wtorek, 4 grudnia 2012

To był napad ;)

Wczorajszy wieczór a w zasadzie to późny wieczór, godzina prawie 24:00. Cisza, cały dom śpi. Chłopaki na górze, ja na dole w pokoju Starszego (tu mam lepsze dla moich pleców łóżko) Rysiek (nasz kot) pochrapuje obok mnie. Oglądam coś na laptopie gdy nagle dochodzą mnie jakieś bliżej nieokreślone dźwięki. Rozglądam się, nasłuchuję: co to, kto to i skąd to? Może, któryś z chłopaków na górze wstał do łazienki - uspokajam się w duchu choć wewnętrznie czuję, że to nie to bo dźwięki nocnych wycieczek do toalety znam i są jednak inne. Po chwili nasłuchiwania orientuję się, że dźwięki dochodzą (o zgrozo!) zza okna tylko gdzieś jakby z niższego poziomu niż okno. Z duszą na ramieniu gramolę się jak mogę z łóżka, Rysiek również wybudzony dźwiękami wstaje za mną i pakuje się na parapet, on już też wie gdzie jest intruz. Kuśtykam za Ryśkiem do okna a w tym momencie jak coś nie walnie w okno po czym słychać uderzenie o ziemię za oknem, spadło znaczy się ;) Serce mi prawie wyskoczyło a w tym samym momencie to coś znowu łubudu w okno i znowu spada na ziemię i zaraz potem jeszcze raz i jeszcze raz aż w końcu po kolejnym razie dostrzegam co atakuje mój dom: kuna !!! Ta kuna odbijała się od schodka pod oknem, wskakiwała na parapet i próbowała łapać się szyby rozpaczliwie machając po niej pazurami po czym spadała na ziemię by zaraz potem wskoczyć znowu na okno i tak w kółko! Stanęłam jak wryta bo jak żyję jeszcze czegoś takiego nie widziałam! Ja rozumiem: kuna na strychu, to norma w domach, ale kuna skacząca po parapecie i oknie ???
A jak myślicie jaka była moja następna myśl zaraz po tym gdy zorientowałam się co się dzieje? Tak jest, pomyślałam "aparat, gdzie jest mój aparat?" :))) Mój był daleko ale obok mnie na biurku stała moja pierwsza cyfrówka (straszny staroć!!!), złapałam, odpaliłam, pstryknęłam i... bateria padła (nienawidzę jak mi się tak dzieje, wrrr) ale udało się i mam, chociaż jedną fotkę, o, proszę, oto mój wczorajszy, nocny gość, można obejrzeć na moim fotoblogu, zajrzyjcie koniecznie :)

Jakość fatalna ale nie było czasu na ustawianie czegokolwiek, pstryknęłam na auto, tak po prostu byleby cokolwiek było, no i przez szybę, brudną ;)

Rysiek również obserwował kunę z ogromnym zainteresowaniem :) Dzieliła ich zaledwie szyba ale kuna nic sobie z tego nie robiła, skakała jak szalona i ewidentnie próbowała się do nas przez tę szybę przedostać. Pofatygowałam się po mój aparat bo taniec kuny na parapecie przed kotem to moment naprawdę wart uwiecznienia ale niestety gdy doczłapałam się z powrotem do pokoju kuny już nie było :( Rysiek jeszcze długo siedział na parapecie i wodził wzrokiem po ogrodzie aż w końcu wrócił na biurko, zawinął się w kłębek i poszedł spać. Ja też zasnęłam. Jakież było moje zaskoczenie gdy parę godzin później obudziło mnie kolejne walnięcie w okno, tym razem jednak było jednorazowe. Wygląda jednak na to, że kuna upatrzyła sobie nasz dom bo wczorajsza noc to była już druga noc kiedy nas odwiedziła, przypomniałam sobie, że jeszcze wcześniejszej nocy również wybudziły mnie jakieś dźwięki i przez moment widziałam cień zwierzaka z ogonem za oknem, cień przebiegł i zniknął, wtedy pomyślałam, że to kot dziś już wiem, że to była ta kuna :) Jak myślicie, czy dziś też przyjdzie ? Jakby co to ja jestem gotowa, aparat z naładowaną baterią stoi obok łóżka :) 

niedziela, 2 grudnia 2012

Wieści z placu boju.

