czwartek, 6 października 2011

730 dni i 7 nieszczęść

Dziś o 10:15 Młodszy skończył 2 latka, jest z nami 730 dni!


Niestety w kolejny rok życia wszedł z mega katarem, temperaturą 38 stopni i (co najgorsze), mega chrypą i gruźliczym kaszlem :( Jednym słowem choróbsko w końcu się ujawniło, w 7 dobie od pierwszych oznak, że coś jest nie tak. A jeszcze wczoraj pisałam, że jest tylko stan podgorączkowy bez żadnych objawów chorobowych. Szkoda tylko, że rozwinęło się w dniu urodzin :(
A. od rana był w kiepskim stanie, zamulony, zachlipiony, zakaszlony, wyglądał jak 7 nieszczęść, ale najgorzej i tak było z głosem, ledwo wydobywał z siebie dźwięki, a w zasadzie tylko rzęził ! Podony dźwięk wydobywał z siebie podczas kaszlu. Dostał Nurofen i syrop na kaszel, po jakimś czasie nastąpiła lekka poprawa. Na badania dziś nie pojechaliśmy bo po pierwsze nie za późno wstaliśmy, potem A. był w tak złym stanie, że nie chciał nic wypić więc nie miał czym siusiać a na koniec skonsultowaliśmy z naszym wujkiem pediatrą sens targania teraz zmarnowanego dziaciaka na badania, skoro infekcja i tak już wyszła i w sumie wiemy na czym stoimy. Mamy tylko ewentualnie spróbować jutro pobrać próbkę na posiew moczu żeby ostatecznie drogi moczowe wykluczyć. Badania ogólne mamy zrobić po infekcji.

A wracając do tematu dnia to W ramach symbolicznego świętowania urodzin A. dostał dziś symboliczną wersję prezentu, kupowaną przyznam szczerze na szybko dziś rano. Prezent nie drogi a okazał się rewelacją :) Ciuchcia Tomy, całkiem spora, jeżdżąca, z odgłosami jadącego pociągu i... lecącym dymem z komina w czasie jazdy, hit ! Koszt: 35zł :) Radość w oczach dzieci, bezcenna ;)

P.S. A. jest właśnie na wizycie u naszej pani doktor a nasza sobotnia impreza urodzinowa stoi pod dużym znakiem zapytania ...

środa, 5 października 2011

Po bilansie

Byliśmy wczoraj na bilansie dwulatka. Już zapomniałam jak to jest na takiej wizycie, że przeprowadzają taki cały wywiad i w ogóle :) Bilans wypadł bardzo pomyślnie, nie ma się do czego przyczepić, no może jedynie do wagi i wzrostu ale co tu zrobić jak ani rodzice ani brat gigantami nie są i nigdy nie byli. Adaś waży ok 11,5kg, dokładnej wagi nie znam bo o samodzielnym zważeniu nie było mowy i ważenie odbyło się na rękach mamy. Na siatce centylowej wygląda to lepiej niż się spodziewałam bo myślałam, że będzie na 3 centylu a jest powyżej 10-go :) Z wzrostem niestety jest ciut gorzej bo zaledwie 3 centyl, 82,5cm.

I w sumie to, że jest drobny bardzo dodaje mu uroku bo wiadomo: małe jest piękne ;) ale z sentymentem wspominam zeszłe wakacje kiedy to Adaś miał nadwagę i wyglądał jak pączek a pani doktor kazała kaszki odstawiać czego ja oczywiście nie posłuchałam :)Cała wizyta odbyła się niestety przy mega wielkiej histerii :( Adaś niestety nie wiedzieć skąd ale ma uraz do przychodni i źle reaguje już na samo wejście do gabinetu :/ Nie wiem zupełnie czemu bo przecież tak naprawdę chory był raz w życiu i nie chodzi zbyt wiele po przychodniach pomijając wizyty obowiązkowe dotyczące szczepień itp.

Do tego wszystkiego wczoraj A. miał jeszcze stan podgorączkowy, który głównie objawiał się pojękiwaniem, złym humorem oraz tym, że A. nie odstępował mnie jeszcze bardziej niż w sytuacjach gdy się dobrze czuje. Także każda jakakolwiek próba wyrwania go z moich ramion, do badania czy mierzenia powodowała napad szału i histerii u A., przez co nie była to zbyt miła wizyta :( choć nasza pani doktor wcale nie była zniechęcona zachowaniem małego i spokojnie go badała, starała się uspokoić itd.

