2,5 tygodnia minęło wiadomo jak - błyskawicznie szybko. Nie zrobiłam oczywiście połowy rzeczy, które planowałam zrobić i za to zrobiłam dużo tych, których nie planowałam. Odpoczęłam i fizycznie i psychicznie a i tak jestem zmęczona ;)
2,5 tygodnia zbierałam się żeby pojechać do starej pracy po moje rzeczy. Nie zrobiłam tego ani pierwszego dnia urlopu ani w pierwszym jego tygodniu a nie nawet w drugim i z każdym dniem nie chciało mi się jechać tam coraz bardziej :/ W końcu zebrałam się w sobie i pojechałam, wczoraj. W drodze flaki przewróciły mi się ze 3 razy, w biurze spotkałam się oczywiście z tym co najbardziej mnie wkurzało, także zagryzłam zęby, zabrałam swój kartonik jak na filmach to robią i czym prędzej zmyłam się do domu z myślą, że już nigdy, przenigdy nie będę musiała tam jechać, widywać się z tymi ludźmi, spędzać z nimi 3/4 swojego życia i udawać, że ich lubię, uffff
I oczywiście biorę pod uwagę to, że "nigdy nie mów nigdy" ale póki co mam to gdzieś :D
Przez te 2,5 tygodnia przerobiłam wiele stanów chorobowych dzieci aż w końcu skupiło się to wszystko na mnie ze skutkiem takim, że od niedzieli jestem chora a od wczoraj dodatkowo połamana bo coś mi się porobiło z szyją. Generalnie funkcjonuję dzięki gripexowi (wersja tylko i wyłącznie v-caps - polecam) i ibupromowi. Dicloberl odblokował mi szyję i kark na tyle, że mogę na nowo ruszać głową choć nadal nie bez bólu :/ Do tego 100 chusteczek idzie mi na dobę i tak jakoś trwam.
A jutro ?
A jutro pierwszy dzień mojego nowego życia.
Boję się ???
środa, 30 listopada 2011
czwartek, 10 listopada 2011
Rewolucja październikowo - listopadowa
Dziś, po 11 latach pracy, ok godziny 14:00, po raz ostatni zamknęłam za sobą drzwi mojego biura. Tak, tak, odeszłam z pracy, czyli niemożliwe stało się możliwe. Choć nadal to do mnie nie dociera...
20.10 odebrałam telefon, 25.10 poszłam na rozmowę, 28.10 podpisałam umowę przedwstępną i tego samego dnia złożyłam wymówienie w mojej starej pracy.
Szybko poszło. Nawet bardzo. Ale nie było tak prosto jak się wydaje, od momentu rozmowy do dzisiaj, czyli przez ponad 2 tygodnie żyłam w mega stresie, najpierw negocjowanie warunków umowy z nowym pracodawcą, potem negocjowanie mojego nagłego odejścia ze starym pracodawcą, potem tydzień ciszy gdyż moja szefowa była na urlopie i na ten czas rozmowy zostały zawieszone :/ a ja zostałam z niezakończonymi bardzo ważnymi tematami czego nie znoszę! Ja muszę mieć wszystko ułożone, zaplanowane, bez niejasności i niedomówień i bez żadnego odkładania, ja lubię mieć wszystko jasne, od razu! Sama nie wiem jak przetrwałam ten tydzień. Ostatecznie na początku obecnego tygodnia zapadły wszystkie decyzje, w dodatku pomyślne dla mnie :) Tyle, że po tych decyzjach zostały mi zaledwie 4 dni na zakończenie wszystkich spraw, szaleństwo! No cóż, sama tego chciałam. Ale dałam radę i tym sposobem, dziś byłam ostatni dzień w starej pracy i zaczęłam odbieranie zaległego urlopu. Niestety mam go tyle, że będę go jeszcze odbierać będąc już w nowej pracy. Niestety w czasie roku 2011 nie przewidziałam sytuacji, że tak nagle zdobędę nową pracę i ściskałam ten urlop jak się dało :/
W starej pracy miałam dziś pożegnanie, wcale nie miałam na nie ochoty ale już od samego porannego wejścia czekała na mnie miła niespodzianka a potem było już tylko coraz lepiej :) Rano na biurku znalazłam duży karton a w nim tort robiony specjalnie dla mnie przez męża (byłego cukiernika) mojej koleżanki z działu. Szok :) Ja przywiozłam kilka ciast, rozstawiłam wszystko, zaprosiłam ludzi na 9:30, i się zaczęło... przemówienia, wspomnienia, nie ogarnęłam emocji i się poryczałam. No bo, co by nie mówić to jednak było to 11 lat, 11 lat mojego życia! I kiedy to minęło ???
Po pożegnaniu, dokończyłam ostatnie sprawy zawodowe, przekazałam to co nie dało się dokończyć, uprzątnęłam biurko, szafkę, szuflady, spakowałam wszystko do kartonu jak na filmach to robią - dziwne uczucie ... a potem poszłam, tak po prostu, wyszłam - również bardzo dziwne uczucie...
Ale dość szybko się otrząsnęłam i ze starej pracy pojechałam prosto do nowej, gdzie zawiozłam podpisaną umowę, odebrałam skierowanie na badania i ogólnie zostałam powitana w gronie nowych znajomych...
Podsumowując: parę godzin temu zamknęłam pewien rozdział w moim życiu, uwolniłam się od czegoś co nie dawało mi żyć, dziś był ostatni dzień tego koszmaru. Także jutro mam swoje prywatne Święto Niepodległości ;) Pierwszy dzień reszty mojego życia. Boję się być szczęśliwą - bo bardzo się boję nowego ...
20.10 odebrałam telefon, 25.10 poszłam na rozmowę, 28.10 podpisałam umowę przedwstępną i tego samego dnia złożyłam wymówienie w mojej starej pracy.
