Jihlawa to przepiękne miasto, te uliczki, domy, kamieniczki, naprawdę cudowne, zakochałam się. Zrobiłam oczywiście setki zdjęć. W pracy z koleżanką odwaliłyśmy kawał dobrej roboty (po 10 godzin dziennie), poza tym poznałam bardzo fajnych ludzi i mocno trenowałam angielski całymi dniami a czasem nawet czeski ;) Zjadłam kilka pysznych kolacji w ciekawych miejscach i oczywiście zaliczyłam zakupy na lotnisku. Poza tym mogłam znów polecieć samolotem co zawsze jest dla mnie mega przeżyciem bo choć się boję to uwielbiam latać i kocham samoloty :)
Ale dziś wróciłam już do domu i jestem bardzo szczęśliwa bo wszystko było fajne, praca, ludzie, kolacyjki i wieczorne spacery po mieście ale bez moich Skarbów czułam się tam samotnie i tęskniłam za nimi okrutnie. Poza tym, jak wiadomo, wszędzie dobrze ale w domu najlepiej.Kilka fotek z przelotu wrzuciłam na mojego floga a fotki z Jihlavy pojawią się niedługo na moim bloxie :)
P.S. Niestety po powrocie okazało się, że na drugi dzień po moim wylocie Jot dostał zapalenia ucha i obecnie jest na antybiotyku. Młodszy za to kaszle jak wściekły aż się dusi i katar z nosa nadal się leje. Także jak wyjeżdżałam to stan był taki, że na antybiotyku był Młodszy a Jot zdrowiał bez antybiotyku. Po moim powrocie stan jest taki, że na antybiotyku jest Jot a Młodszy mimo, że antybiotyk skończył wcale nie ozdrowiał :( załamałam się bo nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy i nie wiem już jak leczyć te dzieci :(
piątek, 13 kwietnia 2012
piątek, 6 kwietnia 2012
Warsztaty jajcarskie.
Choroba trzyma, ale o tym potem.
Jajka trzeba było pomalować co też żeśmy wspólnymi siłami uczynili, kichając i kaszląc przy tym niemiłosiernie.
Młodszego malowanki trudno było nazwać świadomym malowaniem jajek choć zabrał się do zadania bardzo profesjonalnie...
...efekt końcowy przypominał pisankę wymalowaną chińskim alfabetem :) no i co, mnie się podoba :)
P.S. Chorujemy 5 dzień, poprawa raz przychodzi to znów odchodzi :/ Ja i Młodszy jesteśmy na antybiotyku od wtorku więc z całą pewnością powinno być już lepiej a nie jest. U Młodszego utrzymuje się lekki stan podgorączkowy choć były momenty, że już go nie było, mnie temperatura ogólnie skacze i łeb boli jak nie wiem co :/ A ogólnie wszyscy jak kasłaliśmy tak kaszlemy i katar jaki był taki jest. Czy w ogóle w końcu nastąpi poprawa? Nie wiem nawet czy pójdziemy jutro ze święconką ...
Poza tym okna mam nieumyte, firanki niepoprane i ogólny syf w domu bo wszystkie te porządki przewidziane miałam na ten tydzień. Nie przewidziałam jedynie choroby :/
Wszystkiego najlepszego z okazji Świąt, rodzinnych, spokojnych i zdrowych...
czwartek, 5 kwietnia 2012
Wiosna nas załatwiła :/
Chorujemy. WSZYSCY.
Poszło lawinowo, najpierw Jot, potem A., zaraz po nim ja i na końcu M.
Ja i A. jesteśmy już na antybiotyku, Jot jeszcze bez a M dopiero zaczął więc zobaczymy na czym się skończy.
Jest koszmarnie, dzieci gorączkują, kaszlą, kichają, jęczą, płaczą, marudzą, glut się z nosa leje ... a ja nie mam sił się nimi zajmować bo kicham, kaszlę, gorączkuję i glut mi się z nosa leje :/ Jest bosko.
A Święta za pasem ... a we wtorek zaraz po Świętach lecę do Czech i bynajmniej nie w celach wypoczynkowo - leczniczych tylko niestety służbowo :/
Poszło lawinowo, najpierw Jot, potem A., zaraz po nim ja i na końcu M.
Ja i A. jesteśmy już na antybiotyku, Jot jeszcze bez a M dopiero zaczął więc zobaczymy na czym się skończy.
Jest koszmarnie, dzieci gorączkują, kaszlą, kichają, jęczą, płaczą, marudzą, glut się z nosa leje ... a ja nie mam sił się nimi zajmować bo kicham, kaszlę, gorączkuję i glut mi się z nosa leje :/ Jest bosko.
A Święta za pasem ... a we wtorek zaraz po Świętach lecę do Czech i bynajmniej nie w celach wypoczynkowo - leczniczych tylko niestety służbowo :/
środa, 14 marca 2012
Rekrutacja
Złożyliśmy wniosek o przyjęcie Młodszego do przedszkola.
Wniosek poszedł do przedszkola, które znamy i (chyba) jesteśmy go pewni bo chodził tam Jot. Znamy panie a panie znają nas. Gdy zobaczyły M z Młodszym i wnioskiem to aż zdziwione były, że to już! No bo przecież ledwo co przychodziliśmy tam odbierać Jot a Młodszy maleńki leżał wtedy w wózku. A tu już przyszedł czas na niego, tak szybko to zleciało ...
I wcale nie jest mi z tym łatwo, martwię się podobnie jak kiedyś przy oddawaniu Jot. Serce mi się kraje, że muszę to moje małe dziecie już wypchnąć w ten szeroki świat i zostawiać same w obcym miejscu i wcale mi się do tego nie spieszy. Chciałabym jak najdłużej mieć go przy sobie i nie musieć martwić się jak on tam sobie sam poradzi i jak zniesie taką zmianę trybu życia, że nagle będzie gdzieś zostawiany na wiele godzin w obcym miejscu. I oczywiście, że w głębi duszy wiem i wierzę, w to, że będzie wszystko dobrze i wiem też, że tak naprawdę to będzie mu tam fajniej niż w domu bo będzie miał towarzystwo dzieci, nowe zabawki, zorganizowane zajęcia itd., wiem też jakie to wszystko ważne dla jego rozwoju. Ale to wcale nie zmienia faktu, że się martwię. A z jeszcze inne strony zupełnie nie wiem co zrobimy jak nas nie przyjmą :(
Nasze przedszkole jest dość popularne i polecane w naszej okolicy. Niestety co za tym idzie jest również najbardziej oblegane :( zresztą które przedszkole nie jest teraz oblegane ?
