Już wczoraj czułam, że coś zupełnie nie po drodze mi do tej pracy, tzn. nigdy mi nie jest po drodze ale wczoraj to już było naprawdę wyjątkowo mocno odczuwalne. W pewnym momencie stało się oczywiste, że dziś do pracy po prostu nie pójdę, długo biłam się z myślami aż w końcu skorzystałam z tej fantastycznej opcji jaką jest urlop na żądanie :)
I tak wspaniale było dziś gdy mogłam dzwoniący o 4:45 budzik wyłączyć i pójść spać dalej, i wspaniale było obudzić się dopiero o 8 rano (tak, Mały A znów pozwolił mi pospać!) obok mojego małego Pączuszka, zobaczyć jego uśmiechniętą buźkę i wyprzytulać go z rana :)
Przed południem pojechaliśmy na moje stare śmieci (ach, ten Żoliborz, nie ma piękniejszej dzielnicy w Wawie, to moje zdanie, niezmienne od lat), zabrałam parę zaległych gratów, powspominałam... Po powrocie Mały A poszedł na zasłużoną drzemkę, M razem z nim a ja miałam iść na solarium ale ostatecznie wylądowałam w ogrodzie na kocu i ... zasnęłam!!! Także można chyba uznać, że solarium mam zaliczone ;)
Gdy wszyscy się już wyspali, wrócił Jot ze szkoły i zjedliśmy wspólnie obiad. I tu też muszę przyznać, że wspaniale było tak razem usiąść do stołu i zjeść, tak rzadko nam się to zdarza. Wspaniale też było odpuścić dziś sobie obsesję sprzątania a także nie zmywać samemu tylko zapakować wszystko do zmywarki:)
A teraz wspaniale będzie pójść razem na popołudniowy spacer :) a przy okazji po małe zakupy dla Jota, który jutro wyjeżdża na wycieczkę i tu uwaga: aż na 4 dni !!! Jak ja to przeżyję ? Ale o tym jutro ...
P.S. Polecam każdemu takie jednodniowe wagary ;)
poniedziałek, 30 maja 2011
sobota, 28 maja 2011
czwartek, 26 maja 2011
A ja wolę moją mamę ...
Tyle chciałabym Ci powiedzieć, tyle chciałam powiedzieć Ci przez całe swoje życie...
Dziś słowa nie układają mi się w żadną sensowną całość, dziś nie wiem jak Ci to wszystko przekazać ...
Kocham Cię Mamo, tęsknię i tęskniłam przez te wszystkie lata, każdego dnia gdy Cię przy mnie nie było.
Ale mimo złych wspomnień w myślach i w sercu noszę też inny obraz ...
... taką Cię kocham i pamiętam...
Jot w czasie wieczornej kąpieli, nagle zaczął podśpiewywać sobie piosenkę: "A ja wolę moją mamę, co ma włosy jak atrament..."
Wspomnienia uderzyły w jedną sekundę... to piosenka z czasów mojego dzieciństwa (gdzie on ją w ogóle usłyszał i gdzie się nauczył?), dzieciństwa tego już bez mamy, pamiętam jak leżałam w swoim pokoju, śpiewałam ją w myślach i płakałam...
Oczywiście dzwoniłam dziś do Mamy, złożyłam życzenia, rozpłakała się, ja byłam bliska... Muszę przyznać, że nie bardzo lubię ten dzień :/
Dziś słowa nie układają mi się w żadną sensowną całość, dziś nie wiem jak Ci to wszystko przekazać ...
Kocham Cię Mamo, tęsknię i tęskniłam przez te wszystkie lata, każdego dnia gdy Cię przy mnie nie było.
Ale mimo złych wspomnień w myślach i w sercu noszę też inny obraz ...
... taką Cię kocham i pamiętam...
Jot w czasie wieczornej kąpieli, nagle zaczął podśpiewywać sobie piosenkę: "A ja wolę moją mamę, co ma włosy jak atrament..."
Wspomnienia uderzyły w jedną sekundę... to piosenka z czasów mojego dzieciństwa (gdzie on ją w ogóle usłyszał i gdzie się nauczył?), dzieciństwa tego już bez mamy, pamiętam jak leżałam w swoim pokoju, śpiewałam ją w myślach i płakałam...
Oczywiście dzwoniłam dziś do Mamy, złożyłam życzenia, rozpłakała się, ja byłam bliska... Muszę przyznać, że nie bardzo lubię ten dzień :/
poniedziałek, 23 maja 2011
Chude czasy się skończyły.
Niestety nie w sferze finansowej :/
Nadszedł czas żeby powiedzieć sobie szczerze: ja TYJĘ !!
I to w oczach!