Szybko poszło. Nawet bardzo. Ale nie było tak prosto jak się wydaje, od momentu rozmowy do dzisiaj, czyli przez ponad 2 tygodnie żyłam w mega stresie, najpierw negocjowanie warunków umowy z nowym pracodawcą, potem negocjowanie mojego nagłego odejścia ze starym pracodawcą, potem tydzień ciszy gdyż moja szefowa była na urlopie i na ten czas rozmowy zostały zawieszone :/ a ja zostałam z niezakończonymi bardzo ważnymi tematami czego nie znoszę! Ja muszę mieć wszystko ułożone, zaplanowane, bez niejasności i niedomówień i bez żadnego odkładania, ja lubię mieć wszystko jasne, od razu! Sama nie wiem jak przetrwałam ten tydzień. Ostatecznie na początku obecnego tygodnia zapadły wszystkie decyzje, w dodatku pomyślne dla mnie :) Tyle, że po tych decyzjach zostały mi zaledwie 4 dni na zakończenie wszystkich spraw, szaleństwo! No cóż, sama tego chciałam. Ale dałam radę i tym sposobem, dziś byłam ostatni dzień w starej pracy i zaczęłam odbieranie zaległego urlopu. Niestety mam go tyle, że będę go jeszcze odbierać będąc już w nowej pracy. Niestety w czasie roku 2011 nie przewidziałam sytuacji, że tak nagle zdobędę nową pracę i ściskałam ten urlop jak się dało :/
W starej pracy miałam dziś pożegnanie, wcale nie miałam na nie ochoty ale już od samego porannego wejścia czekała na mnie miła niespodzianka a potem było już tylko coraz lepiej :) Rano na biurku znalazłam duży karton a w nim tort robiony specjalnie dla mnie przez męża (byłego cukiernika) mojej koleżanki z działu. Szok :) Ja przywiozłam kilka ciast, rozstawiłam wszystko, zaprosiłam ludzi na 9:30, i się zaczęło... przemówienia, wspomnienia, nie ogarnęłam emocji i się poryczałam. No bo, co by nie mówić to jednak było to 11 lat, 11 lat mojego życia! I kiedy to minęło ???
Po pożegnaniu, dokończyłam ostatnie sprawy zawodowe, przekazałam to co nie dało się dokończyć, uprzątnęłam biurko, szafkę, szuflady, spakowałam wszystko do kartonu jak na filmach to robią - dziwne uczucie ... a potem poszłam, tak po prostu, wyszłam - również bardzo dziwne uczucie...
Ale dość szybko się otrząsnęłam i ze starej pracy pojechałam prosto do nowej, gdzie zawiozłam podpisaną umowę, odebrałam skierowanie na badania i ogólnie zostałam powitana w gronie nowych znajomych...
Podsumowując: parę godzin temu zamknęłam pewien rozdział w moim życiu, uwolniłam się od czegoś co nie dawało mi żyć, dziś był ostatni dzień tego koszmaru. Także jutro mam swoje prywatne Święto Niepodległości ;) Pierwszy dzień reszty mojego życia. Boję się być szczęśliwą - bo bardzo się boję nowego ...
niedziela, 6 listopada 2011
Stało się
Dziś rano zdarzył nam się bardzo niemiły wypadek. Młodszy rozciął sobie głowę, mamy za sobą jazdę karetką i hardcore szpitalny przy znieczulaniu i szyciu jego małej główki :(
Klasycznie wystarczyła jedna chwila, jeden moment i nieszczęście gotowe. Wstaliśmy rano i gdy chwilę potem chciałam wyjść z sypialni, Młodszy, który nie odstępuje mnie na krok od dwóch lat, rzucił się za mną biegiem, potknął o dywan, upadł i całą siłą trafił głową w kant łóżka :( Dom się zatrząsł, mnie serce stanęło. Pierwsza myśl, że głowa na bank rozcięta bo uderzenie było bardzo silne, jednak spojrzałam na niego i nie zobaczyłam pod rączką krwi, złapałam w ramiona, przytulam, w myślach biegnę już po zimny kompres na guza, odciągam jego rączkę i widzę, że pół buzi we krwi i otwartą ranę :( Nerwy i emocje ruszyły :( Młodszy wyje, rzuca się, nie daje utrzymać na rękach, krew się leje, po nim, po mnie, wszędzie, ja nie mogę znaleźć telefonu :( W
końcu znajduję, dzwonię do M i wykrzykuję co się stało, ma do nas przyjechać z pracy. Dzwonię na 999, i co słyszę? Że nasz rejon zamieszkania to nie ich rejon i mam sobie dzwonić gdzie indziej, na numer, który mi podadzą. Oczywiście nie mam po ręką długopisu a w tych nerwach nie zapamiętam numeru, Młodszy trochę przycichł ale nie wypuszcza mnie ze swoich objęć, więc w podskokach z nim na rękach lecę po długopis, zapisuję numer choć w taki sposób, że teraz wydaje mi się on być nie do odczytania. Dzwonię, miła pani mnie uspokaja, zadaje kilka pytań i mówi, że karetka już w drodze, mam wyszykować dziecko i siebie do drogi.
Tylko jak? Jak mały zakrwawiony, nie daje się dotknąć żeby obmyć krew ani nie chce mnie puścić żebym ja chociaż mogła się ubrać. Na szczęście woła "pi", czyli pić, robię mu mleko, on pije a ja w tym czasie pędem się ubieram i zbieram rzeczy dla niego na wyjazd. Chwilę potem przyjeżdża karetka z bardzo miłymi panami, którzy zajmują się moim Młodszym, starają się obmyć i zdezynfekować ranę, niestety łatwo nie jest bo mój Skarb drze i wyrywa się jak opętany :( Pierwszy opatrunek zrywa, drugi udaje się już utrzymać na miejscu. Dojeżdża M. Ja wsiadam z A. do karetki, M z Jot jadą za nami do szpitala. W szpitalu dłuższy moment rejestracji :/ ale Adaś na szczęście jest już trochę uspokojony i obserwuje wszystko z moich rąk. Koszmar zaczyna się na nowo gdy wchodzimy do zabiegowego. Już po położeniu na stół mój bidul zaczyna znów płacz i rzucanie się, wrzask jest niesamowity, jego siła również. Pani doktor pokazuje mi jak mam go trzymać. Muszę położyć się na jego nóżkach i brzuszku a trzymać za rączki, pielęgniarka trzyma główkę, ledwo dajemy radę :/ Najgorszy jest moment znieczulania, kilka wkłuć wokół rany :( Młodszy prawie roznosi łóżko, na którym leży :( Potem szycie, opatrunek (również przy ogromnym wrzasku i szarpaniu), kilka wskazań dalszego postępowania i do domu ...