Wspominam czasy kiedy składaliśmy wniosek o przyjęcie Jot, wtedy jeszcze mieszkaliśmy w Wawie. Złożyliśmy w 3 miejscach a przyjęli nas w aż dwóch !!! Choć były to już czasy kiedy problem z miejscami w przedszkolach był ogromny. A jednak się udało i to aż w dwóch miejscach, byłam tym mocno zaskoczona. Teraz mam wrażenie, że nie pójdzie tak łatwo :/
Wniosek poszedł do przedszkola, które znamy i (chyba) jesteśmy go pewni bo chodził tam Jot. Znamy panie a panie znają nas. Gdy zobaczyły M z Młodszym i wnioskiem to aż zdziwione były, że to już! No bo przecież ledwo co przychodziliśmy tam odbierać Jot a Młodszy maleńki leżał wtedy w wózku. A tu już przyszedł czas na niego, tak szybko to zleciało ...
I wcale nie jest mi z tym łatwo, martwię się podobnie jak kiedyś przy oddawaniu Jot. Serce mi się kraje, że muszę to moje małe dziecie już wypchnąć w ten szeroki świat i zostawiać same w obcym miejscu i wcale mi się do tego nie spieszy. Chciałabym jak najdłużej mieć go przy sobie i nie musieć martwić się jak on tam sobie sam poradzi i jak zniesie taką zmianę trybu życia, że nagle będzie gdzieś zostawiany na wiele godzin w obcym miejscu. I oczywiście, że w głębi duszy wiem i wierzę, w to, że będzie wszystko dobrze i wiem też, że tak naprawdę to będzie mu tam fajniej niż w domu bo będzie miał towarzystwo dzieci, nowe zabawki, zorganizowane zajęcia itd., wiem też jakie to wszystko ważne dla jego rozwoju. Ale to wcale nie zmienia faktu, że się martwię. A z jeszcze inne strony zupełnie nie wiem co zrobimy jak nas nie przyjmą :(
Nasze przedszkole jest dość popularne i polecane w naszej okolicy. Niestety co za tym idzie jest również najbardziej oblegane :( zresztą które przedszkole nie jest teraz oblegane ?
Wspominam czasy kiedy składaliśmy wniosek o przyjęcie Jot, wtedy jeszcze mieszkaliśmy w Wawie. Złożyliśmy w 3 miejscach a przyjęli nas w aż dwóch !!! Choć były to już czasy kiedy problem z miejscami w przedszkolach był ogromny. A jednak się udało i to aż w dwóch miejscach, byłam tym mocno zaskoczona. Teraz mam wrażenie, że nie pójdzie tak łatwo :/
niedziela, 22 stycznia 2012
w Nowym Roku
Coraz mniej mnie tutaj, po 4 latach blogowania (minęły 6 stycznia) doszłam to etapu, w którym nie odczuwam już takiej potrzeby pisania o swoim życiu jak kiedyś.
Poza tym czasu też coraz mniej, w pracy pracuję, popołudnia mam dla dzieci, wieczorem ogarniam dom a gdy siadam do komputera przeważnie jest już noc. Poza tym moja fotograficzna pasja pochłonęła mnie już całkowicie, mam milion pomysłów na sekundę na różne sesje i wiele z tego realizuję, jak np. ostatnie zabawy z wodą i bąbelkami, to co umieściłam na flogu to zaledwie kropla w morzu z tego co mam jeszcze do pokazania a każdego dnia przybywa mi po ok 100 zdjęć, nie wiem kiedy to wszystko obrobię i pokażę, pewnie gdzieś na emeryturze.
W mojej nowy pracy bywa różnie, są plusy i minusy nowego miejsca i obowiązków, choć z dużą przewagą plusów także bilans wychodzi mimo wszystko na plus. Jednak minusy już oczywiście mnie wkurzają ale ja taka jestem, w gorącej wodzie kąpana ;) nie mam cierpliwości i jak mnie coś wkurza to od razu i na poważnie :/
Jednak jak już napisałam wcześniej bilans mimo wszystko wychodzi na plus i nadal cieszę się z podjętej w październiku decyzji i nie cofnęłabym jej! Minusy mam nadzieję wyeliminować ;)
Tak czy inaczej pracy mam bardzo dużo, przełom roków to chyba najgorszy moment jaki można sobie wybrać na zmianę pracy :/ Kończenie roku w systemie, którego się nie zna i dopiero uczy i w zasadzie bez żadnej pomocy to naprawdę mega wyzwanie, nie było łatwo, narobiłam sporo nadgodzin :/ do tego zmęczenie mocno daje o sobie znać. Tak jeszcze pewnie podziałam przez styczeń i początek lutego, potem powinno się unormować, zobaczymy...
Z innych ważnych spraw to zakończył się pierwszy semestr szkoły. Myślę, że mogę powiedzieć, że Jot skończył go z wyróżnieniem i to podwójnym bo najpierw na zebraniu podsumowującym semestr pani powiedziała, że Jot znajduje się w czwórce najlepiej czytających dzieci a na następny dzień, podczas ostatnich zajęć przed feriami pani powiedziała, że Jot jest najgrzeczniejszym dzieckiem w klasie i, że chłopcy powinni brać z niego przykład. Dzieci biły brawo a ja pękłam z dumy jak się dowiedziałam :D
Młodszy głównie mówi, mówi i mówi, cały czas! Tworzy zdania z dwóch wyrazów, wymawianych po swojemu ale coraz bardziej wyraźnie. Poza tym zamienił się w mały dyktafon i powtarza wszystko, dosłownie wszystko! To co mu się powie i to co usłyszy a słyszy też wszystko. Uwielbiam jego głosik i uwielbiam go słuchać :)
Niestety nadal jest ode mnie przesadliwie uzależniony, od momentu jak wejdę do domu nie liczy się nikt i nic tylko ja a gdy ktoś inny chce coś z nim zrobić to następuje mega histeria bo tylko mama... mama oczywiście nie może ruszyć się na krok bez dziecka, nie może się przebrać, zjeść ani odpocząć i tak trwa to już ponad rok ... ale nie złoszczę się tym, wiem, że są to chwile, za którymi jeszcze kiedyś będę bardzo tęsknić i z łezką w oku wspominać...
Poza tym czasu też coraz mniej, w pracy pracuję, popołudnia mam dla dzieci, wieczorem ogarniam dom a gdy siadam do komputera przeważnie jest już noc. Poza tym moja fotograficzna pasja pochłonęła mnie już całkowicie, mam milion pomysłów na sekundę na różne sesje i wiele z tego realizuję, jak np. ostatnie zabawy z wodą i bąbelkami, to co umieściłam na flogu to zaledwie kropla w morzu z tego co mam jeszcze do pokazania a każdego dnia przybywa mi po ok 100 zdjęć, nie wiem kiedy to wszystko obrobię i pokażę, pewnie gdzieś na emeryturze.