Na koniec powiedziałam o minionym czwartku, wymiotach, wysokiej temperaturze i o tym, że w sumie cały czas u dziecka utrzymuje się stan podgorączkowy i mimo, że nie jest wysoki bo ok 37,5 stopnia to niepokojące jest to, że utrzymuje się już kilka dni (wczoraj to było 5 dni, dziś już 6) a co gorsza nie za bardzo spada po podaniu Nurofenu. Ponieważ jednak przez te wszystkie dni nie pojawiły się żadne dodatkowe objawy to zrzuciliśmy winę na ząbkowanie (które też obecnie się A. przytrafiło) i przyszliśmy na dzisiejszą wizytę. Pani doktor po części przychyliła się do naszej teorii ale jednak na wszelki wypadek dała skierowanie na morfologię i mocz, badanie ogólne i posiew.
I tak jak jeszcze wczoraj byłam w miarę spokojna to dziś już się bardzo denerwuję co te badania wykażą, podejrzenie idzie głównie w stronę układu moczowego:( Poza tym przyznam szczerze, że zupełnie nie wiem jak pobierzemy te próbki moczu :/ szczególnie, że do posiewu to musi być super sterylne :/ Żadne woreczki nie wchodzę u nas w rachubę, A. albo by je od razu zerwał albo nawet w ogóle nie pozwoliłby sobie tego przykleić. Nie wiem jak to zrobić :( Jutro rano czeka nas zabawa :/ a badania trzeba zrobić jak najszybciej i tak mamy już jeden dzień w plecy bo nie mogliśmy zrobić tego dzisiaj :( A morfologia niby łatwiejsze do pobrania ale też nie mam gwarancji jak pójdzie wkłucie i ile płaczu będzie to kosztowało moje biedne dziecko, w dodatku w tak ważnym dla mnie i dla niego dniu, który wypada akurat jutro i miał być dla nas samą przyjemnością ...

niedziela, 2 października 2011

Sajgon

Pobudka przed 8. A. ciepły ale tylko trochę, ogólnie w miarę dobrej formie. Schodzimy po cichutku na dół żeby nie obudzić Jot, który jeszcze śpi a sen w jego stanie jest mu bardzo potrzebny. Szykuję mleko dla A., kawę dla siebie i myślę o tym jak to dziś będzie miło i spokojnie. Z A. lepiej, Jot pewnie też obudzi się już w lepszym stanie. I w momencie gdy to sobie myślę, spotykam przed sobą zapłakanego Jot. Wyjąkał, że głowa znów go boli, sprawdzam czoło - aż parzy :( Mierzymy temperaturę: 40,0 !!! Przeraziłam się, szybko pod koc, ibuprom, zimny kompres na głowę, Jot ma dreszcze, płacze, czekamy... Po godzinie jest nadal źle, znowu mierzymy temperaturę: 40,2 !!! No jak ??? Po ibupromie? Rośnie? Teraz to się na dobre przeraziłam. Musimy do lekarza, natychmiast! Ale jak? Ja nie mam ani prawka ani nawet samochodu. Autobusem? Z dwójką chorych dzieci? Z czego jedno w stanie ciężkim? NO WAY! Całe szczęście, że miał nas kto zawieźć. Przedtem tylko szybka akcja organizacji dwóch fotelików bo nasze w samochodzie M a M w pracy. W końcu pojechaliśmy. Zamiast państwowo do szpitala oddalonego o 5 minut drogi, na moją decyzję jedziemy na drugi koniec miasta do przychodni prywatnej gdzie mamy abonament. Mam przeczucie, że tam lepiej się nami zajmą. Zajęli się bardzo dobrze ale zanim to nastąpiło to spędziliśmy upojne 40 czy nawet 50 minut w poczekalni z co najmniej 20-tką innych schorowanych dzieciaków i ich rodziców. Takiego tłumu nie widziałam nigdy nawet w państwowej przychodni! Jot ledwo zipał a A. roznosił całą poczekalnię, którą zwiedził w 5 minut a potem wszystko było już źle, generalnie koszmar :( Zachciało mi się prywatnej przychodni, było jechać do szpitala, nie raz tam w weekend z Jot byliśmy i nigdy nie było tam więcej niż 1 dziecko w kolejce.
Ale jak już przejechaliśmy pół miasta to już zostaliśmy.

