wtorek, 29 stycznia 2013

Relacja operacja.

Wczoraj minął mi tydzień od operacji.
Termin znałam oczywiście wcześniej ale jak to napisałam w komentarzach nie w moim stylu jest wrzucanie rozpaczliwych postów i robienie wokół siebie zbyt dużego szumu. Strach mnie blokuje. Nie umiem i nie chcę o nim pisać gdy mnie przytłacza. To takie nietypowe dla blogera, takie odcinanie się, zamykanie ze swoimi myślami, ale cóż, w tym przypadku ja akurat tak mam. Co innego gdy już jest po wszystkim... a, że pewien etap jest już za mną to teraz mogę go opisać, wszelkie moje obawy, strachy, lęki oraz to jak to przebiegało czyli jak wygląda operacja przepukliny kręgosłupa (odcinek L5S1) z punktu widzenia pacjenta.

PART 1

20 stycznia (niedziela), dzień przed operacją strach sięgnął zenitu co jest chyba oczywiste. Cały dzień jeszcze się jakoś trzymałam ale wieczór mnie przygniótł. Oj było ciężko. Czego to mi ta moja wyobraźnia nie podpowiadała, natłok myśli, jedna za drugą: o p e r a c j a, pokroją mnie, kręgosłup (Jezu!!!), narkoza - jak to będzie? ja nie toleruję stanów omdleniowych, zasłabnięć, mam z tym niestety wiele przykrych doświadczeń a narkoza kojarzy mi się właśnie z takim momentem, że człowiek czuje jakby mdlał, dla mnie koszmar... a obudzę się? a dzieci, moje kochane, moje maleństwa, beze mnie? a jak się obudzę, co potem? jak przetrwać leżenie na pooperacyjnej, kiedy odzyskuje się świadomość a możesz tylko leżeć bez ruchu i myśleć co z Tobą zrobili, jak to znieść? czucie w nogach, będę czuła? brrrrrr, potem noc, kolejny dzień, pionizowanie, że niby jak ? aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa tak się właśnie skutecznie wkręcałam przez wszystkie dni przed operacją, uwierzcie mi nie jest łatwo zatrzymać ten potok myśli, nie jest łatwo czekać na operację ... no chyba, że się jest weteranem w tych sprawach albo osobą wyjątkowo odporną psychicznie, ja nie jestem. Wrażliwa, artystyczna duszyczka, nie dała sobie rady z tymi emocjami. W niedzielę wieczorem, chodziłam już po ścianach, potrzebny był telefon do przyjaciela. Zadzwoniłam, wypłakałam się ze wszystkich obaw. Potem jeszcze rozmowy z bliskimi, którzy byli ze mną w domu. Spakowałam po części torbę, obejrzałam jeszcze film ze Starszym (w ramach oderwania myśli), załzawiona wyprzytulałam śpiącego Młodszego i w końcu poszłam spać. Chyba nawet przespałam całą noc ale w sumie to nie pamiętam...