W mojej nowy pracy bywa różnie, są plusy i minusy nowego miejsca i obowiązków, choć z dużą przewagą plusów także bilans wychodzi mimo wszystko na plus. Jednak minusy już oczywiście mnie wkurzają ale ja taka jestem, w gorącej wodzie kąpana ;) nie mam cierpliwości i jak mnie coś wkurza to od razu i na poważnie :/
Jednak jak już napisałam wcześniej bilans mimo wszystko wychodzi na plus i nadal cieszę się z podjętej w październiku decyzji i nie cofnęłabym jej! Minusy mam nadzieję wyeliminować ;)
Tak czy inaczej pracy mam bardzo dużo, przełom roków to chyba najgorszy moment jaki można sobie wybrać na zmianę pracy :/ Kończenie roku w systemie, którego się nie zna i dopiero uczy i w zasadzie bez żadnej pomocy to naprawdę mega wyzwanie, nie było łatwo, narobiłam sporo nadgodzin :/ do tego zmęczenie mocno daje o sobie znać. Tak jeszcze pewnie podziałam przez styczeń i początek lutego, potem powinno się unormować, zobaczymy...
Z innych ważnych spraw to zakończył się pierwszy semestr szkoły. Myślę, że mogę powiedzieć, że Jot skończył go z wyróżnieniem i to podwójnym bo najpierw na zebraniu podsumowującym semestr pani powiedziała, że Jot znajduje się w czwórce najlepiej czytających dzieci a na następny dzień, podczas ostatnich zajęć przed feriami pani powiedziała, że Jot jest najgrzeczniejszym dzieckiem w klasie i, że chłopcy powinni brać z niego przykład. Dzieci biły brawo a ja pękłam z dumy jak się dowiedziałam :D
Młodszy głównie mówi, mówi i mówi, cały czas! Tworzy zdania z dwóch wyrazów, wymawianych po swojemu ale coraz bardziej wyraźnie. Poza tym zamienił się w mały dyktafon i powtarza wszystko, dosłownie wszystko! To co mu się powie i to co usłyszy a słyszy też wszystko. Uwielbiam jego głosik i uwielbiam go słuchać :)
Niestety nadal jest ode mnie przesadliwie uzależniony, od momentu jak wejdę do domu nie liczy się nikt i nic tylko ja a gdy ktoś inny chce coś z nim zrobić to następuje mega histeria bo tylko mama... mama oczywiście nie może ruszyć się na krok bez dziecka, nie może się przebrać, zjeść ani odpocząć i tak trwa to już ponad rok ... ale nie złoszczę się tym, wiem, że są to chwile, za którymi jeszcze kiedyś będę bardzo tęsknić i z łezką w oku wspominać...
sobota, 24 grudnia 2011
Grudzień
1-go grudnia poszłam pierwszy raz do mojej nowej pracy. Dokładnie dzień wcześniej rozłożyło mnie przeziębienie, szlag by to ...! Dzięki Bogu ten mój pierwszy tydzień pracy zaczął się w czwartek więc trwał tylko dwa dni i zaraz nastąpił weekend podczas, którego miałam się zregenerować i ozdrowieć by w pełni sił zacząć następny tydzień. Niestety weekend poprawy żadnej nie przyniósł a nawet wręcz przeciwnie bo pogorszenie :/ a akurat na ten drugi tydzień mojej pracy było zaplanowane przekazanie mi obowiązków przez osobę, której miejsce zajęłam i miałam na to zaledwie 4 dni. Czyli wymarzona sytuacja :/ do dziś nie wiem jak ogarnęłam to wszystko przy moim samopoczuciu, szczególnie, że dzień w dzień siedziałam po ok 10h żeby wszystko przejąć i jak najwięcej wiedzy i umiejętności zdobyć. Efekt był taki, że mnóstwo rzeczy ogarnęłam ale trzeci tydzień pracy zaczęłam już z mega chorobą. Zapalenie zatok orzekła pani doktor gdy wybrałam się do niej w momencie gdy już ledwo widziałam na oczy z bólu :/ Tego samego dnia miałam jeszcze o 20:00 kolację firmową, na którą oczywiście musiałam iść.
W czwartym tygodniu pracy, czyli w tym co się właśnie kończy, w końcu zaczęłam czuć się lepiej. W poniedziałek poszłam do pracy z nadzieją, że do Świąt uda mi się wydobrzeć do końca i będzie spokój. Jeszcze tego samego dnia Młodszy zaczął chorować, rozłożyło go w ciągu dosłownie jednej godziny i po objawach ewidentnie widać było, że zaraził się ode mnie. Świetnie. Niedługo myśląc podaliśmy mu Bactrim bo widać było, że to zakażenie bakteryjne po mamusi i nie było na co czekać bo przecież Święta za pasem. Bactrim jednak nie pomógł i już od środy Młodszy był na antybiotyku. Dostał Augmentin, czyli standard, cieszyłam się, że lekarka przychyliła się ku mojej teorii, że dziecko przejęło chorobę ode mnie i nie kazała nam czekać parę kolejnych dni z decyzją o antybiotyku. Gdy już byłam spokojna, że ze mną lepiej, Młodszy jest leczony i do Świąt wydobrzeje to rozłożył się Jot. A gdy już myślałam, że nic poważnego się z nim nie dzieje i jakoś to będzie to ten zaczął gorączkować i wymiotować a było to w nocy z wczoraj na dziś. Rano gdy wstał i powiedział, że czuje się w miarę dobrze to okazało się, że z Młodszym znów coś jest nie tak bo pojawiły się na nim plamy i krosty. Czerwone a do tego napuchnięte, na całych pleckach, na brzuszku i klatce piersiowej, na buzi, szyi, na karku a nawet na głowie! W pierwszej chwili wystraszyłam się, że jakaś różyczka albo coś podobnego ale potem skojarzyłam, że to uczulenie na amoksycylinę, główny składnik Augmentinu. To akurat po tatusiu. Młodszy brał już kiedyś ten antybiotyk i nie było żadnych reakcji alergicznych. Alergia postanowiła ujawnić się akurat teraz, właśnie dziś, w Wigilię!
Przyznam szczerze, że miałam dziś parę momentów załamania...
I tak właśnie minął nam pierwszy miesiąc mojej pracy i zarazem nowego życia. Czyli tak naprawdę nic nowego tylko choroba za chorobą i tak dokładnie już od października, ciągle coś, kiedy to się skończy ???
A Święta? Święta jak Święta, była oczywiści Wigilia, jest piękna choinka, są super prezenty ... a ja mega zmęczona jestem i marzy mi się zdrowie dla moich dzieci ...
Miłych Świąt Wam życzę ...
