Zawsze o nich pamiętam, nie tylko gdy zbliża się maj ale po prostu zawsze pamiętam o niej i jej urodzinach. Dziś z samego rana zadzwoniłam z życzeniami, chciałam żeby wiedziała, że pamiętam i żeby nie czekała pół dnia na telefon ode mnie, na który dobrze wiem, że czekała.
Telefony do niej zawsze napawają mnie lękiem bo nigdy nie wiem w jakim stanie będzie gdy odbierze telefon ... gdy wybieram jej numer zawsze czuję napięcie.
Dziś czekała mnie miła niespodzianka, moja mama była w świetnej formie, była taka jaką ją kocham i za jaką tęskniłam całe życie. I te kilka minut rozmowy wywołały we mnie tyle pozytywnych emocji. Zawsze chciałabym się tak czuć w rozmowie z nią i chciałabym żeby zawsze była taka jak dziś.
Dla nas obydwu ta rozmowa była bardzo podbudowująca, ona czekając na mój telefon a nie mając pewności czy zadzwonię bardzo ucieszyła się i wzruszyła tym, że zadzwoniłam a ja za to przez te kilka minut znów czułam, że jest mi mamą :)
Nie łudzę się, że ten stan potrwa wiecznie, to niemożliwe ale dobre są nawet takie krótkie chwile.
Tak bardzo za nią przez całe życie tęsknię i odczuwam jej brak, że w takich chwilach stają się znowu jej malutką córeczką i gdy tylko wyczuwam w niej tą mamę, którą mogła mi być a nie była to od razu mam ochotę lecieć do niej na łeb na szyję i pobyć z nią i złapać to czego brakowało mi przez całe życie: kontakt z mamą.
Przysięgam, że gdyby nie to okropne wietrzysko to pewnie porwałabym się na podróż do niej z Adasiem, bo sam deszcz raczej by mnie nie odstraszył ale wychodzenie na taką wichurę z niemowlakiem to kiepski pomysł.
A tak bardzo chciałabym się z nią zobaczyć, właśnie dziś gdy ma urodziny.
I wiem, że byłaby bardzo szczęśliwa gdybym przyjechała do niej z Małym A.
P.S. Żeby nie było, ona w moje urodziny parę dni temu też do mnie zadzwoniła.
niedziela, 16 maja 2010
piątek, 14 maja 2010
Polska paranoja szpitalna.
Pojechaliśmy dziś na to usg przezciemiączkowe co to miało odbyć się wczoraj.
Na oddział mieliśmy się stawić o 8:30 tylko dla samego stawienia się bo usg jest od 10:00.
Ponieważ wypisu ze szpitala nie mamy to czekało na nas nasze miejsce na sali. Chociaż tyle dobrze bo mogłam położyć Małego A na drzemkę i wygodnie go przewinąć czy na trochę odłożyć do łóżeczka.
Mając jednak w pamięci wczorajszą sytuację z usg, które ostatecznie się nie odbyło to dziś byłam czujna i kręciłam się obok pokoju pielęgniarek żeby przypilnować swojego interesu. Uspokoiłam się trochę gdy nasz lekarz (jak się okazało ordynator, ten sam, który nas przyjmował, badał, zlecił badania a dzień później na mnie nawrzeszczał) spotkał mnie na korytarzu gdzie krążyła, jak ten sęp, zapytał o A., wizytę neurolog i powiedział, że jeszcze tylko to usg i wychodzimy i, że to usg dziś na pewno będzie. No to luz.
Doczekaliśmy do 10:00 gdy przyszła po nas pielęgniarka i zabrała na usg. Pod gabinetem była jedna pani, więc mieliśmy po niej wejść a nawet jakby przyszedł ktoś
inny to i tak mamy pierwszeństwo bo my "z oddziału" wzywani na usg jesteśmy a nie z ulicy. Usiadłam sobie wyluzowana, z myślą, że jeszcze tylko chwila i już nas tu nie ma. I w tym momencie do poczekalni wchodzi inna pielęgniarka i wprowadza tabun mamusiek (jakieś 10 sztuk) z niemowlakami na rękach. Ponieważ już trochę wiem jak to wszystko tam wygląda to domyśliłam się, że to po prostu inna pielęgniarka z innego oddziału przyprowadziła swoje podopieczne na usg.
Pielęgniarka otworzyła drzwi do gabinetu od usg i oznajmiła, że przyprowadziła mamy z dziećmi z patologii noworodka i zaczęła ustalać, która z nich pierwsza wchodzi nie zwracając uwagi na to, że inni też tu po coś w tej poczekalni siedzą. Zamarłam bo już miałam wizję, że teraz nie wejdziemy wcale pierwsi tylko najpierw będą brać te wszystkie noworodki a wtedy posiedzielibyśmy tak ze 3h jak nic. Nasza pielęgniarka też wyczuła pismo nosem i wychyliła się zza ściany i mówi do tej drugiej pielęgniarki od noworodków, że jeszcze my tu jesteśmy do usg i też przecież z oddziału tyle, że z chirurgii. No ok do przepychanek nie doszło, pielęgniarki się dogadały pod drzwiami i w sumie okazało się, że i tak panie z gabinetu będą wywoływać i mogliśmy tylko mieć nadzieję, że zaczną od nas. Na nasze szczęście tak właśnie było, drzwi się otworzyły i pani zawołała: "chirurgia proszę". Raźnie powędrowałam z A do gabinetu, M za mną, pielęgniarka za nami. Kładę dziecko na łóżku, pani prosi o nazwisko, szuka w papierach i tu pada moje ulubione ostatnio stwierdzenie: "ale ja tu takiego nie mam" i się zaczęło, nasza pielęgniarka robi duże oczy i pyta nas gdzie jest skierowanie? (a skąd ja mam to k... wiedzieć, przecież sama się tu nie skierowałam), babka szuka dalej w papierach i nic niestety nie znajduje więc pada podejerzenie na nas, że może wcale mamy tego usg nie mieć !! I wtedy mnie już trafiło i mówię, że czekamy na nie od wczoraj, że wczoraj przez cały dzień się ono nie odbyło i dziś przyjechaliśmy tu tylko na to usg. Poza tym przecież przed chwilą nas wywołali !! No więc okazało się, że wywołali chirurgię ale na myśli mieli jakąś dziewczynkę, która jeszcze nie stawiła się na usg a my weszliśmy no bo przecież jesteśmy z chirurgii i na usg czekaliśmy. Czyli jednym słowem głupi przypadek sprawił, że znaleźliśmy się w tym gabinecie. Babeczka od usg mówi, że mamy wracać na oddział ustalić co się stało ze skierowaniem. Myślę sobie, akurat !! jak już w końcu po całym dniu czekania udało mi się przekroczyć drzwi tego gabinetu to ja się teraz stąd nigdzie nie ruszę tym bardziej, że za drzwiami stoi ten tabun mamuś i nie zamierzam od nowa ustawiać się za nimi w kolejce i czekać tu do nie wiadomo której na usg. Babeczka od usg okazała się ludzka i powiedziała, że w takim razie mamy zostać, ona zrobi badanie a w tym czasie nasza pielęgniarka ma iść na oddział szukać skierowania. Myślę sobie: po problemie. Usg trwało chwilkę i wyszło na szczęście ok, pomijając to, że babeczka dopatrzyła się jakiejś torbielki, która powstaje przy porodzie lub podczas ciąży i w sumie nie jest niczym ważnym i niektórzy lekarze o tym nawet nie mówią i, że mam się tym nie przejmować. Taa, łatwo powiedzieć, szczególnie, że jak A. miał usg przezciemiączkowe w październiku to
słowa o torbielce nie słyszałam więc teraz zaczęłam się jednak martwić i kilka razy pytałam czy to aby na pewno nic poważnego. Po usg wzięliśmy Grubcia i skierowaliśmy się na nasz oddział gdzie mieliśmy czekać na wynik usg, który miała przynieść pielęgniarka w zamian za skierowanie. Pod drzwiami oddziału chirurgicznego spotkaliśmy naszą pielęgniarkę, która jak się okazało do tej pory próbowała ustalić gdzie jest nasze skierowanie bo nigdzie go nie ma i naskoczyła na nas, że sobie to usg wymyśliliśmy bo skierowania żadnego na oddziale nie ma i kto nam kazał w ogóle to usg robić. Śmiesznie ? Bo ja po prostu myślałam, że tam pęknę ale ze złości. No bo jasne, sama sobie usg wymyśliłam, wczoraj czekałam na nie cały dzień a dziś tak dla jaj sobie na 8:30 do szpitala z dzieckiem przyjechałam i zarządziłam, że mają mu zrobić usg. M zobaczył, że jeszcze chwila a po prostu rozniosłabym ten szpital i spokojnym tonem zaproponował żebym sobie poszła z dzieckiem na salę a on to załatwi. Ponieważ nie zamierzałam się dalej nakręcać i doprowadzać do awantur (co niestety leży w moim charakterze) to zawinęłam się na pięcie i poszłam na salę, gdzie za parę minut przyszedł M i powiedział, że sprawa wyjaśniona. Teraz mieliśmy już tylko czekać na wypis. Po ok godzinie czekania i łażenia z kąta w kąt stwierdziliśmy, że kolejnego dnia w ten sposób nie spędzimy i skoro nie czekamy już na żadne badanie tylko na wypis to może i tu trzeba się upomnieć żeby potem się nie okazało, że lekarz poszedł do domu a wypisu nie ma. M poszedł więc zadziałać i wrócił za kilka minut z wypisem w ręku, o 12:00 byliśmy w domu.
A przy okazji domyśliliśmy się czemu nasze usg nie odbyło się wczoraj, ano dlatego, że te babeczki na usg nie miały tego cholernego skierowania i po prostu nie zadzwoniły na oddział chirurgii i nas nie wywołały. I dziś pewnie też by nie zadzwoniły, także to, że w ogóle znaleźliśmy się w tym gabinecie i wywalczyliśmy to co się nam należało już dzień wcześniej zawdzięczamy tylko temu, że czyjeś inne skierowanie z chirurgii leżało dziś w gabinecie od usg.
Tak właśnie wygląda leczenie się w ramach NFZ.
To jest właśnie Polska.
Na oddział mieliśmy się stawić o 8:30 tylko dla samego stawienia się bo usg jest od 10:00.
Ponieważ wypisu ze szpitala nie mamy to czekało na nas nasze miejsce na sali. Chociaż tyle dobrze bo mogłam położyć Małego A na drzemkę i wygodnie go przewinąć czy na trochę odłożyć do łóżeczka.
Mając jednak w pamięci wczorajszą sytuację z usg, które ostatecznie się nie odbyło to dziś byłam czujna i kręciłam się obok pokoju pielęgniarek żeby przypilnować swojego interesu. Uspokoiłam się trochę gdy nasz lekarz (jak się okazało ordynator, ten sam, który nas przyjmował, badał, zlecił badania a dzień później na mnie nawrzeszczał) spotkał mnie na korytarzu gdzie krążyła, jak ten sęp, zapytał o A., wizytę neurolog i powiedział, że jeszcze tylko to usg i wychodzimy i, że to usg dziś na pewno będzie. No to luz.