PART 2

21 stycznia (poniedziałek), budzik dzwoni o 6, o 7 wychodzimy z domu, mamy do przejechania całą Wawę, w godzinach szczytu i w kierunku, w którym jadą wszyscy. Trasa zajmuje nam ponad 1,5h, dla porównania, dwa dni później droga powrotna zajmie nam 30 minut. Na miejscu chwila rejestracji, wypełniam stos papierów, normalka. Miła pani mówi mi gdzie mam się udać a tam druga bardzo miła pani prowadzi mnie do mojego pokoju. Sala jest dwuosobowa, ja jestem pierwsza więc mogę wybrać sobie łóżko, przezornie wybieram to bliżej łazienki ;) Mam ten komfort, że M może ze mną przez chwilę zostać, pomaga mi rozpakować trochę rzeczy... Godzina zabiegu nie jest jeszcze ustalona, pacjentów do operacji jest 6 i decyzję kto i o której będzie operowany podejmie doktor operujący (profesor) jak dojedzie do kliniki. Do tego czasu mam czas wolny ;) i rozmowę z anestezjolog. M jedzie, zostaję sama w pokoju, leżeć jakoś nie mogę, kręcę się, kuśtykając po pokoju od okna do drzwi, dzwonię do tych, którzy czekają na jakieś wieści ode mnie co i jak ma być i mówię, że jestem przyjęta i czekam. Przychodzi pani anestezjolog, młoda dziewczyna, przeprowadza ze mną wywiad a potem ja z nią bo przecież mam milion pytań i wątpliwości odnośnie narkozy jak wygląda samo podanie (ma być dożylnie a nie wziewnie, uff, dla mnie to akurat lepiej), wybudzenie itd. Po tej rozmowie jestem już spokojniejsza. Padła też propozycja podania mi czegoś uspokajającego na czas oczekiwania na operację ale podziękowałam ponieważ to co chcieli mi dać to był lek antylękowy a takich środków unikam jak ognia bo wywołują u mnie efekt totalnie odwrotny od zamierzonego. Pani anestezjolog wyszła, znowu zostałam sama, chwila ciszy, zdążyłam pomyśleć, że teraz już tylko to długie czekanie i dokładnie w tym samym momencie machina ruszyła i wszystko poszło już bardzo szybko.
Drzwi się otworzyły i weszła moja sąsiadka z łóżka obok, młodziutka dziewczyna, razem z nią pielęgniarka z wenflonem dla mnie do założenia a jeszcze chwilę moment później pielęgniarka wróciła już z kroplówką dla mnie i informacją, że mój profesor już jest i, że ja idę jako pierwsza, ZARAZ. Nawet nie pamiętam czy zdążyłam się wystraszyć, pamiętam za to, że się bardzo ucieszyłam bo chciałam iść pierwsza i mieć to jak najszybciej z głowy. W czasie kroplówki zdążyłam wymienić jeszcze parę informacji z nową znajomą z łóżka obok, która też już przyjmowała kroplówkę i miała iść na zabieg jako druga po mnie. Gdy moja kroplówka przeleciała przyszedł mój profesor, zadał jeszcze parę dodatkowych pytań, ja też o coś jeszcze pytałam ale dziś już nawet nie pamiętam o co i poszłam się przebrać (strój nie byle jaki bo piękny niebieski dresik a nie jakaś tam zielona sukienka) i próbowałam jeszcze dodzwonić się do M, że już idę ale niestety nie odbierał, więc wysłałam tylko krótkiego smsa, że "idę" i już byłam w drodze na blok operacyjny. Tu znowu miła rzecz bo nie wieźli mnie na łóżku (co osobiście wydaje mi się okropne) tylko mogłam sama przejść w obstawie pielęgniarki. W drzwiach bloku operacyjnego przejęła mnie znana mi już pani anestezjolog i zaprowadziła na salę operacyjną gdzie poraziło mnie bardzo ostre i jasne światło a na widok wszystkich medycznych sprzętów oraz stołu operacyjnego i ludzi w maskach serce zaczęło mi walić jak młot. Sekundę później już stało obok mnie łóżko do narkozy, na którym się położyłam, podpięli mnie do jakiejś aparatury gdzie od razu wyskoczyło tętno 136 uderzeń na minutę i pani anestezjolog powiedziała, że "musimy się trochę uspokoić" :) i za chwilę podpięli coś do wenflonu na mojej ręce, anestezjolog powiedziała, że może mi się zakręcić w głowie, przyłożyła mi maskę z tlenem i ...
...otworzyłam oczy, nie było już tego przeraźliwie jasnego światła, byłam na sali pooperacyjnej...

PART 3

Pierwsza myśl: maska z tlenem, miałam coś powiedzieć o tej masce, ale co? Zapomniałam. Poza tym tego wszystkiego (sali, świateł, maski, pani anestezjolog) chyba już nie ma, chyba jestem już gdzieś indziej. No tak, powoli docierała świadomość, to już sala pooperacyjna. Ale jak to? To już? Już po wszystkim? Czy to naprawdę się dzieje, wydarzyło? Przecież przed chwilą, dosłownie dwie sekundy wcześniej dopiero co kładłam się na to łóżko do usypiania i coś o tej masce chciałam mówić, przecież jeszcze nawet nie zdążyło mi się w tej mojej biednej głowie zakręcić tak jak miało się zakręcić! A tu już? Ano już.
Z tego szoku zupełnie zapomniałam, że plan miałam taki, że jak tylko odzyskam świadomość to sprawdzę czy mam czucie w nogach. Nie sprawdziłam, nawet o tym nie pomyślałam ;) poczułam za to zimno, potworne zimno. Trzęsło mną. Nie, nie trzęsło, T E L E P A Ł O, wręcz rzucało po całym tym łóżku, na którym leżałam. Pani z sali pooperacyjnej dokładnie okryła mnie czymś dodatkowo i powiedziała, że to normalne, że na sali operacyjnej jest bardzo zimno a operacja jednak trochę trwała, organizm jest mocno wyziębiony a do tego jest to też efekt po narkozie i, że niedługo minie. Nie minęło, prawdopodobnie dlatego, że ja dodatkowo jestem strasznym zmarźluchem o ciśnieniu umarlaka więc trochę dłużej dochodziłam do normalnej temperatury. Generalnie myślałam, że nie przestanie mnie już nigdy telepać i martwiłam się czy to aby dobrze dla mojego kręgosłupa, że tak nim rzucam zaraz po operacji :/ Następną rzecz jaką poczułam był okropny ból gardła. A to ci niespodzianka, tyle rzeczy sobie wyobrażałam w związku z operacją ale o bólu gardła nie pomyślałam ;) a bolało jak diabli, jak przy mega infekcji, ledwo dawałam radę ślinę przełknąć. Domyśliłam się, że to od suchego powietrza, czasem robi mi się tak po nocy gdy jest suche powietrze ale jeszcze nigdy ten ból nie był o takim nasileniu. Kolejną przyjemnością był strasznie uciśnięty palec, na który miałam nałożone to coś co chyba mierzy czynności życiowe, ale tego akurat się spodziewałam bo to pamiętam też z cesarki, że wtedy też tan palec mnie bolał i miałam bardzo silną potrzebę uwolnić się z tego uścisku. A na koniec dotarło do mnie, że dodatkowo jeszcze mam założony  ciśnieniomierz, który co ileś tam minut włącza się automatycznie i mierzy moje zdechłe ciśnienie, niemiłosiernie ściskając mi przy tym rękę. Jako, że miałam kiedyś holtera ciśnieniowego to obstawiałam, że włącza się tak co 15 minut. Nie wiem ile czasu zajęło mi świadome zarejestrowanie wszystkich tych rzeczy, które opisałam i nie wiem ile razy odpływałam między jedną myślą a drugą ale w pewnym momencie drzwi się otworzyły i na salę pooperacyjną wjechała moja sąsiadka z pokoju. Chwilę leżałyśmy jeszcze razem, wymieniłyśmy nawet jakieś spostrzeżenia ale zupełnie nie pamiętam co dokładnie i niedługo potem mój czas na Poop. się zakończył, jeszcze tylko nastąpiło przełożenie mnie na moje łóżko i pojechałam do swojego pokoju. Nie wiem nawet, która była godzina ale chyba coś ok 12:00-13:00.

