poniedziałek, 24 grudnia 2012

Żeby nie było, że ja jakaś nieżyczliwa ;)

Wszystkiego dobrego i wesołego rodzinnego świętowania Wam życzę :)
Zdjęcie z dzisiejszego ubierania choinki :)

A na moim fotobloxie jeszcze co nieco w temacie życzeń i bombek, z wczorajszego ubierania choinki :)

sobota, 22 grudnia 2012

Małe rzeczy...

Świat pędzi w świątecznej gorączce, już nikt nie pamiętam, że wczoraj miał być jego koniec...
Dziś już wszyscy myślami znowu są przy choinkach, pierogach, porządkach, zakupach i prezentach, wszyscy tylko nie ja ...
Mój świat się zatrzymał, stoi w miejscu, gdzieś w tym szarym, brudnym i brzydkim listopadzie kiedy to zostałam przykuta do łóżka.
Muszę sobie to wegetowanie jakoś umilać... lubię internet, blogowanie i lubię ładne blogi ;) to sobie i mój upiększyłam, banerek nowy wstawiłam, w świątecznym nastroju a jakże ;)

Poza tym nie czekając na Mikołaja, sama sobie zrobiłam mały prezent. Kupiłam sobie perfumy, przyszły wczoraj. Wśród miliona różnych perfum na świecie są tylko 3 zapachy, które uznaję za absolutny, ponadczasowy hit i "MÓJ" zapach, cała reszta to tylko co najwyżej ładne albo bardzo ładne perfumy, których zapach po paru minutach i tak zapominam.

Wzięłam prysznic i teraz leżę i pachnę ;) Może to jakiś rodzaj aromatoterapii ?

Małe rzeczy a cieszą...


środa, 19 grudnia 2012

Gdzie jest pies pogrzebany ?

Dziś znowu będzie o dyskopatii, tyle, że trochę inaczej. Ponieważ jęczę na ten temat już od ponad miesiąca to postanowiłam przybliżyć Wam w czym rzecz.
Wrażliwszych oraz niezainteresowanych proszę o opuszczenie strony ;)

Poniżej rysunek który krótko, zwięźle i na temat pokazuje etapy dyskopatii:

                        Źródło: http://www.ortopedio.pl/

Moja własna osobista dyskopatia niestety jest już między etapem C a D (i tu jest pies pogrzebany :/) o czym poinformował mnie wynik rezonansu a następnie diagnozę potwierdziło łącznie już 4 lekarzy.

A tu rysunek obrazujący jak taki "wypadnięty" dysk uciska na korzeń nerwowy, czyli co powoduje ból:

 

Z dobrych wieści na dziś jest informacja, że podejmuję jeszcze jedną próbę leczenia :) Tym razem sterydami. Ostatni z lekarzy, który zapoznał się z moją sprawą stwierdził, że zanim operacja to najpierw trzeba wypróbować wszelkie metody leczenia a ja na razie przeciwzapalne leki brałam niesteroidowe. Bateria nowych leków wykupiona, dziś zaczynam.

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Poddaję się ...

Nie mam więcej sił.
Zróbcie mi już tę operację, najlepiej jeszcze dziś.
Boże, daj mi cierpliwości i daj mi jej natychmiast!


"Hello darkness, my old friend,
I've come to talk with you again..."

niedziela, 16 grudnia 2012

No i co jeszcze ?

Wczoraj rano zauważyłam u Młodszego sporą wysypkę na udach od spodu. W trakcie dnia zapomniałam o niej.
Przy rozbieraniu do wieczornej kąpieli okazało się, że wysypka jest już na całych nogach i rękach !!! W ruch poszedł Zyrtec i maść na alergię, która stoi w lodówce od czasów gdy mieliśmy przygodę z alergią pokarmową...