Jot dostał antybiotyk, A. też, to jego pierwszy w życiu :/ ale jutro podejmę decyzję czy mu go podam, u Jot nie było co się zastanawiać, pierwszą dawkę wziął zaraz po powrocie do domu.
Teraz od dawna wszyscy już śpią. Ja dogorywam, miałam obrabiać zdjęcia ale nie dam rady. Jedno chore dziecko to trudna sprawa ale dwoje chorych dzieci to już koszmar, szczególnie gdy jest się z nimi samemu w domu i nie ma się nikogo do pomocy :/ nie potrafię nawet opisać ile przeróżnych czynności wykonałam dziś nad tą moją chorą dwójeczką, co chwilę coś ...
Oby jutro było lepiej.

Zasnęli po 16:00, normalnie o tej porze nie ma mowy o żadnym spaniu, ale potrzebowali tego snu, ja zresztą też ;)

sobota, 1 października 2011

Chorujemy :(

Jot rozchorował się po pierwszych dwóch tygodniach chodzenia do szkoły. Było w miarę łagodnie, nie było go w szkole chyba tylko dzień czy dwa. Niestety zaraził wtedy M a niedługo potem mnie. Minęły kolejne dni i gdy już wydawało mi się, że wyszliśmy na prostą to od wtorku znów mamy szpital :/
Zaczęło się znowu od Jot i tym razem niestety nie jest już łagodnie :( Temperatura prawie 39 stopni utrzymuje się od wtorku (!!!), byliśmy u lekarza w czwartek i niby nic tylko zwykła wirusówka, syropki miały pomóc. Nie pomogły i jakoś coraz mniej wierzę, że pomogą :( Jot narzeka bardzo na gardło i ból głowy, który wiadomo jaki jest przy tak wysokiej temperaturze. Z temperatura walczę podwójna siłą, czyli: ibuprom + paracetamol w godzinnym odstępem. Na gardło Tantum-verde spray + coś tam do ssania a oprócz tego sięgnęłam dziś po coś silniejszego, mam w domu Bioparox :) Mam nadzieję, że taki zestaw w końcu złagodzi mu jakoś ten ból.
Żeby tego wszystkiego było mało to w końcu rozłożyło też A. :( Myślę, że i tak długo się trzymał w zdrowiu przy takiej dawca zarazków jakie otrzymywał cały wrzesień. Wczoraj w nocy zaczął gorączkować i zwymiotował. Był w takim stanie, że nawet nie miałam jak mu zmierzyć temperatury, zresztą nie trzeba było bo był gorący jak piec, a ostatnim razem jak był taki gorący to miał 39,8. Zwymiotował niestety chyba prawie całą dawkę Nurofenu w syropie, który dostał :( W ogóle zresztą nie dawał sobie tego podać :( Jednym słowem skończyły się czasy kiedy syropki były łykane grzecznie z łyżeczki. Po zwróceniu syropu nie było sensu podawać już drugiej dawki tą samą drogą, też by zwrócił. Poszłam po czopki, miałam niestety tylko paracetamol i to w za małej dawce, musieliśmy podać dwa :( Chciałam mu zrobić zimny okład na głowę ale zrzucał go sobie z histerią. Odpuściłam, przemyłam mu tylko tym okładem buzię i głowę bo był cały w wymiocinach :/ Leżeliśmy potem razem dość długi czas aż zasnęliśmy...
Dziś rano Adaś obudził się w miarę dobrym stanie ale już 10 minut później temperatura urosła znowu. Tym razem udało mi się zmierzyć: 38,8, udało mi się również podać Nurofen w syropie, niestety poprawa jest niewielka :( U Jot bez zmian, temperatura, gardło, kaszel.