PART 4

Następne godziny, zdarzenia i rozmowy pamiętam jak przez mgłę. Na pewno dzwoniłam do rodziny i rodzina do mnie. Na pewno były podawane mi jakieś kroplówki (na pooperacyjnej również), sąsiadka z łóżka obok wróciła do naszego pokoju ok 15:00, powiedziano nam, że teraz możemy już próbować zmienić pozycję z pleców na któryś bok ale nadal możemy tylko leżeć, zaraz po operacji, na sali pooperacyjnej nie można było się ruszać prawie w ogóle. Sąsiadka bardzo zadowolona zaczęła się układać na boki bo jej było bardzo niewygodnie na plecach, ja za to gdyby mi nie kazali zmienić pozycji to bym tak leżała nieruchomo jeszcze przez co najmniej 3 następne dni tak bardzo bałam się poruszyć :/ a gdy się poruszyłam poczułam coś czego już teraz nie umiem opisać ale na pewno było to mocno nieprzyjemne i bardzo nie chciałam tego poczuć.
Do końca dnia leżałyśmy tak pół przytomne, co chwilę u którejś z nas dzwonił telefon, co chwilę przychodziła pielęgniarka sprawdzić co z nami albo podłączyć jakąś kolejną kroplówkę a my co parę zdań zapadałyśmy w kolejny sen. Na wieczór mogłyśmy już zjeść kolację, którą ja nawet z chęcią zjadłam bo ostatni raz jadłam poprzedniego dnia ok 17:00, więc lekko zdychałam z głodu. Po kolacji znów odpływ i już o godzinie 22:00 obudziłam się nagle w pełni wyspana i przytomna. Super. I jak tu teraz przetrwać noc? Poprosiłam o coś nasennego ale nie za bardzo zadziałało :/ najpierw wcale nie mogłam zasnąć a jak w końcu zasnęłam to budziłam się co 2-3 godziny i nie mogłam znów zasnąć a ponieważ bałam się wykonać jakikolwiek ruch to leżałam tak jak ta kłoda i patrzyłam w sufit :/ moja sąsiadka w tym czasie spała jak niemowlę i jeszcze przez sen pozycje zmieniała. Jak ja jej zazdrościłam.
Tak minęła mi pierwsza noc po operacji.

Następnego dnia (22.01) rano śniadanko, kroplóweczki i decyzja, że ok 10:00 pionizowanie. O dzizu jak ja się bałam. Sąsiadka poszła na pierwszy ogień bo ona już od poprzedniego dnia prawie, że wstawać chciała a ja to tak jak pisałam, mnie sie nigdzie nie spieszyło. Ale w końcu i ja ruszyłam. Jak się okazało, najgorsze było przełożenie się z pozycji leżącej do siedzenia i z siedzenia do pionu a gdy się już stało na nogach to samo chodzenie nie sprawiało bólu. Był za to ogromny lęk, uczucie jakby się było wieżą z klocków, która za chwilę może się rozpaść. Człowiek taki kruchy, słaby jakiś, nogi z waty i jak nie swoje, straszne dziwne uczucie. Do końca dnia tak miałyśmy leżeć i co jakiś czas wstawać na parę minut. Każde podniesienie stanowiło dość spory problem ale samo chodzenie zaczynało mi się coraz bardziej podobać.
Pod wieczór razem z sąsiadką byłyśmy już tak odważne, że udałyśmy się na dalszy spacer, wyszłyśmy poza nasz pokój, na korytarz :) A tam, podobnym, pokaleczonym krokiem kursowało dwóch panów po tej samej operacji. Generalnie cała nasza czwórka na tym korytarzu kojarzyła mi się z jakimiś zombiakami na spacerze, normalnie noc żywych trupów ;) Spotkaliśmy się w pół drogi i podzieliliśmy doświadczeniami, jak przebiegała choroba, leczenie i jak znaleźliśmy się tutaj itd., no i jak czujemy się po operacji.
No i właśnie tu dochodzimy do ważnego punktu. Choć chodziłam jak stara babcia, bardzo powoli, niepewnie i nie byłam w stanie zrobić nawet minimalnego ruchu ciałem w tył, do przodu czy w bok to ewidentnie czułam, że to co było wcześniej, co rwało mi całą nogą, co nie pozwalało jej normalnie postawić i zrobić kroku, to to jakby minęło, czułam jeszcze coś delikatnie w nodze ale było to bez porównania z tym co było przed operacją, nie rozrywało mi nogi, nie strzelało w łydkę, nie kulałam, mogłam normalnie iść!