W domu Młodszy zażyczył sobie swoją ulubioną "ympkę z pleplem" i spokojnie oglądał bajkę ...

M. pojachał z powrotem do pracy a ja ogarniałam dom z tornada jakie zostawiliśmy przed wyjazdem. Przed 14:00 wyszliśmy na spacer, Młodszy zasnął o 14:00, bardzo umęczony, myślałam, że pośpi przynajmniej godzinę po takich atrakcjach ale on po 30 minutach otworzył oczka i mowy o dalszym spaniu nie było.
Bandaże z głowy zdjęłam mu ok 13:00, ciut za wcześnie (miał je mieć 4h) ale po prostu się zsunęły, więc i tak musiałam je zdjąć. Plasterek na czole przykrywający ranę i szwy, nie wygląda jakoś specjalnie przerażająco, zapewne gorzej jest pod plasterkiem ale tam na razie nie muszę zaglądać. I tylko w myślach wciąż migają mi obrazki z naszego dzisiejszego poranka :( Młodszy skończył dziś 25 miesięcy, kiepskie to zakończenie :/
Muszę też wspomnieć o moim Jot, który był dziś z nami w domu i bardzo dzielnie mi pomagał, szukał telefonu, przyniósł namoczoną zimną wodą pieluchę tetrową, pilnował brata gdy ja poszłam się w biegu ubierać i ogólnie bardzo martwił całym zdarzeniem. Powiedziałam mu, że jest moim dzielnym synkiem i, że bez niego nie dałabym rady... choć był moment, że płakaliśmy dziś nad naszym małym A. oboje ...
Klasycznie wystarczyła jedna chwila, jeden moment i nieszczęście gotowe. Wstaliśmy rano i gdy chwilę potem chciałam wyjść z sypialni, Młodszy, który nie odstępuje mnie na krok od dwóch lat, rzucił się za mną biegiem, potknął o dywan, upadł i całą siłą trafił głową w kant łóżka :( Dom się zatrząsł, mnie serce stanęło. Pierwsza myśl, że głowa na bank rozcięta bo uderzenie było bardzo silne, jednak spojrzałam na niego i nie zobaczyłam pod rączką krwi, złapałam w ramiona, przytulam, w myślach biegnę już po zimny kompres na guza, odciągam jego rączkę i widzę, że pół buzi we krwi i otwartą ranę :( Nerwy i emocje ruszyły :( Młodszy wyje, rzuca się, nie daje utrzymać na rękach, krew się leje, po nim, po mnie, wszędzie, ja nie mogę znaleźć telefonu :( W
końcu znajduję, dzwonię do M i wykrzykuję co się stało, ma do nas przyjechać z pracy. Dzwonię na 999, i co słyszę? Że nasz rejon zamieszkania to nie ich rejon i mam sobie dzwonić gdzie indziej, na numer, który mi podadzą. Oczywiście nie mam po ręką długopisu a w tych nerwach nie zapamiętam numeru, Młodszy trochę przycichł ale nie wypuszcza mnie ze swoich objęć, więc w podskokach z nim na rękach lecę po długopis, zapisuję numer choć w taki sposób, że teraz wydaje mi się on być nie do odczytania. Dzwonię, miła pani mnie uspokaja, zadaje kilka pytań i mówi, że karetka już w drodze, mam wyszykować dziecko i siebie do drogi.
Tylko jak? Jak mały zakrwawiony, nie daje się dotknąć żeby obmyć krew ani nie chce mnie puścić żebym ja chociaż mogła się ubrać. Na szczęście woła "pi", czyli pić, robię mu mleko, on pije a ja w tym czasie pędem się ubieram i zbieram rzeczy dla niego na wyjazd. Chwilę potem przyjeżdża karetka z bardzo miłymi panami, którzy zajmują się moim Młodszym, starają się obmyć i zdezynfekować ranę, niestety łatwo nie jest bo mój Skarb drze i wyrywa się jak opętany :( Pierwszy opatrunek zrywa, drugi udaje się już utrzymać na miejscu. Dojeżdża M. Ja wsiadam z A. do karetki, M z Jot jadą za nami do szpitala. W szpitalu dłuższy moment rejestracji :/ ale Adaś na szczęście jest już trochę uspokojony i obserwuje wszystko z moich rąk. Koszmar zaczyna się na nowo gdy wchodzimy do zabiegowego. Już po położeniu na stół mój bidul zaczyna znów płacz i rzucanie się, wrzask jest niesamowity, jego siła również. Pani doktor pokazuje mi jak mam go trzymać. Muszę położyć się na jego nóżkach i brzuszku a trzymać za rączki, pielęgniarka trzyma główkę, ledwo dajemy radę :/ Najgorszy jest moment znieczulania, kilka wkłuć wokół rany :( Młodszy prawie roznosi łóżko, na którym leży :( Potem szycie, opatrunek (również przy ogromnym wrzasku i szarpaniu), kilka wskazań dalszego postępowania i do domu ...
W domu Młodszy zażyczył sobie swoją ulubioną "ympkę z pleplem" i spokojnie oglądał bajkę ...

M. pojachał z powrotem do pracy a ja ogarniałam dom z tornada jakie zostawiliśmy przed wyjazdem. Przed 14:00 wyszliśmy na spacer, Młodszy zasnął o 14:00, bardzo umęczony, myślałam, że pośpi przynajmniej godzinę po takich atrakcjach ale on po 30 minutach otworzył oczka i mowy o dalszym spaniu nie było.
Bandaże z głowy zdjęłam mu ok 13:00, ciut za wcześnie (miał je mieć 4h) ale po prostu się zsunęły, więc i tak musiałam je zdjąć. Plasterek na czole przykrywający ranę i szwy, nie wygląda jakoś specjalnie przerażająco, zapewne gorzej jest pod plasterkiem ale tam na razie nie muszę zaglądać. I tylko w myślach wciąż migają mi obrazki z naszego dzisiejszego poranka :( Młodszy skończył dziś 25 miesięcy, kiepskie to zakończenie :/
Muszę też wspomnieć o moim Jot, który był dziś z nami w domu i bardzo dzielnie mi pomagał, szukał telefonu, przyniósł namoczoną zimną wodą pieluchę tetrową, pilnował brata gdy ja poszłam się w biegu ubierać i ogólnie bardzo martwił całym zdarzeniem. Powiedziałam mu, że jest moim dzielnym synkiem i, że bez niego nie dałabym rady... choć był moment, że płakaliśmy dziś nad naszym małym A. oboje ...
sobota, 5 listopada 2011
Język dwulatka
- A., zjesz coś ?
