Bo jednak wyjazd z takim 16 miesięcznym dzieckiem to nie to samo co wyjazd z kilkulatkiem ani nie to samo co wyjazd tylko we dwoje.
Nie było mowy a spokojnych śniadankach, obiadkach, spacerkach, wycieczkach czy popołudniowym błogim lenistwie, wszystko w biegu i na najwyższych obrotach, od bladego świtu, przeważnie już od 7 rano, czasem nawet wczesniej.
A wstawał i ruszał do przodu a my za nim starając się jakoś nadążyć i go ujarzmić.
Mały A okazał się 100% kopią swojego starszego brata z czasów jego młodszego dzieciństwa także mieliśmy powtórkę z rozrywki sprzed lat. Wózek był be na maksa i Mały A nie pozwalał się do niego za cholerę wsadzić :( A spróbujcie wsadzić do wózka jakieś 11kg (nie wiem dokładnie ile bo nie ważone to moje dziecie od października!), które płacze, wierzga i wygina się przy tym w pałąk brzuchem do góry tak, że po prostu nie da się go "złamać" i posadzić :/
Dziecko nie chce się złamać to niekonsekwentni rodzice się łamią i biorą dziecko na ręcę. I idą tak pod górę. Ale okazuje się, że dziecku wcale nie o to chodzi, żeby go nieść. Ono chce samo iść! Naprawdę zazdroszczę rodzicom, których dzieci jeżdżą spokojnie w wózkach podziwiając świat i nie mają takiego parcia ani obsesji na samodzielne chodzenie.
No dobra, chce iść sam to niech idzie! Szkoda tylko, że nie w tym kierunku co chcą rodzice :/ w dodatku tu w górach tak naprawdę nie ma jak go puścić żeby chodził bo każda droga to po prostu zwykła ulica, widać to też na zdjęciach, a do tego po bokach same zbocza gór a nie płaskie łączki, po których taki mały chodzik mógłby sobie latać do woli według swoich upodobań. Także wiele wyjść o ile nie pokrywały się z drzemką Małego A kończyło się mniejszą lub większą szarpaniną. Mniejszą gdy A miał więcej cierpliwości do nas a my do niego a większą gdy cierpliwość po obu stronach była na skraju wyczerpania.
Gdy byliśmy w domku to też stawaliśmy na głowie żeby zapewnić atrakcje na poziomie jego zaintersowań bo jego zabawki oczywiście były be i w ogóle nie ciekawe. Ciekawe były za to te, którymi bawił się starszy brat z nowo poznanym kolegą. Ale to znowu nie podobało się starszemu bratu i koledze bo Mały A wpadał jak tornado w ich precyzyjnie poustawiane konstrukcje samochodzików i robił tam istne spustoszenie jak to na tornado przystało. Innym ciekawym zajęciem dla Małego A było oczywiście zwiedzanie całego domku. No i ok, dawało to chwilę ciszy i wytchnienia ale tylko do czasu... bo już drugiego dnia okazało się, że oprócz miejsc, w które można zajrzeć jest też mnóstwo miejsc, w które NIE można zajrzeć, tak jak np pokoje innych wczasowiczów, pokoje właścicieli domu, czy jakieś inne pomieszczenia gospodarcze i od tego momentu oczywiście już tylko te zakazane miejsca były w centrum pożądania. Taaaa i weź mu wytłumacz, że nie wolno. A do tego jeszcze Mały A upodobał sobie panią właścicielkę domu i bez przerwy chciał być u niej a najlepiej na rękach! Pierwszy raz odkąd jest na świecie zdarzyło się tak, że wolał być u kogoś innego (i to obcego!) niż u mnie! Wszeklie próby odebrania go z rąk naszej gospodyni kończyły się dziką histerią :/ Głupio mi było bo przecież wiadomo, że babka miała mnóstwo własnej roboty a w ofercie wynajmu pokoju nie było nic o niańczeniu przyjezdnych dzieci. Chociaż oczwyiście zawsze z chęcią "przejmowała" A gdy tylko wbiegał do niej do kuchni i nawet żartowała żeby go u niej zostawić i przyjechać odebrać za rok ;) no to ja w żartach powiedziałam, że z chęcią i, że będę tylko dosyłać słoiki i pieluchy ;)
Mimo wszystko tak jak napisałam w pierwszym zdaniu, wyjazd uważam, za wspaniały i bardzo udany. Z małym dzieckiem nie zawsze jest bajkowo i kolorowo jak na fotkach w gazetkach a ja mając już drugie też wiem jak to jest i wiedziałam na co się porywam jadąc tam a i tak nadal uważam, że było warto i polecam :)
Ale sam pobyt to i tak nic w porównaniu z podróżą... to dopiero był wyczyn!