Mój współczynnik BMI 19 (z września) poszedł się paść (i to dosłownie) a ja z wagi 53kg w ciągu 8 miesięcy dobiłam do 57kg i czuję, że to jeszcze nie koniec :(
Spodnie w rozmiarze 34 i 36, których nakupiłam sobie na jesieni gdy wszystko na mnie wisiało, teraz mogę odłożyć na dno szafy i znów wyciągnąć 38-40, co zresztą już uczyniłam bo w nic innego swoich szanownych 4 liter wcisnąć nie mogłam. O! tak się właśnie odbiło na mnie siedzenie 8 godzin za biurkiem :( I nic nie daje to, że w pracy też nie raz się nabiegam, ani to, że czasem po 2 godzinach drogi do domu czuję jakbym przebiegła maraton ani też to, że po powrocie z pracy nie ląduję na sofie tylko latam wokół domu i dzieci.
I co z tego, że wszyscy mówią, że teraz dopiero dorze wyglądam jak ja się sama ze sobą bardzo źle czuję i chciałabym wrócić do wagi sprzed tych kilku miesięcy.
Żeby nie było, że tylko marudzę a nic nie robię to pożyczyłam sobie książkę o Diecie Dukana.
Chyba nie ma w tej chwili osoby, która jeszcze nie zetknęła się z tą nazwą.
Także pożyczyłam i czytam. Niestety opornie mi idzie bo z moimi predyspozycjami do momentalnego zasypiania przy czytaniu, przez kilka dni przeszłam zaledwie kilkanaście stron i wciąż nie doszłam do sedna sprawy tylko czytam jakieś długie wywody odnośnie diety. Ale jak w końcu dotrę do końca to biorę się za siebie ;) a póki co jem normalnie i tyję :(
Nadszedł czas żeby powiedzieć sobie szczerze: ja TYJĘ !!
I to w oczach!
Mój współczynnik BMI 19 (z września) poszedł się paść (i to dosłownie) a ja z wagi 53kg w ciągu 8 miesięcy dobiłam do 57kg i czuję, że to jeszcze nie koniec :(
Spodnie w rozmiarze 34 i 36, których nakupiłam sobie na jesieni gdy wszystko na mnie wisiało, teraz mogę odłożyć na dno szafy i znów wyciągnąć 38-40, co zresztą już uczyniłam bo w nic innego swoich szanownych 4 liter wcisnąć nie mogłam. O! tak się właśnie odbiło na mnie siedzenie 8 godzin za biurkiem :( I nic nie daje to, że w pracy też nie raz się nabiegam, ani to, że czasem po 2 godzinach drogi do domu czuję jakbym przebiegła maraton ani też to, że po powrocie z pracy nie ląduję na sofie tylko latam wokół domu i dzieci.
I co z tego, że wszyscy mówią, że teraz dopiero dorze wyglądam jak ja się sama ze sobą bardzo źle czuję i chciałabym wrócić do wagi sprzed tych kilku miesięcy.
Żeby nie było, że tylko marudzę a nic nie robię to pożyczyłam sobie książkę o Diecie Dukana.
Chyba nie ma w tej chwili osoby, która jeszcze nie zetknęła się z tą nazwą.
Także pożyczyłam i czytam. Niestety opornie mi idzie bo z moimi predyspozycjami do momentalnego zasypiania przy czytaniu, przez kilka dni przeszłam zaledwie kilkanaście stron i wciąż nie doszłam do sedna sprawy tylko czytam jakieś długie wywody odnośnie diety. Ale jak w końcu dotrę do końca to biorę się za siebie ;) a póki co jem normalnie i tyję :(
piątek, 20 maja 2011
I stał się cud !
Mój A. spał dziś do 9:00 !!!!!
A ja razem z nim :)
Wyspałam się pierwszy raz od dnia jego narodzin, tj. od 6 października 2009 roku !
I pewnie kolejny raz szybko nie nastąpi ;)
A ja razem z nim :)
Wyspałam się pierwszy raz od dnia jego narodzin, tj. od 6 października 2009 roku !
I pewnie kolejny raz szybko nie nastąpi ;)
czwartek, 12 maja 2011
Przeminęło z majem ...
Urodziny minęły, weekend majowy minął, urlop się skończył :( 10 dni przeleciało jak z bicza strzelił...
Minęła też kolejna miesięcznica Małego A, który skończył już 19 miesięcy.
Nie wiem czemu nadal tak to liczę? Może po drugim roczku mi przejdzie ;)
Ostatnie dni i tygodnie to głównie doskonalenie mowy :) nowe słówka w słowniku A. to:
piiiii - pić
baban - banan
lolot (słodko) - samolot
kiki - kredki
koko - oko
nos - nos
tam - tam
niam niam - mniam, mniam
poza tym często zdarza się, że powtórzy spontanicznie jakieś usłyszane w danym momencie słowo ale szybko je potem zapomina, ostatnio pięknie powiedział: "pigin" (na pingwina oczywiście) ale więcej już tego nie powtórzył.
Zapomniał o swojej umiejętności mówienia "tak" i coraz rzadziej da się usłyszeć od niego to miłe dla ucha słowo ;) coraz częściej za to da się słyszeć do perfekcji opanowane "nie" :/
Pięknie naśladuje odgłosy zwierząt: kota, krowy, świnki i stara się psa ale nie za bardzo mu wychodzi, za to chrumkanie świnki to naprawdę rewelacja, śmiejemy się do łez :)
Był moment, że jak coś zbroił to sam sobie mówił "no, no" i kiwał paluszkiem, jednak ostatnio zaprzestał tej praktyki.