PART 5

23 stycznia, środa.
Powrót do domu.
Ale najpierw prysznic i ubranie się. No, to była dopiero zabawa. Spróbujcie zrobić cokolwiek nie mogąc w ogóle ruszyć tułowiem, ani na boki ani do przodu ani do tyłu. Spróbujcie umyć zęby nie mogąc nachylić głowy do przodu, albo buzię bez pochylenia nad umywalką (przed operacją też robiłam to wszystko w pokracznej pozycji bo był ból ale jednak byłam bardziej skrętna ;). Jakoś mi się udało, zresztą przez jeszcze kilka następnych dni tak to wyglądało.
Przed opuszczeniem szpitala jeszcze krótkie spotkanie z profesorem, wypis, zwolnienie, zalecenia: chodzić, leżeć, zakaz siadania i tak przez miesiąc + dwa proste ćwiczenia. Biorąc pod uwagę euforię z dnia poprzedniego zapowiadało się całkiem dobrze. Wgramoliłam się na tylne siedzenie samochodu, położyłam na boku i tak bez najmniejszych problemów przejechałam całą drogę do domu.

Pierwsze dni w domu były ciężkie, podnoszenie się i zmiana pozycji na boki były bardzo nieprzyjemne. Mycie się i ubieranie też nadal stanowiło problem ale za to chodzenie było całkiem miłe choć na początku bardzo powolne, ostrożne bo nadal czułam się jak ta wieża z klocków co zaraz może się rozlecieć.
Z każdym dniem jednak czułam jak przybywa mi sił i pewności siebie. Wstawałam sprawniej, chodziłam sprawniej, wszystko robiłam sprawniej. Nadal nie tak jak normalny, zdrowy człowiek ale czułam, że idzie ku dobremu. I właśnie wtedy zaczęłam czuć, że ból w nodze jakby się nasilił. Zaczęło też "ciągnąć" przy przekładaniu z boku na bok, przy leżeniu no i po paru minutach chodzenia. To nadal nie było takie jak przed operacją ale z całą pewnością dużo silniejsze niż tuż po operacji :( Wpadłam w lekką panikę i doła, a może za dużo chodziłam? A może z tymi ćwiczeniami przesadziłam? A jak sobie zaszkodziłam? Był weekend (26-27 stycznia), po weekendzie miałam jechać na zdjęcie szwów i spotkanie z profesorem więc do tego czasu musiałam jakoś wytrzymać i wcale nie mam tu na myśli bólu fizycznego tylko to co naroiło się w mojej głowie ze strachu.
29 stycznia pojechałam na zdjęcie szwów, opowiedziałam o moich niepokojących objawach mojemu profesorowi a on uspokoił mnie, że to za wcześnie na diagnozy, że jestem tydzień po operacji i jest to czas gojenia wszystkiego wewnątrz (rany zewnętrznej nie czułam w ogóle) a ból jest spowodowany tym, że korzeń nerwowy jest nadal obrzęknięty i przy ruchu jeszcze może występować jego ucisk i ból. Zalecił chodzenie po 15 minut (niestety przed tą wizytą chodziłam dłużej), leżenie i ćwiczenia. Kontrola za 4 tygodnie a do tego czasu uzbroić się w cierpliwość i oczywiście pozytywne myślenie, taaaa, ani w jedno ani w drugie natura mnie nie wyposażyła co już tu kiedyś pisałam ... ale co mi pozostało ... tylko niech mnie ktoś nauczy jak to się robi.



Tym sposobem dotarliśmy mniej więcej do miejsca, w którym jestem dzisiaj (01.02.2013), także wpis ten możemy wreszcie uznać za zakończony a kolejne sprawy opisywać będę już w nowych notkach.
 Gratuluję każdemu kto dotrwał do końca mojej opowieści, dziękuję za uwagę i wsparcie ;)

sobota, 5 stycznia 2013

Everythings gonna be alright ...