W zeszły poniedziałek byłam na kontroli po dwóch tygodniach brania leków i leżenia.
Poprawa była minimalna czym byłam mocno zaniepokojona ale pan doktor powiedział, że to norma.
Powiedział jednak, że stan ostry już minął i fazie podostrej mogę zacząć fizykoterapię, dostałam skierowanie na prądy TENS i zwolnienie na kolejne dwa tygodnie.
Zabiegi (prądy) sobie ustawiłam, wzięłam dodatkowo lampę sollux. Udało mi się zacząć w środę czyli mam za sobą 3 zabiegi prądów z lampą. Efekt? Żaden. Wiem, wiem, to po prostu jeszcze za mało, cała seria może przyniesie jakąś poprawę.
I tak jakoś się trzymałam, zaczęłam zabiegi więc byłam pełna wiary i nadziei...aż do piątku kiedy to pan od rehabilitacji spojrzał na mnie jak kuśtykam i powiedział mi, że wszystko to co robię u niego i tak mi nie pomoże bo ten dysk to trzeba po prostu wsunąć na miejsce bo sam się nie wsunie. Nie ma to jak podnieść pacjenta na duchu :( Załamał mnie gość i to na poważnie. Bo ja 3 tydzień żyłam nadzieją, że będzie lepiej, że idzie poprawa i, że zabiegi mnie z tego wyciągną...
A ja nie wyobrażam sobie żadnego ustawiania kręgosłupa, wciskania dysku itp.
Poza tym mam mętlik w głowie, jedni każą już coś ćwiczyć, inni mówią, że jeszcze za wcześnie, jedni każą leżeć na twardym a inni mówią, że to bzdura, jedni wysyłają do kręgarza drudzy mówią, że Boże broń i z nimi to akurat się zgadzam.
A ja w tym wszystkim sama, w strachu i bezsilności i decyzję też muszę podjąć sama bo każdy lekarz i każdy rehabilitant mówi mi coś innego i przeważnie zaprzecza temu poprzedniemu...

Kolejna wizyta za tydzień. W tym czasie zabiegi i dodatkowe spotkania z rehabilitantką ale we mnie coraz mniej nadziei a coraz więcej lęku i strachu.

P.S. Miałam też rezonans magnetyczny - koszmar.

piątek, 16 listopada 2012

Świątek, piątek czy niedziela ...

... mnie tam wszystko jedno,każdy mój dzień wygląda teraz tak samo :( Leżę, syczę z bólu przy zmianach pozycji i czekam. Poprawa jednak nie nadchodzi :( Jako osoba z jednej strony bardzo ale to bardzo niecierpliwa naiwnie oczekiwałam jakiejkolwiek, choćby minimalnej poprawy już po 3 dniach, dziś mija dzień czwarty i nic, więc granice mojej cierpliwości zostały mocno przekroczone :( Z drugiej strony jako osoba posiadająca niezwykłe umiejętności dołowania się, zamartwiania oraz czarnowidztwa zdążyłam już sięgnąć czarnej rozpaczy i się w niej pogrążyć. Pozytywne myślenie ? Przykro mi ale w takie dobra luksusowe nie zostałam wyposażona.

Próbowałam się pocieszyć kisielową "Słodką chwilą szczęścia" ale nie podziałało :(


 Albo to zwykły pic na wodę albo na mnie nie działa ;) Obstawiam oczywiście to pierwsze, a raczej doskonale to wiem.

P.S. Młodszy od wczoraj gorączkuje. Dołączył do szpitala domowego. M nie wyrabia na zakrętach w lataniu między pokojami jako mąż, ojciec, lekarz, psycholog, kelner i sprzątaczka w jednym. Jest Bosko...

czwartek, 15 listopada 2012

Kto przynosi prezenty ?

moja rozmowa z Młodszym:
Ja: Wiesz kto przyjdzie po Ciebie jutro do przedszkola?
Młodszy: Wiem, babcia.
Ja: Tak babcia :)
Młodszy: A co przyniesie babcia? Plezenty? Nie, plezenty przynosi Mikołaj. - sam sobie odpowiedział Młodszy ku mojej wielkiej radości ;)
Ja: Tak prezenty przynosi Mikołaj. - potwierdziłam.
Młodszy: A gdzie mieszka Mikołaj?
Ja: Na biegunie.
Młodszy: Na biegunie ? Na biegunie mieszkają pinbiny (pingwiny) a nie Mikołaj mamo :D