Pewnego dnia rozbroił mnie scenką tego typu: ja siedziałam na sofie z laptopem na kolanach a on podszedł do laptopa, stanął za nim, złapał dwoma rączkami za górę monitora a po chwili stanął na paluszkach, wystawił łepek znad monitora tak, że widziałam tylko jego piękne oczęta i zwołał do mnie "a ku, ku" :)))
Ma swoje ulubione bajki (to nic nadzwyczajnego, każde dziecko ma), tyle, że on w jednej bajce jest wręcz zakochany! A do tego jest to bajka typowo dziewczęca: "Roztańczona Angelina".
Do tej pory uwielbiał "Misia w dużym niebieskim domu", "Olinka Okrąglinka" czy też całą serię odcinków z Elmo, czyli bajki tematycznie neutralne, pasujące zarówno dla chłopca jak i dziewczynki, a teraz króluje ta Angelina, ja nie wiem o co chodzi... ale jak tylko usłyszy pierwsze dźwięki z tej bajki to leci pędem, siada na dywanie przed TV a do tego śpiewa (!!!) czołówkę: "Nina, nina" czyli Angelina :) Cudnie po prostu :)
Całkiem niedawno wykluła się w końce jedna z dolnych czwórek, od kilku dobrych tygodni dziąsło w tym miejscu było bardzo nabrzmiałe (choć A zdawał się tego nie zauważać) i w końcu pojawił się ząb, albo raczej zębisko bo w porównaniu z jedynkami i dwójkami ta czwórka jest wręcz ogromna. Będzie mu się łatwiej jadło :)
A skoro jesteśmy już przy jedzeniu to niestety powróciły akcje, które opisywałam już kiedyś przy wcześniejszej miesięcznicy.
Mały jest małym żarłokiem, je prawie wszystko, dużo (czasem obiad to cały słoik i dodatkowo mała porcja naszego jedzenia) i chętnie, ale tylko wtedy gdy jest z tątą. Gdy jest ze mną odmawia słoików, kaszy itp. i muszę kombinować z kanapeczkami i innymi. Nie wiem o co kaman temu chłopu ;)
Zrobiłam podejście do przestawienia się na zwykłe soki. Nie wyszło bo A. zaczął mieć po nich częstsze, rzadsze i ogólnie brzydsze kupy :( Wróciliśmy do dziecięcych :(
Podobnie kiedyś było z jogurtami, że po tych zwykłych kupy się pogarszały a po dziecięcych nic się nie działo i do tej pory kupuję te dziecięce, na które nas nie stać :/
Krótkie drzemki weszły już chyba na stałe do naszego rozkładu dnia. Kiedyś było jeszcze tak, że A. ze mną spał raz i krótko ale po weekendzie odsypiał wszystko przy M, teraz przy M też śpi już tylko raz dziennie, maks do godziny i paru minut.
Do tego gdy jest weekend i ja z nim jestem, to ten Mały Gałgan dzień lubi zacząć już ok 6 rano, czasem nawet przed! Chyba nie muszę mówić jak bardzo jest to dla mnie uciążliwe przy codziennym wstawaniu o 5 rano? Dla taty jest bardziej łaskawy i śpi sobie do 7-8 rano.
Znienawidził kapcie i wszystko inne co próbowałam wprowadzić z zamian coby nie szargał skarpetek, które to jak na złość mam wszystkie białe bo "jedziemy" jeszcze na takich, co w zeszłe wakacje kupowałam seryjnie z deserkami Gerbera (były dołączane w promocji), uzbierałam ich spory zapas (chyba z 20 sztuk albo i więcej) i w sumie mam tylko takie a one wszystkie białe z małymi kolorowymi wstawkami na piętkę i paluszki :/
Chciałam mu w zamian zakładać takie jakby skarpetokapcie, na skórzanej podeszwie.
Ponosił parę dni i zaczął je sobie ściągać tak samo jak kapcie zwykłe.