Doczekaliśmy do 10:00 gdy przyszła po nas pielęgniarka i zabrała na usg. Pod gabinetem była jedna pani, więc mieliśmy po niej wejść a nawet jakby przyszedł ktoś
inny to i tak mamy pierwszeństwo bo my "z oddziału" wzywani na usg jesteśmy a nie z ulicy. Usiadłam sobie wyluzowana, z myślą, że jeszcze tylko chwila i już nas tu nie ma. I w tym momencie do poczekalni wchodzi inna pielęgniarka i wprowadza tabun mamusiek (jakieś 10 sztuk) z niemowlakami na rękach. Ponieważ już trochę wiem jak to wszystko tam wygląda to domyśliłam się, że to po prostu inna pielęgniarka z innego oddziału przyprowadziła swoje podopieczne na usg.
Pielęgniarka otworzyła drzwi do gabinetu od usg i oznajmiła, że przyprowadziła mamy z dziećmi z patologii noworodka i zaczęła ustalać, która z nich pierwsza wchodzi nie zwracając uwagi na to, że inni też tu po coś w tej poczekalni siedzą. Zamarłam bo już miałam wizję, że teraz nie wejdziemy wcale pierwsi tylko najpierw będą brać te wszystkie noworodki a wtedy posiedzielibyśmy tak ze 3h jak nic. Nasza pielęgniarka też wyczuła pismo nosem i wychyliła się zza ściany i mówi do tej drugiej pielęgniarki od noworodków, że jeszcze my tu jesteśmy do usg i też przecież z oddziału tyle, że z chirurgii. No ok do przepychanek nie doszło, pielęgniarki się dogadały pod drzwiami i w sumie okazało się, że i tak panie z gabinetu będą wywoływać i mogliśmy tylko mieć nadzieję, że zaczną od nas. Na nasze szczęście tak właśnie było, drzwi się otworzyły i pani zawołała: "chirurgia proszę". Raźnie powędrowałam z A do gabinetu, M za mną, pielęgniarka za nami. Kładę dziecko na łóżku, pani prosi o nazwisko, szuka w papierach i tu pada moje ulubione ostatnio stwierdzenie: "ale ja tu takiego nie mam" i się zaczęło, nasza pielęgniarka robi duże oczy i pyta nas gdzie jest skierowanie? (a skąd ja mam to k... wiedzieć, przecież sama się tu nie skierowałam), babka szuka dalej w papierach i nic niestety nie znajduje więc pada podejerzenie na nas, że może wcale mamy tego usg nie mieć !! I wtedy mnie już trafiło i mówię, że czekamy na nie od wczoraj, że wczoraj przez cały dzień się ono nie odbyło i dziś przyjechaliśmy tu tylko na to usg. Poza tym przecież przed chwilą nas wywołali !! No więc okazało się, że wywołali chirurgię ale na myśli mieli jakąś dziewczynkę, która jeszcze nie stawiła się na usg a my weszliśmy no bo przecież jesteśmy z chirurgii i na usg czekaliśmy. Czyli jednym słowem głupi przypadek sprawił, że znaleźliśmy się w tym gabinecie. Babeczka od usg mówi, że mamy wracać na oddział ustalić co się stało ze skierowaniem. Myślę sobie, akurat !! jak już w końcu po całym dniu czekania udało mi się przekroczyć drzwi tego gabinetu to ja się teraz stąd nigdzie nie ruszę tym bardziej, że za drzwiami stoi ten tabun mamuś i nie zamierzam od nowa ustawiać się za nimi w kolejce i czekać tu do nie wiadomo której na usg. Babeczka od usg okazała się ludzka i powiedziała, że w takim razie mamy zostać, ona zrobi badanie a w tym czasie nasza pielęgniarka ma iść na oddział szukać skierowania. Myślę sobie: po problemie. Usg trwało chwilkę i wyszło na szczęście ok, pomijając to, że babeczka dopatrzyła się jakiejś torbielki, która powstaje przy porodzie lub podczas ciąży i w sumie nie jest niczym ważnym i niektórzy lekarze o tym nawet nie mówią i, że mam się tym nie przejmować. Taa, łatwo powiedzieć, szczególnie, że jak A. miał usg przezciemiączkowe w październiku to
słowa o torbielce nie słyszałam więc teraz zaczęłam się jednak martwić i kilka razy pytałam czy to aby na pewno nic poważnego. Po usg wzięliśmy Grubcia i skierowaliśmy się na nasz oddział gdzie mieliśmy czekać na wynik usg, który miała przynieść pielęgniarka w zamian za skierowanie. Pod drzwiami oddziału chirurgicznego spotkaliśmy naszą pielęgniarkę, która jak się okazało do tej pory próbowała ustalić gdzie jest nasze skierowanie bo nigdzie go nie ma i naskoczyła na nas, że sobie to usg wymyśliliśmy bo skierowania żadnego na oddziale nie ma i kto nam kazał w ogóle to usg robić. Śmiesznie ? Bo ja po prostu myślałam, że tam pęknę ale ze złości. No bo jasne, sama sobie usg wymyśliłam, wczoraj czekałam na nie cały dzień a dziś tak dla jaj sobie na 8:30 do szpitala z dzieckiem przyjechałam i zarządziłam, że mają mu zrobić usg. M zobaczył, że jeszcze chwila a po prostu rozniosłabym ten szpital i spokojnym tonem zaproponował żebym sobie poszła z dzieckiem na salę a on to załatwi. Ponieważ nie zamierzałam się dalej nakręcać i doprowadzać do awantur (co niestety leży w moim charakterze) to zawinęłam się na pięcie i poszłam na salę, gdzie za parę minut przyszedł M i powiedział, że sprawa wyjaśniona. Teraz mieliśmy już tylko czekać na wypis. Po ok godzinie czekania i łażenia z kąta w kąt stwierdziliśmy, że kolejnego dnia w ten sposób nie spędzimy i skoro nie czekamy już na żadne badanie tylko na wypis to może i tu trzeba się upomnieć żeby potem się nie okazało, że lekarz poszedł do domu a wypisu nie ma. M poszedł więc zadziałać i wrócił za kilka minut z wypisem w ręku, o 12:00 byliśmy w domu.
A przy okazji domyśliliśmy się czemu nasze usg nie odbyło się wczoraj, ano dlatego, że te babeczki na usg nie miały tego cholernego skierowania i po prostu nie zadzwoniły na oddział chirurgii i nas nie wywołały. I dziś pewnie też by nie zadzwoniły, także to, że w ogóle znaleźliśmy się w tym gabinecie i wywalczyliśmy to co się nam należało już dzień wcześniej zawdzięczamy tylko temu, że czyjeś inne skierowanie z chirurgii leżało dziś w gabinecie od usg.
Tak właśnie wygląda leczenie się w ramach NFZ.
To jest właśnie Polska.
czwartek, 13 maja 2010
Śliwka :(
No i stało się to co wiem, że dzieje się wielu mamom i dzieciom jednak ja myślałam, że nam nie zdarzy się to nigdy !! No bo jak, mnie, mamie idealnej ? Tak dokładnej, tak dbającej o każdy szczegół ? No jak u mnie mogłoby dojść do takiego wypadku ? Ano mogło. Wystarczyła mała chwila nieuwagi, jedna sekunda i Mały A był już nie na łóżku gdzie go wcześniej położyłam a na podłodze :( wydarzenie miało miejsce wczoraj...
I ja doskonale wiem, że dzieci często spadają ale są upadki i UPADKI i u nas to stanowczo był UPADEK :(
Mały A runął główką prosto w gołą podłogę z wysokości ok 50cm :( i w sekundę po podniesieniu go na czole miał już guza i śliwę w jednym, o wielkości śliwki węgierki a odstawało mu to na centymetr od czoła :((( nie da się opisać jaki to był widok i jak to razem przeżyliśmy.
Nasz wypadek stanowczo nie zaliczał się do tych lightowych kiedy to dziecko spadnie sobie na dywanik i nawet nie zauważy co się stało, zapłacze chwilę i po wszystkim, także szybko wykombinowałam opiekę dla mocno wystraszonego J i pojechaliśmy z A do szpitala.
Na wejściu zbadał nas chirurg, potem pediatra i zrobili rentgena główki, który wyszedł ok, jednak po tych wszystkich badaniach chirurg zalecił pozostanie na oddziale w celu obserwacji gdyż uderzenie było dość silne i trzeba było A obserwować. Nie byłam szczęśliwa, że musimy tam zostać ale wiedziałam, że w domu nie będziemy tak bezpieczni jak tu, więc oczywiście zostaliśmy.
Po przyjęciu na oddział chcieli pobrać Małemu A krew i tu czekał nas niestety koszmar bo A jest naprawdę grubiutki i jak pielęgniarki zobaczyły jego napompowane łapki to od razu powiedziały, że będzie ciężko. Ale próbowały i to był istny horror, bo nie szło im za cholerę !! A to moje biedne dziecie wiło się i darło jak zarzynane a one mu te igły w łapki wbijały, igły sterczały, on się rzucał a krwi nic a nic nie poleciało :( nie wiem ile razy tak próbowały ale po 15 minutach takiej jazdy odmówiłam dalszych badań. Mały A tego dnia i tak już swoje wycierpiał a pobranie krwi było tylko rutyną przy przyjmowaniu na oddział więc uznałam, że gra nie jest warta świeczki i lepiej mu będzie jak oszczędzę mu kolejnego bólu i płaczu. Pielęgniarki kazały mi iść do lekarza i powiedzieć, że odmawiam badań. Lekarz się zgodził bo dziecko po upadku, wymęczone itd., żeby już dać mu spokój.
Poszliśmy spać, noc minęła w miarę ok, choć ja wzięłam przed snem jeden pramolan a chwilę potem drugi bo serce łomotało mi cały czas jak oszalałe i bałam się, że jakiegoś ataku po nocy dostanę a w obecnej sytuacji nie mogłam sobie na to pozwolić. Mimo pramolanu wybudzałam się dosłownie co 15 minut, cała mokra i z walącym sercem a do tego pielęgniarki co jakiś czas przychodziły mierzyć Małemu A. ciśnienie. Trwało to tak wszystko do północy aż w końcu zasnęłam. Dalej noc minęła dobrze.
A. obudził się o swojej stałej porze, bardzo miło zaczął dzień i gdy już byłam coraz bardziej spokojna to do naszej sali wpadły pielęgniarki z tekstem, że będą krew pobierać !! Ja zdziwiona mówię, że przecież u nas miało nie być pobierania, a one do mnie, że nic o tym nie wiedzą i idą to ustalić z lekarzem. I ten sam lekarz, który wczoraj odwołał badania dziś przyleciał do mnie z mordą, że o co mi chodzi i czemu nie zgadzam się na badania !! Ja zbita z tropu mówię, że przecież sam wczoraj mówił, że nie trzeba i ja to tak zrozumiałam a on do mnie, że to dotyczyło tylko wczorajszego wieczoru bo dziecko było zmęczone a dziś pobrać trzeba i żebym nie przesadzała !! A jeżeli się nie zgodzę to oni kończą hospitalizację !! Szok normalnie :(
Zgodziłam się bo co mi pozostało. A zaraz potem okazało się, że dziś nagle już nie mogę iść z dzieckiem na pobranie !! Ja się pytam dlaczego to mi mówią, że dziś jest pielęgniarka zabiegowa i do niej matki nie wchodzą, nosz k... mać. Dałam im mojego synka ale poszłam za nimi, postałam pod drzwiami a jak zaczął się wrzask to poszłam na salę i się poryczałam. Pomyślałam, że jakby co to i tak im go zabiorę bo nie będą mi go katować tylko po to żeby krew profilaktycznie pobrać bo wskazań w sumie nie było. Zdarzył się jednak cud, A. krócej płakał i mi go zaraz przynieśli zapłakanego ale uśmiechniętego i zadowolonego a pielęgniarka powiedziała, że jest bardzo grzeczny i płakał tylko jak mu coś robili a tak to nie. To samo było wcześniej na rtg, nic a nic nie płakał a babka przed rtg mówiła żeby nastawić się płacz a on patrzył w lampy i nic. Po tym pobraniu dokładnie sobie synka obejrzałam i dopatrzyłam się, że pobranie musiało być z główki bo miał powiększoną żyłę i widoczne ukłucie i dlatego
pewnie im się udało pobrać i to nawet dość szybko bo z rączki ta za nic by nie poszło ...