Dziś rano wybudził mnie atak kaszlu Młodszego przerywany sapaniem od zapchanego katarem nosa :/ Młodszy wylądował u mnie w łóżku gdyż M szedł do pracy i tak w towarzystwie kaszlu i kataru dospaliśmy jeszcze do 10:00! Taki długi sen to niestety zły znak w przypadku Młodszego... spojrzałam na niego po przebudzeniu, czerwony jak cegła, rozgrzany jak piec, choć termometr pokazał "tylko" 38,5 :/ do tego kaszel suchy, męczący, nieustanny i katar chyba aż po sam czubek głowy. Zaglądam pod kołdrę, nogi obsypane całe, ręcę też, doszło trochę na policzkach... do tego napuchnięty taki jakiś  :/// ja się pytam, co jeszcze ??? A może lepiej nie wiedzieć ...

P.S. Nasz cały grafik właśnie wziął w łeb. 

sobota, 15 grudnia 2012

Wake me up when it's over...

Moja ostatnia deska ratunku powiedziała, że nie daje mi wielkich nadziei.
Pan doktor, dusza człowiek, wysłuchał, obejrzał rezonans, zbadał i powiedział to co powyżej przed chwilą napisałam.
Zaproponował mi jedną opcję, którą oczywiście przyjęłam i wykonuję (10 zabiegów) ale do samego końca wszystko cały czas jest jedną wielką niewiadomą i nikt ani nic nie może zagwarantować mi pozytywnego efektu. Dodatkowo zostałam zapięta w stabilizator i mam go nosić 24h i nadal leżeć. Pozycja pionowa obciąża kręgosłup, siedząca jeszcze bardziej także mam leżeć nawet w trasie na zabiegi. No i ok ja to wszystko nadal znoszę i mogę znosić, niech mi tylko ktoś powie, da gwarancję, że z tego wyjdę! Niestety :( Życie w takim zawieszeniu, z tak wielką niewiadomą stało się i jest koszmarem. A do tego te Święta... tak, cieszmy się i radujmy ... no jakoś nie mogę. Ja leżę, dom leży odłogiem, na Święta nic nie będzie tak jak powinno być... do tego ciekawa jestem kto zajmie się mną i dziećmi w pierwszy i drugi dzień świąt gdy M pójdzie do pracy bo tego jeszcze nie ustaliliśmy... na razie ledwo wyrobiliśmy z ustawieniem grafiku na mijające dni a M ledwo wyrabia z obwożeniem mnie na zabiegi, dzieci w te i wewte do przedszkola i szkoły i siebie do pracy. A tu jeszcze zrób zakupy, zrób pranie, schowaj pranie, powieś pranie, posprzątaj, pościel, ugotuj, pozmywaj, pobaw się z Młodszym, wykąp, uśpij, pociesz zdołowaną żonę i nie padnij gdzieś po drodze... tak, tak, wszystko to mój M robi sam, od miesiąca i kilku dni...

Wczorajsze Jasełka też nie były radosne... nie byłam oczywiście ale wiem z relacji, dzieci się bawiły a mój Skarb przez pół imprezy płakał i wołał, że "chce do mamy" i mnie się ryczeć zachciało jak to usłyszałam. Zdjęcie jakieś koślawe zrobiłam... mój Mały Diabełek...

środa, 12 grudnia 2012

Nóż mnie goni...