W czwartym tygodniu pracy, czyli w tym co się właśnie kończy, w końcu zaczęłam czuć się lepiej. W poniedziałek poszłam do pracy z nadzieją, że do Świąt uda mi się wydobrzeć do końca i będzie spokój. Jeszcze tego samego dnia Młodszy zaczął chorować, rozłożyło go w ciągu dosłownie jednej godziny i po objawach ewidentnie widać było, że zaraził się ode mnie. Świetnie. Niedługo myśląc podaliśmy mu Bactrim bo widać było, że to zakażenie bakteryjne po mamusi i nie było na co czekać bo przecież Święta za pasem. Bactrim jednak nie pomógł i już od środy Młodszy był na antybiotyku. Dostał Augmentin, czyli standard, cieszyłam się, że lekarka przychyliła się ku mojej teorii, że dziecko przejęło chorobę ode mnie i nie kazała nam czekać parę kolejnych dni z decyzją o antybiotyku. Gdy już byłam spokojna, że ze mną lepiej, Młodszy jest leczony i do Świąt wydobrzeje to rozłożył się Jot. A gdy już myślałam, że nic poważnego się z nim nie dzieje i jakoś to będzie to ten zaczął gorączkować i wymiotować a było to w nocy z wczoraj na dziś. Rano gdy wstał i powiedział, że czuje się w miarę dobrze to okazało się, że z Młodszym znów coś jest nie tak bo pojawiły się na nim plamy i krosty. Czerwone a do tego napuchnięte, na całych pleckach, na brzuszku i klatce piersiowej, na buzi, szyi, na karku a nawet na głowie! W pierwszej chwili wystraszyłam się, że jakaś różyczka albo coś podobnego ale potem skojarzyłam, że to uczulenie na amoksycylinę, główny składnik Augmentinu. To akurat po tatusiu. Młodszy brał już kiedyś ten antybiotyk i nie było żadnych reakcji alergicznych. Alergia postanowiła ujawnić się akurat teraz, właśnie dziś, w Wigilię!
Przyznam szczerze, że miałam dziś parę momentów załamania...
I tak właśnie minął nam pierwszy miesiąc mojej pracy i zarazem nowego życia. Czyli tak naprawdę nic nowego tylko choroba za chorobą i tak dokładnie już od października, ciągle coś, kiedy to się skończy ???
A Święta? Święta jak Święta, była oczywiści Wigilia, jest piękna choinka, są super prezenty ... a ja mega zmęczona jestem i marzy mi się zdrowie dla moich dzieci ...
Miłych Świąt Wam życzę ...
środa, 30 listopada 2011
Koniec laby
2,5 tygodnia minęło wiadomo jak - błyskawicznie szybko. Nie zrobiłam oczywiście połowy rzeczy, które planowałam zrobić i za to zrobiłam dużo tych, których nie planowałam. Odpoczęłam i fizycznie i psychicznie a i tak jestem zmęczona ;)
2,5 tygodnia zbierałam się żeby pojechać do starej pracy po moje rzeczy. Nie zrobiłam tego ani pierwszego dnia urlopu ani w pierwszym jego tygodniu a nie nawet w drugim i z każdym dniem nie chciało mi się jechać tam coraz bardziej :/ W końcu zebrałam się w sobie i pojechałam, wczoraj. W drodze flaki przewróciły mi się ze 3 razy, w biurze spotkałam się oczywiście z tym co najbardziej mnie wkurzało, także zagryzłam zęby, zabrałam swój kartonik jak na filmach to robią i czym prędzej zmyłam się do domu z myślą, że już nigdy, przenigdy nie będę musiała tam jechać, widywać się z tymi ludźmi, spędzać z nimi 3/4 swojego życia i udawać, że ich lubię, uffff
I oczywiście biorę pod uwagę to, że "nigdy nie mów nigdy" ale póki co mam to gdzieś :D
Przez te 2,5 tygodnia przerobiłam wiele stanów chorobowych dzieci aż w końcu skupiło się to wszystko na mnie ze skutkiem takim, że od niedzieli jestem chora a od wczoraj dodatkowo połamana bo coś mi się porobiło z szyją. Generalnie funkcjonuję dzięki gripexowi (wersja tylko i wyłącznie v-caps - polecam) i ibupromowi. Dicloberl odblokował mi szyję i kark na tyle, że mogę na nowo ruszać głową choć nadal nie bez bólu :/ Do tego 100 chusteczek idzie mi na dobę i tak jakoś trwam.
A jutro ?
A jutro pierwszy dzień mojego nowego życia.
Boję się ???
2,5 tygodnia zbierałam się żeby pojechać do starej pracy po moje rzeczy. Nie zrobiłam tego ani pierwszego dnia urlopu ani w pierwszym jego tygodniu a nie nawet w drugim i z każdym dniem nie chciało mi się jechać tam coraz bardziej :/ W końcu zebrałam się w sobie i pojechałam, wczoraj. W drodze flaki przewróciły mi się ze 3 razy, w biurze spotkałam się oczywiście z tym co najbardziej mnie wkurzało, także zagryzłam zęby, zabrałam swój kartonik jak na filmach to robią i czym prędzej zmyłam się do domu z myślą, że już nigdy, przenigdy nie będę musiała tam jechać, widywać się z tymi ludźmi, spędzać z nimi 3/4 swojego życia i udawać, że ich lubię, uffff
I oczywiście biorę pod uwagę to, że "nigdy nie mów nigdy" ale póki co mam to gdzieś :D
Przez te 2,5 tygodnia przerobiłam wiele stanów chorobowych dzieci aż w końcu skupiło się to wszystko na mnie ze skutkiem takim, że od niedzieli jestem chora a od wczoraj dodatkowo połamana bo coś mi się porobiło z szyją. Generalnie funkcjonuję dzięki gripexowi (wersja tylko i wyłącznie v-caps - polecam) i ibupromowi. Dicloberl odblokował mi szyję i kark na tyle, że mogę na nowo ruszać głową choć nadal nie bez bólu :/ Do tego 100 chusteczek idzie mi na dobę i tak jakoś trwam.
A jutro ?
A jutro pierwszy dzień mojego nowego życia.
Boję się ???
czwartek, 10 listopada 2011
Rewolucja październikowo - listopadowa
Dziś, po 11 latach pracy, ok godziny 14:00, po raz ostatni zamknęłam za sobą drzwi mojego biura. Tak, tak, odeszłam z pracy, czyli niemożliwe stało się możliwe. Choć nadal to do mnie nie dociera...
20.10 odebrałam telefon, 25.10 poszłam na rozmowę, 28.10 podpisałam umowę przedwstępną i tego samego dnia złożyłam wymówienie w mojej starej pracy.