Po tej porannej przygodzie mieliśmy okulistę i neurologa i tu na szczęście wszystko było ok. Neurologa bałam się potwornie, że coś wypatrzy ale babeczka powiedziała, że nic złego nie widzi :) w dodatku była naprawdę rewelacyjna i super zajęła się moim Skarbem, synuś był przezadowolony z jej badań i śmiał się w głos a ja z nim :)
Następnie mieliśmy mieć usg a potem mieliśmy dostać wypis i wrócić do domu, tyle, że godziny leciały i nikt po nas nie przychodził aż w końcu po 17:00 zaczęliśmy się z M trochę niecierpliwić bo od południa nikt się nami nie zajmował a my tak gniliśmy w tym szpitalu i nikt nawet nam nie powiedział dlaczego nie robią tego usg i kiedy ono w takiej sytuacji ma być. I dobrze, że zaczęliśmy węszyć bo okazało się, że tego usg to oni nam dziś nie zrobią w ogóle i planowane jest jutro, więc dogadaliśmy się z lekarzem żeby puścił nas do domu na przepustkę a jutro wrócimy tylko na to usg. Mamy do szpitala 10 minut samochodem, więc naprawdę nie warto było koczować tam kolejnej nocy. Lekarz dał nam przepustkę i jesteśmy już w domu :)
Szkoda tylko, że straciliśmy dziś w tym szpitalu cały dzień, kisząc się z dzieckiem w sali a od południa spokojnie mogliśmy być w domu i siedzieć z Małym A w ogrodzie, wrrr
Ja nie wiem jak tak można robić żeby nawet pół słowem lekarz nie przyszedł i nie poinformował, że coś przekładają na następny dzień czy np., żeby powiedział chociażby wyniki tej niesłychanie ważnej morfologii !! Żeby było śmieszniej to inny lekarz, ten co dawał nam przepustkę na pytanie o wyniki badania powiedział, że są ok ale w ogóle to nie mają znaczenia dla naszego przypadku !! No ludzie !! To ja się pytam po co był ten cały cyrk o to pobranie i wczoraj i dziś ? Ech, ręce opadają.
Pomijając kwestię z tym nieszczęsnym pobraniem i brak jakiegokolwiek kontaktu w dniu dzisiejszym z lekarzem oraz niepotrzebne przetrzymanie nas to cała reszta była w miarę ok, Synuś zachwycał pielęgniarki z każdej kolejnej zmiany, zrównał je sobie wszystkie, tylko jedna pozostała oporna na jego uśmiechy i spojrzenia ;) Z całą resztą gadał jak najęty, śmiał się do nich w głos, machał rączkami, nóżkami, wręcz okazywał sympatię całym sobą a pielęgniarki nie mogły wyjść z podziwu jaki to on śliczny, kontaktowy, pogodny, mały, grubiutki człowieczek jest z tego mojego Synka ;) Najlepsza była pani od rtg, która to stwierdziła, że A. powinien mleko reklamować. Tylko nie do końca wiem z jakiego powodu, czy dlatego, że taki ładny czy, że gruby ? A może jedno i drugie ? ;)
I tym optymistycznym akcentem zakończę opowieść o naszej smutnej przygodzie. Dziś oczywiście robiłam jak zwykle zdjęcia Synkowi żeby uwiecznić jego beztroskę i radość w czasie pobytu w szpitalu, może jutro wstawię.
I ja doskonale wiem, że dzieci często spadają ale są upadki i UPADKI i u nas to stanowczo był UPADEK :(
Mały A runął główką prosto w gołą podłogę z wysokości ok 50cm :( i w sekundę po podniesieniu go na czole miał już guza i śliwę w jednym, o wielkości śliwki węgierki a odstawało mu to na centymetr od czoła :((( nie da się opisać jaki to był widok i jak to razem przeżyliśmy.
Nasz wypadek stanowczo nie zaliczał się do tych lightowych kiedy to dziecko spadnie sobie na dywanik i nawet nie zauważy co się stało, zapłacze chwilę i po wszystkim, także szybko wykombinowałam opiekę dla mocno wystraszonego J i pojechaliśmy z A do szpitala.
Na wejściu zbadał nas chirurg, potem pediatra i zrobili rentgena główki, który wyszedł ok, jednak po tych wszystkich badaniach chirurg zalecił pozostanie na oddziale w celu obserwacji gdyż uderzenie było dość silne i trzeba było A obserwować. Nie byłam szczęśliwa, że musimy tam zostać ale wiedziałam, że w domu nie będziemy tak bezpieczni jak tu, więc oczywiście zostaliśmy.
Po przyjęciu na oddział chcieli pobrać Małemu A krew i tu czekał nas niestety koszmar bo A jest naprawdę grubiutki i jak pielęgniarki zobaczyły jego napompowane łapki to od razu powiedziały, że będzie ciężko. Ale próbowały i to był istny horror, bo nie szło im za cholerę !! A to moje biedne dziecie wiło się i darło jak zarzynane a one mu te igły w łapki wbijały, igły sterczały, on się rzucał a krwi nic a nic nie poleciało :( nie wiem ile razy tak próbowały ale po 15 minutach takiej jazdy odmówiłam dalszych badań. Mały A tego dnia i tak już swoje wycierpiał a pobranie krwi było tylko rutyną przy przyjmowaniu na oddział więc uznałam, że gra nie jest warta świeczki i lepiej mu będzie jak oszczędzę mu kolejnego bólu i płaczu. Pielęgniarki kazały mi iść do lekarza i powiedzieć, że odmawiam badań. Lekarz się zgodził bo dziecko po upadku, wymęczone itd., żeby już dać mu spokój.
Poszliśmy spać, noc minęła w miarę ok, choć ja wzięłam przed snem jeden pramolan a chwilę potem drugi bo serce łomotało mi cały czas jak oszalałe i bałam się, że jakiegoś ataku po nocy dostanę a w obecnej sytuacji nie mogłam sobie na to pozwolić. Mimo pramolanu wybudzałam się dosłownie co 15 minut, cała mokra i z walącym sercem a do tego pielęgniarki co jakiś czas przychodziły mierzyć Małemu A. ciśnienie. Trwało to tak wszystko do północy aż w końcu zasnęłam. Dalej noc minęła dobrze.
A. obudził się o swojej stałej porze, bardzo miło zaczął dzień i gdy już byłam coraz bardziej spokojna to do naszej sali wpadły pielęgniarki z tekstem, że będą krew pobierać !! Ja zdziwiona mówię, że przecież u nas miało nie być pobierania, a one do mnie, że nic o tym nie wiedzą i idą to ustalić z lekarzem. I ten sam lekarz, który wczoraj odwołał badania dziś przyleciał do mnie z mordą, że o co mi chodzi i czemu nie zgadzam się na badania !! Ja zbita z tropu mówię, że przecież sam wczoraj mówił, że nie trzeba i ja to tak zrozumiałam a on do mnie, że to dotyczyło tylko wczorajszego wieczoru bo dziecko było zmęczone a dziś pobrać trzeba i żebym nie przesadzała !! A jeżeli się nie zgodzę to oni kończą hospitalizację !! Szok normalnie :(
Zgodziłam się bo co mi pozostało. A zaraz potem okazało się, że dziś nagle już nie mogę iść z dzieckiem na pobranie !! Ja się pytam dlaczego to mi mówią, że dziś jest pielęgniarka zabiegowa i do niej matki nie wchodzą, nosz k... mać. Dałam im mojego synka ale poszłam za nimi, postałam pod drzwiami a jak zaczął się wrzask to poszłam na salę i się poryczałam. Pomyślałam, że jakby co to i tak im go zabiorę bo nie będą mi go katować tylko po to żeby krew profilaktycznie pobrać bo wskazań w sumie nie było. Zdarzył się jednak cud, A. krócej płakał i mi go zaraz przynieśli zapłakanego ale uśmiechniętego i zadowolonego a pielęgniarka powiedziała, że jest bardzo grzeczny i płakał tylko jak mu coś robili a tak to nie. To samo było wcześniej na rtg, nic a nic nie płakał a babka przed rtg mówiła żeby nastawić się płacz a on patrzył w lampy i nic. Po tym pobraniu dokładnie sobie synka obejrzałam i dopatrzyłam się, że pobranie musiało być z główki bo miał powiększoną żyłę i widoczne ukłucie i dlatego
pewnie im się udało pobrać i to nawet dość szybko bo z rączki ta za nic by nie poszło ...
Po tej porannej przygodzie mieliśmy okulistę i neurologa i tu na szczęście wszystko było ok. Neurologa bałam się potwornie, że coś wypatrzy ale babeczka powiedziała, że nic złego nie widzi :) w dodatku była naprawdę rewelacyjna i super zajęła się moim Skarbem, synuś był przezadowolony z jej badań i śmiał się w głos a ja z nim :)
Następnie mieliśmy mieć usg a potem mieliśmy dostać wypis i wrócić do domu, tyle, że godziny leciały i nikt po nas nie przychodził aż w końcu po 17:00 zaczęliśmy się z M trochę niecierpliwić bo od południa nikt się nami nie zajmował a my tak gniliśmy w tym szpitalu i nikt nawet nam nie powiedział dlaczego nie robią tego usg i kiedy ono w takiej sytuacji ma być. I dobrze, że zaczęliśmy węszyć bo okazało się, że tego usg to oni nam dziś nie zrobią w ogóle i planowane jest jutro, więc dogadaliśmy się z lekarzem żeby puścił nas do domu na przepustkę a jutro wrócimy tylko na to usg. Mamy do szpitala 10 minut samochodem, więc naprawdę nie warto było koczować tam kolejnej nocy. Lekarz dał nam przepustkę i jesteśmy już w domu :)
Szkoda tylko, że straciliśmy dziś w tym szpitalu cały dzień, kisząc się z dzieckiem w sali a od południa spokojnie mogliśmy być w domu i siedzieć z Małym A w ogrodzie, wrrr
Ja nie wiem jak tak można robić żeby nawet pół słowem lekarz nie przyszedł i nie poinformował, że coś przekładają na następny dzień czy np., żeby powiedział chociażby wyniki tej niesłychanie ważnej morfologii !! Żeby było śmieszniej to inny lekarz, ten co dawał nam przepustkę na pytanie o wyniki badania powiedział, że są ok ale w ogóle to nie mają znaczenia dla naszego przypadku !! No ludzie !! To ja się pytam po co był ten cały cyrk o to pobranie i wczoraj i dziś ? Ech, ręce opadają.