Czwartek parę godzin na SORze, piątek powtórka z rozrywki.
Neurolog, neurochirurg, znowu neurolog i kolejny neurochirurg.
Jednak operacja.

Mnóstwo załatwiania... a strachu co najmniej dwa razy więcej...

Mogłabym Wam tu teraz opisać wszystko ze szczegółami, jak wyglądały te godziny na SORze, jak wyglądały i co przyniosły kolejne rozmowy, badania, diagnozy, jak robiło mi się słabo i łzy leciały i jak mocno nie chciałam w to wszystko uwierzyć... mogłabym opisać też parę absurdów istniejących w naszej polskiej rzeczywistości szpitalnej, o których nie raz pewnie słyszeliście z TV czy czytaliście w gazetach a ja teraz zetknęłam się z tym osobiście i odczułam to na własnej skórze... mogłabym... ale nic nie napiszę, bo to wszystko wykończyło mnie maksymalnie i nie mam ani sił ani potrzeby roztrząsać tego na nowo... ciiiiii, po prostu nie mówmy już o tym...

Everything's gonna be alright ...


P.S. Czekam na wyniki badań przeciwciał na żółtaczkę.

wtorek, 1 stycznia 2013

Nowy rozdział.

W Nowy Rok weszłam na własnych nogach i o własnych siłach, w myśl powiedzenia, że jaki Sylwester taki i cały rok. Później niestety zorientowałam się, że powiedzenie to dotyczy nie Sylwestra a Wigilii a tą prawie całą przeleżałam i wiele łez uroniłam :/ dlatego chyba lepiej jak będę się trzymać wersji sylwestrowej ;) Tak czy inaczej na 10 minut przez północą kazałam sobie wystawić statyw, zamontowałam aparat i zagryzając zęby z bólu uwiesiłam się na moim sprzęcie w pokracznej pozycji i robiłam zdjęcia fajerwerków przez następnych minut 15. Był to dla mnie, mojej obolałej nogi i połamanych pleców mega wyczyn. W myśl tego, że każde 10 odstanych minut muszę i potrzebuję odleżeć przynajmniej godzinę, zaraz po niezbyt udanej sesji zapięta w stabilizator ulokowałam się na sofie, gdzie na leżąco świętowałam Sylwestra jeszcze jakieś 2 godziny, czyli swoje odleżałam ;) dziś zresztą również.

Bardzo bałam się tego wieczoru, Sylwestry nie należą do moich ulubionych imprez (czy ja w ogóle lubię jakieś imprezy?), od zawsze w momencie kulminacyjnym i gdy wszyscy szaleją ze szczęścia mnie ogarnia fala przytłaczającego smutku, nie umiem tego wytłumaczyć, po prostu tak mam, ot taka moja depresyjna natura :/ W obecny stanie zastanawiałam się jak to zrobić żeby może w ogóle jakoś zasnąć i obudzić się 1-go po południu albo nawet dopiero 2-go i oszczędzić sobie tego dramatu, na który zapowiadało się już od Wigilii.
Jak już wcześniej napisałam spać nie poszłam, Sylwestra przeżyłam świadomie i bez spodziewanego dramatu. Nie wiem jak to się stało, cieszę się, również z tego, że mam to już za sobą a następna taka atrakcja dopiero za rok :)

Podsumowanie minionego roku? Mam. A w zasadzie miałam: myślałam, że to był mój pierwszy rok w życiu kiedy to jednocześnie zostało mi dane i odebrane tak wiele (realizacja marzeń i utrata zdrowia). Jednak po całodniowym rozmyślaniu przypomniało mi się, że nie, to nie pierwszy taki rok. Był przecież rok 2009, w którym to przerobiłam podobną sytuację, spełniło się moje największe wtedy pragnienie i po 3 latach walki zostałam ponownie mamą ale jednocześnie straciłam wtedy zdrowie i później okupiłam to prawie 3 letnim leczeniem a ze skutkami i tak będę borykać się już do końca życia. Także cóż, historia się powtórzyła tylko w innej dziedzinie życia i zdrowia.
Jeszcze parę dni temu użalając się nad własnym losem psioczyłam w myślach na ten rok ale dziś będąc już w Nowym patrzę na ten Stary jakoś łaskawiej, końcówka roku zwaliła mnie z nóg ale gdy wcześniej spełniałam swoje marzenia byłam przecież najszczęśliwszą osobą na ziemi, nie zapomniałam o tym.
Co nie oznacza, że tak nagle super pozytywnie oceniam to przyniósł mi rok 2012, nie, po prostu staram się żeby minusy mi plusów nie przysłoniły.

Plany? Postanowienia? Jakieś są ale nie będę o nich pisać, po pierwsze są chyba oczywiste a po drugie po co rozśmieszać Boga?