środa, 14 listopada 2012

No i skończyło się rumakowanie :/

W niedzielę mój kręgosłup odmówił ze mną współpracy ostatecznie.
Objawiło się to tym, że promieniujący ból do nogi, który czułam wcześniej przez te parę tygodni tym razem był już tak silny, że ledwo dałam radę wstać z łóżka. Jednak wstać trzeba było bo jak to w weekend sama z dziećmi w domu byłam ... do dziś nie wiem jak, chyba jakimiś nadludzkimi siłami, przetrwałam tak całą niedzielę a potem jeszcze poniedziałek w pracy. Wieczorem pojechałam na planowane RTG. W rejestracji powiedziałam jaka jest sytuacja, że dwa tygodnie czekałam na to RTG i, że w tym czasie pogorszyło się tak, że nie jestem w stanie chodzić, bo ból objął mi już całą nogę i, że w takim stanie nie mogę teraz czekać jeszcze na wizytę u ortopedy kolejnego tygodnia tylko żeby może ktoś przyjął mnie jeszcze teraz po RTG. Miałam farta i miejsce u ortopedy się znalazło. Pokuśtykałam na RTG, przeszłam koszmar rozebrania i ubrania się a potem kolejny gdy pani mi oświadczyła, że na zdjęciach nic nie widać bo byłam nie przygotowana do zrobienia zdjęć. Szkoda, że nikt mi wcześniej nie powiedział, że muszę być w jakikolwiek sposób przygotowana, nic mi nie powiedziano ani w rejestracji gdy się zapisywałam ani też nic nie było napisane na skierowaniu, sprawdzałam ten papierek z obu stron, nie było nic. Słabo mi się przez moment zrobiło bo czekałam na to RTG dwa tygodnie i w tej chwili mój stan był już naprawdę nieciekawy a dodatkowo za chwilę miałam mieć przecież wyproszoną wizytę u ortopedy a tu zdjęcia nieczytelne :((( Następna rzecz jaka się okazała to taka, że opisu zdjęć nie robią od ręki tylko opis odbiera się parę dni później wraz ze zdjęciem. A teraz to nawet jakbym chciała ten opis mieć od ręki ze względu na nagłą wizytę to i tak nie ma kto tego zrobić bo lekarza od opisów już nie ma (miałam RTG na 19:00). Drugi raz mi się słabo zrobiło. Ale co tam, skoro na zdjęciu i tak nic nie widać to wzięłam je bez opisu i pokuśtykałam ze łzami w oczach (z bólu i bezsilności) do gabinetu ortopedy. Na szczęście trafiłam na ludzkiego lekarza i na "szczęście" przyczyna bólu była już w takim stadium rozwoju, że i na takim nieczytelnym zdjęciu było wszystko świetnie widać bo obejrzenie tego i diagnoza zajęła lekarzowi nie więcej niż 10 sekund.
Dyskopatia, wysunięty dysk, stan zapalny w ostrej fazie. To mój wyrok, który przykuł mnie do łóżka na dwa tygodnie. Ból był i jest jak najbardziej adekwatny do przyczyny. Jakakolwiek poprawa najwcześniej za parę dni. Pod warunkiem, że będę leżeć ale tak naprawdę leżeć i jak najmniej się ruszać, każde poruszanie pogarsza stan zapalny. Także to, że te ostatnie dwa tygodnie przechodziłam i nie wylądowałam od razu na zwolnieniu doprowadziły do stanu w jakim jestem teraz.
Całą drogę do domu przeryczałam. No bo jak to ? Leżeć ? Cały czas? Niby jak? A dzieci? Przecież to ja większość tygodnia, łącznie z weekendami jestem z nimi sama w domu, to ja odbieram Młodszego z przedszkola... A moja fotografia? Przecież właśnie teraz miałam zaczynać sesje świąteczne, tyle się miało dziać... i wszystko na nic :(((

Ja tymczasem grzecznie leżę i wstaję tylko wtedy kiedy naprawdę muszę bo przy każdym ruchu ból jest taki, że człowiek marzy tylko o tym żeby nie musieć się ruszać, biorę leki przeciwzapalne (jeszcze mocniejsze niż ostatnio bo tamte już nie pomagały), zwiotczające i osłonowe i czekam na poprawę, która na razie nie przychodzi.
Ten tydzień z opieką nade mną i dziećmi jakoś mamy ustawiony, co będzie w następnym zobaczymy ...