W poniedziałek byłam na kolejnej wizycie u mojego ortopedy. Wizyta po 4 tygodniach leczenia z wynikami rezonansu.
Cyferki same mówią za siebie, przepuklina jest duża i ja to wiedziałam sama po przeczytaniu wyników, poprawy jako takiej nie ma i to też wiedziałam sama po sobie ale jednak liczyłam na jakiś cud, przeliczyłam się. Doktor po paru minutach oględzin rezonansu, spokojnym głosem wydał wyrok: "trzeba to zoperować". To były słowa, które tłukły mi się po głowie przez ostatnie dwa tygodnie, słowa, które starałam się zdusić w sobie i miałam nadzieję nigdy nie usłyszeć :( Łzy w oczach (no co ja poradzę, że się boję?), gardło ściśnięte i pytam: tak już?, nie da się nic więcej zrobić? Pytam choć nie bezpodstawnie sama już takiego wyroku się spodziewałam i nie bezpodstawnie się go bałam. Przez te tygodnie miałam sporo czasu żeby dokładniej zapoznać się problemem dyskopatii i w niejednym miejscu czytałam zdania, że przedłużające się leczenie jest wskazaniem... ale czytać to jedno a usłyszeć to drugie. Pan doktor mówi, że mój dysk najwyraźniej utknął i trzeba operować. Dał mi skierowanie do neurochirurga w celu: "oceny wskazań neurologicznych do zabiegu operacyjnego." i kolejne zwolnienie (tu już powstaje następny problem ale o tym potem). Łapiąc się ostatniej deski ratunku pytam o jednak jeszcze inne możliwości bo już od paru osób słyszałam o rehabilitacji manualnej, której nie miałam, wysyłał mnie na nią rehabilitant od prądów, moja rehabilitantka od ćwiczeń oraz ktoś z rodziny, kto miał do czynienia z wypadniętym dyskiem. Pan doktor, bardzo oschle pyta mnie co mam na myśli? Mówię, że nie wiem bo się nie znam ale słyszałam o takiej możliwości i to ja się pytam pana doktora. Pan doktor wstał, poszedł gdzieś na chwilę po czym położył przede mną wizytówkę z informacją, że jeżeli ktoś ma mnie dotykać w tym stanie to tylko ta osoba. Ok, czyli jednak można ;)
Wyszłam z gabinetu i myślę sobie, że nie ma szans żebym teraz wracała do domu i czekała nie wiadomo ile na wizytę u neurochirurga bo się wykończę nerwowo. Poszłam do rejestracji pytam o jakąś najbliższą wolną wizytę w tym samym jeszcze dniu, jest! Niestety za ponad 2 godziny :( Trudno, jakoś wytrzymam ale muszę się dowiedzieć jeszcze dziś. Jedziemy. Oddział niedaleko od przychodni w której byłam na wizycie ale za to w bardzo kiepskim miejscu pod względem parkowania. M nie ma gdzie się zatrzymać, wysadza mnie gdzieś po drodze, w miarę blisko wejścia i jedzie szukać miejsca. Ja idę szukać przychodni, która jest w wielkim biurowcu, w którym nigdy nie byłam a znaki kierujące, dla mnie blondynki w stresie nie do końca okazały się jasne, no bo ja to jest, że Lux-med jest w Limie, to mam szukać tego czy tego i gdzie ja w końcu mam wizytę :$%$^%^%&@#$#& Kiedyś byłam w Enelmedzie i wszystko było Enelmedem i było prosto. W Lux-medzie jestem od niedawna, do tej pory nie korzystałam prawie w ogóle z ich usług i najzwyczajniej w świecie gubię się w tych ich przychodniach, z których każda inaczej się nazywa. Dobra, wracając: znalazłam w końcu swój punkt docelowy, zarejestrowałam się, doczłapałam pod gabinet (już ledwo idąc bo niestety łączne czterokrotne wchodzenie i wychodzenie z samochodu oraz łażenie nieźle dały mi popalić i noga zaczęła rwać jak oszalała), usiadłam, czekam i myślę jakim cudem mam wysiedzieć tu 2 godziny ? I co z Młodszym w przedszkolu, którego miał odebrać M bo przecież nie wiedzieliśmy, że nas nie będzie żeby go odebrać i co z próbą jasełek, która też się zbliżała wielkimi krokami... M doszedł pod gabinet, siedzimy. Ktoś kto był wcześniej w gabinecie wyszedł, pan doktor wyjrzał, spojrzał na mnie i kogoś kto jeszcze siedział obok mnie i nawet nie zdążył nic powiedzieć jak ten ktoś się poderwał i wbiegł do gabinetu. Drzwi się zamknęły. Siedzę dalej. Czekam. Przychodzi następny pacjent. Myślę jak to teraz rozegrać. Kolejny pacjent idzie do łazienki. Drzwi gabinetu się otwierają, pan doktor patrzy na mnie i miejsce obok i zaprasza mnie do gabinetu, wow, jaka jestem szczęśliwa :) Badanie w sumie proste, wszelkie odruchy mam prawidłowe, "jak u osiemnastki" - podsumowuje pan doktor. Już zaczynam się cieszyć a wtedy pan doktor odwraca do mnie monitor, otwiera przede mną zdjęcia z rezonansu i dokładnie pokazuje mi gdzie jest ten mój chory dysk i mówi: "no i to wszystko trzeba wyciąć". Załamka. No to ja znowu śpiewka o terapii manualnej itd., i tym razem już z mniejszą niechęcią ale też bez entuzjazmu, pan doktor mówi, że mogę spróbować byle to był specjalista w dziedzinie rehabilitacji a nie jakiś tam "kręgarz" bo to dwie różne rzeczy. Poza tym teraz to i tak skierowania do szpitala mi nie da bo i tak w tym roku to już nie ma miejsc, więc mam wrócić do domu, chodzić na fizykoterapię i przyjść po Nowym Roku, po skierowanie...