P.S. Jak co roku, pierwszy dzień Nowego Roku jest też dniem otwarcia kolejnego rozdziału opowieści z życia wziętej o mnie i o Kimś. Dziś kończymy rozdział XV i zaczynamy XVI.
To all of YOU ...


poniedziałek, 24 grudnia 2012

Żeby nie było, że ja jakaś nieżyczliwa ;)

Wszystkiego dobrego i wesołego rodzinnego świętowania Wam życzę :)
Zdjęcie z dzisiejszego ubierania choinki :)

A na moim fotobloxie jeszcze co nieco w temacie życzeń i bombek, z wczorajszego ubierania choinki :)

sobota, 22 grudnia 2012

Małe rzeczy...

Świat pędzi w świątecznej gorączce, już nikt nie pamiętam, że wczoraj miał być jego koniec...
Dziś już wszyscy myślami znowu są przy choinkach, pierogach, porządkach, zakupach i prezentach, wszyscy tylko nie ja ...
Mój świat się zatrzymał, stoi w miejscu, gdzieś w tym szarym, brudnym i brzydkim listopadzie kiedy to zostałam przykuta do łóżka.
Muszę sobie to wegetowanie jakoś umilać... lubię internet, blogowanie i lubię ładne blogi ;) to sobie i mój upiększyłam, banerek nowy wstawiłam, w świątecznym nastroju a jakże ;)

Poza tym nie czekając na Mikołaja, sama sobie zrobiłam mały prezent. Kupiłam sobie perfumy, przyszły wczoraj. Wśród miliona różnych perfum na świecie są tylko 3 zapachy, które uznaję za absolutny, ponadczasowy hit i "MÓJ" zapach, cała reszta to tylko co najwyżej ładne albo bardzo ładne perfumy, których zapach po paru minutach i tak zapominam.

Wzięłam prysznic i teraz leżę i pachnę ;) Może to jakiś rodzaj aromatoterapii ?

Małe rzeczy a cieszą...


środa, 19 grudnia 2012

Gdzie jest pies pogrzebany ?

Dziś znowu będzie o dyskopatii, tyle, że trochę inaczej. Ponieważ jęczę na ten temat już od ponad miesiąca to postanowiłam przybliżyć Wam w czym rzecz.
Wrażliwszych oraz niezainteresowanych proszę o opuszczenie strony ;)

Poniżej rysunek który krótko, zwięźle i na temat pokazuje etapy dyskopatii:

                        Źródło: http://www.ortopedio.pl/

Moja własna osobista dyskopatia niestety jest już między etapem C a D (i tu jest pies pogrzebany :/) o czym poinformował mnie wynik rezonansu a następnie diagnozę potwierdziło łącznie już 4 lekarzy.

A tu rysunek obrazujący jak taki "wypadnięty" dysk uciska na korzeń nerwowy, czyli co powoduje ból:

 

Z dobrych wieści na dziś jest informacja, że podejmuję jeszcze jedną próbę leczenia :) Tym razem sterydami. Ostatni z lekarzy, który zapoznał się z moją sprawą stwierdził, że zanim operacja to najpierw trzeba wypróbować wszelkie metody leczenia a ja na razie przeciwzapalne leki brałam niesteroidowe. Bateria nowych leków wykupiona, dziś zaczynam.

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Poddaję się ...

Nie mam więcej sił.
Zróbcie mi już tę operację, najlepiej jeszcze dziś.
Boże, daj mi cierpliwości i daj mi jej natychmiast!


"Hello darkness, my old friend,
I've come to talk with you again..."

niedziela, 16 grudnia 2012

No i co jeszcze ?

Wczoraj rano zauważyłam u Młodszego sporą wysypkę na udach od spodu. W trakcie dnia zapomniałam o niej.
Przy rozbieraniu do wieczornej kąpieli okazało się, że wysypka jest już na całych nogach i rękach !!! W ruch poszedł Zyrtec i maść na alergię, która stoi w lodówce od czasów gdy mieliśmy przygodę z alergią pokarmową...

Dziś rano wybudził mnie atak kaszlu Młodszego przerywany sapaniem od zapchanego katarem nosa :/ Młodszy wylądował u mnie w łóżku gdyż M szedł do pracy i tak w towarzystwie kaszlu i kataru dospaliśmy jeszcze do 10:00! Taki długi sen to niestety zły znak w przypadku Młodszego... spojrzałam na niego po przebudzeniu, czerwony jak cegła, rozgrzany jak piec, choć termometr pokazał "tylko" 38,5 :/ do tego kaszel suchy, męczący, nieustanny i katar chyba aż po sam czubek głowy. Zaglądam pod kołdrę, nogi obsypane całe, ręcę też, doszło trochę na policzkach... do tego napuchnięty taki jakiś  :/// ja się pytam, co jeszcze ??? A może lepiej nie wiedzieć ...

P.S. Nasz cały grafik właśnie wziął w łeb. 

sobota, 15 grudnia 2012

Wake me up when it's over...

