Wstałam z myślą o tym, że muszę dziś do Niej zadzwonić, znów to samo, lęk przed tym jaka dziś będzie gdy odbierze telefon ? Zwlekałam z telefonem cały dzień. Zadzwoniłam późnym popołudniem. Złożyłam życzenia, niby było ok ale już nie tak miło jak te parę dni temu gdy dzwoniłam w jej urodziny. Dziś znów ja nie byłam ważna, skupiła się na sobie i swoich problemach. Opowiedziała o tym, jak jej źle i ciężko nie pytając ani o dzieci ani o mnie. A ja standardowo po tych wszystkich wywodach i wyrzuconych żalach wpadłam w poczucie, że muszę jej natychmiast pomóc, bo jej jest źle i ciężko, bo jest moją ukochaną mamusią. I choć z drugiej strony w środku miałam żal, że ja ją nic nie obchodzę i ona w moje problemy się nie zagłębia z taką troską jak ja w jej, to i tak pod wpływem tego współczucia do niej zaproponowałam, że może przyjadę jutro na chwilę z dziećmi. I wtedy stał się mały cud, jej głos zmienił się diametralnie a ton jej wypowiedzi z wisielczego przeszedł w radosny.
Lubię wywoływać tą radość w jej głosie, lubię być powodem tej radości, w takich chwilach czuję, że jestem dla niej ważna. A przecież całe życia chodziło mi o to by być dla niej ważną.
Może jutro pojadę ...
***
Wstając rano z myślami o Mamie, zupełnie pominęłam fakt, że sama jestem mamą i to jest także mój dzień :) Moje starsze dziecko przypomniało mi o tym dając mi laurkę. Rozczuliłam się, naprawdę, bo po pierwsze niczego się nie spodziewałam bo nawet nie myślałam o tym dniu jak o swoim a do tego J naprawdę się postarał :)
Taka drobnostka a tak cieszy...
środa, 26 maja 2010
poniedziałek, 24 maja 2010
Porozumienie pisemne
Ja do M:

M do mnie:

Grunt to porozumienie ;)
A przy okazji tej sytuacji przypomniał mi się pewien kawał:
Pewne małżeństwo ma "ciche dni"... Ignorują się maksymalnie...Pewnego dnia wieczorem mąż podsuwa żonie karteczkę: "Stara krowo, obudź mnie jutro o 7:00". Następnego dnia rano mąż się budzi... patrzy - godzina 9:00 a obok niego leży karteczka: "Wstawaj stary durniu- już 7.00".
;)
M do mnie:
Grunt to porozumienie ;)
A przy okazji tej sytuacji przypomniał mi się pewien kawał:
Pewne małżeństwo ma "ciche dni"... Ignorują się maksymalnie...Pewnego dnia wieczorem mąż podsuwa żonie karteczkę: "Stara krowo, obudź mnie jutro o 7:00". Następnego dnia rano mąż się budzi... patrzy - godzina 9:00 a obok niego leży karteczka: "Wstawaj stary durniu- już 7.00".
;)
niedziela, 23 maja 2010
Tup, tup ...
Od dziś w naszym ogrodzie mamy nowego mieszkańca a jest nim całkiem spory jeż :)
M wypatrzył go pod krzakiem porzeczki a ja od razu popędziłam do niego z J i z aparatem oczywiście. Gdy już nowy mieszkaniec naszego ogrodu został obfotografowany to przyszło mi do głowy żeby może net przekopać i ustalić co takowy jeżyk mógłby zjeść, no bo a nuż głodny tam bidny pod tą porzeczką siedzi ?
Wujek Google Dobra Rada, powiedział, że jeże są mięsożerne a te jabłuszka noszone na kolcach to tylko taki motyw występujący w bajkach. Jednak jakby co to jabłka jeże też jedzą. Z rzeczy wymienionych w necie miałam tylko mleko i jabłko :( więc poszłam z jabłkiem. Nasz jeż niestety jabłkiem zainteresowany nie był a po kilku minutach naszej obserwacji jego pięknego pyszczka oraz ogólnego znieruchomienia, jeżyk odwrócił się do nas pupą i podreptał w bardziej zarośniętą część ogrodu.
M wypatrzył go pod krzakiem porzeczki a ja od razu popędziłam do niego z J i z aparatem oczywiście. Gdy już nowy mieszkaniec naszego ogrodu został obfotografowany to przyszło mi do głowy żeby może net przekopać i ustalić co takowy jeżyk mógłby zjeść, no bo a nuż głodny tam bidny pod tą porzeczką siedzi ?
Wujek Google Dobra Rada, powiedział, że jeże są mięsożerne a te jabłuszka noszone na kolcach to tylko taki motyw występujący w bajkach. Jednak jakby co to jabłka jeże też jedzą. Z rzeczy wymienionych w necie miałam tylko mleko i jabłko :( więc poszłam z jabłkiem. Nasz jeż niestety jabłkiem zainteresowany nie był a po kilku minutach naszej obserwacji jego pięknego pyszczka oraz ogólnego znieruchomienia, jeżyk odwrócił się do nas pupą i podreptał w bardziej zarośniętą część ogrodu.
sobota, 22 maja 2010
Fala
Wraz z falą kulminacyjną na Wiśle przypłynęła do mnie fala problemów :/
Zaczynając od samej Wisły to oczywistym było, że znajdziemy się w rejonie zagrożonym, w końcu Wisła za rogiem a tuż obok okoliczne stawiki itd. Przedwczoraj przez pół nocy albo i dłużej jeździły na sygnale, jak oszalałe, wozy strażackie, jeden za drugim. Umacniali wały, po jakimś czasie zrezygnowali z syren i słychać już było tylko hałas rozpędzonych, ciężkich samochodów. Ogólnie wprowadziło to taką atmosferę strachu, może nawet grozy ?