Szybko poszło. Nawet bardzo. Ale nie było tak prosto jak się wydaje, od momentu rozmowy do dzisiaj, czyli przez ponad 2 tygodnie żyłam w mega stresie, najpierw negocjowanie warunków umowy z nowym pracodawcą, potem negocjowanie mojego nagłego odejścia ze starym pracodawcą, potem tydzień ciszy gdyż moja szefowa była na urlopie i na ten czas rozmowy zostały zawieszone :/ a ja zostałam z niezakończonymi bardzo ważnymi tematami czego nie znoszę! Ja muszę mieć wszystko ułożone, zaplanowane, bez niejasności i niedomówień i bez żadnego odkładania, ja lubię mieć wszystko jasne, od razu! Sama nie wiem jak przetrwałam ten tydzień. Ostatecznie na początku obecnego tygodnia zapadły wszystkie decyzje, w dodatku pomyślne dla mnie :) Tyle, że po tych decyzjach zostały mi zaledwie 4 dni na zakończenie wszystkich spraw, szaleństwo! No cóż, sama tego chciałam. Ale dałam radę i tym sposobem, dziś byłam ostatni dzień w starej pracy i zaczęłam odbieranie zaległego urlopu. Niestety mam go tyle, że będę go jeszcze odbierać będąc już w nowej pracy. Niestety w czasie roku 2011 nie przewidziałam sytuacji, że tak nagle zdobędę nową pracę i ściskałam ten urlop jak się dało :/
W starej pracy miałam dziś pożegnanie, wcale nie miałam na nie ochoty ale już od samego porannego wejścia czekała na mnie miła niespodzianka a potem było już tylko coraz lepiej :) Rano na biurku znalazłam duży karton a w nim tort robiony specjalnie dla mnie przez męża (byłego cukiernika) mojej koleżanki z działu. Szok :) Ja przywiozłam kilka ciast, rozstawiłam wszystko, zaprosiłam ludzi na 9:30, i się zaczęło... przemówienia, wspomnienia, nie ogarnęłam emocji i się poryczałam. No bo, co by nie mówić to jednak było to 11 lat, 11 lat mojego życia! I kiedy to minęło ???
Po pożegnaniu, dokończyłam ostatnie sprawy zawodowe, przekazałam to co nie dało się dokończyć, uprzątnęłam biurko, szafkę, szuflady, spakowałam wszystko do kartonu jak na filmach to robią - dziwne uczucie ... a potem poszłam, tak po prostu, wyszłam - również bardzo dziwne uczucie...
Ale dość szybko się otrząsnęłam i ze starej pracy pojechałam prosto do nowej, gdzie zawiozłam podpisaną umowę, odebrałam skierowanie na badania i ogólnie zostałam powitana w gronie nowych znajomych...
Podsumowując: parę godzin temu zamknęłam pewien rozdział w moim życiu, uwolniłam się od czegoś co nie dawało mi żyć, dziś był ostatni dzień tego koszmaru. Także jutro mam swoje prywatne Święto Niepodległości ;) Pierwszy dzień reszty mojego życia. Boję się być szczęśliwą - bo bardzo się boję nowego ...
20.10 odebrałam telefon, 25.10 poszłam na rozmowę, 28.10 podpisałam umowę przedwstępną i tego samego dnia złożyłam wymówienie w mojej starej pracy.
Szybko poszło. Nawet bardzo. Ale nie było tak prosto jak się wydaje, od momentu rozmowy do dzisiaj, czyli przez ponad 2 tygodnie żyłam w mega stresie, najpierw negocjowanie warunków umowy z nowym pracodawcą, potem negocjowanie mojego nagłego odejścia ze starym pracodawcą, potem tydzień ciszy gdyż moja szefowa była na urlopie i na ten czas rozmowy zostały zawieszone :/ a ja zostałam z niezakończonymi bardzo ważnymi tematami czego nie znoszę! Ja muszę mieć wszystko ułożone, zaplanowane, bez niejasności i niedomówień i bez żadnego odkładania, ja lubię mieć wszystko jasne, od razu! Sama nie wiem jak przetrwałam ten tydzień. Ostatecznie na początku obecnego tygodnia zapadły wszystkie decyzje, w dodatku pomyślne dla mnie :) Tyle, że po tych decyzjach zostały mi zaledwie 4 dni na zakończenie wszystkich spraw, szaleństwo! No cóż, sama tego chciałam. Ale dałam radę i tym sposobem, dziś byłam ostatni dzień w starej pracy i zaczęłam odbieranie zaległego urlopu. Niestety mam go tyle, że będę go jeszcze odbierać będąc już w nowej pracy. Niestety w czasie roku 2011 nie przewidziałam sytuacji, że tak nagle zdobędę nową pracę i ściskałam ten urlop jak się dało :/
W starej pracy miałam dziś pożegnanie, wcale nie miałam na nie ochoty ale już od samego porannego wejścia czekała na mnie miła niespodzianka a potem było już tylko coraz lepiej :) Rano na biurku znalazłam duży karton a w nim tort robiony specjalnie dla mnie przez męża (byłego cukiernika) mojej koleżanki z działu. Szok :) Ja przywiozłam kilka ciast, rozstawiłam wszystko, zaprosiłam ludzi na 9:30, i się zaczęło... przemówienia, wspomnienia, nie ogarnęłam emocji i się poryczałam. No bo, co by nie mówić to jednak było to 11 lat, 11 lat mojego życia! I kiedy to minęło ???
Po pożegnaniu, dokończyłam ostatnie sprawy zawodowe, przekazałam to co nie dało się dokończyć, uprzątnęłam biurko, szafkę, szuflady, spakowałam wszystko do kartonu jak na filmach to robią - dziwne uczucie ... a potem poszłam, tak po prostu, wyszłam - również bardzo dziwne uczucie...
Ale dość szybko się otrząsnęłam i ze starej pracy pojechałam prosto do nowej, gdzie zawiozłam podpisaną umowę, odebrałam skierowanie na badania i ogólnie zostałam powitana w gronie nowych znajomych...