- Taaaaaa (Młodszy mimo, że nie ma problemów z literką K to słowo "tak" zawsze wymawia z rozkosznym przedłużeniem i bez końcówki)
- A co?
- YMPKĘ !
- A z czym?
- Z PLEPLEM !
Ympka z pleplem to ostatnimi czasy nasz hit, chyba nic mnie tak nie bawi jak to jego "z pleplem" :D
Czasem pytam go o to jedzenie tylko po to żeby usłyszeć jak to mówi :) A chodzi o nic innego jak o zwykłą kanapkę z ... serem :)
I jak jeszcze "ympka" do kanapki jakoś tam się ma tak nijak nie wiem jak powstało "z pleplem" od sera ;)
Ale nie należy się nastawiać, że słowo "ympka" zawsze oznaczać będzie kanapkę. Bo gdy np. przejeżdżamy obok obecnie wszędzie rozwieszonych bilboardów bananów Chiquita to Młodszy krzyczy wtedy "bamban, ympka!!!" co oznacza banan i małpka, bo w rozumowaniu mojego Skrzata jak gdzieś jest banan to musi też być i małpka ;) i na odwrót, jak gdzieś zobaczy jakąś małpkę to od razu krzyczy: "ympka" a zaraz potem "bamban" :D
A apropo małpek to od jakiegoś czasu Młodszy zakochany jest w bajce o małpce zwanej Georgem i gdy tylko bajka się zaczyna to Młodszy wydaje z siebie mega okrzyk zachwytu: "DZIOOOO !!!"
Nastąpił też u nas etap fascynacji dinozaurami, na które Młodszy mówi "ynda", przy czym bardzo często słowo "ynda" wymawia bardzo zniżonym, wręcz warczącym głosem, tak jakby udawał głos dinozaura :) a jak do tego jeszcze zaczyna nagle biegać w kółko po pokoju z podniesionym do góry rękami to już w ogóle mamy ubaw po pachy, w ten sposób udaje dinozaura albo lwa :)
Po dłuższym czasie oczekiwania Młodszy zaczął w końcu mówić imię swojego brata, wymawia je w zdrobnieniu "Inciu", słodko ;) Gdy Jot jest akurat w szkole albo po prostu gdzieś poza domem to Młodszy bardzo często pyta o swojego kochanego Inciu i zaraz sam sobie odpowiada, że go nie ma: "Inciu, ima" i rozbrajająco rozkłada rączki ;)
Bardzo często Młodszy bierze jakąś zabawkę do rączek po czym sam próbuje ją sobie wyrwać drugą rączką jednocześnie wołając "Inciu odaj!" :/ Niestety jest to efekt tego, że bardzo często Jot złości się jak Młodszy bierze jakieś jego rzeczy i krzyczy wtedy do Młodszego żeby oddał. Młodszy genialnie naśladuje te scenki (Inciu odaj, oznacza, że Jot woła do niego aby coś oddał) ale staramy się to zniwelować bo nie chcemy żeby Młodszy kojarzył stareszego brata z tym, że on ciągle mu czegoś zabrania ruszać :/
W języku Młodszego wszystkie dzieci to dzidzie :) Co generalnie bardzo zabawnie brzmi gdy spotykamy jakieś większe dziecko a A. woła na nie dzidzia, tak naprawdę sam będąc dzidzią.
Kiedyś pisałam, że A. bardzo lubi udawać, że jest właśnie dzidzią i, że dzidzia idzie spać. Zabawa ta nadal jest u nas na topie i nadal bardzo mnie bawi. Uwielbiam jak bierze podusie, układa się na niej, upomina się o przykrycie kocykiem a potem mówi "dzidzia pa" - dzidzia idzie spać, albo "dzidzia pi" - dzidzia śpi. Gdy zaraz potem nagle się podrywa z okrzykiem oznacza to, że dzidzia już się wyspała i wstaje :) Żeby tak człowiek dorosły mógł się wysypiać w tak ekspresowym tempie ;)
Ogólnie Młodszy mówi bardzo dużo, buzia mu się nie zamyka, ale cała ta mowa odbywa się w jego własnym języku i w większości zrozumiała jest tylko dla nas, rodziców, obcym trzeba tłumaczyć co nasze dziecię miało na myśli. My w większości rozumiemy Młodszego doskonale, choć czasem zdarzają nam się małe nieporozumienia bądź niedomówienia ;)
Bardzo często A. urządza nam coś na kształt mini turnieju, mówi jakieś swoje słowo i trzeba mu powiedzieć co miał na myśli, jak się odpowie dobrze to wywołuje to mega radość i okrzyk "Taaa" :D gorzej jak się nie trafi bo wtedy jest złość ;) Uwielbiam tą jego zabawę, którą wymyślił sobie sam i bardzo często się w nią z nami bawi...
Generalnie chodzę, słucham i w pamięci notuję nowo powstałe słowa Młodszego, na kartkach papieru tworzę taki jego mały słownik, ku pamięci. Nie robiłam tego z Jot i bardzo żałuję, bo kiedyś fajnie będzie usiąść i poczytać jak i co te nasze dzieci mówiły gdy były jeszcze maleńkimi skrzatami ...
- Taaaaaa (Młodszy mimo, że nie ma problemów z literką K to słowo "tak" zawsze wymawia z rozkosznym przedłużeniem i bez końcówki)
- A co?
- YMPKĘ !
- A z czym?
- Z PLEPLEM !
