sobota, 10 kwietnia 2010

10.04.2010

Taki zwykły dzień, poranek jak każdy inny, na nic złego się nie zanosiło ...
Rano jeszcze wrzuciłam wesołą notkę o A., a pół godziny później stała się ta niewyobrażalna tragedia.
Wciąż nie mogę tego pojąć ...

W obecnej sytuacji M z racji swojej pracy ma bardzo ciężki dzień, nawet nie umiem sobie wyobrazić co się tam u niego dzieje. Poza tym ogólnie jest mu ciężko bo wśród zabitych było wielu jego znajomych. Ja zupełnie apolityczna, na to co się wydarzyło patrzę od takiej zwykłej, ludzkiej strony. Jest mi strasznie żal rodzin, które straciły dziś swoich najbliższych w tak tragicznych okolicznościach.

Do tego okoliczności tej śmierci są tak symboliczne, wymowne.
Jak to powiedziała bliska mi osoba, że jest to swojego rodzaju "chichot historii"...

A co u Małego A?

Jak wiadomo skończył pół roku :)
A przy okazji:

*przewraca się z brzucha na plecy - pierwszy raz udało mu się to dokładnie w dniu kiedy skończył 6 miesięcy i od tamtej pory położony na macie czy innym płaskim miejscu, obraca się w tą i z powrotem, z pleców na brzuch, z brzucha na plecy i tak w kółko. Obracanie jest też oczywiście nagminnie ćwiczone przy przewijaniu przez co przewijanie stało się wyścigiem o to kto będzie pierwszy: mama w zapięciu pieluchy czy A w obrocie. Przważnie A wygrywa.

*coraz częściej i coraz bardziej natarczywie stara się siadać, odbija się łokciami od czego tylko może i podciąga się do siedzenia, wpadł na pomysł, że można to też robić przy jedzeniu.

*coraz zręczniej chwyta zabawki, preferuje raczej materiałowe.

*pięknie sylabizuje, na razie tylko ma-ma, ale za to jak to pięknie brzmi ;)

*w końcu odkrył swoje nogi, ale na razie tylko nogi, jego stopy go jeszcze nie zauroczyły, mnie za to już dawno ;)

*jesteśmy w trakcie przechodzenia na mleko "2", na razie mieszam 1 z 2.

*niestety zaczął mniej jeść :( kilka poprzednich miesięcy jadł porcje o duże większe niż były zalecane dla jego wieku, wciągał 200ml, gdy powinien jeść 150ml a teraz zamiast jeść 200 to on zjada ok 160, na jednorazowy posiłek. A do tego obraził się na obiadki, fakt, że do tej pory z obiadków miał wprowadzone tylko dwa smaki i mogły mu się znudzić ale boję się, żeby to nie była ogólna niechęć do warzyw. Za chwilę zaczynam wprowadzać kolejne smaki i liczę na to, że coś mu jednak przypasuje.

*z plamami mieliśmy kolejne spotkanie. Po kilkudniowej diecie bez kurczaka i bananów ruszyłam najpierw z kurczakiem i dwa dni później plamy wyskoczyły i tak samo jak ostatnio zniknęły na dzień następny. Na razie kurczaka nie daję ale ogólnie to jakoś mam wrażenie, że to jeszcze coś innego ale nie wiem za diabła co. Kolejni podejrzani to pampersy oraz przegrzanie. Pampersy dlatego, że plamy pojawiają się w obrębie miejsca gdzie jest falbanka pampersa. Ale z drugiej strony te plamy były też w innych miejscach, więc tu już moja teoria nie pasuje. Myślałam, że to może z przegrzania bo poprzednie pojawienie się plam było w
dniach kiedy trochę przegrzałam A na spacerze a akurat na nóżkach miał najwięcej przykrycia, jednak teraz przy tym ostatnim pojawieniu się plam do żadnego przegrzania nie doszło więc kolejna moja teoria staje się mało prawdopodobna. Nie wiem.

*zębów ani widu ani słychu. Choć pani doktor wczoraj powiedziała, że coś tam widziała zaczerwienione, ja nie widzę :) i mam nadzieję, że mam rację bo z zębami to im później tym lepiej. J wyszedł pierwszy ząb jak miał 14 miesięcy i nawet tego nie pamiętam, mam tylko zapisaną datę a, że było to tak późno to ominął nas wszystkich cały ten cyrk z ząbkowaniem związany, czego życzę i sobie i A teraz.