Wczoraj o 13:00 zaczęły przeciekać wały w miejscowości obok mnie. I tak jak wcześniej zupełnie nie przemawiała do mnie groza całej sytuacji tak z każdą godziną zaczęłam się jednak coraz bardziej niepokoić. Do tego jeszcze zobaczyłam zdjęcia z miejsc, w których przedwczoraj byliśmy na spacerze i woda tam bardzo przybrała, chodniki, po których wtedy kursowali policjanci teraz są całe zalane i śladu po nich nie ma.
Wczoraj M zaproponował żebyśmy przenieśli się do Wawy na weekend ale mnie nie za bardzo się ten pomysł spodobał i opierałam mu się tak długo, że aż się z M o to pokłóciliśmy i temat pozostawał cały czas otwarty i czekał na decyzje. I gdy ja już pogodziłam się z tym, że muszę spakować pół domu w kilka toreb podróżnych i jechać do Wawy na parę dni to okazało się, że M usłyszał wypowiedź naszego burmistrza, który powiedział, że paniki nie ma, wszystko jest pod kontrolą.
Zostaliśmy w domu.
Parę godzin wcześniej gdy odwiedzałam swoje stare strony, mój tata wręczył mi jakieś pismo z ZUSU, które przyszło dokładnie dzień wcześniej. Zawsze mnie takie niespodziewane pisemka z różnych państwowych instytucji bardzo niepokoją. Tym razem też serce zabiło mi mocniej a jeszcze mocniej gdy przeczytałam, że ZUS wzywa mnie na kontrolę z okazji mojego zwolnienia. I wcale nie chodziło mi już o samą kontrolę bo zwolnienie mam w pełni zasłużone i legalne ale o to, że data i godzina na jaką miałam się stawić minęła godzinę przed otrzymaniem przeze mnie listu :/
Szlag mnie trafił na miejscu. Bo po pierwsze wysłali to na zły adres i na złe nazwisko bo panieńskie a na zwolnieniach są przecież moje inne dane i specjalnie wstawiany mój adres zamieszkania, żeby "w razie kontroli wysłali wezwanie na dobry adres" - przypomniały mi się słowa mojej lekarki. A po drugie to jak tak w ogóle można robić żeby wysyłać do kogoś pismo w dniu 18 maja, doręczać je 20-go z informacją, że dzień później, czyli 21-go jest termin kontroli ?? Żeby to jeszcze poszło na mój dobry adres to bym przecież pojechała a tak to w spokojny ciepły poranek w dniu 21 maja, po godzinie 10:00 rano otwieram sobie taki liścik i czytam, że godzinę temu miałam się stawić na kontroli w ZUSIE, zawał !!
Zadzwoniłam i powiedziała im, że to jest niepoważne a dodatkowo przy moich problemach zdrowotnych zupełnie niepotrzebnym dodatkowym bodźcem pogarszającym mój
stan. Poza tym oczywiście opowiedziałam wszystko co i jak z tym adresem i usłyszałam (od całkiem miłej pani), że mam napisać pismo z wyjaśnieniem czemu nie
dotarłam i to powinno wystarczyć bo moja nieobecność nie wynikneła z mojej winy. Taaa. Napisałam ale stracha mam i tak, co to teraz z tego wyjdzie bo w piśmie
jest napisane, że w razie uniemożliwienia badania (czyt. mojego niestawienia się na nie) moje zwolnienie traci ważność z dniem następnym po wyznaczonym terminie badania. Do tego oczywiście tracę prawo do zasiłku. No rewelacja. I szczerze mówiąc to nie wiem co mam teraz zrobić.
A na koniec dnia dostałam smsa z mojej kochanej sieci komórkowej, że ponoć nie zapłaciłam im poprzedniego rachunku. Bzdura, jest zapłacony jak wszystkie inne. Ale niestety oni tego nie widzą a na moim koncie internetowym też widać, że wpłaty nie było. Czyli następny temat do wyjaśniania.
Ja bardzo proszę żeby ta fala już sobie ode mnie odpłynęła.
Zaczynając od samej Wisły to oczywistym było, że znajdziemy się w rejonie zagrożonym, w końcu Wisła za rogiem a tuż obok okoliczne stawiki itd. Przedwczoraj przez pół nocy albo i dłużej jeździły na sygnale, jak oszalałe, wozy strażackie, jeden za drugim. Umacniali wały, po jakimś czasie zrezygnowali z syren i słychać już było tylko hałas rozpędzonych, ciężkich samochodów. Ogólnie wprowadziło to taką atmosferę strachu, może nawet grozy ?
Wczoraj o 13:00 zaczęły przeciekać wały w miejscowości obok mnie. I tak jak wcześniej zupełnie nie przemawiała do mnie groza całej sytuacji tak z każdą godziną zaczęłam się jednak coraz bardziej niepokoić. Do tego jeszcze zobaczyłam zdjęcia z miejsc, w których przedwczoraj byliśmy na spacerze i woda tam bardzo przybrała, chodniki, po których wtedy kursowali policjanci teraz są całe zalane i śladu po nich nie ma.
Wczoraj M zaproponował żebyśmy przenieśli się do Wawy na weekend ale mnie nie za bardzo się ten pomysł spodobał i opierałam mu się tak długo, że aż się z M o to pokłóciliśmy i temat pozostawał cały czas otwarty i czekał na decyzje. I gdy ja już pogodziłam się z tym, że muszę spakować pół domu w kilka toreb podróżnych i jechać do Wawy na parę dni to okazało się, że M usłyszał wypowiedź naszego burmistrza, który powiedział, że paniki nie ma, wszystko jest pod kontrolą.
Zostaliśmy w domu.