Mam jeszcze kilka par takich grubszych skarpetek antypoślizgowych, ładne kolorowe, w paseczki z grzechotki na palcach (chyba każda mama widziała je w Rossmanie) pomyślałam, że jak on tak chce chodzić w samych skarpetkach to może takie zaakceptuje ale też nie przeszły :( Jedyne czego nie ściąga sobie ze stóp to te białe skarpety Gerbera :/
Wstręt do wózka odziedziczył chyba po starszym bracie, który również w wieku 1,5 roku z wózka zrezygnował i trzeba go było do niego wsadzać siłą :( A ja wózkomaniaczka tak bardzo liczyłam na to, że może chociaż to drugie dziecko pozwoli mi się nacieszyć etapem wózkowym trochę dłużej, nic z tego :( Mały A pozwala się wsadzić do wózka dosłownie raz dziennie, w momencie gdy wychodzimy pierwszy raz na spacer z zamiarem spania. Każde następne wyjście kończy się mega awanturą przy próbie wsadzenia do wózka, kopanie, wierzganie, wyginanie w pałąk, nie ma opcji żeby go tam ulokować :( Także na plac zabaw nie pójdziemy bo przed spaniem go tam nie zabieram (bo idziemy na spanie a nie na zabawę) a potem on już nie chce wleźć do wózka i nie mam go jak tam dowieźć! A trasą przy ulicy to ja się na chodzenie na piechotę nie piszę bo on w ogóle nie kuma, że jak mama mówi idziemy tam to znaczy idziemy tam i on idzie tam gdzie chce, w dodatku przeważnie na ulicę, po której pędzą samochody jeden za drugim. No i klops :( Ale wyciągnęliśmy już rowerek po Jot i może na tym rowerku uda nam się w końcu dojechać na jakiś plac zabaw :)
Póki co popołudnia spędzamy przeważnie u nas w ogrodzie, staram się przelać na A. moją pasję do otaczającej nas przyrody ;) także chodzimy wokół domu, oglądamy kwiatki, robaczki i podziwiamy :)
Muszę go tylko jeszcze uczulić na to, że nie każdego robaczka można dotykać paluszkiem bo np. pszczółki bzy bzy mogę nie być tak łagodne jak żuczki czy biedronki :)
A włoski długie nadal mamy i nie ścinamy :)
Minęła też kolejna miesięcznica Małego A, który skończył już 19 miesięcy.
Nie wiem czemu nadal tak to liczę? Może po drugim roczku mi przejdzie ;)
Ostatnie dni i tygodnie to głównie doskonalenie mowy :) nowe słówka w słowniku A. to:
piiiii - pić
baban - banan
lolot (słodko) - samolot
kiki - kredki
koko - oko
nos - nos
tam - tam
niam niam - mniam, mniam
poza tym często zdarza się, że powtórzy spontanicznie jakieś usłyszane w danym momencie słowo ale szybko je potem zapomina, ostatnio pięknie powiedział: "pigin" (na pingwina oczywiście) ale więcej już tego nie powtórzył.
Zapomniał o swojej umiejętności mówienia "tak" i coraz rzadziej da się usłyszeć od niego to miłe dla ucha słowo ;) coraz częściej za to da się słyszeć do perfekcji opanowane "nie" :/
Pięknie naśladuje odgłosy zwierząt: kota, krowy, świnki i stara się psa ale nie za bardzo mu wychodzi, za to chrumkanie świnki to naprawdę rewelacja, śmiejemy się do łez :)
Był moment, że jak coś zbroił to sam sobie mówił "no, no" i kiwał paluszkiem, jednak ostatnio zaprzestał tej praktyki.
Pewnego dnia rozbroił mnie scenką tego typu: ja siedziałam na sofie z laptopem na kolanach a on podszedł do laptopa, stanął za nim, złapał dwoma rączkami za górę monitora a po chwili stanął na paluszkach, wystawił łepek znad monitora tak, że widziałam tylko jego piękne oczęta i zwołał do mnie "a ku, ku" :)))
Ma swoje ulubione bajki (to nic nadzwyczajnego, każde dziecko ma), tyle, że on w jednej bajce jest wręcz zakochany! A do tego jest to bajka typowo dziewczęca: "Roztańczona Angelina".
Do tej pory uwielbiał "Misia w dużym niebieskim domu", "Olinka Okrąglinka" czy też całą serię odcinków z Elmo, czyli bajki tematycznie neutralne, pasujące zarówno dla chłopca jak i dziewczynki, a teraz króluje ta Angelina, ja nie wiem o co chodzi... ale jak tylko usłyszy pierwsze dźwięki z tej bajki to leci pędem, siada na dywanie przed TV a do tego śpiewa (!!!) czołówkę: "Nina, nina" czyli Angelina :) Cudnie po prostu :)
Całkiem niedawno wykluła się w końce jedna z dolnych czwórek, od kilku dobrych tygodni dziąsło w tym miejscu było bardzo nabrzmiałe (choć A zdawał się tego nie zauważać) i w końcu pojawił się ząb, albo raczej zębisko bo w porównaniu z jedynkami i dwójkami ta czwórka jest wręcz ogromna. Będzie mu się łatwiej jadło :)
A skoro jesteśmy już przy jedzeniu to niestety powróciły akcje, które opisywałam już kiedyś przy wcześniejszej miesięcznicy.
Mały jest małym żarłokiem, je prawie wszystko, dużo (czasem obiad to cały słoik i dodatkowo mała porcja naszego jedzenia) i chętnie, ale tylko wtedy gdy jest z tątą. Gdy jest ze mną odmawia słoików, kaszy itp. i muszę kombinować z kanapeczkami i innymi. Nie wiem o co kaman temu chłopu ;)
Zrobiłam podejście do przestawienia się na zwykłe soki. Nie wyszło bo A. zaczął mieć po nich częstsze, rzadsze i ogólnie brzydsze kupy :( Wróciliśmy do dziecięcych :(
Podobnie kiedyś było z jogurtami, że po tych zwykłych kupy się pogarszały a po dziecięcych nic się nie działo i do tej pory kupuję te dziecięce, na które nas nie stać :/
Krótkie drzemki weszły już chyba na stałe do naszego rozkładu dnia. Kiedyś było jeszcze tak, że A. ze mną spał raz i krótko ale po weekendzie odsypiał wszystko przy M, teraz przy M też śpi już tylko raz dziennie, maks do godziny i paru minut.