*A ma dwudniowe fazy ćwiczenia bądź po prostu robienia czegoś co mu sprawia frajdę, ostatnie dwa dni były pod hasłem: "zobaczcie jaki mam cudny język", i generalnie polegało to na tym, że język bez przerwy był na wierzchu a A robił przy tym przeróżne miny ku naszej i jego uciesze :)

od soboty do soboty

Wszystko zaczęło się w zeszłą sobotę. J obudził się z chrypą. I chrypiał tak cały dzień, który spedziliśmy w jakimś totalnym galopie: w biegu śniadanie, w biegu ogarnięcie domu, w biegu szykowanie święconki, w biegu ogarnięcie siebie i dzieci żeby już o 14:00 udać się w biegu do kościoła (ja niestety z tych co to do kościoła chodzą raz do roku: ze święconką właśnie) ,później w biegu po ostatnie zakupy, następnie w biegu do domu żeby w biegu przyszykować i obiad i małe przyjęcie urodzinowe dla M, który był już w drodze do domu.
I tak sobota zbliżała się ku końcowi a J jak chrypiał tak chrypiał. Następnego dnia czyli w niedzielę Wielkanocną J przez chrypę zaniemówił a do tego zaczął kaszleć.
Ponieważ temperaturę miał normalną a my byliśmy sami bez M i ja zaparłam się, że bez M na święta nigdzie nie idę to po krótkim świątecznym śniadaniu u nas w domu, J miał podjechać z babcią do rodzinki żeby choć trochę z tych świąt skorzystać. W dodatku w niedzielę miał mieć zorganizowany lany poniedziałek bo w poniedziałek najważniejszych uczestników zabawy miało już nie być. Zapakowałam więc rzeczy J łącznie z wszelkimi syropkami na kaszel ale jeszcze tak mnie coś tknęło coby do gardła mu zerknąć. Zerknęłam i padłam !! Bo po naciśnięciu końcówką łyżki na język, z gardła mojego synka wylazło coś czego jak żyję u człowieka jeszcze nie widziałam: dwie gigantyczne kule, coś jakby orzechy włoskie (pani doktor nazwała to później śliwkami), i doszło to to prawie do samych zębów z przodu. Teściowa przyjechała, pokazałam jej stwora w gardle u J i uradziłyśmy, że święta świętami ale nie ma żartów i ktoś musi J obejrzeć. Także w ramach atrakcji świątecznej J miał wycieczkę do szpitala, bo przecież w święta wszelkie przychodnie pozamykane. Szpital dzięcięcy jak już to chyba kilka razy pisałam mamy pod samym nosem, więc teściowa zamiast do rodzinki pojechała z J do szpitala gdzie pan doktor internista (tak, tak w szpitalu dziecięcym nie mieli na dyżurze pediatry) obejrzał J i orzekł zwykłą infekcję wirusową. Zalecił podawanie paracetamolu i syropków, tyle. Zabroniłam tylko J bitew wodnych i trochę uspokojona wysłałam go do rodziny gdzie miał zostać na noc do poniedziałku. Ponieważ uspokojna byłam tylko trochę to zarządałam od babci relacji telefonicznych na temat stanu zdrowia J. No i wszystko było w miarę ok, migdałki ponoć ciut mniejsze, kaszlu prawie nic, apap i syropy podawne, generalnie w miarę ok. Tyle, że jak tylko J wrócił w poniedziałek do domu to już ok nie było bo kaszlał jak najęty, doszedł katar a jak spojrzałam w gardło to zobaczyłam to samo co w niedzielę a w dodatku doszła lekka temperatura. We wtorek J nie obudził się wcale w lepszym stanie więc odwiedził kolejnego lekarza tym razem w przychodni rejonowej. Lekarka stwierdziła już nie infekcję wirusową a bakteryjną i dała na wszelki wypadek augmentin ale do wprowadzenia tylko w sytuacji gdyby w najbliższych dwóch dniach stan się nie poprawiał lub pogarszał. Resztę wtorku J przeleżał w łóżku. To samo w środę tyle, że po południu zaczął