Moja ostatnia deska ratunku powiedziała, że nie daje mi wielkich nadziei.
Pan doktor, dusza człowiek, wysłuchał, obejrzał rezonans, zbadał i powiedział to co powyżej przed chwilą napisałam.
Zaproponował mi jedną opcję, którą oczywiście przyjęłam i wykonuję (10 zabiegów) ale do samego końca wszystko cały czas jest jedną wielką niewiadomą i nikt ani nic nie może zagwarantować mi pozytywnego efektu. Dodatkowo zostałam zapięta w stabilizator i mam go nosić 24h i nadal leżeć. Pozycja pionowa obciąża kręgosłup, siedząca jeszcze bardziej także mam leżeć nawet w trasie na zabiegi. No i ok ja to wszystko nadal znoszę i mogę znosić, niech mi tylko ktoś powie, da gwarancję, że z tego wyjdę! Niestety :( Życie w takim zawieszeniu, z tak wielką niewiadomą stało się i jest koszmarem. A do tego te Święta... tak, cieszmy się i radujmy ... no jakoś nie mogę. Ja leżę, dom leży odłogiem, na Święta nic nie będzie tak jak powinno być... do tego ciekawa jestem kto zajmie się mną i dziećmi w pierwszy i drugi dzień świąt gdy M pójdzie do pracy bo tego jeszcze nie ustaliliśmy... na razie ledwo wyrobiliśmy z ustawieniem grafiku na mijające dni a M ledwo wyrabia z obwożeniem mnie na zabiegi, dzieci w te i wewte do przedszkola i szkoły i siebie do pracy. A tu jeszcze zrób zakupy, zrób pranie, schowaj pranie, powieś pranie, posprzątaj, pościel, ugotuj, pozmywaj, pobaw się z Młodszym, wykąp, uśpij, pociesz zdołowaną żonę i nie padnij gdzieś po drodze... tak, tak, wszystko to mój M robi sam, od miesiąca i kilku dni...

Wczorajsze Jasełka też nie były radosne... nie byłam oczywiście ale wiem z relacji, dzieci się bawiły a mój Skarb przez pół imprezy płakał i wołał, że "chce do mamy" i mnie się ryczeć zachciało jak to usłyszałam. Zdjęcie jakieś koślawe zrobiłam... mój Mały Diabełek...

środa, 12 grudnia 2012

Nóż mnie goni...