Parę godzin wcześniej gdy odwiedzałam swoje stare strony, mój tata wręczył mi jakieś pismo z ZUSU, które przyszło dokładnie dzień wcześniej. Zawsze mnie takie niespodziewane pisemka z różnych państwowych instytucji bardzo niepokoją. Tym razem też serce zabiło mi mocniej a jeszcze mocniej gdy przeczytałam, że ZUS wzywa mnie na kontrolę z okazji mojego zwolnienia. I wcale nie chodziło mi już o samą kontrolę bo zwolnienie mam w pełni zasłużone i legalne ale o to, że data i godzina na jaką miałam się stawić minęła godzinę przed otrzymaniem przeze mnie listu :/
Szlag mnie trafił na miejscu. Bo po pierwsze wysłali to na zły adres i na złe nazwisko bo panieńskie a na zwolnieniach są przecież moje inne dane i specjalnie wstawiany mój adres zamieszkania, żeby "w razie kontroli wysłali wezwanie na dobry adres" - przypomniały mi się słowa mojej lekarki. A po drugie to jak tak w ogóle można robić żeby wysyłać do kogoś pismo w dniu 18 maja, doręczać je 20-go z informacją, że dzień później, czyli 21-go jest termin kontroli ?? Żeby to jeszcze poszło na mój dobry adres to bym przecież pojechała a tak to w spokojny ciepły poranek w dniu 21 maja, po godzinie 10:00 rano otwieram sobie taki liścik i czytam, że godzinę temu miałam się stawić na kontroli w ZUSIE, zawał !!
Zadzwoniłam i powiedziała im, że to jest niepoważne a dodatkowo przy moich problemach zdrowotnych zupełnie niepotrzebnym dodatkowym bodźcem pogarszającym mój
stan. Poza tym oczywiście opowiedziałam wszystko co i jak z tym adresem i usłyszałam (od całkiem miłej pani), że mam napisać pismo z wyjaśnieniem czemu nie
dotarłam i to powinno wystarczyć bo moja nieobecność nie wynikneła z mojej winy. Taaa. Napisałam ale stracha mam i tak, co to teraz z tego wyjdzie bo w piśmie
jest napisane, że w razie uniemożliwienia badania (czyt. mojego niestawienia się na nie) moje zwolnienie traci ważność z dniem następnym po wyznaczonym terminie badania. Do tego oczywiście tracę prawo do zasiłku. No rewelacja. I szczerze mówiąc to nie wiem co mam teraz zrobić.
A na koniec dnia dostałam smsa z mojej kochanej sieci komórkowej, że ponoć nie zapłaciłam im poprzedniego rachunku. Bzdura, jest zapłacony jak wszystkie inne. Ale niestety oni tego nie widzą a na moim koncie internetowym też widać, że wpłaty nie było. Czyli następny temat do wyjaśniania.
Ja bardzo proszę żeby ta fala już sobie ode mnie odpłynęła.
wtorek, 18 maja 2010
Bez aparatu.
Parę dni temu mój aparat miał niezbyt przyjemne spotkanie z podłogą, tak, ostatnio wszystko mi upada :/.
Po upadku przesunęła się obudowa i rozjechał się zoom. Samą obudowę to bym oczywiście przeżyła ale bez zoomu ? No jak ?
TO SE NE DA.
Przez kilka dni jeszcze robiłam jakieś zdjęcia ale zoom wariował na maksa więc trzeba było z aparatem się rozstać na kilka dni :( M zawiózł mi go dziś do serwisu, kosztorys miał być jutro o 12:00 ale jakimś cudem zrobili go już dziś i już wiem, że będę miała swój aparacik naprawiony bo sumę jaką na rzucili da się jakoś przeżyć :)
Szkoda tylko, że ma im to zająć od 3 do 5 dni, bo ja już w tej chwili bez mojego aparatu czuję się jak bez ręki ;)
Po upadku przesunęła się obudowa i rozjechał się zoom. Samą obudowę to bym oczywiście przeżyła ale bez zoomu ? No jak ?
TO SE NE DA.
Przez kilka dni jeszcze robiłam jakieś zdjęcia ale zoom wariował na maksa więc trzeba było z aparatem się rozstać na kilka dni :( M zawiózł mi go dziś do serwisu, kosztorys miał być jutro o 12:00 ale jakimś cudem zrobili go już dziś i już wiem, że będę miała swój aparacik naprawiony bo sumę jaką na rzucili da się jakoś przeżyć :)
Szkoda tylko, że ma im to zająć od 3 do 5 dni, bo ja już w tej chwili bez mojego aparatu czuję się jak bez ręki ;)
poniedziałek, 17 maja 2010
Bolek i Lolek.
Wczoraj mój tata zauważył, że mój J i A są zupełnie jak Bolek i Lolek :)
Starszy długi i chudy, młodszy mały i gruby.
Wszystko się zgadza, tylko Toli jeszcze u nas brakuje ;)
Starszy długi i chudy, młodszy mały i gruby.
Wszystko się zgadza, tylko Toli jeszcze u nas brakuje ;)
niedziela, 16 maja 2010
Urodziny mamy...
Zawsze o nich pamiętam, nie tylko gdy zbliża się maj ale po prostu zawsze pamiętam o niej i jej urodzinach. Dziś z samego rana zadzwoniłam z życzeniami, chciałam żeby wiedziała, że pamiętam i żeby nie czekała pół dnia na telefon ode mnie, na który dobrze wiem, że czekała.
Telefony do niej zawsze napawają mnie lękiem bo nigdy nie wiem w jakim stanie będzie gdy odbierze telefon ... gdy wybieram jej numer zawsze czuję napięcie.
Dziś czekała mnie miła niespodzianka, moja mama była w świetnej formie, była taka jaką ją kocham i za jaką tęskniłam całe życie. I te kilka minut rozmowy wywołały we mnie tyle pozytywnych emocji. Zawsze chciałabym się tak czuć w rozmowie z nią i chciałabym żeby zawsze była taka jak dziś.