Pomijając kwestię z tym nieszczęsnym pobraniem i brak jakiegokolwiek kontaktu w dniu dzisiejszym z lekarzem oraz niepotrzebne przetrzymanie nas to cała reszta była w miarę ok, Synuś zachwycał pielęgniarki z każdej kolejnej zmiany, zrównał je sobie wszystkie, tylko jedna pozostała oporna na jego uśmiechy i spojrzenia ;) Z całą resztą gadał jak najęty, śmiał się do nich w głos, machał rączkami, nóżkami, wręcz okazywał sympatię całym sobą a pielęgniarki nie mogły wyjść z podziwu jaki to on śliczny, kontaktowy, pogodny, mały, grubiutki człowieczek jest z tego mojego Synka ;) Najlepsza była pani od rtg, która to stwierdziła, że A. powinien mleko reklamować. Tylko nie do końca wiem z jakiego powodu, czy dlatego, że taki ładny czy, że gruby ? A może jedno i drugie ? ;)
I tym optymistycznym akcentem zakończę opowieść o naszej smutnej przygodzie. Dziś oczywiście robiłam jak zwykle zdjęcia Synkowi żeby uwiecznić jego beztroskę i radość w czasie pobytu w szpitalu, może jutro wstawię.
czwartek, 6 maja 2010
7m
Dziś A. skończył 7 miesięcy.
Ostatni miesiąc po prostu zniknął. Pojawił się i już go nie ma, już jest następny.
W tym miesiącu udało mi się wprowadzić następne nowe smaki oraz zrobić kolejne podejście do kurczaka i indyka. I zgłupiałam już w temacie alergii bo plamy się nie pojawiły. A. kąpany jest w oilatum soft, potem smaruję go kremem oilatum i na razie jest ok.
Za to w pewnym sensie nie jest ok z jedzeniem bo A. je dużo, znowu wciąga dość spore porcje ale niestety obiadki słoikowe nie idą mu prawie w ogóle :( Prawie, bo tak naprawdę to idą ale wszystkie smaki jak leci muszę mieszać i kamuflować w marchewce Gerbera bo inaczej nie przełknie. Także każdy obiad to porządna porcja tej marchewki + jakaś część obiadku z innego słoika. A do tego tak się Gruby wycwanił, że jak podaję mu łyżeczkę to najpierw sprawdza co na niej jest, otwiera tylko lekko usteczka ale zasiska dziąsła tak, żeby tylko trochę tego jedzenia przedostało się na wargi i jak czuje, że jest to tylko marchewka to otwiera szeroko buzię i wciąga resztę a jak tylko wyczuje, że jest tam coś dodatkowego to wypycha łyżkę i nie ma zmiłuj, nie da się jej nawet na siłę wcisnąć. Poza tym takim karmieniem na siłę mogę go tylko jeszcze bardziej zniechęcić, więc jak już widzę, że naprawdę jest totalny szczękościsk to się z nim nie siłuję tylo dokładam na łyżeczkę marchewki żeby ukryć ten dodatkowy smak i wtedy przechodzi.
Wcześniej nie robiłam z tego problemu bo wydawało mi się, że może to dotyczy tylko jednego lub kilku smaków ale teraz po kolejnym miesiącu widzę, że w sumie to jeszcze nie trafił się taki obiadek, który zostałby zaakceptowany i zjedzony bez osłony marchewki :(
Jutro zrobimy podejście do pierwszej zupki robionej samodzielnie, mam nadzieję, że mu posmakuje bo nie wyobrażam sobie, żeby to dalej tak wyglądało żeby jego obiadki miały tylko i wyłącznie smak marchewki. Poza tym mam też nadzieję, że jeszcze z czasem i te słoiki jakoś pójdą bo ktoś musi zjeść tę kolekcję co uzbierałam będąc w ferworze zachwycania się milionem smaków słoiczków ;)
Lekką ręką doliczyłam się łącznie ponad 70 sztuk i ani jednego psa w domu, który mógłby to ewentualnie pożreć ;)
Z nowości rozwojowych to parę dni temu A. odkrył w końcu swoje nogi i stopy !!
No wreszcie, bo już nie mogłam się tego doczekać i tu naprawdę w stosunku do innych dzieci w jego wieku był trochę do tyłu. Ale teraz już nadgonił :)
Za to w innym temacie radzi sobie nieźle bo jego rówieśnicy jeszcze nie wszyscy mają opanowany obrót z brzucha na plecy a A. opanował to już dawno temu i całe dnie spędza na turlaniu się z pleców na brzuszek i na odwrót oraz kręcąc się wokół własnej osi i w ten sposób potrafi pokonać już całkiem spore odległości, zostawia się go w jednym końcu dywanu a znajduje w drugim. Zostawienie go samego na łóżku już od dawna jest mega ryzykiem więc staram się tego nie robić.
Poza tym od kilu już miesięcy każdego dnia rozbraja mnie swoim uśmiechem, spojrzeniem i minami, które robi. Miłość nie do opisania żadnymi słowami, mamy to wiedzą ;)
Ostatni miesiąc po prostu zniknął. Pojawił się i już go nie ma, już jest następny.
W tym miesiącu udało mi się wprowadzić następne nowe smaki oraz zrobić kolejne podejście do kurczaka i indyka. I zgłupiałam już w temacie alergii bo plamy się nie pojawiły. A. kąpany jest w oilatum soft, potem smaruję go kremem oilatum i na razie jest ok.
Za to w pewnym sensie nie jest ok z jedzeniem bo A. je dużo, znowu wciąga dość spore porcje ale niestety obiadki słoikowe nie idą mu prawie w ogóle :( Prawie, bo tak naprawdę to idą ale wszystkie smaki jak leci muszę mieszać i kamuflować w marchewce Gerbera bo inaczej nie przełknie. Także każdy obiad to porządna porcja tej marchewki + jakaś część obiadku z innego słoika. A do tego tak się Gruby wycwanił, że jak podaję mu łyżeczkę to najpierw sprawdza co na niej jest, otwiera tylko lekko usteczka ale zasiska dziąsła tak, żeby tylko trochę tego jedzenia przedostało się na wargi i jak czuje, że jest to tylko marchewka to otwiera szeroko buzię i wciąga resztę a jak tylko wyczuje, że jest tam coś dodatkowego to wypycha łyżkę i nie ma zmiłuj, nie da się jej nawet na siłę wcisnąć. Poza tym takim karmieniem na siłę mogę go tylko jeszcze bardziej zniechęcić, więc jak już widzę, że naprawdę jest totalny szczękościsk to się z nim nie siłuję tylo dokładam na łyżeczkę marchewki żeby ukryć ten dodatkowy smak i wtedy przechodzi.
Wcześniej nie robiłam z tego problemu bo wydawało mi się, że może to dotyczy tylko jednego lub kilku smaków ale teraz po kolejnym miesiącu widzę, że w sumie to jeszcze nie trafił się taki obiadek, który zostałby zaakceptowany i zjedzony bez osłony marchewki :(
Jutro zrobimy podejście do pierwszej zupki robionej samodzielnie, mam nadzieję, że mu posmakuje bo nie wyobrażam sobie, żeby to dalej tak wyglądało żeby jego obiadki miały tylko i wyłącznie smak marchewki. Poza tym mam też nadzieję, że jeszcze z czasem i te słoiki jakoś pójdą bo ktoś musi zjeść tę kolekcję co uzbierałam będąc w ferworze zachwycania się milionem smaków słoiczków ;)
Lekką ręką doliczyłam się łącznie ponad 70 sztuk i ani jednego psa w domu, który mógłby to ewentualnie pożreć ;)
Z nowości rozwojowych to parę dni temu A. odkrył w końcu swoje nogi i stopy !!
No wreszcie, bo już nie mogłam się tego doczekać i tu naprawdę w stosunku do innych dzieci w jego wieku był trochę do tyłu. Ale teraz już nadgonił :)
Za to w innym temacie radzi sobie nieźle bo jego rówieśnicy jeszcze nie wszyscy mają opanowany obrót z brzucha na plecy a A. opanował to już dawno temu i całe dnie spędza na turlaniu się z pleców na brzuszek i na odwrót oraz kręcąc się wokół własnej osi i w ten sposób potrafi pokonać już całkiem spore odległości, zostawia się go w jednym końcu dywanu a znajduje w drugim. Zostawienie go samego na łóżku już od dawna jest mega ryzykiem więc staram się tego nie robić.
Poza tym od kilu już miesięcy każdego dnia rozbraja mnie swoim uśmiechem, spojrzeniem i minami, które robi. Miłość nie do opisania żadnymi słowami, mamy to wiedzą ;)
a ja lubię deszcz ...
Lubię deszcz.
Lubię świeżość powietrza i spokój jaki ze sobą przynosi.
W słoneczne dni nie ma takiego spokoju, w około wszystko aż huczy. A gdy pada deszcz cichnie i słychać tylko szum tego deszczu. Szum, który uwielbiam, odgłos wody uderzającej o trawę i kropli deszczu spadających na szybę i parapet. Naprawdę uwielbiam to ... Uwielbiam w taki dzień otworzyć okno i oddychać tym deszczem, położyć się, zamknąć oczy i słuchać jak pada.
I dziś mi się to udało :) oczywiście dzięki A., z którym ułożyłam się do porannej drzemki, było cudownie :)
Jeden taki dzień, a może być nawet kilka (tym bardziej jak jestem w domu) zupełnie mi nie przeszkadzają a nawet dają chwilę wytchnienia ... nie muszę nic robić na łapu capu, nigdzie się nie spieszę bo nigdzie nie wychodzę, zamiast 3 godzin łażenia po dworzu z wózkiem mam możliwość zdrzemnięcia się razem z A., bo spacery to cudowna rzecz (naprawdę je uwielbiam) ale prawda jest taka, że po takim 3 godzinnym maratonie ja wracam padnięta a dziecko wstaje wyspane, w pełni sił i energii podczas gdy ja marzę tylko o śnie, więc raz na jakiś czas taki dzień jak dziś to naprawdę coś wspaniałego :)
Poza tym świat w kroplach deszczu potrafi wyglądać cudownie ...
Lubię świeżość powietrza i spokój jaki ze sobą przynosi.
W słoneczne dni nie ma takiego spokoju, w około wszystko aż huczy. A gdy pada deszcz cichnie i słychać tylko szum tego deszczu. Szum, który uwielbiam, odgłos wody uderzającej o trawę i kropli deszczu spadających na szybę i parapet. Naprawdę uwielbiam to ... Uwielbiam w taki dzień otworzyć okno i oddychać tym deszczem, położyć się, zamknąć oczy i słuchać jak pada.
I dziś mi się to udało :) oczywiście dzięki A., z którym ułożyłam się do porannej drzemki, było cudownie :)
Jeden taki dzień, a może być nawet kilka (tym bardziej jak jestem w domu) zupełnie mi nie przeszkadzają a nawet dają chwilę wytchnienia ... nie muszę nic robić na łapu capu, nigdzie się nie spieszę bo nigdzie nie wychodzę, zamiast 3 godzin łażenia po dworzu z wózkiem mam możliwość zdrzemnięcia się razem z A., bo spacery to cudowna rzecz (naprawdę je uwielbiam) ale prawda jest taka, że po takim 3 godzinnym maratonie ja wracam padnięta a dziecko wstaje wyspane, w pełni sił i energii podczas gdy ja marzę tylko o śnie, więc raz na jakiś czas taki dzień jak dziś to naprawdę coś wspaniałego :)
Poza tym świat w kroplach deszczu potrafi wyglądać cudownie ...
wtorek, 4 maja 2010
Dawno, dawno temu...