I tak nam minął wrzesień i zaczął się październik :(

A dziś taka piękna pogodna, cudna złota jesień, a my chorzy i do tego sami w domu bez M :(

sobota, 24 września 2011

DZIAŁO się

Dwa tygodnie temu będąc na spacerze, całkiem przypadkiem natknęliśmy się na nie lada atrakcję. 
Jot był w swoim żywiole, Młodszy też :)

 Sprzęty sprowadzone rekonstrukcję bitwy. Dopóki nie okleili ich kartkami z zakazem włażenia, włazić można było do woli :)

piątek, 23 września 2011

Nasz mały - wielki sukces :)

W dniu dzisiejszym, Adaś, po dłuższym czasie biegania bez pieluchy, w pewnym momencie podszedł do nocniczka i go podniósł, zapytany czy chce zrobić siusiu, powiedział, że tak, po czym bez żadnych awantur (jak to bywało wcześniej ze względu na strach przed nocnikiem), pozwolił się posadzić i ... pięknie zrobił swoje pierwsze, świadome (!!!) siusiu do nocniczka :) Oczywiście dostał ogromne brawa. A ja jestem z niego tym bardziej dumna ponieważ muszę przyznać, że ja raczej z tych leniwych matek jestem i niezbyt przykładam się do nauki nocnikowania, a prawdę mówiąc to wcale się nie przykładam ;)

wtorek, 6 września 2011

Bilans prawie dwulatka

Czas leci coraz szybciej, co chwilę mija kolejny 6-ty.
22 miesięcy nie odnotowałam, nadrabiam to dziś, gdy kończymy 23 miesiące. Aż 23 miesiące! Rany to już? Czyli teraz już tylko chwila i będę mamą dwulatka? A ja wcale jeszcze nie chcę, nigdzie mi się nie spieszy, tak jest dobrze, gdy mój A. jest taki malutki, słodziutki, pulchniutki. Gdy rozbraja nas swoim słowotwórstwem i pomysłami, gdy bawi się i zachowuje tak bardzo dziecinnie jeszcze a jednocześnie dorośle, taki mój stary-malutki :)

Zasób słów powiększa się z każdym dniem, nie da się już tego ogarnąć i spisać, większość brzmi naprawdę zabawnie ale najbardziej podoba mi się: bibra (zebra, wcześniej nazywana bebrą), ticia - kicia, oraz ciapcia - babcia.
Gdy kot był u nas pierwsze dni i spędzał czas schowany pod łóżkiem to A. kładł się na podłodze, zaglądał pod łóżko i wołał: "ticiu, ticiu!" :)

A. jest małym porządnisiem i czyścioszkiem, bardzo nie lubi mieć ubrudzonych rączek, wyciera je wtedy w co popadnie a jak widzi coś co w jego mniemaniu może być brudne a chce to coś wziąć to dotyka to przez dwa paluszki, tak aby dotknąć jak najmniej :) Chyba odziedziczył trochę pedantyzmu po mnie ale raczej nie tak wiele jak Jot.
Gdy coś mu upadnie albo się rozleje to staje obok tego czegoś i głośno woła "o,o" jak teletubiś ;) a potem próbuje podnieść, posprzątać czy coś aby tylko był porządek. Jego porządnictwo wcale jednak nie przeszkadza mu w rozrzucaniu innych rzeczy i zabawek po całym pokoju ;)

Nie potrzebuje dużo snu, potrafi spać maks 40 minut dziennie podczas gdy jego rówieśnicy nadal urządzają sobie drzemki nawet po 2-3 godziny!! Za to uwielbia bawić się w spanie. Ciągnie mnie na górę do sypialni, pakuje się na łóżko i zaczyna się mój ulubiony teatrzyk :) A. najpierw pokazuje na skarpetki i mówi, "to, to", znaczy, że mam je mu zdjąć, następnie pokazuje na spodenki, potem na pieluszkę, bluzeczkę i co tam jeszcze ma na sobie. Generalnie po kolei każe się rozebrać do rosołu a potem szczęśliwy zakopuje się pod kołdrą, kładzie łepek na podusi, zamyka oczka i zaczyna chrapać. A ja wymiękam tak słodko całe to przedstawienie wygląda :)