Podsumowując: parę godzin temu zamknęłam pewien rozdział w moim życiu, uwolniłam się od czegoś co nie dawało mi żyć, dziś był ostatni dzień tego koszmaru. Także jutro mam swoje prywatne Święto Niepodległości ;) Pierwszy dzień reszty mojego życia. Boję się być szczęśliwą - bo bardzo się boję nowego ...
niedziela, 6 listopada 2011
Stało się
Dziś rano zdarzył nam się bardzo niemiły wypadek. Młodszy rozciął sobie głowę, mamy za sobą jazdę karetką i hardcore szpitalny przy znieczulaniu i szyciu jego małej główki :(
Klasycznie wystarczyła jedna chwila, jeden moment i nieszczęście gotowe. Wstaliśmy rano i gdy chwilę potem chciałam wyjść z sypialni, Młodszy, który nie odstępuje mnie na krok od dwóch lat, rzucił się za mną biegiem, potknął o dywan, upadł i całą siłą trafił głową w kant łóżka :( Dom się zatrząsł, mnie serce stanęło. Pierwsza myśl, że głowa na bank rozcięta bo uderzenie było bardzo silne, jednak spojrzałam na niego i nie zobaczyłam pod rączką krwi, złapałam w ramiona, przytulam, w myślach biegnę już po zimny kompres na guza, odciągam jego rączkę i widzę, że pół buzi we krwi i otwartą ranę :( Nerwy i emocje ruszyły :( Młodszy wyje, rzuca się, nie daje utrzymać na rękach, krew się leje, po nim, po mnie, wszędzie, ja nie mogę znaleźć telefonu :( W
końcu znajduję, dzwonię do M i wykrzykuję co się stało, ma do nas przyjechać z pracy. Dzwonię na 999, i co słyszę? Że nasz rejon zamieszkania to nie ich rejon i mam sobie dzwonić gdzie indziej, na numer, który mi podadzą. Oczywiście nie mam po ręką długopisu a w tych nerwach nie zapamiętam numeru, Młodszy trochę przycichł ale nie wypuszcza mnie ze swoich objęć, więc w podskokach z nim na rękach lecę po długopis, zapisuję numer choć w taki sposób, że teraz wydaje mi się on być nie do odczytania. Dzwonię, miła pani mnie uspokaja, zadaje kilka pytań i mówi, że karetka już w drodze, mam wyszykować dziecko i siebie do drogi.
Tylko jak? Jak mały zakrwawiony, nie daje się dotknąć żeby obmyć krew ani nie chce mnie puścić żebym ja chociaż mogła się ubrać. Na szczęście woła "pi", czyli pić, robię mu mleko, on pije a ja w tym czasie pędem się ubieram i zbieram rzeczy dla niego na wyjazd. Chwilę potem przyjeżdża karetka z bardzo miłymi panami, którzy zajmują się moim Młodszym, starają się obmyć i zdezynfekować ranę, niestety łatwo nie jest bo mój Skarb drze i wyrywa się jak opętany :( Pierwszy opatrunek zrywa, drugi udaje się już utrzymać na miejscu. Dojeżdża M. Ja wsiadam z A. do karetki, M z Jot jadą za nami do szpitala. W szpitalu dłuższy moment rejestracji :/ ale Adaś na szczęście jest już trochę uspokojony i obserwuje wszystko z moich rąk. Koszmar zaczyna się na nowo gdy wchodzimy do zabiegowego. Już po położeniu na stół mój bidul zaczyna znów płacz i rzucanie się, wrzask jest niesamowity, jego siła również. Pani doktor pokazuje mi jak mam go trzymać. Muszę położyć się na jego nóżkach i brzuszku a trzymać za rączki, pielęgniarka trzyma główkę, ledwo dajemy radę :/ Najgorszy jest moment znieczulania, kilka wkłuć wokół rany :( Młodszy prawie roznosi łóżko, na którym leży :( Potem szycie, opatrunek (również przy ogromnym wrzasku i szarpaniu), kilka wskazań dalszego postępowania i do domu ...
W domu Młodszy zażyczył sobie swoją ulubioną "ympkę z pleplem" i spokojnie oglądał bajkę ...

M. pojachał z powrotem do pracy a ja ogarniałam dom z tornada jakie zostawiliśmy przed wyjazdem. Przed 14:00 wyszliśmy na spacer, Młodszy zasnął o 14:00, bardzo umęczony, myślałam, że pośpi przynajmniej godzinę po takich atrakcjach ale on po 30 minutach otworzył oczka i mowy o dalszym spaniu nie było.
Bandaże z głowy zdjęłam mu ok 13:00, ciut za wcześnie (miał je mieć 4h) ale po prostu się zsunęły, więc i tak musiałam je zdjąć. Plasterek na czole przykrywający ranę i szwy, nie wygląda jakoś specjalnie przerażająco, zapewne gorzej jest pod plasterkiem ale tam na razie nie muszę zaglądać. I tylko w myślach wciąż migają mi obrazki z naszego dzisiejszego poranka :( Młodszy skończył dziś 25 miesięcy, kiepskie to zakończenie :/
Muszę też wspomnieć o moim Jot, który był dziś z nami w domu i bardzo dzielnie mi pomagał, szukał telefonu, przyniósł namoczoną zimną wodą pieluchę tetrową, pilnował brata gdy ja poszłam się w biegu ubierać i ogólnie bardzo martwił całym zdarzeniem. Powiedziałam mu, że jest moim dzielnym synkiem i, że bez niego nie dałabym rady... choć był moment, że płakaliśmy dziś nad naszym małym A. oboje ...
Klasycznie wystarczyła jedna chwila, jeden moment i nieszczęście gotowe. Wstaliśmy rano i gdy chwilę potem chciałam wyjść z sypialni, Młodszy, który nie odstępuje mnie na krok od dwóch lat, rzucił się za mną biegiem, potknął o dywan, upadł i całą siłą trafił głową w kant łóżka :( Dom się zatrząsł, mnie serce stanęło. Pierwsza myśl, że głowa na bank rozcięta bo uderzenie było bardzo silne, jednak spojrzałam na niego i nie zobaczyłam pod rączką krwi, złapałam w ramiona, przytulam, w myślach biegnę już po zimny kompres na guza, odciągam jego rączkę i widzę, że pół buzi we krwi i otwartą ranę :( Nerwy i emocje ruszyły :( Młodszy wyje, rzuca się, nie daje utrzymać na rękach, krew się leje, po nim, po mnie, wszędzie, ja nie mogę znaleźć telefonu :( W
końcu znajduję, dzwonię do M i wykrzykuję co się stało, ma do nas przyjechać z pracy. Dzwonię na 999, i co słyszę? Że nasz rejon zamieszkania to nie ich rejon i mam sobie dzwonić gdzie indziej, na numer, który mi podadzą. Oczywiście nie mam po ręką długopisu a w tych nerwach nie zapamiętam numeru, Młodszy trochę przycichł ale nie wypuszcza mnie ze swoich objęć, więc w podskokach z nim na rękach lecę po długopis, zapisuję numer choć w taki sposób, że teraz wydaje mi się on być nie do odczytania. Dzwonię, miła pani mnie uspokaja, zadaje kilka pytań i mówi, że karetka już w drodze, mam wyszykować dziecko i siebie do drogi.