narzekać, że boli go policzek. Patrzę, oglądam i jak nic widzę, że spuchnięty z tej strony co go boli. Pierwsz myśl: ŚWINKA. Tego tylko brakowało. Zanosiło się na kolejną wizytę u lekarza. Jednak po długiej konsultacji telefonicznej z naszym wujkiem pediatrą stwierdziliśmy, że trochę jeszcze poobserujemy i zobaczymy co się wykluje. Jednak nic się nie wykluło a po paru godzinach J powiedział, że policzek go już nie boli a ja opuchlizny też już u niego nie dostrzegłam. Fałszywy alarm ? Tak dotrwalismy do czwartku kiedy to J nadal grzecznie przeleżał w swoim łóżku, przyjmował leki, temperatura prawie zeszła, opuchlizna nie wracała, apetyt był i ogólnie wyglądało na to, że może będzie już ok. Ale nie. Przyszedł piątek |(czyli dla mnie to jeszcze dziś ale ogólnie to już wczoraj bo jest po północy) i od rana J najpierw dostał takiego ataku kaszlu, że myślałam, że płuca wypluje a potem nagle ok południa wróciła mu temperatura i to wyższa niż miał wcześniej. Po obiedzie padł jak nieprzytomny a my postanowiliśmy poczekać aż się obudzi i ocenić jego stan po drzemce i wtedy ewentualnie wezwać lekarza do domu. Oczywiście po spaniu nic sie nie polepszyło więc wezwaliśmy lekarza. W momencie gdy pani doktor podjechała J nagle zaczął płakać, że boli go brzuch a następnie wymiotować, tak jak leżał, na siebie ... masakra normalnie, pani doktor w drzwiach, ja latam od drzwi do pokoju J, J leży w łóżku nie powiem w czym, ja staram się to ogarnąć, M chodzi z drącym się A, który akurat w tym momencie postanowił zarządać obecności tylko i wyłącznie mamy a pani doktor niczym nie wzruszona poszła na górę oglądać J. Drący się A. został na dole sam w łóżeczku, M wziął J do kąpieli a ja opowiedziałam wszystko co działo się z J przez ostatnie dni. Jak już zdałam relację to zleciałam na dół do cały czas drącego się A. i postanowiłam go nakarmić bo już dawno był na to czas. Okazało się jednak, że A. postanowił zrezygnować z obiadków (o tym w kolejnej notce) więc cały słoiczek marchewki z ziemniakiem poszedł do kosza a ja trzymając go na rękach zaczęłam szykować mleko, na które dodatkowo trzeba czekać 10 minut po zrobieniu przed podaniem. Całe szczęście A u mnie oczywiście się uspokoił więc gdy czekaliśmy na melko poszłam na górę dowiedzieć się co z moim drugim dzieciem się dzieje i jaka jest diagnoza pani doktor. Płuca czyste, uf. Oskrzela czyste, uf. Migdały wielkie ale nie infekcyjne, anginy nie ma, uf (choć z przerażniem myślę o tym, że to co on ma w gardle to jest jego stan naturalny, brr). A co w takim razie jest?
Wygląda na to, że na koniec przyplątała się jakaś infekcja żołądkowa, będzie wymiotował, może dojść biegunka, lekka gorączka itd., a my jedyne co możemy zrobić to dopajać i podawać różnego rodzaju preparaty przeciw odwodnieniu, z dobrymi bakteriami, pre czy tam probiotykami itd. Przy okazji poprosiłam panią doktor, żeby zerknęła na A., powiedziała, że gardło lekko zaczerwienione ale to równie dobrze może być od krzyku, który wcześniej A sobie i nam zafundował. Na wszelki wypadek powiedziała żeby Hascosptem psiknąć. Żaden problem, jakiego leku nie wymieniła wszystko miałam w domu, pół apteki już przecież mam przez te wieczne choróbska, z którymi walczymy. Co wcale nie zmienia faktu, że jak chwilę potem M pojechał do apteki po kilka bzdur, które chciałam żeby dokupił to zostawił tam ponad 90zł.