... w pewien czwartek, 4 maja, o godzinie 21:05 przyszła na świat mała dziewczynka, wyczekana i ukochana córeczka tatusia :) Tutaj znana jako Anja ;)
Dziś świętuje swoje kolejne urodziny :)))
Jak żyję to nie pamiętam żeby w moje urodziny była taka zimnica !!
Razem ze mną swoje urodziny świętuje dziś moja babcia, niestety już w niebie...
Dziś świętuje swoje kolejne urodziny :)))
Jak żyję to nie pamiętam żeby w moje urodziny była taka zimnica !!
Razem ze mną swoje urodziny świętuje dziś moja babcia, niestety już w niebie...
środa, 28 kwietnia 2010
uzupełnienie
Bo przecież zapomniałam wczoraj napisać, że:
*przed szczepieniem, standardowo nakleiłam Emlę na nóżkę A., niestety w przychodni okazało się, że coś złego zaczęło się dziać po tej maści, A. miał w jej miejscu olbrzymi, czerwony placek i pielęgniarka stwierdziła, że lepiej w to niekłuć :( trochę wystraszona tym, że nici ze znieczulenia usiadłam z A. do szczepienia i ku mojemu zaskoczeniu A. zaledwie jęknął i tyle !! Może przed następnym szczepieniem odpuszczę już tę Emlę ?
*A. zaczyna być naprawdę coraz bardziej kumaty, po posadzeniu w foteliku do karmienia, na widok zbliżającego się śliniaka, podnosi główkę tak żebym mogła go zapiąć :) a po skończonym jedzeniu na sam widok chusteczki do wytarcia buzi zaciska oczka i usteczka bo już wie co zaraz nastąpi.
*Wczoraj A. pierwszy raz złapał za butlę i trzymał ją sobie sam.
*Również wczoraj przy wkładaniu do wanienki złapał się jej boków i sobie usiadł, to była pierwsza kąpiel na siedząco :)
No ale wszystko to wydaje się niczym w porównaniu z synkiem mojej koleżanki z forum rówieśniczego, który urodził się zaledwie 3 dni przed A., a teraz już od kilku dni sam wstaje, stoi trzymając sie o oparcie i chodzi wzdłuż tego oparcia !!
Widziałam to na własne oczy na filmiku a wcześniej widziałam jak chyba w wieku 4 miesięcy stał jak kotek na wyprostowanych nóżkach a oparty prostymi rączkami o podłogę, podczas gdy reszta dzieci z naszego forum dopiero odwracała się na brzuszek.
Skąd się biorą tak ogromne różnice w rozwoju dzieci ???
*przed szczepieniem, standardowo nakleiłam Emlę na nóżkę A., niestety w przychodni okazało się, że coś złego zaczęło się dziać po tej maści, A. miał w jej miejscu olbrzymi, czerwony placek i pielęgniarka stwierdziła, że lepiej w to niekłuć :( trochę wystraszona tym, że nici ze znieczulenia usiadłam z A. do szczepienia i ku mojemu zaskoczeniu A. zaledwie jęknął i tyle !! Może przed następnym szczepieniem odpuszczę już tę Emlę ?
*A. zaczyna być naprawdę coraz bardziej kumaty, po posadzeniu w foteliku do karmienia, na widok zbliżającego się śliniaka, podnosi główkę tak żebym mogła go zapiąć :) a po skończonym jedzeniu na sam widok chusteczki do wytarcia buzi zaciska oczka i usteczka bo już wie co zaraz nastąpi.
*Wczoraj A. pierwszy raz złapał za butlę i trzymał ją sobie sam.
*Również wczoraj przy wkładaniu do wanienki złapał się jej boków i sobie usiadł, to była pierwsza kąpiel na siedząco :)
No ale wszystko to wydaje się niczym w porównaniu z synkiem mojej koleżanki z forum rówieśniczego, który urodził się zaledwie 3 dni przed A., a teraz już od kilku dni sam wstaje, stoi trzymając sie o oparcie i chodzi wzdłuż tego oparcia !!
Widziałam to na własne oczy na filmiku a wcześniej widziałam jak chyba w wieku 4 miesięcy stał jak kotek na wyprostowanych nóżkach a oparty prostymi rączkami o podłogę, podczas gdy reszta dzieci z naszego forum dopiero odwracała się na brzuszek.
Skąd się biorą tak ogromne różnice w rozwoju dzieci ???
wtorek, 27 kwietnia 2010
Pod koniec 6-go miesiąca.
Byliśmy wczoraj w przychodni na szczepieniu i ogólnej kontroli.
A. przestał przybierać na wadze jak szalony. Wcześniej przybierał ponad 1kg na miesiąc, teraz przybrał zaledwie 0,5 kg :( Z jednej strony to dobrze bo według siatek centylowych i naszej pani doktor A. ma nadwagę ale wiadomo, że jak dziecko mniej przybiera to mama się niepokoi. Choć według lekarki nie mam czym bo A. jest tłuściutki a przybieranie na wadze w kolejnych miesiącach życia nie jest już tak duże jak na początku, czyli wszystko jest u nas ok. Poza tym mniejszy przyrost jest też spowodowany ogromną ruchliwością, której wcześniej przecież nie było bo dziecko tylko sobie leżało a teraz jest go wszędzie pełno i pomijając sen to ani sekundy nie jest w bezruchu.
Tak sobie to w kółko tłumaczę żeby się nie zamartwiać ;)
Z jedzeniem trochę poszliśmy do przodu ale nie za bardzo no bo jak tu szybko przejść jak każdy nowy produkt podaję 5 dni a potem przerwa i dopiero następny.
Także do jadłospisu doszedł: indyk, królik, winogrona, gruszka i zupka jarzynowa z jakimiś tam warzywami, których A. jeszcze nie jadł oraz odbyło się kolejne podejście do kurczaka. Myślę, że jak na ok 4 tygodnie to i tak niezły wynik z nowościami :)
Niestety do glutenu nadal nie doszłam i na razie nie dojdę bo po tym miesiącu wprowadzania nowych smaków i obserwowania A. pod względem alergii, niestety wyszło szydło z worka i już wiem na 100%, że A. JEST ALERGIKIEM :(
Zaczęło się od tego, że po 2 tygodniach przerwy z kurczakiem podałam mu kurczaka, plamy pojawiły się od razu na następny dzień :( Odstawiłam kuraczaka, wprowadziłam gruszkę, było ok, potem indyka, też było ok a potem królika i plamy pojawiły się jeszcze tego samego dnia :(
Ale nadal nie chcąc uwierzyć, że to alergia (no bo przecież skąd u nas alergia?, powtarzałam w kółko to pytanie) obstawiałam nadal różne inne przyczyny a pomagało mi w tym też to, że palmy znikały często na drugi dzień od pojawienia sie i wydawało mi się, że przy alergii tak się nie dzieje. I pewnie nadal bym tak broniła się przed stwierdzeniem, że mamy alergię gdyby nie przypadkowa rozmowa z teściową na temat plam na nóżkach u A. Gdzieś przy jakimś przewijaniu teściowa była ze mną i powiedziałam jej o tych plamach i o tym, że podejrzewam alergię ale jeszcze nie jestem pewna i nie powiedziałam jej też co podejrzewam jako przyczynę. Teściowa obejrzała A., podotykała tych plam, patrzy na to i mówi: "ooo, to to jest tak samo jak miał M.(czyli mój mąż a jej syn) jak był mały a wszystko zaczęło się po podaniu kurczaka". PADŁAM, przecież to identycznie jak u nas !!! To ja od 1,5 miesiąca bujam sie z tym tematem, zapieram, że to nie alergia, żyję święcie przekonana, że nie mamy w rodzinie alergików a tu proszę !! Mamy i to w prostej linii !! Szok lekki przeżyłam ale przynajmniej teraz już ostatecznie wiem na czym stoję i już niestety nie uda mi się wymigiwac przed alergią, ona jest i tyle :(
A mój M, zupełnie zdziwiony mówi mi, że on nic o tym nie wie, tak samo jak i o tym, że jego mama miała skazę białkową co też jest obciążeniem w genach dla reszty pokoleń. Faceci ...
Wracając do problemu to pani doktor powiedziała, żeby próbować oczywiście z innymi mięsami oraz z tymi co uczulają ale w małych porcjach i obserwować. Z glutenem powiedziała, że spieszyć się nie muszę bo to raczej tyczy się dzieci piersiowych, tylko żebym żółtko postarała się wprowadzić. No i oczywiście mnie uspokajała i mówiła, że to wszystko jest przejściowe i A. z tego wyrośnie, tak jak i M. wyrósł. No mam nadzieję ...
Poza tym jest tak:
*A. na razie nie przypadły do gustu chrupki kukurydziane, i nie chodzi o smak tylko o konsystencję (jeżeli tak można powiedzieć) owego chrupeczka, jak się go trochę pomęczy żeby pomemłał chrupa to jakoś przejdzie ale na pierwsze zetknięcie z ustami ten chrupek jest dla niego za twardy i chropowaty i A. się wykrzywia i tyle. Poza tym bidny jakoś nie łapie, że sam może go sobie trzymać i jeść, inne rzeczy pakuje do busi a tego nie. Chyba czasu trochę potrzebuje na zaprzyjaźnienie się z chrupami :)
*Coś nam się A. rozregulował i po 4 miesiącach przesypiania całych nocy i pobudek ok 9 rano najpierw zaczął zaczynac dzień dużo wcześniej bo nawet ok 6:30 a teraz ni z tego ni z owego trzeci dzień z rzędu budzi się o 4 nad ranem na butlę, wypija ok 220ml kaszki i śpi dalej ale maks do 8:00. Nie jest bardzo kłopotliwe zrobienie mu butli nad ranem ale wolałabym żeby spał tak jak kiedyś bez tych pobudek.
*Zębów nadal ani widu ani słychu, pani doktor to wczoraj potwierdziła :)
*Przewijanie odbywa się tylko na brzuchu, A. przewraca się na brzuch już od dawna ale od niedawna dopiero postanowił, że po położeniu do przewijania będzie leżał na brzuchu i koniec, odraca się w jedną sekundę i nie ma zmiłuj, jak go tylko przekręcę na plecy to on znów jest na brzuchu i tak w kółko, mogę go sobie odwracać a on i tak za chwilę zrobi obrót, czasem nawet nie zdążę sięgnąć po pampersa czy chustkę jak on już leży na nowo na brzuchu, także przestałam z nim walczyć i powoli nabieram wprawy w zakładaniu pieluchy gdy dziecko jest na brzuchu, bo z myciem poradziłam sobie już dawno.