Ympka z pleplem to ostatnimi czasy nasz hit, chyba nic mnie tak nie bawi jak to jego "z pleplem" :D
Czasem pytam go o to jedzenie tylko po to żeby usłyszeć jak to mówi :) A chodzi o nic innego jak o zwykłą kanapkę z ... serem :)
I jak jeszcze "ympka" do kanapki jakoś tam się ma tak nijak nie wiem jak powstało "z pleplem" od sera ;)
Ale nie należy się nastawiać, że słowo "ympka" zawsze oznaczać będzie kanapkę. Bo gdy np. przejeżdżamy obok obecnie wszędzie rozwieszonych bilboardów bananów Chiquita to Młodszy krzyczy wtedy "bamban, ympka!!!" co oznacza banan i małpka, bo w rozumowaniu mojego Skrzata jak gdzieś jest banan to musi też być i małpka ;) i na odwrót, jak gdzieś zobaczy jakąś małpkę to od razu krzyczy: "ympka" a zaraz potem "bamban" :D
A apropo małpek to od jakiegoś czasu Młodszy zakochany jest w bajce o małpce zwanej Georgem i gdy tylko bajka się zaczyna to Młodszy wydaje z siebie mega okrzyk zachwytu: "DZIOOOO !!!"
Nastąpił też u nas etap fascynacji dinozaurami, na które Młodszy mówi "ynda", przy czym bardzo często słowo "ynda" wymawia bardzo zniżonym, wręcz warczącym głosem, tak jakby udawał głos dinozaura :) a jak do tego jeszcze zaczyna nagle biegać w kółko po pokoju z podniesionym do góry rękami to już w ogóle mamy ubaw po pachy, w ten sposób udaje dinozaura albo lwa :)
Po dłuższym czasie oczekiwania Młodszy zaczął w końcu mówić imię swojego brata, wymawia je w zdrobnieniu "Inciu", słodko ;) Gdy Jot jest akurat w szkole albo po prostu gdzieś poza domem to Młodszy bardzo często pyta o swojego kochanego Inciu i zaraz sam sobie odpowiada, że go nie ma: "Inciu, ima" i rozbrajająco rozkłada rączki ;)
Bardzo często Młodszy bierze jakąś zabawkę do rączek po czym sam próbuje ją sobie wyrwać drugą rączką jednocześnie wołając "Inciu odaj!" :/ Niestety jest to efekt tego, że bardzo często Jot złości się jak Młodszy bierze jakieś jego rzeczy i krzyczy wtedy do Młodszego żeby oddał. Młodszy genialnie naśladuje te scenki (Inciu odaj, oznacza, że Jot woła do niego aby coś oddał) ale staramy się to zniwelować bo nie chcemy żeby Młodszy kojarzył stareszego brata z tym, że on ciągle mu czegoś zabrania ruszać :/
W języku Młodszego wszystkie dzieci to dzidzie :) Co generalnie bardzo zabawnie brzmi gdy spotykamy jakieś większe dziecko a A. woła na nie dzidzia, tak naprawdę sam będąc dzidzią.
Kiedyś pisałam, że A. bardzo lubi udawać, że jest właśnie dzidzią i, że dzidzia idzie spać. Zabawa ta nadal jest u nas na topie i nadal bardzo mnie bawi. Uwielbiam jak bierze podusie, układa się na niej, upomina się o przykrycie kocykiem a potem mówi "dzidzia pa" - dzidzia idzie spać, albo "dzidzia pi" - dzidzia śpi. Gdy zaraz potem nagle się podrywa z okrzykiem oznacza to, że dzidzia już się wyspała i wstaje :) Żeby tak człowiek dorosły mógł się wysypiać w tak ekspresowym tempie ;)
Ogólnie Młodszy mówi bardzo dużo, buzia mu się nie zamyka, ale cała ta mowa odbywa się w jego własnym języku i w większości zrozumiała jest tylko dla nas, rodziców, obcym trzeba tłumaczyć co nasze dziecię miało na myśli. My w większości rozumiemy Młodszego doskonale, choć czasem zdarzają nam się małe nieporozumienia bądź niedomówienia ;)
Bardzo często A. urządza nam coś na kształt mini turnieju, mówi jakieś swoje słowo i trzeba mu powiedzieć co miał na myśli, jak się odpowie dobrze to wywołuje to mega radość i okrzyk "Taaa" :D gorzej jak się nie trafi bo wtedy jest złość ;) Uwielbiam tą jego zabawę, którą wymyślił sobie sam i bardzo często się w nią z nami bawi...
Generalnie chodzę, słucham i w pamięci notuję nowo powstałe słowa Młodszego, na kartkach papieru tworzę taki jego mały słownik, ku pamięci. Nie robiłam tego z Jot i bardzo żałuję, bo kiedyś fajnie będzie usiąść i poczytać jak i co te nasze dzieci mówiły gdy były jeszcze maleńkimi skrzatami ...
czwartek, 6 października 2011
730 dni i 7 nieszczęść
Dziś o 10:15 Młodszy skończył 2 latka, jest z nami 730 dni!
Niestety w kolejny rok życia wszedł z mega katarem, temperaturą 38 stopni i (co najgorsze), mega chrypą i gruźliczym kaszlem :( Jednym słowem choróbsko w końcu się ujawniło, w 7 dobie od pierwszych oznak, że coś jest nie tak. A jeszcze wczoraj pisałam, że jest tylko stan podgorączkowy bez żadnych objawów chorobowych. Szkoda tylko, że rozwinęło się w dniu urodzin :(
A. od rana był w kiepskim stanie, zamulony, zachlipiony, zakaszlony, wyglądał jak 7 nieszczęść, ale najgorzej i tak było z głosem, ledwo wydobywał z siebie dźwięki, a w zasadzie tylko rzęził ! Podony dźwięk wydobywał z siebie podczas kaszlu. Dostał Nurofen i syrop na kaszel, po jakimś czasie nastąpiła lekka poprawa. Na badania dziś nie pojechaliśmy bo po pierwsze nie za późno wstaliśmy, potem A. był w tak złym stanie, że nie chciał nic wypić więc nie miał czym siusiać a na koniec skonsultowaliśmy z naszym wujkiem pediatrą sens targania teraz zmarnowanego dziaciaka na badania, skoro infekcja i tak już wyszła i w sumie wiemy na czym stoimy. Mamy tylko ewentualnie spróbować jutro pobrać próbkę na posiew moczu żeby ostatecznie drogi moczowe wykluczyć. Badania ogólne mamy zrobić po infekcji.