Na drugi dzień po tej wizycie, na porannych prądach opowiadam wszystko panu od rehabilitacji i proszę żeby mi jednak dał namiar na pana doktora (specjalistę od kręgosłupów i terapii manualnej), którego to namiar chciał mi dać już dwa tygodnie temu a ja wtedy nie wzięłam bo zawierzyłam, że fizykoterapia, którą akurat zaczynałam będzie wystarczająca i problem się rozwiąże. Jaka ja byłam głupia...
Dziś mam wizytę do polecanego pana doktora, to moja ostatnia nadzieja i deska ratunku.

Poza tym dziś mija miesiąc odkąd jestem na zwolnieniu, miesiąc mojej walki. Tyle, że teraz wiem, że słabo walczyłam, można było zrobić dużo więcej. Same prądy TENS (a tylko takie miałam zalecone przez lekarza) w moim stanie to za mało (mówił mi to już rehabilitant na pierwszym spotkaniu przy ustalaniu zabiegów), poza tym nie dość, że za mało to i można je było zacząć wcześniej a zaczęłam dopiero po 2 tygodniach leczenia/leżenia. Wiem też już co to jest ten dysk, i to nie jest kawałek kości jak kręgi, które można sobie od tak wepchnąć u jakiegoś kręgarza, dysk to tkanka, która jest między tymi kręgami, inaczej taki kawałek galaretki, który podtrzymuje kręgi. Ułożenie jej z powrotem na odpowiednie miejsce to zupełnie inny proces niż leczenie wypadniętego kręgu, niestety mało kto o tym wie i jak słyszy, że mam wypadnięty dysk to pierwsze co mówią "a czemu ty nie pójdziesz do kręgarza?". Nie wiem ile razy to już słyszałam i ile razy już tłumaczyłam, że nie tędy droga...

sobota, 8 grudnia 2012

Święta idą.

U Młodszego w przedszkolu szykowane są Jasełka. Muszę przyznać, że nigdy nie byłam fanką takich imprez i 8 lat zaliczania tych atrakcji u Starszego nie zmieniło mojego spojrzenia na te sprawy. Nie lubię i już. Tak wiem, jestem chyba jedyna matką, która tak ma. Jako, że Młodszy przestąpił progi przedszkola w tym roku szkolnym to wiedziałam, że kolejna porcja przyjemności będzie też i u niego. Nie myliłam się. Tu jednak nastąpił moment diametralnie inny niż do tej pory bo okazało się, że panie w przedszkolu stwierdziły, że ze względu na to, że dzieci są za małe by nauczyć się ról i odegrać cokolwiek to Jasełka będą ale to rodzice zrobią przedstawienie dla dzieci. O dziwo, pomysł ten bardzo mi się spodobał :D W naszym przedszkolu jest zupełnie inaczej niż w państwowym, kameralnie, przytulnie, jak w domu. Personel prawie jak koleżanki ze szkolnej ławki, mamy fajny kontakt, pomyślałam, że to może być fajna zabawa i coś innego niż to czego tak nie lubię ;) Panie ze względu na ten dobry kontakt od razu obsadziły w rolach mnie i mojego M. M ma być Lucyferem (pasuje jak ulał) a ja miałam być Świętą Maryją (buhahaha). Z oczywistych powodów ja udziału nie będę mogła wziąć :((( a w międzyczasie nastąpiła też zmiana, że jednak dzieci będą miały swój udział. Młodszy dostał rolę diabełka, wciąż nie wiem dlaczego, chyba po tatusiu ;)
Na ostatnią chwilę i za grosze udało mi się znaleźć na allegro fajny strój z napisem "I'm a little devil" :) Nie wiem jeszcze co Młodszy powie na ubranie go w to cudo bo pamiętam, że przy ostatnich akcjach przebierankach nie było zbyt wielkiego entuzjazmu. Zobaczymy, Jasełka w piątek, w poniedziałek próba generalna. Tymczasem od dwóch tygodni rozbrzmiewa u nas w domu śpiew Młodszego:

"Chwała na wys-kos-kości, chwała na wys-kos-kości..."

Tak, z całą pewnością idą Święta...

piątek, 7 grudnia 2012

Just great...

Na moim starym blogu ("W oczekiwaniu..."), który to już od dawna jest zamknięty i niewiele osób z tamtych czasów w ogóle mnie jeszcze pamięta, zawsze pisałam o tym, że jestem pechowcem nad pechowcami, miałam nawet założoną kategorię "Jak pech to pech" i tam wrzucałam opisy wszelkich pechowych przygód jakie były u mnie na porządku dziennym. Po pewnej przerwie w blogowaniu i założeniu nowego bloga postanowiłam odciąć się od pechowej przeszłości i zacząć życie na nowo. Jednak prawda jest taka, że życia nie da się oszukać a przed przeznaczeniem nie da się uciec. Jak coś komuś jest pisane (a mnie najwyraźniej pisane jest być pechowcem) to żeby nie wiem jak wielki uśmiech przykleić sobie na twarzy i udawać, że wszystko jest ok i żeby nie wiem jak bardzo starać się omijać pewne sytuacje to one i tak cię dopadną.
Jako, że od ponad tygodnia trochę sprawniej chodzę i codziennie jeżdżę na rehabilitacyjne zabiegi to poranny prysznic stał się znowu rytuałem. Choć nadal nie można zaliczyć go do przyjemności bo stoję niepewnie, wymycie się dokładne również graniczy z cudem tak samo jak wycieranie, ubieranie itp., no ale zawsze to jakiś luksus w porównaniu z gniciem w piżamie przez 2 tygodnie w łóżku. No i ten dzisiejszy luksus skutecznie zakłucił mi fakt, że w pewnym
momencie z prysznica polała się zimna jak lód woda. Leciała tak i leciała, ja stałam cała w panie, trzęsąc się jak ta osika w nadziei, że to tylko terma na chwilę zwariowała i zaraz poleci wrzątek. Nie poleciał. Wołam M, ten mówi, że prądu nie ma. Jak prądu nie ma (???) jak światło świeci, pytam ? No fakt, świeci.
Po szybkim śledztwie okazało się, że padła nam w domu jedna faza. Po dłuższym śledztwie okazało się, że niestety przyczyna jest u nas w domu bezpośrednio a nie gdzieś na zewnątrz za co odpowiadałby zakład energetyczny. Terma się zepsuła. Woda lała się w niej po kablach i spowodowała spięcie.
Bezpieczniki w naszej skrzynce okazały się ok, więc trzeba było czekać na energetyków. Mieli przybyć w ciągu 2 godzin.  Tak się fantastycznie złożyło, że faza, która wysiadła odpowiedzialna była za prawie wszystko, ciepłej wody nie było przez termę ale już po chwili nie było wody w ogóle bo pompa też jest przecież na prąd, do tego siadło również ogrzewanie bo piec też jest na prąd. Zmarznięta do szpiku kości (a mnie nie wolno obecnie marznąć żeby nie pogarszać stanu, w jakim jest dysk - ogrzewanie to podstawa), wytrzęsiona z zimna co też mi nie służy bo to powoduje niepotrzebne ruchy w okolicy tego cholernego, przesuniętego dysku i obolała od stania w dziwnej pozycji w lodowatej wodzie, tak żeby jej nie dotknąć, opłukałam się płukanką z wody zimnej wymieszanej z ugotowaną ciepłą, zawinęłam w szlafrok i wlazłam z powrotem do łóżka. Na zabiegi oczywiście nie miałam szans dojechać, na szczęście udało mi się przełożyć na popołudnie. Musiałam też niestety odwołać panią rehabilitantkę, która przychodzi do mnie do domu bo jej wizyta miała być całkiem niedługo a ja po takim wymarznięciu nie dałabym rady rozebrać się do ćwiczeń i jeszcze w nieogrzewanym pomieszczeniu. Tak dla wyjaśnienia tylko: moje ćwiczenia to nie aerobik w pełnym wydaniu tylko leżenie na stole i delikatne poruszanie nogą i plecami do granicy bólu.