Dla nas obydwu ta rozmowa była bardzo podbudowująca, ona czekając na mój telefon a nie mając pewności czy zadzwonię bardzo ucieszyła się i wzruszyła tym, że zadzwoniłam a ja za to przez te kilka minut znów czułam, że jest mi mamą :)
Nie łudzę się, że ten stan potrwa wiecznie, to niemożliwe ale dobre są nawet takie krótkie chwile.
Tak bardzo za nią przez całe życie tęsknię i odczuwam jej brak, że w takich chwilach stają się znowu jej malutką córeczką i gdy tylko wyczuwam w niej tą mamę, którą mogła mi być a nie była to od razu mam ochotę lecieć do niej na łeb na szyję i pobyć z nią i złapać to czego brakowało mi przez całe życie: kontakt z mamą.
Przysięgam, że gdyby nie to okropne wietrzysko to pewnie porwałabym się na podróż do niej z Adasiem, bo sam deszcz raczej by mnie nie odstraszył ale wychodzenie na taką wichurę z niemowlakiem to kiepski pomysł.
A tak bardzo chciałabym się z nią zobaczyć, właśnie dziś gdy ma urodziny.
I wiem, że byłaby bardzo szczęśliwa gdybym przyjechała do niej z Małym A.
P.S. Żeby nie było, ona w moje urodziny parę dni temu też do mnie zadzwoniła.
Telefony do niej zawsze napawają mnie lękiem bo nigdy nie wiem w jakim stanie będzie gdy odbierze telefon ... gdy wybieram jej numer zawsze czuję napięcie.
Dziś czekała mnie miła niespodzianka, moja mama była w świetnej formie, była taka jaką ją kocham i za jaką tęskniłam całe życie. I te kilka minut rozmowy wywołały we mnie tyle pozytywnych emocji. Zawsze chciałabym się tak czuć w rozmowie z nią i chciałabym żeby zawsze była taka jak dziś.
Dla nas obydwu ta rozmowa była bardzo podbudowująca, ona czekając na mój telefon a nie mając pewności czy zadzwonię bardzo ucieszyła się i wzruszyła tym, że zadzwoniłam a ja za to przez te kilka minut znów czułam, że jest mi mamą :)
Nie łudzę się, że ten stan potrwa wiecznie, to niemożliwe ale dobre są nawet takie krótkie chwile.
Tak bardzo za nią przez całe życie tęsknię i odczuwam jej brak, że w takich chwilach stają się znowu jej malutką córeczką i gdy tylko wyczuwam w niej tą mamę, którą mogła mi być a nie była to od razu mam ochotę lecieć do niej na łeb na szyję i pobyć z nią i złapać to czego brakowało mi przez całe życie: kontakt z mamą.
Przysięgam, że gdyby nie to okropne wietrzysko to pewnie porwałabym się na podróż do niej z Adasiem, bo sam deszcz raczej by mnie nie odstraszył ale wychodzenie na taką wichurę z niemowlakiem to kiepski pomysł.
A tak bardzo chciałabym się z nią zobaczyć, właśnie dziś gdy ma urodziny.
I wiem, że byłaby bardzo szczęśliwa gdybym przyjechała do niej z Małym A.
P.S. Żeby nie było, ona w moje urodziny parę dni temu też do mnie zadzwoniła.
piątek, 14 maja 2010
Polska paranoja szpitalna.
Pojechaliśmy dziś na to usg przezciemiączkowe co to miało odbyć się wczoraj.
Na oddział mieliśmy się stawić o 8:30 tylko dla samego stawienia się bo usg jest od 10:00.
Ponieważ wypisu ze szpitala nie mamy to czekało na nas nasze miejsce na sali. Chociaż tyle dobrze bo mogłam położyć Małego A na drzemkę i wygodnie go przewinąć czy na trochę odłożyć do łóżeczka.
Mając jednak w pamięci wczorajszą sytuację z usg, które ostatecznie się nie odbyło to dziś byłam czujna i kręciłam się obok pokoju pielęgniarek żeby przypilnować swojego interesu. Uspokoiłam się trochę gdy nasz lekarz (jak się okazało ordynator, ten sam, który nas przyjmował, badał, zlecił badania a dzień później na mnie nawrzeszczał) spotkał mnie na korytarzu gdzie krążyła, jak ten sęp, zapytał o A., wizytę neurolog i powiedział, że jeszcze tylko to usg i wychodzimy i, że to usg dziś na pewno będzie. No to luz.
Doczekaliśmy do 10:00 gdy przyszła po nas pielęgniarka i zabrała na usg. Pod gabinetem była jedna pani, więc mieliśmy po niej wejść a nawet jakby przyszedł ktoś
inny to i tak mamy pierwszeństwo bo my "z oddziału" wzywani na usg jesteśmy a nie z ulicy. Usiadłam sobie wyluzowana, z myślą, że jeszcze tylko chwila i już nas tu nie ma. I w tym momencie do poczekalni wchodzi inna pielęgniarka i wprowadza tabun mamusiek (jakieś 10 sztuk) z niemowlakami na rękach. Ponieważ już trochę wiem jak to wszystko tam wygląda to domyśliłam się, że to po prostu inna pielęgniarka z innego oddziału przyprowadziła swoje podopieczne na usg.