Poniżej dzieło Starszego, namalowane na płótnie dla babci z okazji urodzin, babcia jest miłośniczką herbaty ;) Oczywiście malowane na prędce przed samym przyjazdem jubilatki w dodatku pożyczonymi farbami, po które z wywalonym jęzorem kuśtykałam przez pół wsi w niedzielę gdy jeszcze mogłam kuśtykać a okazało się, że nasze farby są nie w naszej szafce (gdzie się ich spodziewałam) tylko w teczce w szkole  $%%%&^*&#%#$%$%^%^& trzeba było wtedy zobaczyć moją minę ;)

piątek, 9 listopada 2012

Zaległości

Ciągle brakuje czasu na opisanie wszystkiego tego co bym chciała opisać :(
Teraz na prędce wrzucam kilka faktów z dni ostatnich:
W przedszkolu odbył się halloweenowy bal przebierańców. Przypadkiem udało się nam kupić kostium tematycznie zgodny z zainteresowaniami Młodszego. Bardziej idealny byłby jakiś lew, tygrys albo żyrafa ale dinozaur, który nam się trafił też był całkiem całkiem bo niedawno jeszcze Młodszy latał po domu z podniesionymi rączkami, wydając przy tym dziwne odgłosy i pokrzykiwał, że jest "dinozalem" :)
Reakcja Młodszego na widok kostiumu była odmienna od tej, której się spodziewałam, zachwytów nie było. A na wieść o tym, że ma się przebrać to już w ogóle był stanowczy protest. On się za nic nie będzie przebierał. Nie i już.
Nie przejęłam się tym, zdałam się na doświadczenie pań przedszkolanek, wiedziałam, że za ich namową Młodszy stanie się "dinozalem". Nie myliłam się. Bal ponoć się udał co wiem oczywiście tylko z opowiadań a po balu w domu udało mi się Młodszego jeszcze raz namówić na przebranie i tym razem już na dłużej tak, że zdołałam pstryknąć kilka jakichś tam fotek na pamiątkę. Poniżej mój zbuntowany dinozaur :)

 P.S. A może to smok ???

Następnym faktem jest to, że nasz długowłosy Młodszy nie jest już długowłosy. Parę dni temu M obciął jego piękne włoski podczas gigantycznej histerii i jęków bo Młodszy boi się maszynki :/// Poniżej ostatnie zdjęcia z długimi włoskami ...


A poniżej nasza szczerbata dynia :D


Wiem, wiem, już dawno po fakcie ale co tam, lepiej późno niż wcale. Dynia była i czekała, Starszy bardzo chciał mieć taką swoją więc jak wczoraj nadarzyła się wolniejsza chwila to się wzięłam za robotę. I wiecie co, okazało się, że to wcale nie jest takie łatwe albo moja dynia była jakaś gruboskórna. Tak czy inaczej strasznie się namachałam ale wycięłam :) Co prawda ciachnęłam jej niechcący jednego zęba ale może odrośnie ;)

Co jeszcze? Kupiliśmy chłopakom super buty na zimę z rzutu promocyjnego w Lidlu. Młodszy niezmiennie rozmiar 22 :) a starszy 29 bo 28 nie było ;) Ale chyba dorósł w końcu do 29 bo mówi, że dobre.


Nasze zdrowie ciągle niedomaga a najbardziej moje. Kręgosłup mocno promieniuje mi do nogi ale jeszcze jakoś chodzę. 12-go mam RTG, 19-go wizyta, zobaczymy... Póki co trochę tylko zwolniłam ale sesje umówione dużo wcześniej odbyć się muszą.
Z jednej z nich jedno zdjęcie jako zapowiedź trafiło wczoraj na mojego fotobloga, zainteresowanych zapraszam do obejrzenia tutaj, dziś lub jutro kolejna część.

piątek, 19 października 2012

Jadę!

Jadę, jadę, od 30 minut siedzę w autokarze :) Co za czasy, internet w podróży, wow ;)
A teraz czeka mnie upojne 5 godzin ciszy i świętego spokoju, kolejne wow ;) Kiedy ja ostatni raz miałam taki komfort ? Hmmmm, 3 lata temu ? Może. A może i jeszcze dawniej. Także te 5 godzin nie stanowi dla mnie żadnego problemu, doskonale wiem jak je wykorzystać. W końcu posłucham sobie mojej ukochanej muzyki, której nie mam kiedy słuchać bo w domu ciągle leci Mini Mini na zmianę z Disney XD. I może uda mi się przeczytać pewien miesięcznik fotograficzny, który kupiłam w czerwcu i do dziś nie miałam czasu przeczytać i jeszcze jedna książka o technikach fotografii czeka w torbie jakby co ;) ale do niej to pewnie już nie dojdę bo jak znam siebie to zasnę już w trakcie tej gazety.
Nie wiem tylko jak mój kręgosłup zniesie tę pozycję przez 5 godzin bo już mnie boli :/