A wracając do tematu dnia to W ramach symbolicznego świętowania urodzin A. dostał dziś symboliczną wersję prezentu, kupowaną przyznam szczerze na szybko dziś rano. Prezent nie drogi a okazał się rewelacją :) Ciuchcia Tomy, całkiem spora, jeżdżąca, z odgłosami jadącego pociągu i... lecącym dymem z komina w czasie jazdy, hit ! Koszt: 35zł :) Radość w oczach dzieci, bezcenna ;)
P.S. A. jest właśnie na wizycie u naszej pani doktor a nasza sobotnia impreza urodzinowa stoi pod dużym znakiem zapytania ...
środa, 5 października 2011
Po bilansie
Byliśmy wczoraj na bilansie dwulatka. Już zapomniałam jak to jest na takiej wizycie, że przeprowadzają taki cały wywiad i w ogóle :) Bilans wypadł bardzo pomyślnie, nie ma się do czego przyczepić, no może jedynie do wagi i wzrostu ale co tu zrobić jak ani rodzice ani brat gigantami nie są i nigdy nie byli. Adaś waży ok 11,5kg, dokładnej wagi nie znam bo o samodzielnym zważeniu nie było mowy i ważenie odbyło się na rękach mamy. Na siatce centylowej wygląda to lepiej niż się spodziewałam bo myślałam, że będzie na 3 centylu a jest powyżej 10-go :) Z wzrostem niestety jest ciut gorzej bo zaledwie 3 centyl, 82,5cm.
I w sumie to, że jest drobny bardzo dodaje mu uroku bo wiadomo: małe jest piękne ;) ale z sentymentem wspominam zeszłe wakacje kiedy to Adaś miał nadwagę i wyglądał jak pączek a pani doktor kazała kaszki odstawiać czego ja oczywiście nie posłuchałam :)Cała wizyta odbyła się niestety przy mega wielkiej histerii :( Adaś niestety nie wiedzieć skąd ale ma uraz do przychodni i źle reaguje już na samo wejście do gabinetu :/ Nie wiem zupełnie czemu bo przecież tak naprawdę chory był raz w życiu i nie chodzi zbyt wiele po przychodniach pomijając wizyty obowiązkowe dotyczące szczepień itp.
Do tego wszystkiego wczoraj A. miał jeszcze stan podgorączkowy, który głównie objawiał się pojękiwaniem, złym humorem oraz tym, że A. nie odstępował mnie jeszcze bardziej niż w sytuacjach gdy się dobrze czuje. Także każda jakakolwiek próba wyrwania go z moich ramion, do badania czy mierzenia powodowała napad szału i histerii u A., przez co nie była to zbyt miła wizyta :( choć nasza pani doktor wcale nie była zniechęcona zachowaniem małego i spokojnie go badała, starała się uspokoić itd.
Na koniec powiedziałam o minionym czwartku, wymiotach, wysokiej temperaturze i o tym, że w sumie cały czas u dziecka utrzymuje się stan podgorączkowy i mimo, że nie jest wysoki bo ok 37,5 stopnia to niepokojące jest to, że utrzymuje się już kilka dni (wczoraj to było 5 dni, dziś już 6) a co gorsza nie za bardzo spada po podaniu Nurofenu. Ponieważ jednak przez te wszystkie dni nie pojawiły się żadne dodatkowe objawy to zrzuciliśmy winę na ząbkowanie (które też obecnie się A. przytrafiło) i przyszliśmy na dzisiejszą wizytę. Pani doktor po części przychyliła się do naszej teorii ale jednak na wszelki wypadek dała skierowanie na morfologię i mocz, badanie ogólne i posiew.
I tak jak jeszcze wczoraj byłam w miarę spokojna to dziś już się bardzo denerwuję co te badania wykażą, podejrzenie idzie głównie w stronę układu moczowego:( Poza tym przyznam szczerze, że zupełnie nie wiem jak pobierzemy te próbki moczu :/ szczególnie, że do posiewu to musi być super sterylne :/ Żadne woreczki nie wchodzę u nas w rachubę, A. albo by je od razu zerwał albo nawet w ogóle nie pozwoliłby sobie tego przykleić. Nie wiem jak to zrobić :( Jutro rano czeka nas zabawa :/ a badania trzeba zrobić jak najszybciej i tak mamy już jeden dzień w plecy bo nie mogliśmy zrobić tego dzisiaj :( A morfologia niby łatwiejsze do pobrania ale też nie mam gwarancji jak pójdzie wkłucie i ile płaczu będzie to kosztowało moje biedne dziecko, w dodatku w tak ważnym dla mnie i dla niego dniu, który wypada akurat jutro i miał być dla nas samą przyjemnością ...
I w sumie to, że jest drobny bardzo dodaje mu uroku bo wiadomo: małe jest piękne ;) ale z sentymentem wspominam zeszłe wakacje kiedy to Adaś miał nadwagę i wyglądał jak pączek a pani doktor kazała kaszki odstawiać czego ja oczywiście nie posłuchałam :)Cała wizyta odbyła się niestety przy mega wielkiej histerii :( Adaś niestety nie wiedzieć skąd ale ma uraz do przychodni i źle reaguje już na samo wejście do gabinetu :/ Nie wiem zupełnie czemu bo przecież tak naprawdę chory był raz w życiu i nie chodzi zbyt wiele po przychodniach pomijając wizyty obowiązkowe dotyczące szczepień itp.
Do tego wszystkiego wczoraj A. miał jeszcze stan podgorączkowy, który głównie objawiał się pojękiwaniem, złym humorem oraz tym, że A. nie odstępował mnie jeszcze bardziej niż w sytuacjach gdy się dobrze czuje. Także każda jakakolwiek próba wyrwania go z moich ramion, do badania czy mierzenia powodowała napad szału i histerii u A., przez co nie była to zbyt miła wizyta :( choć nasza pani doktor wcale nie była zniechęcona zachowaniem małego i spokojnie go badała, starała się uspokoić itd.