Do tego gdy jest weekend i ja z nim jestem, to ten Mały Gałgan dzień lubi zacząć już ok 6 rano, czasem nawet przed! Chyba nie muszę mówić jak bardzo jest to dla mnie uciążliwe przy codziennym wstawaniu o 5 rano? Dla taty jest bardziej łaskawy i śpi sobie do 7-8 rano.
Znienawidził kapcie i wszystko inne co próbowałam wprowadzić z zamian coby nie szargał skarpetek, które to jak na złość mam wszystkie białe bo "jedziemy" jeszcze na takich, co w zeszłe wakacje kupowałam seryjnie z deserkami Gerbera (były dołączane w promocji), uzbierałam ich spory zapas (chyba z 20 sztuk albo i więcej) i w sumie mam tylko takie a one wszystkie białe z małymi kolorowymi wstawkami na piętkę i paluszki :/
Chciałam mu w zamian zakładać takie jakby skarpetokapcie, na skórzanej podeszwie.
Ponosił parę dni i zaczął je sobie ściągać tak samo jak kapcie zwykłe.
Mam jeszcze kilka par takich grubszych skarpetek antypoślizgowych, ładne kolorowe, w paseczki z grzechotki na palcach (chyba każda mama widziała je w Rossmanie) pomyślałam, że jak on tak chce chodzić w samych skarpetkach to może takie zaakceptuje ale też nie przeszły :( Jedyne czego nie ściąga sobie ze stóp to te białe skarpety Gerbera :/
Wstręt do wózka odziedziczył chyba po starszym bracie, który również w wieku 1,5 roku z wózka zrezygnował i trzeba go było do niego wsadzać siłą :( A ja wózkomaniaczka tak bardzo liczyłam na to, że może chociaż to drugie dziecko pozwoli mi się nacieszyć etapem wózkowym trochę dłużej, nic z tego :( Mały A pozwala się wsadzić do wózka dosłownie raz dziennie, w momencie gdy wychodzimy pierwszy raz na spacer z zamiarem spania. Każde następne wyjście kończy się mega awanturą przy próbie wsadzenia do wózka, kopanie, wierzganie, wyginanie w pałąk, nie ma opcji żeby go tam ulokować :( Także na plac zabaw nie pójdziemy bo przed spaniem go tam nie zabieram (bo idziemy na spanie a nie na zabawę) a potem on już nie chce wleźć do wózka i nie mam go jak tam dowieźć! A trasą przy ulicy to ja się na chodzenie na piechotę nie piszę bo on w ogóle nie kuma, że jak mama mówi idziemy tam to znaczy idziemy tam i on idzie tam gdzie chce, w dodatku przeważnie na ulicę, po której pędzą samochody jeden za drugim. No i klops :( Ale wyciągnęliśmy już rowerek po Jot i może na tym rowerku uda nam się w końcu dojechać na jakiś plac zabaw :)
Póki co popołudnia spędzamy przeważnie u nas w ogrodzie, staram się przelać na A. moją pasję do otaczającej nas przyrody ;) także chodzimy wokół domu, oglądamy kwiatki, robaczki i podziwiamy :)
Muszę go tylko jeszcze uczulić na to, że nie każdego robaczka można dotykać paluszkiem bo np. pszczółki bzy bzy mogę nie być tak łagodne jak żuczki czy biedronki :)
A włoski długie nadal mamy i nie ścinamy :)
czwartek, 5 maja 2011
I po zębie!
Stało się! Jot stracił pierwszego mleczaka :)
Ząbek ruszał się od dwóch tygodni, dziś w szkole wypadł (lewa, dolna jedynka). Jot przyniósł go do domu zawiniętego w chusteczkę, rany jaki on malutki ten ząbek!
Wróżka Zębuszka będzie miała dziś w nocy robotę ;)
A ja mam pięknie szczerbate dziecko :)
Ząbek ruszał się od dwóch tygodni, dziś w szkole wypadł (lewa, dolna jedynka). Jot przyniósł go do domu zawiniętego w chusteczkę, rany jaki on malutki ten ząbek!
Wróżka Zębuszka będzie miała dziś w nocy robotę ;)
A ja mam pięknie szczerbate dziecko :)
środa, 4 maja 2011
Chłopaki się postarali :)
Z samego rana gdy zeszłam do kuchni, czekały na mnie pięknie ustawione kwiaty na stole...

Jot po obudzeniu wyrecytował wierszyk (uwaga!!) wymyślony przez mojego M:
"Dziś masz mamo urodziny,
składam ci życzenia,
takie szczere i prawdziwe,
a nie od niechcenia,
żyj nam długo i szczęśliwie,
ku naszej radości,
niech na buzi twej kochanej,
uśmiech zawsze gości!"