*Mamy ze sobą coraz większy kontakt i pałamy do siebie coraz większą miłościa, A. na mój widok dostaje kociokwiku a jak odchodzę to wpada w taką histerię, że bębenki w uszach pękają. Tylko czasem pozwala komuś innemu zająć się sobą a ja wtedy latam po domu, sprzątam, coś po drodze jem i oczywiście zaglądam na bloga i moje ulubione forum, które po ostatnio burzliwych przejściach powoli kończy swój żywot a my z dziewczynami odnalazłyśmy się na nowym miejscu i jest nam tam bardzo fajnie :)
A. przestał przybierać na wadze jak szalony. Wcześniej przybierał ponad 1kg na miesiąc, teraz przybrał zaledwie 0,5 kg :( Z jednej strony to dobrze bo według siatek centylowych i naszej pani doktor A. ma nadwagę ale wiadomo, że jak dziecko mniej przybiera to mama się niepokoi. Choć według lekarki nie mam czym bo A. jest tłuściutki a przybieranie na wadze w kolejnych miesiącach życia nie jest już tak duże jak na początku, czyli wszystko jest u nas ok. Poza tym mniejszy przyrost jest też spowodowany ogromną ruchliwością, której wcześniej przecież nie było bo dziecko tylko sobie leżało a teraz jest go wszędzie pełno i pomijając sen to ani sekundy nie jest w bezruchu.
Tak sobie to w kółko tłumaczę żeby się nie zamartwiać ;)
Z jedzeniem trochę poszliśmy do przodu ale nie za bardzo no bo jak tu szybko przejść jak każdy nowy produkt podaję 5 dni a potem przerwa i dopiero następny.
Także do jadłospisu doszedł: indyk, królik, winogrona, gruszka i zupka jarzynowa z jakimiś tam warzywami, których A. jeszcze nie jadł oraz odbyło się kolejne podejście do kurczaka. Myślę, że jak na ok 4 tygodnie to i tak niezły wynik z nowościami :)
Niestety do glutenu nadal nie doszłam i na razie nie dojdę bo po tym miesiącu wprowadzania nowych smaków i obserwowania A. pod względem alergii, niestety wyszło szydło z worka i już wiem na 100%, że A. JEST ALERGIKIEM :(
Zaczęło się od tego, że po 2 tygodniach przerwy z kurczakiem podałam mu kurczaka, plamy pojawiły się od razu na następny dzień :( Odstawiłam kuraczaka, wprowadziłam gruszkę, było ok, potem indyka, też było ok a potem królika i plamy pojawiły się jeszcze tego samego dnia :(
Ale nadal nie chcąc uwierzyć, że to alergia (no bo przecież skąd u nas alergia?, powtarzałam w kółko to pytanie) obstawiałam nadal różne inne przyczyny a pomagało mi w tym też to, że palmy znikały często na drugi dzień od pojawienia sie i wydawało mi się, że przy alergii tak się nie dzieje. I pewnie nadal bym tak broniła się przed stwierdzeniem, że mamy alergię gdyby nie przypadkowa rozmowa z teściową na temat plam na nóżkach u A. Gdzieś przy jakimś przewijaniu teściowa była ze mną i powiedziałam jej o tych plamach i o tym, że podejrzewam alergię ale jeszcze nie jestem pewna i nie powiedziałam jej też co podejrzewam jako przyczynę. Teściowa obejrzała A., podotykała tych plam, patrzy na to i mówi: "ooo, to to jest tak samo jak miał M.(czyli mój mąż a jej syn) jak był mały a wszystko zaczęło się po podaniu kurczaka". PADŁAM, przecież to identycznie jak u nas !!! To ja od 1,5 miesiąca bujam sie z tym tematem, zapieram, że to nie alergia, żyję święcie przekonana, że nie mamy w rodzinie alergików a tu proszę !! Mamy i to w prostej linii !! Szok lekki przeżyłam ale przynajmniej teraz już ostatecznie wiem na czym stoję i już niestety nie uda mi się wymigiwac przed alergią, ona jest i tyle :(
A mój M, zupełnie zdziwiony mówi mi, że on nic o tym nie wie, tak samo jak i o tym, że jego mama miała skazę białkową co też jest obciążeniem w genach dla reszty pokoleń. Faceci ...
Wracając do problemu to pani doktor powiedziała, żeby próbować oczywiście z innymi mięsami oraz z tymi co uczulają ale w małych porcjach i obserwować. Z glutenem powiedziała, że spieszyć się nie muszę bo to raczej tyczy się dzieci piersiowych, tylko żebym żółtko postarała się wprowadzić. No i oczywiście mnie uspokajała i mówiła, że to wszystko jest przejściowe i A. z tego wyrośnie, tak jak i M. wyrósł. No mam nadzieję ...
Poza tym jest tak:
*A. na razie nie przypadły do gustu chrupki kukurydziane, i nie chodzi o smak tylko o konsystencję (jeżeli tak można powiedzieć) owego chrupeczka, jak się go trochę pomęczy żeby pomemłał chrupa to jakoś przejdzie ale na pierwsze zetknięcie z ustami ten chrupek jest dla niego za twardy i chropowaty i A. się wykrzywia i tyle. Poza tym bidny jakoś nie łapie, że sam może go sobie trzymać i jeść, inne rzeczy pakuje do busi a tego nie. Chyba czasu trochę potrzebuje na zaprzyjaźnienie się z chrupami :)
*Coś nam się A. rozregulował i po 4 miesiącach przesypiania całych nocy i pobudek ok 9 rano najpierw zaczął zaczynac dzień dużo wcześniej bo nawet ok 6:30 a teraz ni z tego ni z owego trzeci dzień z rzędu budzi się o 4 nad ranem na butlę, wypija ok 220ml kaszki i śpi dalej ale maks do 8:00. Nie jest bardzo kłopotliwe zrobienie mu butli nad ranem ale wolałabym żeby spał tak jak kiedyś bez tych pobudek.
*Zębów nadal ani widu ani słychu, pani doktor to wczoraj potwierdziła :)
*Przewijanie odbywa się tylko na brzuchu, A. przewraca się na brzuch już od dawna ale od niedawna dopiero postanowił, że po położeniu do przewijania będzie leżał na brzuchu i koniec, odraca się w jedną sekundę i nie ma zmiłuj, jak go tylko przekręcę na plecy to on znów jest na brzuchu i tak w kółko, mogę go sobie odwracać a on i tak za chwilę zrobi obrót, czasem nawet nie zdążę sięgnąć po pampersa czy chustkę jak on już leży na nowo na brzuchu, także przestałam z nim walczyć i powoli nabieram wprawy w zakładaniu pieluchy gdy dziecko jest na brzuchu, bo z myciem poradziłam sobie już dawno.
*Mamy ze sobą coraz większy kontakt i pałamy do siebie coraz większą miłościa, A. na mój widok dostaje kociokwiku a jak odchodzę to wpada w taką histerię, że bębenki w uszach pękają. Tylko czasem pozwala komuś innemu zająć się sobą a ja wtedy latam po domu, sprzątam, coś po drodze jem i oczywiście zaglądam na bloga i moje ulubione forum, które po ostatnio burzliwych przejściach powoli kończy swój żywot a my z dziewczynami odnalazłyśmy się na nowym miejscu i jest nam tam bardzo fajnie :)
czwartek, 22 kwietnia 2010
w poszukiwaniu pracy
Oto jakie ciekawe wymagania można wyczytać w niektórych ogłoszeniach:
"Młodą z językiem zatrudnię"
lub
"Dobra znajomość jeżyka angielskiego"
Za młodą nadal się raczej uważam (mimo tego, że za parę dni stuknie mi kolejny roczek), według otoczenia tak też wyglądam. Język jak najbardziej posiadywuję ;) ale niestety nie udało mi się poznać żadnego jeżyka a tym bardziej angielskiego ;)
"Młodą z językiem zatrudnię"
lub
"Dobra znajomość jeżyka angielskiego"
Za młodą nadal się raczej uważam (mimo tego, że za parę dni stuknie mi kolejny roczek), według otoczenia tak też wyglądam. Język jak najbardziej posiadywuję ;) ale niestety nie udało mi się poznać żadnego jeżyka a tym bardziej angielskiego ;)
poniedziałek, 12 kwietnia 2010
żałoba i kołowrotek
Jest 11 kwietnia 2010 roku, godzina 8:00, budzi się A.
Ja nieprzytomna choć spałam 7h ledwo daję radę jedno oko otworzyć (to wina leków i ogólnego przemęczenia). Wykorzystuję chwilowe zainteresowanie A wszystkim co widzi wokół siebie i przymykam oczy jeszcze na parę minut.
Za jakiś czas przytomnieję, chwilę bawię się z A i wstaję żeby zrobić kaszkę dla niego.
Po drodze zaglądam do J, śpi ale niestety wydaje mi się ciepły :(
Schodząc na dół czuję, że mnie w nocy połamało i nie mogę szyją przekręcić w jedną stronę.
Docieram do kuchni, robię kaszkę, wracam na górę.
Przewijam i bawię się z A.
Schodzimy na dół, A wcina swoją kaszkę a ja mam chwilę spokoju.
Włączam TV, 1 i TVN24 na zmianę. Cały kraj i pół świata żyje tym co wydarzyło się wczoraj.
Jest dokładnie 8:56 gdy zerkam na zegarek, dosteję gęsiej skórki, właśnie mijają 24h ...
Chwila zadumy, coś na co od wczoraj przez ciągłe zabieganie zupełnie nie mogłam sobie pozwolić.
Chwila jednak nie trwa długo, A skończył jeść i domaga się wzięcia na ręcę, odbicia, itd.
Oddaję A dziadkowi a sama zmierzam w kierunku łazienki, po drodze odpisuję koleżance na wczorajszego smsa o spotkaniu (niestety nie przyjdę) i zachaczam jeszcze o kompa gdzie to samo piszę na naszym forum.
Jestem już jedną nogą w łazience gdy budzi się J a mój tata przynosi A i mówi, że trzeba go przewinąć.
Cofam się z łazienki, najpierw do J. Mówi, że czuje się dobrze ale jak zwykle przy infekcji ma tak sklejone oczy ropą, że za diabła nie może ich otworzyć.
Idę do łazienki po waciki namoczone ciepłą wodą i kładę je na oczach J i proszę żeby je trzymał.
Teraz biorę się za A, przewijam.
Wracam do J, rozklejam mu "odmoczone" oczy i daję mu termometr.
Idę w końcu pod prysznic.
Potem idę do J, sprawdzam termometr - 36,6 ufff, ale i tak zostanie jeszcze w izolatce.
Schodzę na dół zrobić J śniadanie, po drodze chcę coś wyrzucić do kosza, nie da się, kosz pełny. Wyjmuję śmieci i wkładam nowy worek. Myję ręcę, łapię za ręcznik papierowy a tu pusta rolka, wyciągam nowe ręczniki i wtedy czuję, że oprócz szyi boli mnie też kręgosłup albo to zawiane korzonki albo zwykły ból kręgosłupa, nie wiem ale ruszać się nie mogę, biorąc pod uwagę jeszcze tę szyję i ogólne otępienie po lekach to czuję się niefajnie. Biorę Ibuprom i jakąś tam witaminkę, tak na wszelki jakby to jednak był początek choroby.
Teraz biorę się za przyszykowanie porcji leków dla J i robię mu śniadanie, z którym idę do niego na górę.
Wysyłam J do łazienki, czyścimy zapchany nos, wpuszczamy sterimar, myjemy rączki i takie tam.
Wracamy do pokoju, J zabiera się za śniadanie i w tym momencie następuje gigantyczne kichnięcie i biedny J ma wszystko na twarzy. Łapię za chusteczki - nie ma - lecę do łazienki po papier, wycieram J i zapuszczam kolejny spray, tym razem już leczniczy, mucofluid oraz krople do oczu, sulfacetamid.