Podsumowując: przez organizm J przeszło jakieś istne tornado a przez nasz dom huragan.
W ten oto sposób dotarłam do kolejnej soboty.

Update, luty 2014.
Pisząc powyższą notkę nie wiedziałam, że za 8 godzin wydarzy się coś co zmieni naszą polską rzeczywistość na zawsze ...

wtorek, 6 kwietnia 2010

Pól roku !

Ale jakie pół roku? Przecież ja dopiero co urodziłam, a nawet lepiej, ja dopiero co robiłam test i dopiero co była Wielkanoc 2009 kiedy to miałam usg genetyczne.
I choć dla mnie wydaje się to zupełnie nieprawdopodobne to od tamtych Świąt i usg za pare dni minie rok a mój synek dziś kończy już 6 miesięcy :)

sobota, 3 kwietnia 2010

:/

Swięta a do tego urodziny M i wszystko spędzamy osobno, M w pracy a ja w domu z dziećmi, sami :(
Decydując się na zmianę stanowiska pracy M wiedzieliśmy, że tak to właśnie będzie wyglądać ale wtedy w lutym pomyślałam sobie, a co tam, jakoś to będzie.
No i jest ... smutno.

sobota, 6 marca 2010

5 miesięcy za nami :)

5 miesięcy za nami :)
Okrągła piąteczka dziś nam stuknęła :)

Najważniejsze z osiągnięć 5-go miesiąca to to, że od 2 tygodni A. przekręca się sam z plecków na brzuszek i robi to dosłownie w ciągu sekundy i bez przerwy. Ot, nic nadzwyczajnego w tym wieku ale dla mnie jako mamy widok przecudowny.
A. ma już swoje ulubione zabawki, na które reaguje głośnym śmiechem i ogólnie większym zainteresowaniem niż na inne. Niestety nadal jakoś tak nieporadnie je łapie, niby łapie ale zaraz puszcza, albo przykłada do buzi i nagle się denerwuje, jakby coś mu nie pasowało. Nie wiem za bardzo o co chodzi i czekam aż mu przejdzie, starając się za bardzo nie wnikać i nie szukać w necie odpowiedzi na pytanie czemu tak robi bo znając mnie to zaraz wynalazłabym jakiś nowy problem a po co robić z igły widły.

Ze słoiczkowym jedzeniem jakoś nam idzie ale kapnęłam się, że chyba musimy przyspieszyć tempo bo nagle cały miesiąc minął a my jesteśmy w lesie z kilkoma smakami po 4 miesiącu a tu już wchodzą te po 5-tym no i jeszcze wisi nad nami przykaz "ekspozycji na gluten" (jak to się teraz fachowo nazywa), więc muszę się bardziej przyłożyć.
Nie zamierzam się bawić w żadne tam dosypywanie kaszki manny błyskawicznej tylko chcę skorzystać z gotowych słoiczków z kaszką. Tyle, że niestety wszystkie te gotowe są ze składnikami, których A. jeszcze nie ma wprowadzonych, np. kurczak z kaszką itd., a A. kurczaka jeszcze nie miał przyjemności skosztować bo póki co jesteśmy na etapie warzyw i owoców. Także najpierw teraz muszę zapoznać A.z kurczakiem i dopiero jak ten kurczak zostanie zaakceptowany to mogę ruszyć z dodatkiem glutenu. A w międzyczasie jeszcze wprowadzać kolejne owoce bo tu też jesteśmy w tyle.
Zabawa na całego. Rozpisałam sobie w kalendarzu co i kiedy wprowadzamy bo zaczynam się gubić a nie chcę żeby skończyło się tak, że podam mu jednego dnia kilka nowych smaków.

A. niestety nadal jest ulewający (choć oczywiście mniej niż kiedyś) :( więc cały czas jedziemy na Bebilonie AR, który jest masakrycznie drogi a do tego jest tylko w małych puszkach 400g, które znikają nam w oczach, (jedna starcza na 2,5 dnia) a kosztują prawie tyle samo co duże pudełko, czyli 800g zwykłego Bebilonu. Masakra.
Optymistyczny scenariusz zakładał, że A. wyrośnie z tego po 3 miesiącu, co jak już wiemy u nas nie nastąpiło, kolejny, mniej optymistyczny scenariusz przewiduje ustanie ulewań ok 6-go miesiąca i po wprowadzeniu stałych pokarmów, a ten najmniej optymistyczny zakłada utrzymanie ulewania do ukończenia pierwszego roku. I tego ostatniego scenariusza sobie nie wyobrażam, więc bardzo proszę o trzymanie za nas kciuków coby to cholerne ulewnie poszło sobie od nas raz na zawsze w ciągu najbliższych kilku dni.

W 5-tym miesiącu A. wyrósł z porannego budzenia się z mega wrzaskiem także nasze poranki stały się bardzo przyjemne, leżymy sobie, tulimy się, gugamy, głaskamy i czułościom nie ma końca. Poza tym uwielbiam przytulać się do niego z rana kiedy jest taki cieplutki, pulchniutki i patrzy na mnie tymi swoimi zaspanymi, niebieskimi, gigantycznymi (po mamusi) oczętami :)
Tego będzie mi brakować najbardziej gdy przyjdzie czas powrotu do pracy :(((

Na chwilę skupiając się na mnie to 5 miesięcy po porodzie przypadkiem i bez żadnych starań osiągnęłam wagę sprzed 4 lat (wagi w domu nie mam ale obstawiam nie więcej jak 49kg) i wyglądam jak szczur. Znajomi i rodzina nie mogą na mnie patrzeć a ja jestem zachwycona i z przerażeniem tylko myślę co to będzie jak z czasem znów zacznę obrastać w tłuszczyk :( ale póki co wyciągnęłam sobie stare jeansy w rozmiarze 34-36 i cieszę się, że mogę znów je nosić :)

niedziela, 28 lutego 2010

Tik, tak, tik, tak ...