W tamtą stronę jechaliśmy ponad 8 godzin, z powrotem o godzinę krócej.
Mały A stanowczo lepiej zniósł dojazd, byłam wręcz pod wrażeniem jego cierpliwości, która wyczerpała się dopiero w okolicy 7 godziny jazdy, w drodze powrotnej natomiast cierpliwość skończyła się dużo wcześniej, gdy mieliśmy do przejechania jeszcze ok 170km, lekko nie było :(
Ale to wszystko i tak nic w porównaniu z tym co przeżyliśmy w drodze na miejsce i to gdy byliśmy już prawie u samego celu, według nawigacji zostało tylko 3km.
Jechaliśmy późnym wieczorem i w strasznej mgle, widoczność zerowa, dosłownie!, całkowicie ciemno i mgliście, droga coraz bardziej kręta i coraz bardziej w górę, nie widać nic a nic ani przed nami ani po bokach, wiemy tylko, że pobocza nie ma żadnego tylko od razu za krawędzią ulicy spadek w dół a zabezpieczeń żadnych !! Jakoś jedziemy. Nagle okazuje się, że droga zrobiła się tak stroma pod górę a do tego jest nieodśnieżona, że nasz samochód nie był w stanie podjechać i zaczęliśmy się staczać w dół! A za nami mgła, ciemność, nic a nic nie widać. Obrócić się nie ma jak bo ulica wąska i bez pobocza, nie wiadomo nawet co jest po pobokach tylko wiadomo, że spadek. Suneliśmy tak tyłem do dołu i przyznam, że był moment, że miałam śmierć w oczach. Ale jakoś zjechaliśmy z tej góry. Ja byłam załamana bo nie wiedziałam, że jest jeszcze jakaś inna droga do naszego domu a Mały A akurat wtedy właśnie zaczął pokazywać już swoje zniecierpliwienie, kiepski to był moment. M wysiadł z samochodu i dorwał jakiegoś górala i dowiedział się jak jechać i którędy. Góral nie omieszkał wspomnieć, że ponoć jakiś "sakramencko wielki znak stoi żeby tu nie jechać a wszyscy jadą i on potem ich wyciągać musi" ;)
Także będąc już prawie u celu musieliśmy się wycofać i nadrobić kawałek drogi a tak jak przed chwilą napisałam A nie siedział już zbyt cicho i spokojnie, my zresztą też po takiej przygodzie i tylu godzinach jazdy mieliśmy już trochę dość wszystkiego :/ Ale wyjścia nie było, trzeba było jechać. Gdy dojechaliśmy do domków i myślałam, że wszystko już mamy za sobą to okazało się, że na domach nie ma tabliczek z numerami a tam gdzie są to i tak nam nic nie pomogą bo nie są ułożone w kolejności tylko tak jak powstawały domy, czyli numery w dowolnej kolejności rozsypane po całej okolicy i weź i znajdź teraz swój :) W całej tej sytuacji to była po prostu taka wisienka na torcie :) W końcu znaleźliśmy.
A poniżej to widok tego samego miejsca gdzie byliśmy tylko w czasie lata, zdjęcie robione parę lat wcześniej bo niektórych elementów jeszcze nie ma a nasz punkt rozpoznawczy czyli zielony domek jest jeszcze biały :) ale za to widać "moją" choinkę :)

Żródło:http://www.gliczarow.info.pl/index.php?n=galerie&file=galeria_zdjec_widoki_na_tatry.html
Najlepsze jest to, że będąc tam na miejscu nie miałam okazji zobaczyć tych wysokich gór bo były zasłonięte przez chmury i zobaczyłam je dopiero na zdjęciach w necie z okresu letniego. Może pojedziemy tam kiedyś jeszcze raz właśnie latem?
A tu obecny widok zimą :) zdjęcie powtórzone z wczorajszej notki ale wstawiam dla porównania.

Po powrocie do domu czekała na nas niezbyt miła niespodzianka, lodowaty dom :/ Mieliśmy przykręcone ogrzewanie żeby niepotrzebnie nie ciągnęłu gazu i zapomnieliśmy poprosić kogoś z rodziny żeby przyjechał przed naszym powrotem i to ogrzewanie włączył. Na górze było 6 stopni, na dole może z 10. Po kilku minutach pobytu w domu miałam skostniałe palce z zimna. Tego dnia spaliśmy wszyscy na dole, w ubraniach, pod kołdrą i dodatkowymi kocem. Dom niestety nie nagrzewa się tak szybkojak mieszkania w blokach i przez noc temperatura podniosła się zaledwie o kilka stopni, w sypialni było już 11 :/ Naprawdę ciepło zrobiło jeszcze następnego dnia, brrr