Pielęgniarka otworzyła drzwi do gabinetu od usg i oznajmiła, że przyprowadziła mamy z dziećmi z patologii noworodka i zaczęła ustalać, która z nich pierwsza wchodzi nie zwracając uwagi na to, że inni też tu po coś w tej poczekalni siedzą. Zamarłam bo już miałam wizję, że teraz nie wejdziemy wcale pierwsi tylko najpierw będą brać te wszystkie noworodki a wtedy posiedzielibyśmy tak ze 3h jak nic. Nasza pielęgniarka też wyczuła pismo nosem i wychyliła się zza ściany i mówi do tej drugiej pielęgniarki od noworodków, że jeszcze my tu jesteśmy do usg i też przecież z oddziału tyle, że z chirurgii. No ok do przepychanek nie doszło, pielęgniarki się dogadały pod drzwiami i w sumie okazało się, że i tak panie z gabinetu będą wywoływać i mogliśmy tylko mieć nadzieję, że zaczną od nas. Na nasze szczęście tak właśnie było, drzwi się otworzyły i pani zawołała: "chirurgia proszę". Raźnie powędrowałam z A do gabinetu, M za mną, pielęgniarka za nami. Kładę dziecko na łóżku, pani prosi o nazwisko, szuka w papierach i tu pada moje ulubione ostatnio stwierdzenie: "ale ja tu takiego nie mam" i się zaczęło, nasza pielęgniarka robi duże oczy i pyta nas gdzie jest skierowanie? (a skąd ja mam to k... wiedzieć, przecież sama się tu nie skierowałam), babka szuka dalej w papierach i nic niestety nie znajduje więc pada podejerzenie na nas, że może wcale mamy tego usg nie mieć !! I wtedy mnie już trafiło i mówię, że czekamy na nie od wczoraj, że wczoraj przez cały dzień się ono nie odbyło i dziś przyjechaliśmy tu tylko na to usg. Poza tym przecież przed chwilą nas wywołali !! No więc okazało się, że wywołali chirurgię ale na myśli mieli jakąś dziewczynkę, która jeszcze nie stawiła się na usg a my weszliśmy no bo przecież jesteśmy z chirurgii i na usg czekaliśmy. Czyli jednym słowem głupi przypadek sprawił, że znaleźliśmy się w tym gabinecie. Babeczka od usg mówi, że mamy wracać na oddział ustalić co się stało ze skierowaniem. Myślę sobie, akurat !! jak już w końcu po całym dniu czekania udało mi się przekroczyć drzwi tego gabinetu to ja się teraz stąd nigdzie nie ruszę tym bardziej, że za drzwiami stoi ten tabun mamuś i nie zamierzam od nowa ustawiać się za nimi w kolejce i czekać tu do nie wiadomo której na usg. Babeczka od usg okazała się ludzka i powiedziała, że w takim razie mamy zostać, ona zrobi badanie a w tym czasie nasza pielęgniarka ma iść na oddział szukać skierowania. Myślę sobie: po problemie. Usg trwało chwilkę i wyszło na szczęście ok, pomijając to, że babeczka dopatrzyła się jakiejś torbielki, która powstaje przy porodzie lub podczas ciąży i w sumie nie jest niczym ważnym i niektórzy lekarze o tym nawet nie mówią i, że mam się tym nie przejmować. Taa, łatwo powiedzieć, szczególnie, że jak A. miał usg przezciemiączkowe w październiku to
słowa o torbielce nie słyszałam więc teraz zaczęłam się jednak martwić i kilka razy pytałam czy to aby na pewno nic poważnego. Po usg wzięliśmy Grubcia i skierowaliśmy się na nasz oddział gdzie mieliśmy czekać na wynik usg, który miała przynieść pielęgniarka w zamian za skierowanie. Pod drzwiami oddziału chirurgicznego spotkaliśmy naszą pielęgniarkę, która jak się okazało do tej pory próbowała ustalić gdzie jest nasze skierowanie bo nigdzie go nie ma i naskoczyła na nas, że sobie to usg wymyśliliśmy bo skierowania żadnego na oddziale nie ma i kto nam kazał w ogóle to usg robić. Śmiesznie ? Bo ja po prostu myślałam, że tam pęknę ale ze złości. No bo jasne, sama sobie usg wymyśliłam, wczoraj czekałam na nie cały dzień a dziś tak dla jaj sobie na 8:30 do szpitala z dzieckiem przyjechałam i zarządziłam, że mają mu zrobić usg. M zobaczył, że jeszcze chwila a po prostu rozniosłabym ten szpital i spokojnym tonem zaproponował żebym sobie poszła z dzieckiem na salę a on to załatwi. Ponieważ nie zamierzałam się dalej nakręcać i doprowadzać do awantur (co niestety leży w moim charakterze) to zawinęłam się na pięcie i poszłam na salę, gdzie za parę minut przyszedł M i powiedział, że sprawa wyjaśniona. Teraz mieliśmy już tylko czekać na wypis. Po ok godzinie czekania i łażenia z kąta w kąt stwierdziliśmy, że kolejnego dnia w ten sposób nie spędzimy i skoro nie czekamy już na żadne badanie tylko na wypis to może i tu trzeba się upomnieć żeby potem się nie okazało, że lekarz poszedł do domu a wypisu nie ma. M poszedł więc zadziałać i wrócił za kilka minut z wypisem w ręku, o 12:00 byliśmy w domu.
A przy okazji domyśliliśmy się czemu nasze usg nie odbyło się wczoraj, ano dlatego, że te babeczki na usg nie miały tego cholernego skierowania i po prostu nie zadzwoniły na oddział chirurgii i nas nie wywołały. I dziś pewnie też by nie zadzwoniły, także to, że w ogóle znaleźliśmy się w tym gabinecie i wywalczyliśmy to co się nam należało już dzień wcześniej zawdzięczamy tylko temu, że czyjeś inne skierowanie z chirurgii leżało dziś w gabinecie od usg.
Tak właśnie wygląda leczenie się w ramach NFZ.
To jest właśnie Polska.
Na oddział mieliśmy się stawić o 8:30 tylko dla samego stawienia się bo usg jest od 10:00.
Ponieważ wypisu ze szpitala nie mamy to czekało na nas nasze miejsce na sali. Chociaż tyle dobrze bo mogłam położyć Małego A na drzemkę i wygodnie go przewinąć czy na trochę odłożyć do łóżeczka.