Nieubłagalnie, z każdą chwilą, coraz bardziej zbliżam się do godziny ZERO, czyli dnia powrotu do pracy :(
Co gorsze mam wrażenie, że każdy dzień, tydzień, miesiąc mija jeszcze szybciej od poprzedniego. Przed chwilą był Sylwester a tu już jutro marzec, no i gdzie te wszystkie miesiące uciekły?

Teraz, mimo tego, że tak źle się czuję (przez leki) to staram cieszyć się każdą chwilą z A., rozpływam się nad jego uśmiechami, całuję go bez przerwy we wszystkie fałdki, noszę, tulę, patrzę, podziwiam, KOCHAM tak bardzo ...

I po prostu nie wyobrażam sobie zostawienia go. NIE I KONIEC. Już kiedyś to przerabiałam i było tak samo ciężko, płakałam już na 2 miesiące przed powrotem a teraz jest jeszcze gorzej bo wtedy mojemu powrotowi towarzyszyły trochę inne okoliczności niż teraz i przez to było może ciut łatwiej. Wtedy wracałam na nowe stanowisko a moja praca była 20 minut drogi od domu, teraz wracam na stare śmieci, które przez lata tak mi sie obrzydły, że na samą myśl powrotu do tego bagna chce mi się wyć i wymiotować. Całą sytuację pogarsza jeszcze fakt, że teraz do pracy mam ponad 2h drogi w jedną stronę.

Nie ma co się oszukiwać, już za chwilę moje życie zmieni się w koszmar i świadomość tego dobija mnie strasznie.

poniedziałek, 22 lutego 2010

Deja vu

Dokładanie miesiąc temu, między 21 a 26 stycznia przeżywałam istny pogrom, który opisywałam tu na blogu. A dokładnie od wczoraj mogę powiedzieć, że przeżywam powtórkę z rozrywki: nadal plączemy się po szpitalach, temat asymetrii też się nie chce odczepić, mam coś na kształt anginy, popsuła się nam mikrofalówka a przed chwilą przy wyjmowaniu prania okazało się, że znów cała woda zatrzymała się w pralce, czyli dokładnie to samo co miesiąc temu.

Deja vu ?

No pokażcie mi większego pechowca.

niedziela, 21 lutego 2010

Zonk

Cały zeszły tydzień to był maraton po lekarzach z A. i prawie każde wyjście to był jeden wielki ZONK.

Zaczęliśmy już w poniedziałek, 15 lutego, od kolejnej tyru szczepienia. Było to jak do tej pory jedno z najbardziej udanych szczepień, bo pomijając lekką histerię przy szczepieniu to zarówno wcześniej jak i później było ok. Dla przypomnienia wspomnę tylko, że pierwsze szczepienia było porażką na całej linii bo histeria była przez cały czas a potem jeszcze odczyn poszczepienny a przy drugim mimo, że nie było odczynu to za to w trakcie był mega wrzask bo A. został wybudzony i głośno wszystkim dał znać co o tym myśli.
Przed szczepieniem odbyła się standardowa kontrola czyli ważenie, mierzenie itd. I tu padł pierwszy zonk :( Wrzucamy A. na wagę, pani doktor na widok mojego rozebranego Pączka komentuje, że "dobrze" wygląda, ja zaciskam kciuki coby był ładny przyrost, waga pokazuje ponad 7kg, więc na mojej twarzy pojawia się uśmiech. I w tym momencie nasza pani doktor zmywa mi ten uśmiech jednym krótkim zdaniem: "on ma nadwagę !!!" COOOOO ??? Jaką nadwagę ??? Pani doktor mówi, żebym ubrała małego a ona popatrzy w siatki centylowe itd. Popatrzyła i mówi, że dzieci w jego wieku ważą ok 6kg a jeszcze dodatkowo w porównaniu z jego niską wagą startową to on po prostu za dużo przybiera. Masz babo placek. Z jednym wieczny stres, że za chudy (J wagą A osiągnął w wieku 6,5 miesiąca czyli aż dwa miesiące później) to jak przy drugim zaczęłam się cieszyć, że taki Pączek to mnie nadwagą straszą :(
Pni doktor zapytała ile on je i oczywiście stwierdziła, że zbyt dużo (ale to już sama wiem bo od dawna zjada porcje, które według tabelki na pudełku są przeznaczone dla dziecka 6-cio miesięcznego). Pytam więc pani doktor co w związku z tym robimy ponieważ mniej mu robić nie mogę bo zasysa wtedy pustą butlę i płacze, a ona na to żeby A. podawać na pół godziny przed jedzeniem wodę to może będzie wtedy ,mniej zjadał bo będzie miał wodę w żołądku. No nie spodobał mi się ten pomysł w ogóle bo A. nadal ulewa i ratuje nas tylko mleko AR a i tak mam każdego dnia kilka przebieranek i góra prania rośnie co chwila. To jak zacznę mu podawać wodę to przecież będzie chlustał dalej niż będzie widział i wrócimy do tego co było zanim wprowadziłam mleko AR. Mówię to pani doktor a ona mi na to, że wodą nie powinien chlustać bo ona nie zatrzymuje się w żołądku tylko przelatuje. No dobra, tylko gdzie tu sens w takim razie skoro ta woda miała być po to żeby zapchać żołądek żeby potem mniej zjadł ?? Ja sensu nie widzę. I taką oto drogą dedukcji doszłam do wniosku, że żadnej wody podawać małemu nie będę tylko co najwyżej nie wprowadzę pełnej porcji kaszek, które jak wiadomo potwornie tuczą i daje się je dzieciom z niską wagą na podtuczenie. Póki co A. dostaje kaszkę lub kleik nie jako pełny posiłek tylko po prostu dosypywałam 2 lub 3 miarki do butli z mlekiem więc po prostu przy tej metodzie pozostanę żeby nie jadł pełnej michy kaszki. Na koniec przeanalizowaliśmy jeszcze temat z wójkiem M, który jest pediatrą i on też powiedział, że nie ma o co robić paniki i, że z tą wodą to dziwny pomysł. Także z błogosławieństwem lekarza wody nie włączyłam do menu A. :)