Jest generalnie inny niż wszystkie dzieci w podobnym do niego wieku bo:
*nie lubi piaskownicy, podchodzi raz na jakiś czas ale nawet do niej nie wchodzi. Nachyla się tylko nad nią żeby wyciągnąć coś co akurat tam leży a jest mu potrzebne. Przy czym robi to właśnie dwoma paluszkami tak żeby się piaskiem przypadkiem nie pobrudzić, a ponieważ jest to raczej niewykonalne to z niezadowoloną miną otrzepuje później piasek z rączek.
*nie zainteresował się w ogóle wodą w jeziorze, a przecież takie maluchy aż lecą do takiej wody! Pamiętam wakacje nad morzem z Jot gdy miał 2 latka, rwał się jak wariat, byle tylko do morza, do wody, awanturował się gdy go zatrzymywałam, a A. gdy stanęłam z nim na brzegu jeziora i chciałam zamoczyć mu nóżki to podkurczył je pod siebie i wpadł w histerię. Zrobiłam kilka prób i podejść ale zawsze kończyło się tak samo, więc po którymś razie odpuściłam bo po co miałam go zmuszać. Przynajmniej nie miałam histerii przy wychodzeniu z wody :)
*nie lubi huśtawek - posadzony zaraz każe się zdejmować i też raczej nie spotkałam się z tym u innych dzieci.
Mój syn to po prostu oryginał indywidualista ;)

Nadal za to uwielbia wszelkie cudze buty, przymierza wszystko co tylko napotka na swojej drodze i łazi w tym do znudzenia.



Za to jeśli chodzi o jego własne buty to nie pozwala założyć sobie żadnych innych oprócz jednej pary adidasów i kaloszy. Wszelkie próby włożenia mu na stopy czegoś nowego kończą się mega histerią :/ Pamiętam, że podobnie było z Jot, też nie akceptował nowego obuwia, ale też w przeciwieństwie do A. nie nosił cudzego :)

Na wakacjach A. mógł bawić się takim dmuchanym konikiem,
który z wyglądu jest taki zupełnie nieciekawy i niepozorny a wywołał falę radości i był mocno eksploatowany, że już nie wspomnę o tym, że pierwszego dnia pobytu, A. gdy wychodził z pokoju zabaw to złapał konika za ucho i wytargał go za sobą, no przecież konik idzie z nim ;)
Gdy wróciliśmy z wakacji do domu zaraz znaleźliśmy koniki w necie bo bardzo chciałam aby A. miał takiego swojego. Ku mojej uciesze okazało się, że zabawka jest przystępna cenowo a co lepsze są różne wzory zwierząt i kolorów, także stanęliśmy przed trudnym wyborem: ukochana muuu czy może jednak bibra, która ostatnio też stała się jednym z ulubionych zwierzaków. Muuu miałam kiepskie ubarwienie bo nie miała klasycznym plam więc stanęło na bibrze :) I tak oto nasz salon wzbogacił się o kolejny gabarytowy sprzęt dziecięcy w takiej oto postaci:
A piał z zachwytu gdy przyszła paczka i zobaczył bibrę :))) Powiem więcej, siedmiolatek też się świetnie bawi taka bibrą, skacze na niej po całym domu :) Także zabawkę szczerze polecam bo robi wrażenie, na dzieciach :)

Zmienił się trochę nasz repertuar telewizyjny, Roztańczona Angelina definitywnie poszła w odstawkę za to przyszedł etap Krecika :) Syn mi dorasta ;)
Zbiór wszelkich krecików mamy ogromny bo przy Jot co chwilę kupowałam kolejną płytę z kolejnymi bajkami krecika, głównie z sentymentu i wspomnień własnego dzieciństwa. Nadal chętnie wracam do tych bajek mimo, że prawie wszystkie znam już na pamięć. W następnym etapie pewnie będą słynni "Sąsiedzi", przynajmniej w takiej kolejności szedł Jot.