Sama już nie wiem co zrobiło na mnie większe wrażenie, to jak Jot zawstydzonym głosem pięknie recytował czy to, że wierszyk był wymyślony specjalnie dla mnie ?
Dziękuję Wam Skarby moje kochane !!!
Po południu był tort ...

kto się doliczy ile świeczek dziś zgasiłam ???

A teraz zaraz wychodzimy z M do kina :)
Tylko Mały A. nie za bardzo zauważył, że dziś jest jakiś szczególny dzień ;)
No i jak się przed chwilą doczytałam, że obchodzę urodziny jednego dnia z pewną sławną osobistością ;)

Jot po obudzeniu wyrecytował wierszyk (uwaga!!) wymyślony przez mojego M:
"Dziś masz mamo urodziny,
składam ci życzenia,
takie szczere i prawdziwe,
a nie od niechcenia,
żyj nam długo i szczęśliwie,
ku naszej radości,
niech na buzi twej kochanej,
uśmiech zawsze gości!"
Sama już nie wiem co zrobiło na mnie większe wrażenie, to jak Jot zawstydzonym głosem pięknie recytował czy to, że wierszyk był wymyślony specjalnie dla mnie ?
Dziękuję Wam Skarby moje kochane !!!
Po południu był tort ...

kto się doliczy ile świeczek dziś zgasiłam ???

A teraz zaraz wychodzimy z M do kina :)
Tylko Mały A. nie za bardzo zauważył, że dziś jest jakiś szczególny dzień ;)
No i jak się przed chwilą doczytałam, że obchodzę urodziny jednego dnia z pewną sławną osobistością ;)
wtorek, 3 maja 2011
O mały włos ...
...wczoraj doszłoby u nas do tragedii :(
Piękna pogoda, słonecznie, krótki rodzinny spacerek.
Korzystam z tego, że jestem z M i on prowadzi wózek a ja mogę sobie w spokoju porobić zdjęcia. Niedługo potem wracamy do domu (A nie toleruje wózka), wchodzimy na naszą działkę przez bramę wjazdową, M zamyka ją na skobel, jak zwykle. Idziemy na tył domu, kręcimy się po ogrodzie. Mały A biega to tu to tam, z jednej strony domu na drugą. Jak zwykle trafia też w końcu do bramy, przy której często zatrzymuje się i ogląda pędzące przed naszym domem samochody. Mały A podchodzi do bramy i szarpie, ta ani drgnie, naprawdę ciężko nawet dorosłej osobie ruszyć ten skobel. Odwracam na chwilę głowę, chwila zamyślenia i gdy znów patrzę w stronę mojego Małego A, jego już nie ma! Brama lekko uchylona a on dosłownie o dwa kroki od jezdni!!! Naszą bramę dzieli od jezdni jedynie wąski kawałek chodniczka...
Mój krzyk i rzucam się pędem w jego stronę, krzyczę jego imię na całe gardło, ile tylko mam sił w płucach! On idzie dalej, znów krzyczę, wręcz się wydzieram, jestem już o krok od niego, widzę jak ludzie zatrzymują się na ulicy i patrzą, widzę faceta z wózkiem, który jeszcze chwilę wcześniej przechodził koło naszej bramy i coś tam zagadywał do A. Facet zamiera w bezruchu...
Moment gdy znajduję się przy Małym A i łapię go w ramiona trwa zaledwie kilka sekund ale dla mnie to jak cała wieczność!
I do teraz widzę go gdy stoi o krok od tej ulicy, po której pędzi jeden samochód za drugim jak po autostradzie. I niestety oczami wyobraźni widzę też to co mogło się stać, wciąż widzę ten cholerny, koszmarny obraz!
Nigdy wcześniej czegoś takiego nie przeżyłam i strachu jaki czuje matka w sytuacji naprawdę realnego zagrożenia życia dziecka jest nie do opisania słowami!
Nogi jak z waty zaczęły telepać mi się w momencie gdy złapałam Małego A w ramiona, potem doszły ręce a potem telepałam się już cała jednocześnie przyciskając do siebie z całych sił mojego A. I z każdą kolejną sekundą zamiast się uspokajać to coraz bardziej zaczynało docierać do mnie co mogło się stać i ta myśl była nie do zniesienia. Zaczęłam płakać, wróciliśmy do domu, płakałam jeszcze przez dłuższy czas...
Nie jestem nieodpowiedzialną matką, wręcz przeciwnie, czasem aż nadgorliwie pilnującą bezpieczeństwa i zdrowia swoich dzieci. Na naszym podwórku spędziliśmy już dobrych kilka dni i do tej pory czułam się tu bezpiecznie, nawet gdy A podchodził do bramy, nie mogło się nic stać bo dziecko samo nie da rady jej otworzyć. Dziś po prostu musiała być źle zamknięta :( Może i mogłam to przewidzieć ale nie przewidziałam :( byłam pewna, że Mały A jest bezpieczny, w innym razie w życiu nie doszłoby do tej sytuacji bo na pewno nie pozwoliłabym mu tam stać a już na pewno nie spuszczałabym go z oka nawet na tak małą chwilkę!