Mając jednak w pamięci wczorajszą sytuację z usg, które ostatecznie się nie odbyło to dziś byłam czujna i kręciłam się obok pokoju pielęgniarek żeby przypilnować swojego interesu. Uspokoiłam się trochę gdy nasz lekarz (jak się okazało ordynator, ten sam, który nas przyjmował, badał, zlecił badania a dzień później na mnie nawrzeszczał) spotkał mnie na korytarzu gdzie krążyła, jak ten sęp, zapytał o A., wizytę neurolog i powiedział, że jeszcze tylko to usg i wychodzimy i, że to usg dziś na pewno będzie. No to luz.
Doczekaliśmy do 10:00 gdy przyszła po nas pielęgniarka i zabrała na usg. Pod gabinetem była jedna pani, więc mieliśmy po niej wejść a nawet jakby przyszedł ktoś
inny to i tak mamy pierwszeństwo bo my "z oddziału" wzywani na usg jesteśmy a nie z ulicy. Usiadłam sobie wyluzowana, z myślą, że jeszcze tylko chwila i już nas tu nie ma. I w tym momencie do poczekalni wchodzi inna pielęgniarka i wprowadza tabun mamusiek (jakieś 10 sztuk) z niemowlakami na rękach. Ponieważ już trochę wiem jak to wszystko tam wygląda to domyśliłam się, że to po prostu inna pielęgniarka z innego oddziału przyprowadziła swoje podopieczne na usg.
Pielęgniarka otworzyła drzwi do gabinetu od usg i oznajmiła, że przyprowadziła mamy z dziećmi z patologii noworodka i zaczęła ustalać, która z nich pierwsza wchodzi nie zwracając uwagi na to, że inni też tu po coś w tej poczekalni siedzą. Zamarłam bo już miałam wizję, że teraz nie wejdziemy wcale pierwsi tylko najpierw będą brać te wszystkie noworodki a wtedy posiedzielibyśmy tak ze 3h jak nic. Nasza pielęgniarka też wyczuła pismo nosem i wychyliła się zza ściany i mówi do tej drugiej pielęgniarki od noworodków, że jeszcze my tu jesteśmy do usg i też przecież z oddziału tyle, że z chirurgii. No ok do przepychanek nie doszło, pielęgniarki się dogadały pod drzwiami i w sumie okazało się, że i tak panie z gabinetu będą wywoływać i mogliśmy tylko mieć nadzieję, że zaczną od nas. Na nasze szczęście tak właśnie było, drzwi się otworzyły i pani zawołała: "chirurgia proszę". Raźnie powędrowałam z A do gabinetu, M za mną, pielęgniarka za nami. Kładę dziecko na łóżku, pani prosi o nazwisko, szuka w papierach i tu pada moje ulubione ostatnio stwierdzenie: "ale ja tu takiego nie mam" i się zaczęło, nasza pielęgniarka robi duże oczy i pyta nas gdzie jest skierowanie? (a skąd ja mam to k... wiedzieć, przecież sama się tu nie skierowałam), babka szuka dalej w papierach i nic niestety nie znajduje więc pada podejerzenie na nas, że może wcale mamy tego usg nie mieć !! I wtedy mnie już trafiło i mówię, że czekamy na nie od wczoraj, że wczoraj przez cały dzień się ono nie odbyło i dziś przyjechaliśmy tu tylko na to usg. Poza tym przecież przed chwilą nas wywołali !! No więc okazało się, że wywołali chirurgię ale na myśli mieli jakąś dziewczynkę, która jeszcze nie stawiła się na usg a my weszliśmy no bo przecież jesteśmy z chirurgii i na usg czekaliśmy. Czyli jednym słowem głupi przypadek sprawił, że znaleźliśmy się w tym gabinecie. Babeczka od usg mówi, że mamy wracać na oddział ustalić co się stało ze skierowaniem. Myślę sobie, akurat !! jak już w końcu po całym dniu czekania udało mi się przekroczyć drzwi tego gabinetu to ja się teraz stąd nigdzie nie ruszę tym bardziej, że za drzwiami stoi ten tabun mamuś i nie zamierzam od nowa ustawiać się za nimi w kolejce i czekać tu do nie wiadomo której na usg. Babeczka od usg okazała się ludzka i powiedziała, że w takim razie mamy zostać, ona zrobi badanie a w tym czasie nasza pielęgniarka ma iść na oddział szukać skierowania. Myślę sobie: po problemie. Usg trwało chwilkę i wyszło na szczęście ok, pomijając to, że babeczka dopatrzyła się jakiejś torbielki, która powstaje przy porodzie lub podczas ciąży i w sumie nie jest niczym ważnym i niektórzy lekarze o tym nawet nie mówią i, że mam się tym nie przejmować. Taa, łatwo powiedzieć, szczególnie, że jak A. miał usg przezciemiączkowe w październiku to
słowa o torbielce nie słyszałam więc teraz zaczęłam się jednak martwić i kilka razy pytałam czy to aby na pewno nic poważnego. Po usg wzięliśmy Grubcia i skierowaliśmy się na nasz oddział gdzie mieliśmy czekać na wynik usg, który miała przynieść pielęgniarka w zamian za skierowanie. Pod drzwiami oddziału chirurgicznego spotkaliśmy naszą pielęgniarkę, która jak się okazało do tej pory próbowała ustalić gdzie jest nasze skierowanie bo nigdzie go nie ma i naskoczyła na nas, że sobie to usg wymyśliliśmy bo skierowania żadnego na oddziale nie ma i kto nam kazał w ogóle to usg robić. Śmiesznie ? Bo ja po prostu myślałam, że tam pęknę ale ze złości. No bo jasne, sama sobie usg wymyśliłam, wczoraj czekałam na nie cały dzień a dziś tak dla jaj sobie na 8:30 do szpitala z dzieckiem przyjechałam i zarządziłam, że mają mu zrobić usg. M zobaczył, że jeszcze chwila a po prostu rozniosłabym ten szpital i spokojnym tonem zaproponował żebym sobie poszła z dzieckiem na salę a on to załatwi. Ponieważ nie zamierzałam się dalej nakręcać i doprowadzać do awantur (co niestety leży w moim charakterze) to zawinęłam się na pięcie i poszłam na salę, gdzie za parę minut przyszedł M i powiedział, że sprawa wyjaśniona. Teraz mieliśmy już tylko czekać na wypis. Po ok godzinie czekania i łażenia z kąta w kąt stwierdziliśmy, że kolejnego dnia w ten sposób nie spędzimy i skoro nie czekamy już na żadne badanie tylko na wypis to może i tu trzeba się upomnieć żeby potem się nie okazało, że lekarz poszedł do domu a wypisu nie ma. M poszedł więc zadziałać i wrócił za kilka minut z wypisem w ręku, o 12:00 byliśmy w domu.