Niestety nadal trwa bunt na jedzenie w weekendy. W tygodniu zjada wszystkie posiłki, nawet w powiększonych porcjach bo po swoim jedzeniu wyjada z talerza taty lub brata :) Gdy przychodzi weekend, A. uznaje, że jeść nie potrzebuje i dostaje histerii na samo słowo obiadek czy zdanie, że musi coś zjeść :/// I jest coraz gorzej bo ostatnio odmawia się już dosłownie wszystkiego, potrafi całe dnie wytrwać na samym piciu i kilku gryzach kanapki czy obiadu. Zaczynam powoli rwać włosy z głowy w tym temacie ale co mam zrobić, przecież go nie zmuszę. Zaległości jedzeniowe nadrabia po weekendach kiedy to wszystko wraca do normy. Jednak nie do końca zadowala mnie taki taki schemat żywieniowy, niestety nie mam wpływu na jego ustalanie :(

sobota, 3 września 2011

Zaległa fotorelacja

Kto jeszcze w ogóle pamięta, że byliśmy na jakimś urlopie i miałam wstawić o tym notkę? Ja pamiętam :) choć od naszego wyjazdu dziś właśnie mija już dokładnie miesiąc! Wyjazd trwał zaledwie 7 dni a wrażeń, zdarzeń, wspomnień i zdjęć uzbierało się tyle, że w natłoku spraw codziennych dopiero teraz zdołałam to ogarnąć i stworzyć notkę ku pamięci. A w zasadzie to fotonotkę.

No to jedziemy, zapraszam na Mazury :)

Poranek w dniu wyjazdu.

Mama szykuje, pakuje, dzieci polegują przed TV i czekają...


błogi sen w drodze...

Gdy w końcu dojechaliśmy na miejsce otworzyła się przed nami brama...do RAJU :D

... gdzie czekał na nas ten piękny dom ...

a na około domu ogromny teren, z sadem, ogrodem, placem zabaw, basenikiem, miejscem na ognisko i bocianami nad głowami :)

 A potem było tak:

... relaks nad jeziorem, który mógł nastąpić tylko w tej krótkiej chwili gdy Mały A pił, w pozostałym czasie odbywał się regularny rajd przy brzegu, po pomoście, w krzaki i wszędzie indziej byle tylko nie w spokoju na ręczniku ;) 
Wycieczka do zamku w Karnitach i jedna z największych atrakcji, labirynt z przygodami i ciekawostkami takimi jak np. owieczki :) Mały A był zachwycony :)

Zachwyt był też oczywiście nad zwierzętami, które mieszkały z nami w ośrodku. A. od niepamiętnych już czasów uwielbia zwierzaki, głównie psy, koty i wspominane kiedyś krowy. Na wyjeździe zwierząt było pod dostatkiem, w naszym ośrodku mieszkał z nami pies gigant i dwa koty oraz krowy u sąsiada :)

Dzień przed wyjazdem był moment gorszej pogody więc pojechaliśmy do miasteczka golfowego, które okazało się mega atrakcją, chłopaki nie chcieli wychodzić. Na zakończenie mini golfa był mini kosz :)
Gdy byliśmy w Iławie to oczywiście nie obyło się bez zakupów, no nie mogłam się oprzeć :)

...o 2 numery za duże bo jego maleńkiego 21 oczywiście nie było, na przyszły rok będą jak znalazł, a póki co służą jako kolejna zabawka bo A. nadal uwielbia przemierzać i dla zabawy nosić wszelkie buty jakie nawiną mu się na nogi.
Ale te przymiarki są tylko w ramach zabawy, jak ma założyć jakiekolwiek inne buty niż jego stare adidaski to jest bunt, krzyk i histeria ale o tym przy okazji innej notki...

Tydzień szybko zleciał i trzeba było wracać do domu, przykro nam było, Jot pierwszy raz uronił kilka łez gdy wyjechaliśmy za bramę :( mnie też gardło ścisnęło. Ten wyjazd był chyba jednym z najbardziej udanych naszych wyjazdów, głównie ze względu na miejsce, do którego z pewnością będziemy chcieli wracać...

czwartek, 25 sierpnia 2011

Zadomowienie

Jak widać na załączonych obrazkach zwierz się chyba u nas zadomowił :D

Dwa dni temu, jak zwykle przed położeniem się spać podeszłam do łóżeczka Małego A żeby go przykryć (bo przecież zawsze się rozkopuje, co również widać na załączonym obrazku) a w łóżeczku napotkałam taki oto przesłodki widok:
I przysięgam, że ja go tam specjalnie do tego zdjęcia nie położyłam, kota znaczy się ;)