Tylko jak? Jak mały zakrwawiony, nie daje się dotknąć żeby obmyć krew ani nie chce mnie puścić żebym ja chociaż mogła się ubrać. Na szczęście woła "pi", czyli pić, robię mu mleko, on pije a ja w tym czasie pędem się ubieram i zbieram rzeczy dla niego na wyjazd. Chwilę potem przyjeżdża karetka z bardzo miłymi panami, którzy zajmują się moim Młodszym, starają się obmyć i zdezynfekować ranę, niestety łatwo nie jest bo mój Skarb drze i wyrywa się jak opętany :( Pierwszy opatrunek zrywa, drugi udaje się już utrzymać na miejscu. Dojeżdża M. Ja wsiadam z A. do karetki, M z Jot jadą za nami do szpitala. W szpitalu dłuższy moment rejestracji :/ ale Adaś na szczęście jest już trochę uspokojony i obserwuje wszystko z moich rąk. Koszmar zaczyna się na nowo gdy wchodzimy do zabiegowego. Już po położeniu na stół mój bidul zaczyna znów płacz i rzucanie się, wrzask jest niesamowity, jego siła również. Pani doktor pokazuje mi jak mam go trzymać. Muszę położyć się na jego nóżkach i brzuszku a trzymać za rączki, pielęgniarka trzyma główkę, ledwo dajemy radę :/ Najgorszy jest moment znieczulania, kilka wkłuć wokół rany :( Młodszy prawie roznosi łóżko, na którym leży :( Potem szycie, opatrunek (również przy ogromnym wrzasku i szarpaniu), kilka wskazań dalszego postępowania i do domu ...
W domu Młodszy zażyczył sobie swoją ulubioną "ympkę z pleplem" i spokojnie oglądał bajkę ...

M. pojachał z powrotem do pracy a ja ogarniałam dom z tornada jakie zostawiliśmy przed wyjazdem. Przed 14:00 wyszliśmy na spacer, Młodszy zasnął o 14:00, bardzo umęczony, myślałam, że pośpi przynajmniej godzinę po takich atrakcjach ale on po 30 minutach otworzył oczka i mowy o dalszym spaniu nie było.
Bandaże z głowy zdjęłam mu ok 13:00, ciut za wcześnie (miał je mieć 4h) ale po prostu się zsunęły, więc i tak musiałam je zdjąć. Plasterek na czole przykrywający ranę i szwy, nie wygląda jakoś specjalnie przerażająco, zapewne gorzej jest pod plasterkiem ale tam na razie nie muszę zaglądać. I tylko w myślach wciąż migają mi obrazki z naszego dzisiejszego poranka :( Młodszy skończył dziś 25 miesięcy, kiepskie to zakończenie :/
Muszę też wspomnieć o moim Jot, który był dziś z nami w domu i bardzo dzielnie mi pomagał, szukał telefonu, przyniósł namoczoną zimną wodą pieluchę tetrową, pilnował brata gdy ja poszłam się w biegu ubierać i ogólnie bardzo martwił całym zdarzeniem. Powiedziałam mu, że jest moim dzielnym synkiem i, że bez niego nie dałabym rady... choć był moment, że płakaliśmy dziś nad naszym małym A. oboje ...
sobota, 5 listopada 2011
Język dwulatka
- A., zjesz coś ?
- Taaaaaa (Młodszy mimo, że nie ma problemów z literką K to słowo "tak" zawsze wymawia z rozkosznym przedłużeniem i bez końcówki)
- A co?
- YMPKĘ !
- A z czym?
- Z PLEPLEM !
Ympka z pleplem to ostatnimi czasy nasz hit, chyba nic mnie tak nie bawi jak to jego "z pleplem" :D
Czasem pytam go o to jedzenie tylko po to żeby usłyszeć jak to mówi :) A chodzi o nic innego jak o zwykłą kanapkę z ... serem :)
I jak jeszcze "ympka" do kanapki jakoś tam się ma tak nijak nie wiem jak powstało "z pleplem" od sera ;)
Ale nie należy się nastawiać, że słowo "ympka" zawsze oznaczać będzie kanapkę. Bo gdy np. przejeżdżamy obok obecnie wszędzie rozwieszonych bilboardów bananów Chiquita to Młodszy krzyczy wtedy "bamban, ympka!!!" co oznacza banan i małpka, bo w rozumowaniu mojego Skrzata jak gdzieś jest banan to musi też być i małpka ;) i na odwrót, jak gdzieś zobaczy jakąś małpkę to od razu krzyczy: "ympka" a zaraz potem "bamban" :D
A apropo małpek to od jakiegoś czasu Młodszy zakochany jest w bajce o małpce zwanej Georgem i gdy tylko bajka się zaczyna to Młodszy wydaje z siebie mega okrzyk zachwytu: "DZIOOOO !!!"
Nastąpił też u nas etap fascynacji dinozaurami, na które Młodszy mówi "ynda", przy czym bardzo często słowo "ynda" wymawia bardzo zniżonym, wręcz warczącym głosem, tak jakby udawał głos dinozaura :) a jak do tego jeszcze zaczyna nagle biegać w kółko po pokoju z podniesionym do góry rękami to już w ogóle mamy ubaw po pachy, w ten sposób udaje dinozaura albo lwa :)
Po dłuższym czasie oczekiwania Młodszy zaczął w końcu mówić imię swojego brata, wymawia je w zdrobnieniu "Inciu", słodko ;) Gdy Jot jest akurat w szkole albo po prostu gdzieś poza domem to Młodszy bardzo często pyta o swojego kochanego Inciu i zaraz sam sobie odpowiada, że go nie ma: "Inciu, ima" i rozbrajająco rozkłada rączki ;)
Bardzo często Młodszy bierze jakąś zabawkę do rączek po czym sam próbuje ją sobie wyrwać drugą rączką jednocześnie wołając "Inciu odaj!" :/ Niestety jest to efekt tego, że bardzo często Jot złości się jak Młodszy bierze jakieś jego rzeczy i krzyczy wtedy do Młodszego żeby oddał. Młodszy genialnie naśladuje te scenki (Inciu odaj, oznacza, że Jot woła do niego aby coś oddał) ale staramy się to zniwelować bo nie chcemy żeby Młodszy kojarzył stareszego brata z tym, że on ciągle mu czegoś zabrania ruszać :/
W języku Młodszego wszystkie dzieci to dzidzie :) Co generalnie bardzo zabawnie brzmi gdy spotykamy jakieś większe dziecko a A. woła na nie dzidzia, tak naprawdę sam będąc dzidzią.