J je śniadanie, ja wysyłam smsa do M, że temperatura u J wyszła ok.
A zaczyna marudzić bo jest zmęczony i chce spać.
J zjadł, zbieram kubki, talerzyki i lecę na dół uśpić A.
A nie czekając na mnie zasnął sam.
Odkładam go do spania.
Dziadek idzie do J.
Patrzę na bałagan w kuchni, który doprowadza mnie do szału ale z rozsądku muszę przed sprzątaniem najpierw coś zjeść, bo jestem na nogach od kilku godzin, latam jak głupia w tę i z powtrotem i wzięłam już leki, więc organizm może paść.
Jem śniadanie.
Zaczynam pisać obecną notkę. Dochodzę do tego momentu i postanawiam jednak na chwilę położyć się z A.
Kładę się przy A a on w tej samej chwili się budzi.
Chwilkę razem sobie leżymy.
Wybija 12:00.
Rozlegają się syreny, cała Polska zamiera.
Wstaję, biorę A na ręce.
Ciarki mi przechodzą.
Serce zaczyna walić, robi mi się słabo i niedobrze, aha, nerwica się odezwała, zbyt dużo emocji, lęku, ale stoję, jakoś nie mogę się ruszyć.
Syreny milkną.
Chciałabym w pełni uczestniczyć w tym pożegnaniu ale nie mogę, tam czas jakby się zatrzymał, u mnie życie toczy się dalej, A zaczyna marudzić, jest głodny.
Szykuję mu obiad.
Przy jedzeniu A brudzi obranko obiadem.
Lecę na górę po czyste ubranko.
Brudne rzucam w łazience na dość sporej kupce prania, która czeka na moją wolną chwilę.
W drodze powrotnej zaglądam jeszcze do J a także mijam dwie suszarki uginające się pod wyschniętym praniem. Tak, trzeba to kiedyś pochować. Te suszarki generalnie ilekroć koło nich przechodzę to wręcz kłują mnie w oczy.
Na dole przebieram A i oddaję go na trochę dziadkowi żeby posiedzieć trochę dłużej na górze z J.
Po krótkiej chwili niestety orientuję się, że w sumie to jest już czas na obiad i dla reszty domowników a poza tym A coś nie za bardzo zadowolony z opieki zaczynam marudzić.
Schodzę na dół, patrzę a tam dziadek siedzi nad A, zagapiony w TV, pochłonięty myślami i nie kontaktuje zupełnie nic co dochodzi z innego miejsca niż TV.
Po chwili jednak dociera do niego głos marudzącego A i dziadek wraca myślami na ziemię i czule przemawia do A: "a czemóż to moja dzidzia płacze?" Taaaa
Wyłączam TV i tłumaczę dziadkowi co ma teraz zrobić przy A żeby ten już nie płakał, bo dziadek mimo, że zszedł na ziemię to niczym wyłączony z obiegu zapomniał w te kilkanaście minut co i jak się robi.
Zauważam nieodebrane połączenie. To koleżanka z sąsiedztwa pewnie idzie już na spacer i dzwoni żeby się umówić. Oddzwonię później, teraz zabieram się w końcu za obiad.
Woda na makaron się gotuje, zupa podgrzewa a ja sprzątam w końcu ten cały meksyk w kuchni, który powstał od rana.
Chowam milion rzeczy ze zmywarki do szafek i na odwrót: kolejne brudne lądują w zmywarce.
Myję i wyparzam butelki, nawet ścieram wszystie blaty bo mój pedantyzm nie pozwala mi spokojnie przejść obok brudu.
Robię mleko dla A, które wypije przed spacerem jako uzupełnienie obiadu.
Podaję zupę dziadkowi, biorę A i idę na górę z porcją zupy dla J.
Na górze znów zerkam na te suszarki, nic się nie zmieniło, one nadal tam są a pranie jak wisiało tak wisi.
J cały w katarze siedzi, chcę sięgnąć po chusteczki - nie ma - no tak, od rana jeszcze cały czas ich nie przyniosłam.
Idę na dół po chusteczki.
Wracam na górę, czyścimy nos, kolejna porcja sprayu.
W końcu J je obiad, ja zabawiam A i oddzwaniam do koleżanki mówiąc, że dziś na spacer nie idę, nie dam rady. Zostanę w domu z J a A pójdzie z dziadkiem.
Dziadek po zjedzeniu przejmuje ode mnie A a ja lecę do piwnicy przyszykować wózek na spacer. Wyjmuję śpiwór, wkładam kocyk i wystawiam wózek przed dom.
Wracam do domu, A zjadł, więc biorę go na górę do przewijania.
Zaglądam do J i mówię mu, że już za chwilę przyjdę do niego na dłużej jak tylko wystawię A na spacer.
Wracam na dół ubieram A na spacer, chwila zawachania, kombinezon wiosenny czy kurteczka. Nie wiem. Wybieram jednak opcję z kurtką.
Pakuję A do wózka na dworzu, wracam do domu. Cichego, spokojnego. Zamykam za sobą drzwi, uff, teraz chwila odpoczynku.
Ale zanim ta chwila nastąpi to najpierw:
idę do J sprawdzić czy zjadł obiad. Jeszcze je, więc zbiegam na dół.
Ogarniam kuchnię po obiedzie: chowam kolejne rzeczy do zmywarki, pozostały makaron ląduje w lodówce, butelkę po mleku A zalewam już tylko wodą, potem umyję.
Patrzę na zegarek, jest 14:40, za chwilę transmisja przewożenia trumny, nie mogę tam być ale muszę to chociaż zobaczyć.
Idę na górę po J, obiad zjedzony, możemy iść na dół.
Zbieram talerz po jego jedzeniu, butelkę z wodą, kubek na wodę, rozglądam się co jeszcze trzeba wziąć żebym za chwilę znów nie leciała na górę.
Nic nie trzeba wziąć ale widzę za to niewypity syrop. J, nie wypiłeś syropu, wypij !!
Schodzimy na dół do salonu.
Jest 14:55, sadzam J na sofie i idę do kuchni odstawić to co zniosłam z góry.
Wracam do salonu, J siedzi znów cały zasmarkany, sięgam po chustkę, i ... chustek nie ma. Tak, dziś wszystko postanowiło mi się jednoczesnie pokończyć, więc chustek nie ma i tutaj.
Idę po chustki.
Gdy zaczyna się transmisja ląduję w końcu na sofie obok J i mimo tego, że słyszę od niego 100 pytań na minutę odnośnie oglądanej przez nas uroczystości to udaje mi się jednak skupić myśli głównie na samym wydarzeniu i przeżywam bardzo mocno każdą kolejną scenę z transmisji.
W międzyczasie pojawia się długo wyczekiwana przeze mnie teściowa.
Oglądamy transmisję razem. Gdy trumna znika za murami Pałacu Prezydenckiego, teściowa idzie z J,(który znów ma stan podgorączkowy) na górę a ja szykuję się na powrót A bo już widzę ich w furtce.
Szykuję najpierw słoiczek i soczek, potem schodzę po A.
Wnoszę A z dworu, przebieram, zanoszę na górę (znów widzę te suszarki) do J i babci, a następnie znów na dół na jedzonko.
W tym momencie tempo dnia zaczyna w końcu zwalniać.
Większość najważniejszych punktów dnia już mam za sobą, odchaczone, zaliczone, już chyba powoli mogę przestać się spieszyć. Już w sumie wszystko zrobiłam i wszystko było ok i na czas. I choć teraz w końcu powinnam zająć się np tym praniem, to po prostu nie mam już sił.
Dziadek bierze A.
Ja idę na górę do J i teściowej, siedzimy, znów rozmawiamy o tym o czym mówi i myśli teraz cała Polska.
Te myśli towarzyszą mi zresztą cały dzień, bez przerwy, w każdej chwili dosłownie.
Dziadek teź przychodzi na górę. Siedzimy tak wszyscy razem, dzieci zadowolne a ja poczułam w końcu trochę spokoju i czuję, że zmęczenie zaczyna mnie rozkładać a ja zamiast siedzieć na łóżku to coraz bardziej się pokładam.
I tak odpłynęłam na jakieś 15 minut, kiedy to wybudził mnie płacz A, który kapnął się, że coś ta mama dziś zabiegana lekko jest i zbyt mało czasu poświęca jemu.
Wzięłam Grubego i poszliśmy na dół.
Od zabawy do zabawy dotrwaliśmy do wieczora.
M wrócił z pracy, znów wpadliśmy w temat, z kim to rozmawiał jeszcze parę dni temu, kto miał być w programie w przyszłym tygodniu, ile numerów telefonów musi usunąć z książki telefonicznej i jakoś nie jest w stanie tego zrobić. A ten numer już nigdy do niego nie zadzwoni ani też on nie będzie mógł go wybrać. Jak teraz będzie wyglądało życie, wybory i cały nasz kraj ...
Teściowa zabrała dziadka i pojechali do Wawy, my z M zajęliśmy się dziećmi.
Wieczór szybko minął, noc teraz też szybko mija.
Czekam na moment, kiedy ten kołowrotek, w którym żyję choć trochę zwolni tempo.
Czekam kiedy w końcu J wyzdrowieje.
I bardzo żałuję, że w obliczu tego co dzieje się w naszym kraju nie mogę w pełni w tym uczestniczyć, nie zapaliłam świeczki pod Pałacem Prezydenckim, nie mogłam być dzisiaj na trasie konduktu. Nie byłam na Placu Piłsudskiego.
Mam nadzieję, że na dniach tam pojedziemy.
Ja nieprzytomna choć spałam 7h ledwo daję radę jedno oko otworzyć (to wina leków i ogólnego przemęczenia). Wykorzystuję chwilowe zainteresowanie A wszystkim co widzi wokół siebie i przymykam oczy jeszcze na parę minut.
Za jakiś czas przytomnieję, chwilę bawię się z A i wstaję żeby zrobić kaszkę dla niego.
Po drodze zaglądam do J, śpi ale niestety wydaje mi się ciepły :(
Schodząc na dół czuję, że mnie w nocy połamało i nie mogę szyją przekręcić w jedną stronę.
Docieram do kuchni, robię kaszkę, wracam na górę.
Przewijam i bawię się z A.
Schodzimy na dół, A wcina swoją kaszkę a ja mam chwilę spokoju.
Włączam TV, 1 i TVN24 na zmianę. Cały kraj i pół świata żyje tym co wydarzyło się wczoraj.
Jest dokładnie 8:56 gdy zerkam na zegarek, dosteję gęsiej skórki, właśnie mijają 24h ...
Chwila zadumy, coś na co od wczoraj przez ciągłe zabieganie zupełnie nie mogłam sobie pozwolić.
Chwila jednak nie trwa długo, A skończył jeść i domaga się wzięcia na ręcę, odbicia, itd.
Oddaję A dziadkowi a sama zmierzam w kierunku łazienki, po drodze odpisuję koleżance na wczorajszego smsa o spotkaniu (niestety nie przyjdę) i zachaczam jeszcze o kompa gdzie to samo piszę na naszym forum.
Jestem już jedną nogą w łazience gdy budzi się J a mój tata przynosi A i mówi, że trzeba go przewinąć.