A przy okazji domyśliliśmy się czemu nasze usg nie odbyło się wczoraj, ano dlatego, że te babeczki na usg nie miały tego cholernego skierowania i po prostu nie zadzwoniły na oddział chirurgii i nas nie wywołały. I dziś pewnie też by nie zadzwoniły, także to, że w ogóle znaleźliśmy się w tym gabinecie i wywalczyliśmy to co się nam należało już dzień wcześniej zawdzięczamy tylko temu, że czyjeś inne skierowanie z chirurgii leżało dziś w gabinecie od usg.
Tak właśnie wygląda leczenie się w ramach NFZ.
To jest właśnie Polska.
czwartek, 13 maja 2010
Śliwka :(
No i stało się to co wiem, że dzieje się wielu mamom i dzieciom jednak ja myślałam, że nam nie zdarzy się to nigdy !! No bo jak, mnie, mamie idealnej ? Tak dokładnej, tak dbającej o każdy szczegół ? No jak u mnie mogłoby dojść do takiego wypadku ? Ano mogło. Wystarczyła mała chwila nieuwagi, jedna sekunda i Mały A był już nie na łóżku gdzie go wcześniej położyłam a na podłodze :( wydarzenie miało miejsce wczoraj...
I ja doskonale wiem, że dzieci często spadają ale są upadki i UPADKI i u nas to stanowczo był UPADEK :(
Mały A runął główką prosto w gołą podłogę z wysokości ok 50cm :( i w sekundę po podniesieniu go na czole miał już guza i śliwę w jednym, o wielkości śliwki węgierki a odstawało mu to na centymetr od czoła :((( nie da się opisać jaki to był widok i jak to razem przeżyliśmy.
Nasz wypadek stanowczo nie zaliczał się do tych lightowych kiedy to dziecko spadnie sobie na dywanik i nawet nie zauważy co się stało, zapłacze chwilę i po wszystkim, także szybko wykombinowałam opiekę dla mocno wystraszonego J i pojechaliśmy z A do szpitala.
Na wejściu zbadał nas chirurg, potem pediatra i zrobili rentgena główki, który wyszedł ok, jednak po tych wszystkich badaniach chirurg zalecił pozostanie na oddziale w celu obserwacji gdyż uderzenie było dość silne i trzeba było A obserwować. Nie byłam szczęśliwa, że musimy tam zostać ale wiedziałam, że w domu nie będziemy tak bezpieczni jak tu, więc oczywiście zostaliśmy.
Po przyjęciu na oddział chcieli pobrać Małemu A krew i tu czekał nas niestety koszmar bo A jest naprawdę grubiutki i jak pielęgniarki zobaczyły jego napompowane łapki to od razu powiedziały, że będzie ciężko. Ale próbowały i to był istny horror, bo nie szło im za cholerę !! A to moje biedne dziecie wiło się i darło jak zarzynane a one mu te igły w łapki wbijały, igły sterczały, on się rzucał a krwi nic a nic nie poleciało :( nie wiem ile razy tak próbowały ale po 15 minutach takiej jazdy odmówiłam dalszych badań. Mały A tego dnia i tak już swoje wycierpiał a pobranie krwi było tylko rutyną przy przyjmowaniu na oddział więc uznałam, że gra nie jest warta świeczki i lepiej mu będzie jak oszczędzę mu kolejnego bólu i płaczu. Pielęgniarki kazały mi iść do lekarza i powiedzieć, że odmawiam badań. Lekarz się zgodził bo dziecko po upadku, wymęczone itd., żeby już dać mu spokój.
Poszliśmy spać, noc minęła w miarę ok, choć ja wzięłam przed snem jeden pramolan a chwilę potem drugi bo serce łomotało mi cały czas jak oszalałe i bałam się, że jakiegoś ataku po nocy dostanę a w obecnej sytuacji nie mogłam sobie na to pozwolić. Mimo pramolanu wybudzałam się dosłownie co 15 minut, cała mokra i z walącym sercem a do tego pielęgniarki co jakiś czas przychodziły mierzyć Małemu A. ciśnienie. Trwało to tak wszystko do północy aż w końcu zasnęłam. Dalej noc minęła dobrze.