Kiedyś pisałam, że A. bardzo lubi udawać, że jest właśnie dzidzią i, że dzidzia idzie spać. Zabawa ta nadal jest u nas na topie i nadal bardzo mnie bawi. Uwielbiam jak bierze podusie, układa się na niej, upomina się o przykrycie kocykiem a potem mówi "dzidzia pa" - dzidzia idzie spać, albo "dzidzia pi" - dzidzia śpi. Gdy zaraz potem nagle się podrywa z okrzykiem oznacza to, że dzidzia już się wyspała i wstaje :) Żeby tak człowiek dorosły mógł się wysypiać w tak ekspresowym tempie ;)
Ogólnie Młodszy mówi bardzo dużo, buzia mu się nie zamyka, ale cała ta mowa odbywa się w jego własnym języku i w większości zrozumiała jest tylko dla nas, rodziców, obcym trzeba tłumaczyć co nasze dziecię miało na myśli. My w większości rozumiemy Młodszego doskonale, choć czasem zdarzają nam się małe nieporozumienia bądź niedomówienia ;)
Bardzo często A. urządza nam coś na kształt mini turnieju, mówi jakieś swoje słowo i trzeba mu powiedzieć co miał na myśli, jak się odpowie dobrze to wywołuje to mega radość i okrzyk "Taaa" :D gorzej jak się nie trafi bo wtedy jest złość ;) Uwielbiam tą jego zabawę, którą wymyślił sobie sam i bardzo często się w nią z nami bawi...
Generalnie chodzę, słucham i w pamięci notuję nowo powstałe słowa Młodszego, na kartkach papieru tworzę taki jego mały słownik, ku pamięci. Nie robiłam tego z Jot i bardzo żałuję, bo kiedyś fajnie będzie usiąść i poczytać jak i co te nasze dzieci mówiły gdy były jeszcze maleńkimi skrzatami ...
- Taaaaaa (Młodszy mimo, że nie ma problemów z literką K to słowo "tak" zawsze wymawia z rozkosznym przedłużeniem i bez końcówki)
- A co?
- YMPKĘ !
- A z czym?
- Z PLEPLEM !
Ympka z pleplem to ostatnimi czasy nasz hit, chyba nic mnie tak nie bawi jak to jego "z pleplem" :D
Czasem pytam go o to jedzenie tylko po to żeby usłyszeć jak to mówi :) A chodzi o nic innego jak o zwykłą kanapkę z ... serem :)
I jak jeszcze "ympka" do kanapki jakoś tam się ma tak nijak nie wiem jak powstało "z pleplem" od sera ;)
Ale nie należy się nastawiać, że słowo "ympka" zawsze oznaczać będzie kanapkę. Bo gdy np. przejeżdżamy obok obecnie wszędzie rozwieszonych bilboardów bananów Chiquita to Młodszy krzyczy wtedy "bamban, ympka!!!" co oznacza banan i małpka, bo w rozumowaniu mojego Skrzata jak gdzieś jest banan to musi też być i małpka ;) i na odwrót, jak gdzieś zobaczy jakąś małpkę to od razu krzyczy: "ympka" a zaraz potem "bamban" :D
A apropo małpek to od jakiegoś czasu Młodszy zakochany jest w bajce o małpce zwanej Georgem i gdy tylko bajka się zaczyna to Młodszy wydaje z siebie mega okrzyk zachwytu: "DZIOOOO !!!"
Nastąpił też u nas etap fascynacji dinozaurami, na które Młodszy mówi "ynda", przy czym bardzo często słowo "ynda" wymawia bardzo zniżonym, wręcz warczącym głosem, tak jakby udawał głos dinozaura :) a jak do tego jeszcze zaczyna nagle biegać w kółko po pokoju z podniesionym do góry rękami to już w ogóle mamy ubaw po pachy, w ten sposób udaje dinozaura albo lwa :)
Po dłuższym czasie oczekiwania Młodszy zaczął w końcu mówić imię swojego brata, wymawia je w zdrobnieniu "Inciu", słodko ;) Gdy Jot jest akurat w szkole albo po prostu gdzieś poza domem to Młodszy bardzo często pyta o swojego kochanego Inciu i zaraz sam sobie odpowiada, że go nie ma: "Inciu, ima" i rozbrajająco rozkłada rączki ;)
Bardzo często Młodszy bierze jakąś zabawkę do rączek po czym sam próbuje ją sobie wyrwać drugą rączką jednocześnie wołając "Inciu odaj!" :/ Niestety jest to efekt tego, że bardzo często Jot złości się jak Młodszy bierze jakieś jego rzeczy i krzyczy wtedy do Młodszego żeby oddał. Młodszy genialnie naśladuje te scenki (Inciu odaj, oznacza, że Jot woła do niego aby coś oddał) ale staramy się to zniwelować bo nie chcemy żeby Młodszy kojarzył stareszego brata z tym, że on ciągle mu czegoś zabrania ruszać :/
W języku Młodszego wszystkie dzieci to dzidzie :) Co generalnie bardzo zabawnie brzmi gdy spotykamy jakieś większe dziecko a A. woła na nie dzidzia, tak naprawdę sam będąc dzidzią.
Kiedyś pisałam, że A. bardzo lubi udawać, że jest właśnie dzidzią i, że dzidzia idzie spać. Zabawa ta nadal jest u nas na topie i nadal bardzo mnie bawi. Uwielbiam jak bierze podusie, układa się na niej, upomina się o przykrycie kocykiem a potem mówi "dzidzia pa" - dzidzia idzie spać, albo "dzidzia pi" - dzidzia śpi. Gdy zaraz potem nagle się podrywa z okrzykiem oznacza to, że dzidzia już się wyspała i wstaje :) Żeby tak człowiek dorosły mógł się wysypiać w tak ekspresowym tempie ;)
Ogólnie Młodszy mówi bardzo dużo, buzia mu się nie zamyka, ale cała ta mowa odbywa się w jego własnym języku i w większości zrozumiała jest tylko dla nas, rodziców, obcym trzeba tłumaczyć co nasze dziecię miało na myśli. My w większości rozumiemy Młodszego doskonale, choć czasem zdarzają nam się małe nieporozumienia bądź niedomówienia ;)
Bardzo często A. urządza nam coś na kształt mini turnieju, mówi jakieś swoje słowo i trzeba mu powiedzieć co miał na myśli, jak się odpowie dobrze to wywołuje to mega radość i okrzyk "Taaa" :D gorzej jak się nie trafi bo wtedy jest złość ;) Uwielbiam tą jego zabawę, którą wymyślił sobie sam i bardzo często się w nią z nami bawi...
Generalnie chodzę, słucham i w pamięci notuję nowo powstałe słowa Młodszego, na kartkach papieru tworzę taki jego mały słownik, ku pamięci. Nie robiłam tego z Jot i bardzo żałuję, bo kiedyś fajnie będzie usiąść i poczytać jak i co te nasze dzieci mówiły gdy były jeszcze maleńkimi skrzatami ...
Subskrybuj:
Posty (Atom)