Na koniec powiedziałam o minionym czwartku, wymiotach, wysokiej temperaturze i o tym, że w sumie cały czas u dziecka utrzymuje się stan podgorączkowy i mimo, że nie jest wysoki bo ok 37,5 stopnia to niepokojące jest to, że utrzymuje się już kilka dni (wczoraj to było 5 dni, dziś już 6) a co gorsza nie za bardzo spada po podaniu Nurofenu. Ponieważ jednak przez te wszystkie dni nie pojawiły się żadne dodatkowe objawy to zrzuciliśmy winę na ząbkowanie (które też obecnie się A. przytrafiło) i przyszliśmy na dzisiejszą wizytę. Pani doktor po części przychyliła się do naszej teorii ale jednak na wszelki wypadek dała skierowanie na morfologię i mocz, badanie ogólne i posiew.
I tak jak jeszcze wczoraj byłam w miarę spokojna to dziś już się bardzo denerwuję co te badania wykażą, podejrzenie idzie głównie w stronę układu moczowego:( Poza tym przyznam szczerze, że zupełnie nie wiem jak pobierzemy te próbki moczu :/ szczególnie, że do posiewu to musi być super sterylne :/ Żadne woreczki nie wchodzę u nas w rachubę, A. albo by je od razu zerwał albo nawet w ogóle nie pozwoliłby sobie tego przykleić. Nie wiem jak to zrobić :( Jutro rano czeka nas zabawa :/ a badania trzeba zrobić jak najszybciej i tak mamy już jeden dzień w plecy bo nie mogliśmy zrobić tego dzisiaj :( A morfologia niby łatwiejsze do pobrania ale też nie mam gwarancji jak pójdzie wkłucie i ile płaczu będzie to kosztowało moje biedne dziecko, w dodatku w tak ważnym dla mnie i dla niego dniu, który wypada akurat jutro i miał być dla nas samą przyjemnością ...
niedziela, 2 października 2011
Sajgon
Pobudka przed 8. A. ciepły ale tylko trochę, ogólnie w miarę dobrej formie. Schodzimy po cichutku na dół żeby nie obudzić Jot, który jeszcze śpi a sen w jego stanie jest mu bardzo potrzebny. Szykuję mleko dla A., kawę dla siebie i myślę o tym jak to dziś będzie miło i spokojnie. Z A. lepiej, Jot pewnie też obudzi się już w lepszym stanie. I w momencie gdy to sobie myślę, spotykam przed sobą zapłakanego Jot. Wyjąkał, że głowa znów go boli, sprawdzam czoło - aż parzy :( Mierzymy temperaturę: 40,0 !!! Przeraziłam się, szybko pod koc, ibuprom, zimny kompres na głowę, Jot ma dreszcze, płacze, czekamy... Po godzinie jest nadal źle, znowu mierzymy temperaturę: 40,2 !!! No jak ??? Po ibupromie? Rośnie? Teraz to się na dobre przeraziłam. Musimy do lekarza, natychmiast! Ale jak? Ja nie mam ani prawka ani nawet samochodu. Autobusem? Z dwójką chorych dzieci? Z czego jedno w stanie ciężkim? NO WAY! Całe szczęście, że miał nas kto zawieźć. Przedtem tylko szybka akcja organizacji dwóch fotelików bo nasze w samochodzie M a M w pracy. W końcu pojechaliśmy. Zamiast państwowo do szpitala oddalonego o 5 minut drogi, na moją decyzję jedziemy na drugi koniec miasta do przychodni prywatnej gdzie mamy abonament. Mam przeczucie, że tam lepiej się nami zajmą. Zajęli się bardzo dobrze ale zanim to nastąpiło to spędziliśmy upojne 40 czy nawet 50 minut w poczekalni z co najmniej 20-tką innych schorowanych dzieciaków i ich rodziców. Takiego tłumu nie widziałam nigdy nawet w państwowej przychodni! Jot ledwo zipał a A. roznosił całą poczekalnię, którą zwiedził w 5 minut a potem wszystko było już źle, generalnie koszmar :( Zachciało mi się prywatnej przychodni, było jechać do szpitala, nie raz tam w weekend z Jot byliśmy i nigdy nie było tam więcej niż 1 dziecko w kolejce.
Ale jak już przejechaliśmy pół miasta to już zostaliśmy.
Jot dostał antybiotyk, A. też, to jego pierwszy w życiu :/ ale jutro podejmę decyzję czy mu go podam, u Jot nie było co się zastanawiać, pierwszą dawkę wziął zaraz po powrocie do domu.
Teraz od dawna wszyscy już śpią. Ja dogorywam, miałam obrabiać zdjęcia ale nie dam rady. Jedno chore dziecko to trudna sprawa ale dwoje chorych dzieci to już koszmar, szczególnie gdy jest się z nimi samemu w domu i nie ma się nikogo do pomocy :/ nie potrafię nawet opisać ile przeróżnych czynności wykonałam dziś nad tą moją chorą dwójeczką, co chwilę coś ...
Oby jutro było lepiej.
Zasnęli po 16:00, normalnie o tej porze nie ma mowy o żadnym spaniu, ale potrzebowali tego snu, ja zresztą też ;)
Ale jak już przejechaliśmy pół miasta to już zostaliśmy.
Jot dostał antybiotyk, A. też, to jego pierwszy w życiu :/ ale jutro podejmę decyzję czy mu go podam, u Jot nie było co się zastanawiać, pierwszą dawkę wziął zaraz po powrocie do domu.
Teraz od dawna wszyscy już śpią. Ja dogorywam, miałam obrabiać zdjęcia ale nie dam rady. Jedno chore dziecko to trudna sprawa ale dwoje chorych dzieci to już koszmar, szczególnie gdy jest się z nimi samemu w domu i nie ma się nikogo do pomocy :/ nie potrafię nawet opisać ile przeróżnych czynności wykonałam dziś nad tą moją chorą dwójeczką, co chwilę coś ...
Oby jutro było lepiej.