Skoro jesteśmy przy jedzeniu to wspomnę tylko, że w jadłospisie A. znajdują się już: marchewka, ziemniak, kleik kukurydziany, kaszka waniliowa i oczywiście mleko AR. Jutro spróbujemy zupki jarzynowej.


We wtorek, 16 lutego, byliśmy za to w szpitalu Dziekanowskim na kontroli u rehabilitantki. I tu kolejny zonk bo oczywiście stwierdziła, że A. jest do rehabilitacji: wzmożone napięcie mięśniowe, asymetria itd., kazała nam dzień później przyjechać na nowo, stawić się w poradni rehabilitacyjnej i umówić się na turnus rehabilitacyjny. Trochę się wkurzyłam po pierwsze diagnozą a po drugie tym, że znów na następny dzień mieliśmy tam jechać i odbębniać kolejne stania pod drzwiami, które zazwyczaj rujnują nam cały rytm dnia jaki mamy w dni kiedy nie wozimy się po przychodniach. Kto ma małe dziecie ten wie jakie to wkurzające kiedy drzemki mieszają się z karmieniami itd., bo dziecko zasypia w samochodzie w czasie gdy normalnie czuwa i potem nie wiadomo jak naprostować żeby rytm dnia znów miał ręce i nogi. No ale skoro mus to mus.

