swój tort urodzinowy albo spróbował kawałek batonika czy czekoladki, nie chciał i koniec, nic a nic, cukierków, chipsów, po prostu nic. Najlepiej było gdy szliśmy do jakiegoś sklepu spożywczego a tam miła sprzedawczyni chciała Jota poczęstować cukierkiem a ten zawsze odmawiał, wszyscy się dziwili... Teraz Jot je słodycze jak większość dzieci i Mały A widząc to prawdopodobnie też by je jadł ale ja mu nie daję a on nie żąda więc jest git :) zobaczymy jak długo...

No i żeby być całkowicie szczerą i żeby nikt nie myślał, że to moje dziecko to tylko takie "och i ach" to muszę wspomnieć też o tych złych rzeczach, które niestety się pojawiły :( Gdy w Małego A wstępuje mały diabeł to A pokazuje swoją złość i niezadowolenie w bardzo dosadny sposób :( potrafi uderzyć, zadrapać a nawet ugryźć :( Stanowczo go tego oduczamy, ostatnio zaczął w końcu załapywać, że coś robi źle, więc myślę, że z czasem uda nam się to wyeliminować.

Mały A ostatni raz ważony i mierzony był w październiku !!! Także nie mam pojęcia ile waży i mierzy ale już wkrótce się dowiemy bo czeka nas wizyta ze szczepieniem :/

Nadal ma bardzo maleńkie, przesłodkie stópki. Rozmiar bucika na długość pasuje 19!! Dzieci w jego wieku noszę już przeważnie ok 21. To samo było z Jotem, teraz w wieku prawie 7 lat Jot ma rozmiar buta 26 gdy jego rówieśnicy noszą ok 30! A 26 to mają czterolatki. Małe stopy moich synów to cecha odziedziczona po babci od strony M.

Zębów nowych nie odnotowano.

Cały czas ma jasne blond włoski :) i takie trochę dłuższe bo takie mi się u dzieci podobają :)


Jot też takie miał:
zdjęcie robione na kilka dni przed trzecimi urodzinami

Z wielkim żalem zgodziłam się mu je obciąć dużo, dużo później...

sobota, 5 marca 2011

Wirus dopadł Małego A :(

Jest biegunka i upierdliwie nawracająca wysoka temperatura, dziś oscyluje w okolicach 39,8 :((( I w sumie tyle ale to wystarczy żeby się martwić i mieć kupę (i to dosłownie) stresu :(
I teraz to już chyba naprawdę mogę powiedzieć, że mój Synek przechodzi swoją pierwszą w życiu chorobę :( wcześniejszych łącznie 4 przypadków kataru i jednego przypadku temperatury (do dziś nie wiem zresztą od czego) raczej za chorobę nie uznaję. No ale teraz to już się nie wymigamy :(
Choć z drugiej strony pierwsze chorowanie w wieku prawie półtora roku to i tak całkiem niezły wynik, szczególnie, że (o zgrozo ;) !!!) Mały A był i jest karmiony butelką ;)

Niestety leczenie tylko objawowe i nic nam konkretnego lekarka nie dała a ja tak bardzo liczyłam na Nifuroksazyd :( I tu się mocno zdziwiłam bo zawsze myślałam, że to lek na biegunki wszelkiego rodzaju a to ponoć lek tylko na biegunki bakteryjne no a u A stwierdzono wirusówkę. Ciekawe, że przez tyle lat stosowania tego leku nie wiedziałam o tym a dziś potwierdziło mi to dwóch lekarzy! Mamy brać, standardowo: nurofen + paracetamol, dieta, lacidofil, enterol, orsalit i dużo pić.
Niby nic wielkiego no ale u nas oczywiście problem :( Bo Mały A chce pić tylko soki (a surowizny nie można) a smakowym orsalitem pluje na kilometr i wyczuwa go od razu w każdym podanym piciu czy jedzeniu :( a to takie ważne żeby uzupełniać niedobór elektrolitów w czasie takiej infekcji :(

Przypomniało mi się, że Hipp ma jakieś takie cudo marchwiowe w formie płynnej, na biegunki właśnie.



Kupiliśmy, już byłam szczęśliwa, że A będzie przyjmował coś co ma zbawienne działanie na jego problemy a tu zonk bo Mały Książe nie był łaskaw wypić czegoś co ma smak samej marchwi :( I całą moją nadzieję szlag trafił :( Nie wiem co robić, przecież on musi pić i to duuuuużo ale broń Boże soków a on nie chce nic innego :( i co ja mam zrobić? Z dwojga złego już chyba lepiej żeby pił te soki niż jak ma nie pić nic i mi się odwodnić ??? Z nerwów już prawie osiwiałam bo oczami wyobraźni widzę szpital i kroplówkę :( On musi zacząć pić...

piątek, 4 marca 2011

Miła niespodzianka.