Energetycy przyjechali po 3 godzinach. Zlokalizowali jakiś tam inny bezpiecznik na zewnątrz w skrzynce, do której tylko oni mają dostęp, wymienili, wzięli 50 zł i pojechali. Bo taka usługa jest przecież płatna, szlag. Ale to 50zł to tak na początek, koszt nowej termy to min. 620zł i to takiej z dolnej półki :/ (tak zdążyliśmy już sprawdzić) do tego ktoś ją jeszcze musi zamontować, a za darmo też nikt tego nie zrobi. A tu święta za pasem, rehabilitacja w toku za bajońskie sumy i jeszcze brak opon zimowych... Just great!

czwartek, 6 grudnia 2012

No to ja też :)

Już spory czas temu otrzymałam miłą nagrodę od miłej Pani Domu :)

Wyróżnienie Liebster Blog otrzymywane jest od innego blogera w ramach uznania za "dobrze wykonaną robotę".  Nominowany/nominowana odpowiada na 11 pytań zadanych przez osobę, która blog wyróżniła. Następnie  nominowany/nominowana tworzy swoich własnych 11 pytań i nominuje 11 osób do udziału w zabawie. Nie wolno nominować bloga, z którego otrzymało się wyróżnienie oraz który został nominowany wcześniej. 

Dziękuję za dostrzeżenie mojego bloga, przepraszam za ociąganie się w realizacji zadania i zapraszam innych do zabawy, choć nie aż 11 osób ...

A teraz moje odpowiedzi:

1. Dżem czy miód?
I jedno i drugie, niestety nie umiem wybrać. Choć tak naprawdę to zależy też jaki dżem i jaki miód :) Bo dżemy lubię bardziej klasyczne (nie jadam cudów typu: mandarynkowy czy z kiwi) a miód jeżeli już to tylko lejący.

2. Po 30-tce czy po 40-tce?
Ja? Po 30-tce.

3. Lenistwo na plaży czy wspinaczka po górach?
Góry w ogóle ale to w ogóle mnie nie kręcą za to morze kocham, uwielbiam, ubóstwiam. Ale odpowiedź będzie pośrednia bo najbardziej lubię nie leżenie tylko spacery po plaży :)

4. Do pracy autobusem czy samochodem?
Do niedawna jeszcze: autobusem, metrem i tramwajem. Niedługo potem już samochodem ale w roli pasażera. A gdybym miała wybierać to oczywiście samochodem własnym i do innej pracy ;)

5. Gotowanie czy jedzenie?
No, baaaa! Ja beztalencie kucharskie z świetnym mężem kucharzem na pokładzie, oczywiście, że wybieram jedzenie :D

6. Impreza w klubie czy domówka?
To zależy od nastroju, obecnie raczej domówka, mam Pijama Party od 3 tygodni :/

7. Kino czy teatr?
Filmomaniaczka z całą pewnością wybiera kino.

8. Fitness czy kosmetyczka?
Hmmm, nie korzystam ani z jednego ani z drugiego a jakbym miała tak na szybko i jednorazowo wybrać to może kosmetyczka...

9. Ranny ptaszek czy sowa?
Przed 30-tką i byciem mamą z całą pewnością ranny ptaszek, obecnie odkąd czas tylko dla siebie mam tylko późną nocą to siłą rzeczy stałam się sową.