W środę, 17 lutego, znów zrywamy małego i znów wieziemy do tego szpitala, pokonujemy kolejny raz te długaśne korytarze (szpital dziekanowski to moloch nad molochy), docieramy do poradni i czekamy na swoją kolej. Cały czas zastanawiam się na czym ma polegać ta wizyta i po co miałam brać dziecko skoro chodzi tylko o ustalenie terminu turnusu. Okazuje sie, że dziecko jest potrzebne pownieważ tu gdzie mieliśmy się stawić wcale nie będziemy ustalać terminu turnusu tylko tym razem inny lekarz na nowo majta naszym A. i stwierdza, że: ŻADNEGO NAPIĘCIA NIE MA I JEST TYLKO LEKKA ASYMETRIA, UFFFF, znowu pojawia sie uśmiech na mojej twarzy i tak samo szybko zostaje zmyty jak ostatnim razem bo pan doktor na koniec optymistycznego wywodu orzeka: DO REHABILITACJI. Qrwa.
Znów się wqurwiłam bo nie dość, że czeka nas jeszcze ta rehabilitacja to okazuje się, żeby zapisać się na ten turnus to musimy drałować na inny koniec szpitala bo tu tylko dzieci oglądają i dają skierowania. Czyli odbębniliśmy dwa dni z rzędu dwie takie same wiyty jakby nie można było tego skierowania załatwić jednego dnia. No dobra, wzięliśmy małego i dawaj tymi korytarzami szukać pokoju do rejestracji na ten turnus. Znaleźliśmy, znów odczekaliśmy swoje i w końcu wchodzimy. I następuje kolejny zonk: pani bierze skierowanie, patrzy, czyta i mówi, że zaraz nam powie kiedy mamy termin, chwila ciszy po czym dowiadujemy się, że pierwszy wolny termin to ... UWAGA: 23 LIPCA. I to w dodatku na liście rezerwowej. ŚMIECH NA SALI. Mało tego, pytam się jak to wygląda bo nie wiem co to znaczy turnus, myślę sobie, że jakieś przyjazdy raz czy dwa razy w tygodniu i tyle (przynajmniej w takiej częstotliwości mają zajęcia znane mi dzieci rehabilitowane i to na dużo poważniejsze sprawy niż lekką asymetria ułożenia) a tu okazuje się, że nie dwa czy jeden raz tylko oznacza to przyjazdy codziennie przez dwa tygodnie. Kolejny śmiech na sali. Ciekawe jak robią to osoby pracujące ??? Bo w lipcu to ja na swoje nieszczęście będę już w pracy. A nawet jakby mieli terminy wolne na teraz to powiem szczerze, że ostatnie tygodnie jakie mam do spędzenia z dzieckiem w domu wolałabym spędzić inaczej niż dzień w dzień wozić się po tym cholernym szpitalu.
Na koniec pani powiedziała nam jeszcze, że oczywiście w każdej chwili może się jakieś miejsce zwolnić i wtedy oni zadzwonią żeby przyjechać. I mamy następny zonk: bo turnusy zaczynają się zawsze i tylko w piątki i wygląda to tak, że po prostu w jakiś piątek oni sobie tak po prostu zadzwonią i powiedzą: proszę przyjechać za godzinę. Ha, ha, ha. Ciekawe jak ja to zrobię nie mając samochodu ani prawa jazdy do tego siedząc z drugim dzieckiem w domu.
Poczekamy, zobaczymy. Ale na spokojnie rozmawiając potem z M. stwierdziliśmy, że u J. ta sama pani doktor 5 lat temu też dopatrywała się napięcia i Bóg wie czego jeszcze a nasz pediatra nic takiego nie widział, ja wtedy przychyliłam się do wersji naszego pediatry i na żadną rehabilitację nie poszliśmy a J wyrósł jakoś normalnie.
Teraz mamy pokazane jak ćwiczyć A., więc pomęczymy go sami i zobaczymy, może zanim przyjdzie termin to sami z tego jakoś wyjdziemy.
A skoro jesteśmy już przy ćwiczeniach i sprawności ruchowej to od dwóch dni A. sam przewraca się z plecków na brzuszek i sprawia mu to ogromną frajdę, mnie zresztą też bo widok jest super :)


Generalnie z tej mojej notki wynika, że w niczym nie zgadzam się z tymi lekarzami i neguję wszystko co do mnie mówią. No ale co ja na to poradzę, że moja matczyna intuicja podpowiada mi inne rozwiązania ??

piątek, 19 lutego 2010

Ratunku, mój ZĄB !!!

Nie, NIE u A., ani też NIE u J.
MÓJ, własny, osobisty !!!
Po ponad 4 miesiącach olewania sygnałów z jego strony i uciszania go wszelkimi dostępnymi środkami przeciwbólowymi, tak mi wczoraj dał popalić, że ok 22:00 wylądowałam w całodobowym centrum stomatologii.
Ale zanim tam wylądowałam to:
*ok 19:00 próbowałam poratować się jeszcze ketonalem, po którym, nie było nawet minimalnej poprawy i wtedy wiedziałam już, że dobrze nie jest.
*w tym samym czasie, w gigantycznym bólu próbowałam zlokalizować jakiekolwiek miejsce, gdzie o tej porze mogłabym otrzymać jakąś pomoc, łatwe to nie było.
*po zlokalizowaniu miejsca gdzie mogli mnie przyjąć z otwartymi rękami musiałam załatwić sobie jakiś transport bo zanim sama dojechałabym tam z tej mojej wioseczki to byłby środek nocy a poza tym i tak nie byłam w stanie nigdzie sama się ruszyć bo z bólu chodziłam po ścianach.
*czekając na transport przemierzyłam moje mieszkanie wzdłuż i wszerz chyba ze 100 razy bo to był jedyny ratunek na mój ból. Chodziłam tak od ściany do ściany z dość dużą prędkością jakby motorek mi ktoś w tyłek wsadził, co i raz odlatując z bólu.