Zasnęli po 16:00, normalnie o tej porze nie ma mowy o żadnym spaniu, ale potrzebowali tego snu, ja zresztą też ;)
sobota, 1 października 2011
Chorujemy :(
Jot rozchorował się po pierwszych dwóch tygodniach chodzenia do szkoły. Było w miarę łagodnie, nie było go w szkole chyba tylko dzień czy dwa. Niestety zaraził wtedy M a niedługo potem mnie. Minęły kolejne dni i gdy już wydawało mi się, że wyszliśmy na prostą to od wtorku znów mamy szpital :/
Zaczęło się znowu od Jot i tym razem niestety nie jest już łagodnie :( Temperatura prawie 39 stopni utrzymuje się od wtorku (!!!), byliśmy u lekarza w czwartek i niby nic tylko zwykła wirusówka, syropki miały pomóc. Nie pomogły i jakoś coraz mniej wierzę, że pomogą :( Jot narzeka bardzo na gardło i ból głowy, który wiadomo jaki jest przy tak wysokiej temperaturze. Z temperatura walczę podwójna siłą, czyli: ibuprom + paracetamol w godzinnym odstępem. Na gardło Tantum-verde spray + coś tam do ssania a oprócz tego sięgnęłam dziś po coś silniejszego, mam w domu Bioparox :) Mam nadzieję, że taki zestaw w końcu złagodzi mu jakoś ten ból.
Żeby tego wszystkiego było mało to w końcu rozłożyło też A. :( Myślę, że i tak długo się trzymał w zdrowiu przy takiej dawca zarazków jakie otrzymywał cały wrzesień. Wczoraj w nocy zaczął gorączkować i zwymiotował. Był w takim stanie, że nawet nie miałam jak mu zmierzyć temperatury, zresztą nie trzeba było bo był gorący jak piec, a ostatnim razem jak był taki gorący to miał 39,8. Zwymiotował niestety chyba prawie całą dawkę Nurofenu w syropie, który dostał :( W ogóle zresztą nie dawał sobie tego podać :( Jednym słowem skończyły się czasy kiedy syropki były łykane grzecznie z łyżeczki. Po zwróceniu syropu nie było sensu podawać już drugiej dawki tą samą drogą, też by zwrócił. Poszłam po czopki, miałam niestety tylko paracetamol i to w za małej dawce, musieliśmy podać dwa :( Chciałam mu zrobić zimny okład na głowę ale zrzucał go sobie z histerią. Odpuściłam, przemyłam mu tylko tym okładem buzię i głowę bo był cały w wymiocinach :/ Leżeliśmy potem razem dość długi czas aż zasnęliśmy...
Dziś rano Adaś obudził się w miarę dobrym stanie ale już 10 minut później temperatura urosła znowu. Tym razem udało mi się zmierzyć: 38,8, udało mi się również podać Nurofen w syropie, niestety poprawa jest niewielka :( U Jot bez zmian, temperatura, gardło, kaszel.
I tak nam minął wrzesień i zaczął się październik :(
A dziś taka piękna pogodna, cudna złota jesień, a my chorzy i do tego sami w domu bez M :(
Zaczęło się znowu od Jot i tym razem niestety nie jest już łagodnie :( Temperatura prawie 39 stopni utrzymuje się od wtorku (!!!), byliśmy u lekarza w czwartek i niby nic tylko zwykła wirusówka, syropki miały pomóc. Nie pomogły i jakoś coraz mniej wierzę, że pomogą :( Jot narzeka bardzo na gardło i ból głowy, który wiadomo jaki jest przy tak wysokiej temperaturze. Z temperatura walczę podwójna siłą, czyli: ibuprom + paracetamol w godzinnym odstępem. Na gardło Tantum-verde spray + coś tam do ssania a oprócz tego sięgnęłam dziś po coś silniejszego, mam w domu Bioparox :) Mam nadzieję, że taki zestaw w końcu złagodzi mu jakoś ten ból.
Żeby tego wszystkiego było mało to w końcu rozłożyło też A. :( Myślę, że i tak długo się trzymał w zdrowiu przy takiej dawca zarazków jakie otrzymywał cały wrzesień. Wczoraj w nocy zaczął gorączkować i zwymiotował. Był w takim stanie, że nawet nie miałam jak mu zmierzyć temperatury, zresztą nie trzeba było bo był gorący jak piec, a ostatnim razem jak był taki gorący to miał 39,8. Zwymiotował niestety chyba prawie całą dawkę Nurofenu w syropie, który dostał :( W ogóle zresztą nie dawał sobie tego podać :( Jednym słowem skończyły się czasy kiedy syropki były łykane grzecznie z łyżeczki. Po zwróceniu syropu nie było sensu podawać już drugiej dawki tą samą drogą, też by zwrócił. Poszłam po czopki, miałam niestety tylko paracetamol i to w za małej dawce, musieliśmy podać dwa :( Chciałam mu zrobić zimny okład na głowę ale zrzucał go sobie z histerią. Odpuściłam, przemyłam mu tylko tym okładem buzię i głowę bo był cały w wymiocinach :/ Leżeliśmy potem razem dość długi czas aż zasnęliśmy...
Dziś rano Adaś obudził się w miarę dobrym stanie ale już 10 minut później temperatura urosła znowu. Tym razem udało mi się zmierzyć: 38,8, udało mi się również podać Nurofen w syropie, niestety poprawa jest niewielka :( U Jot bez zmian, temperatura, gardło, kaszel.
I tak nam minął wrzesień i zaczął się październik :(
A dziś taka piękna pogodna, cudna złota jesień, a my chorzy i do tego sami w domu bez M :(
sobota, 24 września 2011
DZIAŁO się
Dwa tygodnie temu będąc na spacerze, całkiem przypadkiem natknęliśmy się na nie lada atrakcję.
Jot był w swoim żywiole, Młodszy też :)
Sprzęty sprowadzone rekonstrukcję bitwy. Dopóki nie okleili ich kartkami z zakazem włażenia, włazić można było do woli :)
piątek, 23 września 2011
Nasz mały - wielki sukces :)
W dniu dzisiejszym, Adaś, po dłuższym czasie biegania bez pieluchy, w pewnym momencie podszedł do nocniczka i go podniósł, zapytany czy chce zrobić siusiu, powiedział, że tak, po czym bez żadnych awantur (jak to bywało wcześniej ze względu na strach przed nocnikiem), pozwolił się posadzić i ... pięknie zrobił swoje pierwsze, świadome (!!!) siusiu do nocniczka :) Oczywiście dostał ogromne brawa. A ja jestem z niego tym bardziej dumna ponieważ muszę przyznać, że ja raczej z tych leniwych matek jestem i niezbyt przykładam się do nauki nocnikowania, a prawdę mówiąc to wcale się nie przykładam ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