10. Zima czy lato?
Lato, lato, lato :) Nienawidzę zimna. Jestem zmarźluchem. No i kocham motyle i biedronki ;)

11. Nieład artystyczny czy porządek?
Od zawsze porządek. Mega pedantka i perfekcjonistka, u mnie wszystko ma swoje miejsce, nawet puszki w szafce czy słoiki w lodówce ;) 

Poniżej moje pytania:
1. Imiona, dwa czy jedno?
2. Aparat fotograficzny, zbędny czy potrzebny?
3. Dom czy mieszkanie?
4. Obecna praca: przyjemność czy przykry obowiązek?
5. Styl: sportowy czy elegancki?
6. Włosy długie czy krótkie?
7. Makaron: miękki czy al dente?
8. Zwierzak w domu czy nie?
9. Szybki prysznic czy długa kąpiel?
10. Szklanka do połowy pusta czy pełna? Inaczej: pesymistka czy optymistka?
11. Prezenty Mikołaj zostawia pod choinką, w bucie, skarpecie czy może jeszcze gdzieś indziej?
  
A do nagrody i zabawy nominuję właścicielki blogów (kolejność przypadkowa):

1. Lalalu
2. Slangowska85
3. Matka86
4. Ma_niusia
5. Annainin

Wszystko oczywiście niezobowiązująco, nieobowiązkowo i nic na siłę, rozumiem, że nie każdy musi chcieć pisać o sobie i nie każdy musi lubić łańcuszki blogowe ;) W skrócie: bawi się ten kto chce :) 

wtorek, 4 grudnia 2012

To był napad ;)

Wczorajszy wieczór a w zasadzie to późny wieczór, godzina prawie 24:00. Cisza, cały dom śpi. Chłopaki na górze, ja na dole w pokoju Starszego (tu mam lepsze dla moich pleców łóżko) Rysiek (nasz kot) pochrapuje obok mnie. Oglądam coś na laptopie gdy nagle dochodzą mnie jakieś bliżej nieokreślone dźwięki. Rozglądam się, nasłuchuję: co to, kto to i skąd to? Może, któryś z chłopaków na górze wstał do łazienki - uspokajam się w duchu choć wewnętrznie czuję, że to nie to bo dźwięki nocnych wycieczek do toalety znam i są jednak inne. Po chwili nasłuchiwania orientuję się, że dźwięki dochodzą (o zgrozo!) zza okna tylko gdzieś jakby z niższego poziomu niż okno. Z duszą na ramieniu gramolę się jak mogę z łóżka, Rysiek również wybudzony dźwiękami wstaje za mną i pakuje się na parapet, on już też wie gdzie jest intruz. Kuśtykam za Ryśkiem do okna a w tym momencie jak coś nie walnie w okno po czym słychać uderzenie o ziemię za oknem, spadło znaczy się ;) Serce mi prawie wyskoczyło a w tym samym momencie to coś znowu łubudu w okno i znowu spada na ziemię i zaraz potem jeszcze raz i jeszcze raz aż w końcu po kolejnym razie dostrzegam co atakuje mój dom: kuna !!! Ta kuna odbijała się od schodka pod oknem, wskakiwała na parapet i próbowała łapać się szyby rozpaczliwie machając po niej pazurami po czym spadała na ziemię by zaraz potem wskoczyć znowu na okno i tak w kółko! Stanęłam jak wryta bo jak żyję jeszcze czegoś takiego nie widziałam! Ja rozumiem: kuna na strychu, to norma w domach, ale kuna skacząca po parapecie i oknie ???
A jak myślicie jaka była moja następna myśl zaraz po tym gdy zorientowałam się co się dzieje? Tak jest, pomyślałam "aparat, gdzie jest mój aparat?" :))) Mój był daleko ale obok mnie na biurku stała moja pierwsza cyfrówka (straszny staroć!!!), złapałam, odpaliłam, pstryknęłam i... bateria padła (nienawidzę jak mi się tak dzieje, wrrr) ale udało się i mam, chociaż jedną fotkę, o, proszę, oto mój wczorajszy, nocny gość, można obejrzeć na moim fotoblogu, zajrzyjcie koniecznie :)