Tak jak pisałam wcześniej, w przychodni wylądowałam ok. 22:00, z ulgą chwyciłam za klamkę drzwi, odważny krok do przodu, przemierzam korytarz z radością, że już tylko chwilka i tym razem to ja dam temu skur.... ząbkowi popalić jakimś wiertełkiem. Jakież było moje zdziwienie gdy okazało się, że to nie koniec mojej męczarni i po tych 3 godzinach bólu czekają mnie chyba ze trzy kolejne bo w poczekalni siedzą 3 osoby a w gabinecie jedna !!! No kuźwa, jadąc tam byłam pewna, że tylko ja jedna przeżywam w tym czasie taki horror i jak tylko dojadę to od razu będę przyjęta bo przecież inni ludzie takich przygód nie mają, siedzą sobie spokojnie w domkach i filmy oglądają. A tu taki numer. Okazuje się, że do tej samej przychodni, w tym samym czasie, w środku nocy przyjechali jeszcze inni cierpiętnicy a ich miny mówiły mniej więcej tyle samo co moja: "zrobię wszystko tylko uwolnijcie mnie od tego bólu."

Po tym lekkim szoku, gdy już pogodziłam się z tym, że muszę jeszcze trochę pocierpieć, było już tylko lepiej a czasem nawet wesoło bo np.:
po zadaniu trójce cierpiętnikom, siedzącym pod gabinetem, standardowego pytania: "kto z państwa jest ostatni?", usłyszałam odpowiedź, że ... "WSZYSCY", tu pojawiły się wielkie znaki zapytania w moich oczach a przy próbie wyjaśnienia okazało się, że ci ludzie, siedząc pod tym gabinetem nie wiadomo ile, do tej pory nie ustalili kto po kim wchodzi, mało tego, nie są nawet w stanie tego ustalić bo: tego pana to nie było widać bo stał za wieszakiem (powierzchnia 2 na 2 ale pana widać nie było), a ta pani to przepuściła tego pana bo on tu z bólem przyjechał (!!!) - no kuźwa, a ja to tak dla zabawy, ząbki pokazać bo mi się nudzi po nocy. Jednak udało mi się w końcu dojść do tego kto po kim itd., więc zaległam w spokoju na skórzanym fotelu, położyłam głowę na ramieniu mojej pomocy transportowej i starałam się odpłynąć i nie czuć już tego bólu. Po ok 30 minutach takiego leżenia poczułam, że ból zanika !! Co za ulga !! Ale było juz ok 23:00, czyli 4h po ketonalu więc stwierdziłam, że to nie od leku a raczej od tego ułożenia głowy i może bezpieczniej będzie już jej nie ruszać coby ten ból nie wrócił bo powtórki nie zniosę. W tym czasie przyszło kilka kolejnych cierpiętników, z czego pani zaraz za mną okazała się mamą trójki dzieci, z czego pierwsze dokładnie w wieku mojego J. a ostatnie w wieku mojego A., do tego obie połączone nagłym, nocnym bólem zęba naprawdę miałyśmy sporo wspólnych tematów, tyle, że gadałam z nią cały czas tak półleżąc bo bałam się poruszyć i zmienić pozycję.
Następna cierpietnica, która przyszła, po kilku minutach siedzenia zaczęła odwalać w poczekalni dokładnie taką samą pielgrzymkę jak wcześniej ja w domu. Ja nie czując póki co bólu byłam dla niej pełna współczucia ale nie na tyle, żeby zaproponować jej wejście przede mną, o nie, sama już swoje przeszłam i wyczekałam, był już środek nocy a ja byłam już prawie u drzwi gabinetu a w domu czekała na mnie dwójka śpiących dzieci, którymi od rana miałam się dziś zająć.
Także po 2 godzinach czekania, o 23:40 wylądowałam w końcu na fotelu i po krótkim wywiadzie pani doktor dotarła do ogniska problemu, którym to ku mojemu zdziwieniu okazała się ukruszona 5-tka a nie tak jak myślałam przez te ostatnie kilka miesięcy, robiona wieki temu, także obecnie ukruszona, przyciemniona 6-tka. Pani doktor zabrała się za 5-tkę, zrobiła co trzeba i już o 00:08 byłam w drodze do samochodu, do domu weszłam przed 1 w nocy.

Szkoda tylko, że to nie koniec tej historii a dopiero początek. Bo teraz trzeba zrobić prześwietlenie zarówno 5-tki jak i 6-tki i pociągnąć temat dalej, poza tym 7-ka też się pani doktor nie podobała więc na nią też trzeba spojrzeć, że już nie wspomnę o 2-ce, która odzywała mi sie już dawno temu zanim jeszcze ta 5-ka dała o sobie znać.