 P.s. Aparatu postanowiłam jednak nie brać, wzięłam za to telefon służbowy, nie wiem po jakiego czorta bo przychodzą mi na niego wszystkie maile i mi pika co parę minut a ja to czytam zamiast olać :/ Także bez aparatu czuję się jak bez ręki a z tym telefonem jak ze zbędnym bagażem :/

czwartek, 18 października 2012

Stacja Chill Out

To już za chwilę, no dobra, za parę godzin.
Rzucam wszystko, tak jak jest, niedokończone, niezałatwione, rozgrzebane.
Rzucam i jadę.
Po parę oddechów bezstresowym, świeżym (bo innym) powietrzem, z dala od domu, z dala od problemów. A co, należy mi się! Bo kryzys dość mocno zawitał w me progi i wszystko nabrało ciemno-szarych barw, a mimo, że tak bardzo kocham świat w black&white to tym razem jest co nieco za bardzo black :/
I z całą pewnością nie jest to żadna tam depresja jesienna ... przecież jesień tak pięknie koloruje ...
Pojadę po parę chwil ciszy i świętego spokoju ;) po parę chwil tylko dla siebie i z kimś kogo nie widziałam już wieki a kto jest mi bardzo bliski i kogo bardzo w chwili obecnej potrzebuję. Ja też temu komuś potrzebna jestem ...
Nasza przyjaźń (naprawdę wyjątkowa) z pewnych powodów została mocno zaniedbana i czas najwyższy to naprawić, może się uda a przy okazji spędzimy miło (jak to zwykle bywało) czas... z dala od problemów, razem, jak za starych czasów :)
Także jeszcze tylko parę godzin do wyjazdu, potem parę godzin na dojazd do celu i będę na mojej stacji Chill Out :) Ale to dopiero za parę godzin a póki co, mam chill out w poniższej wersji ;)


P.S. Miałam nie brać aparatu... żeby oderwać się już tak totalnie od mojej codzienności. Ale czy to aby na pewno dobry pomysł? Czy wytrzymam, czy nie będę żałować ? Przecież tak to kocham ...

poniedziałek, 15 października 2012

Refleksyjnie...

Miało być o tym czemu nie piszę, o tym jak nie mam w ogóle na to czasu...
Bo dzieci chorują, raz jedno raz drugie albo razem. Ja pracuję już prawie na 3 etaty: w czasie dnia jako szary pracownik, popołudniami jako mama a gdzieś po nocy jako kobieta starająca się zrealizować zawodowo w swojej pasji... powoli dopinam wszystko na ostatni guzik ale ciągle coś niedokończone, niezałatwione, a jak jedną rzecz odhaczę  z listy to już dwie nowe dochodzą. I ciągle mówię sobie, że jeszcze tylko ten tydzień a potem już się uspokoi, potem odsapnę, zwolnię tempo i zacznę żyć i delektować się tym życiem.

Niestety, te tygodnie mijają a spraw coraz więcej. Cały czas pędzę i wiem, że nie tylko ja.
A gdy my tak pędzimy inni nagle umierają, zostawiają za sobą swoje życia, takie niedokończone i nic już nie ma znaczenia ...
Skąd takie myśli? Nie, nie, wcale nie przypadkiem. Wczoraj zmarła bliska koleżanka z pracy mojego M. I dowiedzieliśmy się o tym w tak banalnej sytuacji, chwilę potem gdy wyszliśmy z kina z komedii. To miało być takie oderwanie się, miłe, relaksujące wyjście, które zdarza nam się średnio raz na dwa lata ... Ona, młoda, mądra, piękna kobieta i choć w żaden sposób nie była mi bliska smutek udzielił się i mnie. Obejrzałam zdjęcia, trochę poczytałam o Niej, wczoraj słuchałam wspomnień M, dziś łzy same płynęły ...

Zatrzymałam się na chwilę.
Wyszłam z dziećmi do ogrodu, ciepłe jesienne słońce, kolory, piękna złota jesień, żal umierać...

A jutro wszystko znów zacznie pędzić, szkoda :(((

Od drugiej minuty, ciarki mi przechodzą ...

niedziela, 7 października 2012

3 świeczki


Wczoraj Młodszy skończył 3 latka :)

Było wszystko tak jak miało być i tort ze zwierzątkiem i wyjście do rodzinnego parku rozrywki gdzie główną atrakcją były/są oczywiście "zezątka" i przejażdżka na kucyku (wow!!!) i skakanie po figurach zwierząt w tym dinozaurów, i bieganie po gigantycznych placach zabaw, zjeżdżalnie, drabinki i inne cuda. Wszystko aby na buzi jubilata gościł uśmiech :) I gościł :) I było pięknie :)

Tylko niech mi nikt nie pisze jaki to już duuuuży chłopak ;) Wcale nie duży, dla mnie nadal maleńki, mój mały, kochany syneczek, co wczoraj obchodził "ulodziny" :) Kocham ...