Jakość fatalna ale nie było czasu na ustawianie czegokolwiek, pstryknęłam na auto, tak po prostu byleby cokolwiek było, no i przez szybę, brudną ;)

Rysiek również obserwował kunę z ogromnym zainteresowaniem :) Dzieliła ich zaledwie szyba ale kuna nic sobie z tego nie robiła, skakała jak szalona i ewidentnie próbowała się do nas przez tę szybę przedostać. Pofatygowałam się po mój aparat bo taniec kuny na parapecie przed kotem to moment naprawdę wart uwiecznienia ale niestety gdy doczłapałam się z powrotem do pokoju kuny już nie było :( Rysiek jeszcze długo siedział na parapecie i wodził wzrokiem po ogrodzie aż w końcu wrócił na biurko, zawinął się w kłębek i poszedł spać. Ja też zasnęłam. Jakież było moje zaskoczenie gdy parę godzin później obudziło mnie kolejne walnięcie w okno, tym razem jednak było jednorazowe. Wygląda jednak na to, że kuna upatrzyła sobie nasz dom bo wczorajsza noc to była już druga noc kiedy nas odwiedziła, przypomniałam sobie, że jeszcze wcześniejszej nocy również wybudziły mnie jakieś dźwięki i przez moment widziałam cień zwierzaka z ogonem za oknem, cień przebiegł i zniknął, wtedy pomyślałam, że to kot dziś już wiem, że to była ta kuna :) Jak myślicie, czy dziś też przyjdzie ? Jakby co to ja jestem gotowa, aparat z naładowaną baterią stoi obok łóżka :) 

niedziela, 2 grudnia 2012

Wieści z placu boju.

W zeszły poniedziałek byłam na kontroli po dwóch tygodniach brania leków i leżenia.
Poprawa była minimalna czym byłam mocno zaniepokojona ale pan doktor powiedział, że to norma.
Powiedział jednak, że stan ostry już minął i fazie podostrej mogę zacząć fizykoterapię, dostałam skierowanie na prądy TENS i zwolnienie na kolejne dwa tygodnie.
Zabiegi (prądy) sobie ustawiłam, wzięłam dodatkowo lampę sollux. Udało mi się zacząć w środę czyli mam za sobą 3 zabiegi prądów z lampą. Efekt? Żaden. Wiem, wiem, to po prostu jeszcze za mało, cała seria może przyniesie jakąś poprawę.
I tak jakoś się trzymałam, zaczęłam zabiegi więc byłam pełna wiary i nadziei...aż do piątku kiedy to pan od rehabilitacji spojrzał na mnie jak kuśtykam i powiedział mi, że wszystko to co robię u niego i tak mi nie pomoże bo ten dysk to trzeba po prostu wsunąć na miejsce bo sam się nie wsunie. Nie ma to jak podnieść pacjenta na duchu :( Załamał mnie gość i to na poważnie. Bo ja 3 tydzień żyłam nadzieją, że będzie lepiej, że idzie poprawa i, że zabiegi mnie z tego wyciągną...
A ja nie wyobrażam sobie żadnego ustawiania kręgosłupa, wciskania dysku itp.
Poza tym mam mętlik w głowie, jedni każą już coś ćwiczyć, inni mówią, że jeszcze za wcześnie, jedni każą leżeć na twardym a inni mówią, że to bzdura, jedni wysyłają do kręgarza drudzy mówią, że Boże broń i z nimi to akurat się zgadzam.
A ja w tym wszystkim sama, w strachu i bezsilności i decyzję też muszę podjąć sama bo każdy lekarz i każdy rehabilitant mówi mi coś innego i przeważnie zaprzecza temu poprzedniemu...

Kolejna wizyta za tydzień. W tym czasie zabiegi i dodatkowe spotkania z rehabilitantką ale we mnie coraz mniej nadziei a coraz więcej lęku i strachu.

P.S. Miałam też rezonans magnetyczny - koszmar.