Nadrabiając zaległości na blogach natrafiłam na bardzo miłą niespodziankę :) Od Maniusi otrzymałam wyróżnienie Kreativ Blogger a co za tym idzie również zaproszenie do zabawy :)



Za wyróżnienie bardzo dziękuję, choć muszę się przyznać, że to ja chciałam wyróżnić Maniusię :p no cóż, zostałam uprzedzona :)

Zabawa polega na wypisaniu 7 ciekawostek, których o mnie nie wiecie :)
Trochę trudna to sprawa bo czasem mam wrażenie, że wiecie już o mnie wszystko :p szczególnie osoby, które "znają" mnie jeszcze z poprzedniego adresu i czytają od dwóch lat :)

Jednak po głębszym przemyśleniu wynalazłam jeszcze to i owo:

1. Kilka lat temu (ale całkiem niedawno) przefarbowałam sobie dłuuugie blond włosy na kolor kruczo czarny :p to był dopiero szok w towarzystwie ;)

2. Mam bzika i obsesję na punkcie dat, głównie dat urodzenia ale również różnych rocznic itp. Nie wiem czemu ale strasznie ciekawi mnie zawsze kiedy ktoś ma urodziny i wyszukuję osoby urodzone w tym samym dniu, porównuję je ze sobą, szukam różnic, podobieństw i takie tam. Do tego wszystkiego wszystkie poznane daty zapamiętuję! Mam w głowie istne kalendarium urodzin rodziny, znajomych, znanych osób i ich dzieci. Zawsze jak ktoś powie mi kiedy się urodził to od razu w myślach szukam innych osób urodzonych tego samego dnia.
A najlepsze jest to, że wśród pamiętanych dat urodzin jest wiele osób, które w tym momencie nie pamiętają już nawet o moim istnieniu (np ludzie z podstawówki czy jakiegoś wyjazdu wakacyjnego) a ja pamiętam o ich urodzinach :)

3. Mam bardzo silnie rozwiniętą chorobę lokomocyjną, która okropnie utrudnia mi życie :( Robi mi się niedobrze prawie we wszystkich środkach lokomocji. Samochody i autobusy (najbardziej te niskopodłogowe) to dla mnie masakra !! A nawet tramwaje jeżeli są niskopodłogowe to podróż nimi również jest dla mnie nie do wytrzymania. Mam tak silne mdłości, że robi mi się aż słabo i dosyć długo potem dochodzę do siebie. Biorąc pod uwagę fakt, że codziennie dojeżdżam łącznie ok 3-4 godzin do pracy to naprawdę nie jest to fajne :/ Poza tym z chorobą tą wiąże się też to, że nie mogę w drodze nic czytać, nawet smsa w telefonie! Każde pochylenie głowy nad czymś do czytania i próba czytania kończy się jeszcze silniejszymi mdłościami i zawrotami głowy.
Ostatnio ok 30 stron tekstu czytałam łącznie aż przez 4 dni jeżdżenia do pracy, bo musiałam robić co chwilę przerwy żeby mdłości mi ustawały :/

4. Mam też taką dziwną przypadłość, że jak tylko zaczynam czytać to po kilku minutach zasypiam. I choćbym nie wiadomo jak była wypoczęta i wyspana a książka czy gazeta super ciekawa to ja i tak zasnę :( To też niezbyt ułatwiało mi przebrnięcie przez te 30 stron co miałam do przeczytania :/

5. Gdy byłam dzieckiem to mieszkałam w Egipcie, 1,5 roku. Chodziłam tam do szkoły i normalnie żyłam. Ostatnio na FB odnalazłam moją szkołę i klasę i przeżyłam szok jak zobaczyłam siebie na zdjęciu klasowym, które ja również mam tylko leży w albumie. W życiu bym nie pomyślała, że moje zdjęcia z dzieciństwa szwędają się po sieci ;)
Moim celem i marzeniem jest podróż sentymentalna na stare śmieci :)

6. Obecnie nie mam żadnych zwierzaków ale w dzieciństwie przez mój dom przewinęło ich dość sporo. Miałam: myszkę, chomika, świnkę morską, 3 żółwie lądowe (jeden przywieziony z Egiptu), kota, psa, rybki i 2 żółwie wodne. Ciekawe jest to, że z wiekiem nabrałam jakiejś niechęci do niektórych z posiadanych wcześniej zwierząt i tak np w tej chwili jakoś nie bardzo chciałabym mieć jakieś myszki, chomiki czy świnki morskie. Ale bardzo za to chciałabym mieć znów akwarium, tylko takie duże z 200 litrowe co najmniej i kiedyś znów będę mieć takie mieć :) Uważam, że to piękna ozdoba wnętrza :) i żółwia lądowego też będę mieć bo je uwielbiam :)

7. Lubię Hannę Montanę :p a nawet samą Miley Cyrus, strasznie podoba mi się ona jako kobieta, (czy może młoda kobietka) oraz uwielbiam jej głos, ostatnio wałkuję to:


No to teraz możecie się ze mnie śmiać :p

A do zabawy nominuję Yamini i Wyrodnąmamę :)

wtorek, 1 marca 2011

Jeszcze jeden górski akcent ;)

Przy okazji porządkowania teraz przywiezionych pamiątek przypomniało mi się, że spory czas temu Jot dostał od znajomych (którzy wrócili z gór), kierpce. Na Jota okazały się wtedy już za małe i wylądowały gdzieś w piwnicy. Teraz sobie o nich przypomniałam, poleciałam po nie do piwnicy, wyszperałam i przymierzyłam Małemu A. Jak dla mnie rewelacja :) Jemu też się chyba podobają ;)



Ale fajne kapce mom ;)