Cofam się z łazienki, najpierw do J. Mówi, że czuje się dobrze ale jak zwykle przy infekcji ma tak sklejone oczy ropą, że za diabła nie może ich otworzyć.
Idę do łazienki po waciki namoczone ciepłą wodą i kładę je na oczach J i proszę żeby je trzymał.
Teraz biorę się za A, przewijam.
Wracam do J, rozklejam mu "odmoczone" oczy i daję mu termometr.
Idę w końcu pod prysznic.
Potem idę do J, sprawdzam termometr - 36,6 ufff, ale i tak zostanie jeszcze w izolatce.
Schodzę na dół zrobić J śniadanie, po drodze chcę coś wyrzucić do kosza, nie da się, kosz pełny. Wyjmuję śmieci i wkładam nowy worek. Myję ręcę, łapię za ręcznik papierowy a tu pusta rolka, wyciągam nowe ręczniki i wtedy czuję, że oprócz szyi boli mnie też kręgosłup albo to zawiane korzonki albo zwykły ból kręgosłupa, nie wiem ale ruszać się nie mogę, biorąc pod uwagę jeszcze tę szyję i ogólne otępienie po lekach to czuję się niefajnie. Biorę Ibuprom i jakąś tam witaminkę, tak na wszelki jakby to jednak był początek choroby.
Teraz biorę się za przyszykowanie porcji leków dla J i robię mu śniadanie, z którym idę do niego na górę.
Wysyłam J do łazienki, czyścimy zapchany nos, wpuszczamy sterimar, myjemy rączki i takie tam.
Wracamy do pokoju, J zabiera się za śniadanie i w tym momencie następuje gigantyczne kichnięcie i biedny J ma wszystko na twarzy. Łapię za chusteczki - nie ma - lecę do łazienki po papier, wycieram J i zapuszczam kolejny spray, tym razem już leczniczy, mucofluid oraz krople do oczu, sulfacetamid.
J je śniadanie, ja wysyłam smsa do M, że temperatura u J wyszła ok.
A zaczyna marudzić bo jest zmęczony i chce spać.
J zjadł, zbieram kubki, talerzyki i lecę na dół uśpić A.
A nie czekając na mnie zasnął sam.
Odkładam go do spania.
Dziadek idzie do J.
Patrzę na bałagan w kuchni, który doprowadza mnie do szału ale z rozsądku muszę przed sprzątaniem najpierw coś zjeść, bo jestem na nogach od kilku godzin, latam jak głupia w tę i z powtrotem i wzięłam już leki, więc organizm może paść.
Jem śniadanie.
Zaczynam pisać obecną notkę. Dochodzę do tego momentu i postanawiam jednak na chwilę położyć się z A.
Kładę się przy A a on w tej samej chwili się budzi.
Chwilkę razem sobie leżymy.
Wybija 12:00.
Rozlegają się syreny, cała Polska zamiera.
Wstaję, biorę A na ręce.
Ciarki mi przechodzą.
Serce zaczyna walić, robi mi się słabo i niedobrze, aha, nerwica się odezwała, zbyt dużo emocji, lęku, ale stoję, jakoś nie mogę się ruszyć.
Syreny milkną.
Chciałabym w pełni uczestniczyć w tym pożegnaniu ale nie mogę, tam czas jakby się zatrzymał, u mnie życie toczy się dalej, A zaczyna marudzić, jest głodny.
Szykuję mu obiad.
Przy jedzeniu A brudzi obranko obiadem.
Lecę na górę po czyste ubranko.
Brudne rzucam w łazience na dość sporej kupce prania, która czeka na moją wolną chwilę.
W drodze powrotnej zaglądam jeszcze do J a także mijam dwie suszarki uginające się pod wyschniętym praniem. Tak, trzeba to kiedyś pochować. Te suszarki generalnie ilekroć koło nich przechodzę to wręcz kłują mnie w oczy.
Na dole przebieram A i oddaję go na trochę dziadkowi żeby posiedzieć trochę dłużej na górze z J.
Po krótkiej chwili niestety orientuję się, że w sumie to jest już czas na obiad i dla reszty domowników a poza tym A coś nie za bardzo zadowolony z opieki zaczynam marudzić.
Schodzę na dół, patrzę a tam dziadek siedzi nad A, zagapiony w TV, pochłonięty myślami i nie kontaktuje zupełnie nic co dochodzi z innego miejsca niż TV.
Po chwili jednak dociera do niego głos marudzącego A i dziadek wraca myślami na ziemię i czule przemawia do A: "a czemóż to moja dzidzia płacze?" Taaaa
Wyłączam TV i tłumaczę dziadkowi co ma teraz zrobić przy A żeby ten już nie płakał, bo dziadek mimo, że zszedł na ziemię to niczym wyłączony z obiegu zapomniał w te kilkanaście minut co i jak się robi.
Zauważam nieodebrane połączenie. To koleżanka z sąsiedztwa pewnie idzie już na spacer i dzwoni żeby się umówić. Oddzwonię później, teraz zabieram się w końcu za obiad.
Woda na makaron się gotuje, zupa podgrzewa a ja sprzątam w końcu ten cały meksyk w kuchni, który powstał od rana.
Chowam milion rzeczy ze zmywarki do szafek i na odwrót: kolejne brudne lądują w zmywarce.
Myję i wyparzam butelki, nawet ścieram wszystie blaty bo mój pedantyzm nie pozwala mi spokojnie przejść obok brudu.
Robię mleko dla A, które wypije przed spacerem jako uzupełnienie obiadu.
Podaję zupę dziadkowi, biorę A i idę na górę z porcją zupy dla J.
Na górze znów zerkam na te suszarki, nic się nie zmieniło, one nadal tam są a pranie jak wisiało tak wisi.
J cały w katarze siedzi, chcę sięgnąć po chusteczki - nie ma - no tak, od rana jeszcze cały czas ich nie przyniosłam.
Idę na dół po chusteczki.
Wracam na górę, czyścimy nos, kolejna porcja sprayu.
W końcu J je obiad, ja zabawiam A i oddzwaniam do koleżanki mówiąc, że dziś na spacer nie idę, nie dam rady. Zostanę w domu z J a A pójdzie z dziadkiem.
Dziadek po zjedzeniu przejmuje ode mnie A a ja lecę do piwnicy przyszykować wózek na spacer. Wyjmuję śpiwór, wkładam kocyk i wystawiam wózek przed dom.
Wracam do domu, A zjadł, więc biorę go na górę do przewijania.
Zaglądam do J i mówię mu, że już za chwilę przyjdę do niego na dłużej jak tylko wystawię A na spacer.
Wracam na dół ubieram A na spacer, chwila zawachania, kombinezon wiosenny czy kurteczka. Nie wiem. Wybieram jednak opcję z kurtką.
Pakuję A do wózka na dworzu, wracam do domu. Cichego, spokojnego. Zamykam za sobą drzwi, uff, teraz chwila odpoczynku.
Ale zanim ta chwila nastąpi to najpierw:
idę do J sprawdzić czy zjadł obiad. Jeszcze je, więc zbiegam na dół.
Ogarniam kuchnię po obiedzie: chowam kolejne rzeczy do zmywarki, pozostały makaron ląduje w lodówce, butelkę po mleku A zalewam już tylko wodą, potem umyję.
Patrzę na zegarek, jest 14:40, za chwilę transmisja przewożenia trumny, nie mogę tam być ale muszę to chociaż zobaczyć.
Idę na górę po J, obiad zjedzony, możemy iść na dół.
Zbieram talerz po jego jedzeniu, butelkę z wodą, kubek na wodę, rozglądam się co jeszcze trzeba wziąć żebym za chwilę znów nie leciała na górę.
Nic nie trzeba wziąć ale widzę za to niewypity syrop. J, nie wypiłeś syropu, wypij !!
Schodzimy na dół do salonu.
Jest 14:55, sadzam J na sofie i idę do kuchni odstawić to co zniosłam z góry.
Wracam do salonu, J siedzi znów cały zasmarkany, sięgam po chustkę, i ... chustek nie ma. Tak, dziś wszystko postanowiło mi się jednoczesnie pokończyć, więc chustek nie ma i tutaj.
Idę po chustki.
Gdy zaczyna się transmisja ląduję w końcu na sofie obok J i mimo tego, że słyszę od niego 100 pytań na minutę odnośnie oglądanej przez nas uroczystości to udaje mi się jednak skupić myśli głównie na samym wydarzeniu i przeżywam bardzo mocno każdą kolejną scenę z transmisji.
W międzyczasie pojawia się długo wyczekiwana przeze mnie teściowa.
Oglądamy transmisję razem. Gdy trumna znika za murami Pałacu Prezydenckiego, teściowa idzie z J,(który znów ma stan podgorączkowy) na górę a ja szykuję się na powrót A bo już widzę ich w furtce.
Szykuję najpierw słoiczek i soczek, potem schodzę po A.
Wnoszę A z dworu, przebieram, zanoszę na górę (znów widzę te suszarki) do J i babci, a następnie znów na dół na jedzonko.
W tym momencie tempo dnia zaczyna w końcu zwalniać.
Większość najważniejszych punktów dnia już mam za sobą, odchaczone, zaliczone, już chyba powoli mogę przestać się spieszyć. Już w sumie wszystko zrobiłam i wszystko było ok i na czas. I choć teraz w końcu powinnam zająć się np tym praniem, to po prostu nie mam już sił.
Dziadek bierze A.
Ja idę na górę do J i teściowej, siedzimy, znów rozmawiamy o tym o czym mówi i myśli teraz cała Polska.
Te myśli towarzyszą mi zresztą cały dzień, bez przerwy, w każdej chwili dosłownie.
Dziadek teź przychodzi na górę. Siedzimy tak wszyscy razem, dzieci zadowolne a ja poczułam w końcu trochę spokoju i czuję, że zmęczenie zaczyna mnie rozkładać a ja zamiast siedzieć na łóżku to coraz bardziej się pokładam.
I tak odpłynęłam na jakieś 15 minut, kiedy to wybudził mnie płacz A, który kapnął się, że coś ta mama dziś zabiegana lekko jest i zbyt mało czasu poświęca jemu.
Wzięłam Grubego i poszliśmy na dół.
Od zabawy do zabawy dotrwaliśmy do wieczora.
M wrócił z pracy, znów wpadliśmy w temat, z kim to rozmawiał jeszcze parę dni temu, kto miał być w programie w przyszłym tygodniu, ile numerów telefonów musi usunąć z książki telefonicznej i jakoś nie jest w stanie tego zrobić. A ten numer już nigdy do niego nie zadzwoni ani też on nie będzie mógł go wybrać. Jak teraz będzie wyglądało życie, wybory i cały nasz kraj ...
Teściowa zabrała dziadka i pojechali do Wawy, my z M zajęliśmy się dziećmi.
Wieczór szybko minął, noc teraz też szybko mija.
Czekam na moment, kiedy ten kołowrotek, w którym żyję choć trochę zwolni tempo.
Czekam kiedy w końcu J wyzdrowieje.
I bardzo żałuję, że w obliczu tego co dzieje się w naszym kraju nie mogę w pełni w tym uczestniczyć, nie zapaliłam świeczki pod Pałacem Prezydenckim, nie mogłam być dzisiaj na trasie konduktu. Nie byłam na Placu Piłsudskiego.
Mam nadzieję, że na dniach tam pojedziemy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)