Maj nie jest dla nas łaskawy, w zeszłym roku ten upadek a teraz to.
Chcę już o tym wszystkim zapomnieć.
Piękna pogoda, słonecznie, krótki rodzinny spacerek.
Korzystam z tego, że jestem z M i on prowadzi wózek a ja mogę sobie w spokoju porobić zdjęcia. Niedługo potem wracamy do domu (A nie toleruje wózka), wchodzimy na naszą działkę przez bramę wjazdową, M zamyka ją na skobel, jak zwykle. Idziemy na tył domu, kręcimy się po ogrodzie. Mały A biega to tu to tam, z jednej strony domu na drugą. Jak zwykle trafia też w końcu do bramy, przy której często zatrzymuje się i ogląda pędzące przed naszym domem samochody. Mały A podchodzi do bramy i szarpie, ta ani drgnie, naprawdę ciężko nawet dorosłej osobie ruszyć ten skobel. Odwracam na chwilę głowę, chwila zamyślenia i gdy znów patrzę w stronę mojego Małego A, jego już nie ma! Brama lekko uchylona a on dosłownie o dwa kroki od jezdni!!! Naszą bramę dzieli od jezdni jedynie wąski kawałek chodniczka...
Mój krzyk i rzucam się pędem w jego stronę, krzyczę jego imię na całe gardło, ile tylko mam sił w płucach! On idzie dalej, znów krzyczę, wręcz się wydzieram, jestem już o krok od niego, widzę jak ludzie zatrzymują się na ulicy i patrzą, widzę faceta z wózkiem, który jeszcze chwilę wcześniej przechodził koło naszej bramy i coś tam zagadywał do A. Facet zamiera w bezruchu...
Moment gdy znajduję się przy Małym A i łapię go w ramiona trwa zaledwie kilka sekund ale dla mnie to jak cała wieczność!
I do teraz widzę go gdy stoi o krok od tej ulicy, po której pędzi jeden samochód za drugim jak po autostradzie. I niestety oczami wyobraźni widzę też to co mogło się stać, wciąż widzę ten cholerny, koszmarny obraz!
Nigdy wcześniej czegoś takiego nie przeżyłam i strachu jaki czuje matka w sytuacji naprawdę realnego zagrożenia życia dziecka jest nie do opisania słowami!
Nogi jak z waty zaczęły telepać mi się w momencie gdy złapałam Małego A w ramiona, potem doszły ręce a potem telepałam się już cała jednocześnie przyciskając do siebie z całych sił mojego A. I z każdą kolejną sekundą zamiast się uspokajać to coraz bardziej zaczynało docierać do mnie co mogło się stać i ta myśl była nie do zniesienia. Zaczęłam płakać, wróciliśmy do domu, płakałam jeszcze przez dłuższy czas...
Nie jestem nieodpowiedzialną matką, wręcz przeciwnie, czasem aż nadgorliwie pilnującą bezpieczeństwa i zdrowia swoich dzieci. Na naszym podwórku spędziliśmy już dobrych kilka dni i do tej pory czułam się tu bezpiecznie, nawet gdy A podchodził do bramy, nie mogło się nic stać bo dziecko samo nie da rady jej otworzyć. Dziś po prostu musiała być źle zamknięta :( Może i mogłam to przewidzieć ale nie przewidziałam :( byłam pewna, że Mały A jest bezpieczny, w innym razie w życiu nie doszłoby do tej sytuacji bo na pewno nie pozwoliłabym mu tam stać a już na pewno nie spuszczałabym go z oka nawet na tak małą chwilkę!
Maj nie jest dla nas łaskawy, w zeszłym roku ten upadek a teraz to.
Chcę już o tym wszystkim zapomnieć.
poniedziałek, 2 maja 2011
Przepadłam!
Dokładnie rok temu, 2 maja, napisałam bardzo smutnego posta na moim blogu, o tym jak to mi źle bo siedzę sama w domu, podczas gdy inni bawią się ze znajomymi na majówkach... (post był tak przepełniony żalem, że nawet go tu nie przeniosłam przy przenoszeniu bloga) ...
Parę minut po napisaniu posta wzięłam aparat i wyszłam do mokrego od deszczu ogrodu (rok temu majówka też była deszczowa). Chodziłam, pełzałam i czołgałam się w mokrej trawie, patrzyłam i podziwiałam, jak piękny jest świat gdy przyjrzy mu się z bliska, ach te krople ;)
To jedno ze zdjęć zrobionych właśnie tamtego dnia, dziś zrobiłabym je zupełnie inaczej ale wtedy to były początki, więc kadrowanie i trawkę na pierwszym planie mogę sobie wybaczyć, grunt, że jest ostrość tam gdzie trza ;)

Tak to się zaczęła moja przygoda z fotografią :)
Tzn. robić zdjęcia lubiłam od zawsze, ale to lubienie przerodziło się wręcz w uwielbienie przez duże U i trwa do dziś, to już cały rok :)
Teraz nie wyobrażam sobie dnia bez robienia zdjęć, taki dzień to dla mnie dzień stracony.