W poniedziałek byłam na kolejnej wizycie u mojego ortopedy. Wizyta po 4 tygodniach leczenia z wynikami rezonansu.
Cyferki same mówią za siebie, przepuklina jest duża i ja to wiedziałam sama po przeczytaniu wyników, poprawy jako takiej nie ma i to też wiedziałam sama po sobie ale jednak liczyłam na jakiś cud, przeliczyłam się. Doktor po paru minutach oględzin rezonansu, spokojnym głosem wydał wyrok: "trzeba to zoperować". To były słowa, które tłukły mi się po głowie przez ostatnie dwa tygodnie, słowa, które starałam się zdusić w sobie i miałam nadzieję nigdy nie usłyszeć :( Łzy w oczach (no co ja poradzę, że się boję?), gardło ściśnięte i pytam: tak już?, nie da się nic więcej zrobić? Pytam choć nie bezpodstawnie sama już takiego wyroku się spodziewałam i nie bezpodstawnie się go bałam. Przez te tygodnie miałam sporo czasu żeby dokładniej zapoznać się problemem dyskopatii i w niejednym miejscu czytałam zdania, że przedłużające się leczenie jest wskazaniem... ale czytać to jedno a usłyszeć to drugie. Pan doktor mówi, że mój dysk najwyraźniej utknął i trzeba operować. Dał mi skierowanie do neurochirurga w celu: "oceny wskazań neurologicznych do zabiegu operacyjnego." i kolejne zwolnienie (tu już powstaje następny problem ale o tym potem). Łapiąc się ostatniej deski ratunku pytam o jednak jeszcze inne możliwości bo już od paru osób słyszałam o rehabilitacji manualnej, której nie miałam, wysyłał mnie na nią rehabilitant od prądów, moja rehabilitantka od ćwiczeń oraz ktoś z rodziny, kto miał do czynienia z wypadniętym dyskiem. Pan doktor, bardzo oschle pyta mnie co mam na myśli? Mówię, że nie wiem bo się nie znam ale słyszałam o takiej możliwości i to ja się pytam pana doktora. Pan doktor wstał, poszedł gdzieś na chwilę po czym położył przede mną wizytówkę z informacją, że jeżeli ktoś ma mnie dotykać w tym stanie to tylko ta osoba. Ok, czyli jednak można ;)
Wyszłam z gabinetu i myślę sobie, że nie ma szans żebym teraz wracała do domu i czekała nie wiadomo ile na wizytę u neurochirurga bo się wykończę nerwowo. Poszłam do rejestracji pytam o jakąś najbliższą wolną wizytę w tym samym jeszcze dniu, jest! Niestety za ponad 2 godziny :( Trudno, jakoś wytrzymam ale muszę się dowiedzieć jeszcze dziś. Jedziemy. Oddział niedaleko od przychodni w której byłam na wizycie ale za to w bardzo kiepskim miejscu pod względem parkowania. M nie ma gdzie się zatrzymać, wysadza mnie gdzieś po drodze, w miarę blisko wejścia i jedzie szukać miejsca. Ja idę szukać przychodni, która jest w wielkim biurowcu, w którym nigdy nie byłam a znaki kierujące, dla mnie blondynki w stresie nie do końca okazały się jasne, no bo ja to jest, że Lux-med jest w Limie, to mam szukać tego czy tego i gdzie ja w końcu mam wizytę :$%$^%^%&@#$#& Kiedyś byłam w Enelmedzie i wszystko było Enelmedem i było prosto. W Lux-medzie jestem od niedawna, do tej pory nie korzystałam prawie w ogóle z ich usług i najzwyczajniej w świecie gubię się w tych ich przychodniach, z których każda inaczej się nazywa. Dobra, wracając: znalazłam w końcu swój punkt docelowy, zarejestrowałam się, doczłapałam pod gabinet (już ledwo idąc bo niestety łączne czterokrotne wchodzenie i wychodzenie z samochodu oraz łażenie nieźle dały mi popalić i noga zaczęła rwać jak oszalała), usiadłam, czekam i myślę jakim cudem mam wysiedzieć tu 2 godziny ? I co z Młodszym w przedszkolu, którego miał odebrać M bo przecież nie wiedzieliśmy, że nas nie będzie żeby go odebrać i co z próbą jasełek, która też się zbliżała wielkimi krokami... M doszedł pod gabinet, siedzimy. Ktoś kto był wcześniej w gabinecie wyszedł, pan doktor wyjrzał, spojrzał na mnie i kogoś kto jeszcze siedział obok mnie i nawet nie zdążył nic powiedzieć jak ten ktoś się poderwał i wbiegł do gabinetu. Drzwi się zamknęły. Siedzę dalej. Czekam. Przychodzi następny pacjent. Myślę jak to teraz rozegrać. Kolejny pacjent idzie do łazienki. Drzwi gabinetu się otwierają, pan doktor patrzy na mnie i miejsce obok i zaprasza mnie do gabinetu, wow, jaka jestem szczęśliwa :) Badanie w sumie proste, wszelkie odruchy mam prawidłowe, "jak u osiemnastki" - podsumowuje pan doktor. Już zaczynam się cieszyć a wtedy pan doktor odwraca do mnie monitor, otwiera przede mną zdjęcia z rezonansu i dokładnie pokazuje mi gdzie jest ten mój chory dysk i mówi: "no i to wszystko trzeba wyciąć". Załamka. No to ja znowu śpiewka o terapii manualnej itd., i tym razem już z mniejszą niechęcią ale też bez entuzjazmu, pan doktor mówi, że mogę spróbować byle to był specjalista w dziedzinie rehabilitacji a nie jakiś tam "kręgarz" bo to dwie różne rzeczy. Poza tym teraz to i tak skierowania do szpitala mi nie da bo i tak w tym roku to już nie ma miejsc, więc mam wrócić do domu, chodzić na fizykoterapię i przyjść po Nowym Roku, po skierowanie...

Na drugi dzień po tej wizycie, na porannych prądach opowiadam wszystko panu od rehabilitacji i proszę żeby mi jednak dał namiar na pana doktora (specjalistę od kręgosłupów i terapii manualnej), którego to namiar chciał mi dać już dwa tygodnie temu a ja wtedy nie wzięłam bo zawierzyłam, że fizykoterapia, którą akurat zaczynałam będzie wystarczająca i problem się rozwiąże. Jaka ja byłam głupia...
Dziś mam wizytę do polecanego pana doktora, to moja ostatnia nadzieja i deska ratunku.

Poza tym dziś mija miesiąc odkąd jestem na zwolnieniu, miesiąc mojej walki. Tyle, że teraz wiem, że słabo walczyłam, można było zrobić dużo więcej. Same prądy TENS (a tylko takie miałam zalecone przez lekarza) w moim stanie to za mało (mówił mi to już rehabilitant na pierwszym spotkaniu przy ustalaniu zabiegów), poza tym nie dość, że za mało to i można je było zacząć wcześniej a zaczęłam dopiero po 2 tygodniach leczenia/leżenia. Wiem też już co to jest ten dysk, i to nie jest kawałek kości jak kręgi, które można sobie od tak wepchnąć u jakiegoś kręgarza, dysk to tkanka, która jest między tymi kręgami, inaczej taki kawałek galaretki, który podtrzymuje kręgi. Ułożenie jej z powrotem na odpowiednie miejsce to zupełnie inny proces niż leczenie wypadniętego kręgu, niestety mało kto o tym wie i jak słyszy, że mam wypadnięty dysk to pierwsze co mówią "a czemu ty nie pójdziesz do kręgarza?". Nie wiem ile razy to już słyszałam i ile razy już tłumaczyłam, że nie tędy droga...