Kiedyś siedziałam po nocach i oglądałam filmy, potem pisałam na forach, następnie zadomowiłam się na blogach a teraz nie robię nic innego tylko (gdy w końcu mam czas dla siebie) to przekładam zdjęcia na kompa i wtedy przepadam, po prostu mnie nie ma :) Przejrzenie, wybranie a potem obróbka zdjęć jest tak czasochłonna, że zajmuje całe godziny, ale ja to uwielbiam :) Dlatego jak nie ma mnie tu (na dziecińcu) to jak nic siedzę na fotoblogach :) Niestety czas na to mam tylko późnymi wieczorami i nocami, w tygodniu zarywam noce i śpię po ok 4-5 godzin ale nie umiem zrezygnować ze swojego hobby, wczoraj ze zmęczenia zasnęłam nad laptopem ...
Za to dziś gdy przekładałam zdjęcia Mały A zaatakował mojego laptopa ;)

Moja fascynacja fotografią nie wzięła się znikąd, wyssałam ją z mlekiem matki albo odziedziczyłam w genach, whatever ;)
Moja mama też robiła mnóstwo zdjęć, dużo więcej niż inni w tamtych czasach...
Znała się na tym i lubiła, sama wywoływała, dla mnie była profesjonalistką. Pozostawiła mi całkiem spory zbiór zdjęć z dzieciństwa oraz pudełko rolek z filmami czarno białymi, szkoda, że tak krótko ze mną była, miałabym tego więcej...
Ja natomiast, do tej pory chwaliłam się zdjęciami przyrody i natury ale oprócz tego z zamiłowaniem fotografuję również dzieci, ubóstwiam to! Założyłam fotobloga, który powstał (i nadal powstaje) z moich ulubionych i najbardziej udanych (według mnie oczywiście) zdjęć moich dwóch Skarbów.
A w przyszłości, bliższej lub dalszej mam nadzieję, że uda mi się połączyć moje hobby i pasję z pracą zawodową, obecnie to moje największe marzenie...
Parę minut po napisaniu posta wzięłam aparat i wyszłam do mokrego od deszczu ogrodu (rok temu majówka też była deszczowa). Chodziłam, pełzałam i czołgałam się w mokrej trawie, patrzyłam i podziwiałam, jak piękny jest świat gdy przyjrzy mu się z bliska, ach te krople ;)
To jedno ze zdjęć zrobionych właśnie tamtego dnia, dziś zrobiłabym je zupełnie inaczej ale wtedy to były początki, więc kadrowanie i trawkę na pierwszym planie mogę sobie wybaczyć, grunt, że jest ostrość tam gdzie trza ;)

Tak to się zaczęła moja przygoda z fotografią :)
Tzn. robić zdjęcia lubiłam od zawsze, ale to lubienie przerodziło się wręcz w uwielbienie przez duże U i trwa do dziś, to już cały rok :)
Teraz nie wyobrażam sobie dnia bez robienia zdjęć, taki dzień to dla mnie dzień stracony.
Kiedyś siedziałam po nocach i oglądałam filmy, potem pisałam na forach, następnie zadomowiłam się na blogach a teraz nie robię nic innego tylko (gdy w końcu mam czas dla siebie) to przekładam zdjęcia na kompa i wtedy przepadam, po prostu mnie nie ma :) Przejrzenie, wybranie a potem obróbka zdjęć jest tak czasochłonna, że zajmuje całe godziny, ale ja to uwielbiam :) Dlatego jak nie ma mnie tu (na dziecińcu) to jak nic siedzę na fotoblogach :) Niestety czas na to mam tylko późnymi wieczorami i nocami, w tygodniu zarywam noce i śpię po ok 4-5 godzin ale nie umiem zrezygnować ze swojego hobby, wczoraj ze zmęczenia zasnęłam nad laptopem ...
Za to dziś gdy przekładałam zdjęcia Mały A zaatakował mojego laptopa ;)

Moja fascynacja fotografią nie wzięła się znikąd, wyssałam ją z mlekiem matki albo odziedziczyłam w genach, whatever ;)
Moja mama też robiła mnóstwo zdjęć, dużo więcej niż inni w tamtych czasach...
Znała się na tym i lubiła, sama wywoływała, dla mnie była profesjonalistką. Pozostawiła mi całkiem spory zbiór zdjęć z dzieciństwa oraz pudełko rolek z filmami czarno białymi, szkoda, że tak krótko ze mną była, miałabym tego więcej...
Ja natomiast, do tej pory chwaliłam się zdjęciami przyrody i natury ale oprócz tego z zamiłowaniem fotografuję również dzieci, ubóstwiam to! Założyłam fotobloga, który powstał (i nadal powstaje) z moich ulubionych i najbardziej udanych (według mnie oczywiście) zdjęć moich dwóch Skarbów.
A w przyszłości, bliższej lub dalszej mam nadzieję, że uda mi się połączyć moje hobby i pasję z pracą zawodową, obecnie to moje największe marzenie...
Subskrybuj:
Posty (Atom)