A. obudził się o swojej stałej porze, bardzo miło zaczął dzień i gdy już byłam coraz bardziej spokojna to do naszej sali wpadły pielęgniarki z tekstem, że będą krew pobierać !! Ja zdziwiona mówię, że przecież u nas miało nie być pobierania, a one do mnie, że nic o tym nie wiedzą i idą to ustalić z lekarzem. I ten sam lekarz, który wczoraj odwołał badania dziś przyleciał do mnie z mordą, że o co mi chodzi i czemu nie zgadzam się na badania !! Ja zbita z tropu mówię, że przecież sam wczoraj mówił, że nie trzeba i ja to tak zrozumiałam a on do mnie, że to dotyczyło tylko wczorajszego wieczoru bo dziecko było zmęczone a dziś pobrać trzeba i żebym nie przesadzała !! A jeżeli się nie zgodzę to oni kończą hospitalizację !! Szok normalnie :(
Zgodziłam się bo co mi pozostało. A zaraz potem okazało się, że dziś nagle już nie mogę iść z dzieckiem na pobranie !! Ja się pytam dlaczego to mi mówią, że dziś jest pielęgniarka zabiegowa i do niej matki nie wchodzą, nosz k... mać. Dałam im mojego synka ale poszłam za nimi, postałam pod drzwiami a jak zaczął się wrzask to poszłam na salę i się poryczałam. Pomyślałam, że jakby co to i tak im go zabiorę bo nie będą mi go katować tylko po to żeby krew profilaktycznie pobrać bo wskazań w sumie nie było. Zdarzył się jednak cud, A. krócej płakał i mi go zaraz przynieśli zapłakanego ale uśmiechniętego i zadowolonego a pielęgniarka powiedziała, że jest bardzo grzeczny i płakał tylko jak mu coś robili a tak to nie. To samo było wcześniej na rtg, nic a nic nie płakał a babka przed rtg mówiła żeby nastawić się płacz a on patrzył w lampy i nic. Po tym pobraniu dokładnie sobie synka obejrzałam i dopatrzyłam się, że pobranie musiało być z główki bo miał powiększoną żyłę i widoczne ukłucie i dlatego
pewnie im się udało pobrać i to nawet dość szybko bo z rączki ta za nic by nie poszło ...
Po tej porannej przygodzie mieliśmy okulistę i neurologa i tu na szczęście wszystko było ok. Neurologa bałam się potwornie, że coś wypatrzy ale babeczka powiedziała, że nic złego nie widzi :) w dodatku była naprawdę rewelacyjna i super zajęła się moim Skarbem, synuś był przezadowolony z jej badań i śmiał się w głos a ja z nim :)
Następnie mieliśmy mieć usg a potem mieliśmy dostać wypis i wrócić do domu, tyle, że godziny leciały i nikt po nas nie przychodził aż w końcu po 17:00 zaczęliśmy się z M trochę niecierpliwić bo od południa nikt się nami nie zajmował a my tak gniliśmy w tym szpitalu i nikt nawet nam nie powiedział dlaczego nie robią tego usg i kiedy ono w takiej sytuacji ma być. I dobrze, że zaczęliśmy węszyć bo okazało się, że tego usg to oni nam dziś nie zrobią w ogóle i planowane jest jutro, więc dogadaliśmy się z lekarzem żeby puścił nas do domu na przepustkę a jutro wrócimy tylko na to usg. Mamy do szpitala 10 minut samochodem, więc naprawdę nie warto było koczować tam kolejnej nocy. Lekarz dał nam przepustkę i jesteśmy już w domu :)
Szkoda tylko, że straciliśmy dziś w tym szpitalu cały dzień, kisząc się z dzieckiem w sali a od południa spokojnie mogliśmy być w domu i siedzieć z Małym A w ogrodzie, wrrr
Ja nie wiem jak tak można robić żeby nawet pół słowem lekarz nie przyszedł i nie poinformował, że coś przekładają na następny dzień czy np., żeby powiedział chociażby wyniki tej niesłychanie ważnej morfologii !! Żeby było śmieszniej to inny lekarz, ten co dawał nam przepustkę na pytanie o wyniki badania powiedział, że są ok ale w ogóle to nie mają znaczenia dla naszego przypadku !! No ludzie !! To ja się pytam po co był ten cały cyrk o to pobranie i wczoraj i dziś ? Ech, ręce opadają.
Pomijając kwestię z tym nieszczęsnym pobraniem i brak jakiegokolwiek kontaktu w dniu dzisiejszym z lekarzem oraz niepotrzebne przetrzymanie nas to cała reszta była w miarę ok, Synuś zachwycał pielęgniarki z każdej kolejnej zmiany, zrównał je sobie wszystkie, tylko jedna pozostała oporna na jego uśmiechy i spojrzenia ;) Z całą resztą gadał jak najęty, śmiał się do nich w głos, machał rączkami, nóżkami, wręcz okazywał sympatię całym sobą a pielęgniarki nie mogły wyjść z podziwu jaki to on śliczny, kontaktowy, pogodny, mały, grubiutki człowieczek jest z tego mojego Synka ;) Najlepsza była pani od rtg, która to stwierdziła, że A. powinien mleko reklamować. Tylko nie do końca wiem z jakiego powodu, czy dlatego, że taki ładny czy, że gruby ? A może jedno i drugie ? ;)
I tym optymistycznym akcentem zakończę opowieść o naszej smutnej przygodzie. Dziś oczywiście robiłam jak zwykle zdjęcia Synkowi żeby uwiecznić jego beztroskę i radość w czasie pobytu w szpitalu, może jutro wstawię.
I ja doskonale wiem, że dzieci często spadają ale są upadki i UPADKI i u nas to stanowczo był UPADEK :(
Mały A runął główką prosto w gołą podłogę z wysokości ok 50cm :( i w sekundę po podniesieniu go na czole miał już guza i śliwę w jednym, o wielkości śliwki węgierki a odstawało mu to na centymetr od czoła :((( nie da się opisać jaki to był widok i jak to razem przeżyliśmy.
Nasz wypadek stanowczo nie zaliczał się do tych lightowych kiedy to dziecko spadnie sobie na dywanik i nawet nie zauważy co się stało, zapłacze chwilę i po wszystkim, także szybko wykombinowałam opiekę dla mocno wystraszonego J i pojechaliśmy z A do szpitala.
Na wejściu zbadał nas chirurg, potem pediatra i zrobili rentgena główki, który wyszedł ok, jednak po tych wszystkich badaniach chirurg zalecił pozostanie na oddziale w celu obserwacji gdyż uderzenie było dość silne i trzeba było A obserwować. Nie byłam szczęśliwa, że musimy tam zostać ale wiedziałam, że w domu nie będziemy tak bezpieczni jak tu, więc oczywiście zostaliśmy.
Po przyjęciu na oddział chcieli pobrać Małemu A krew i tu czekał nas niestety koszmar bo A jest naprawdę grubiutki i jak pielęgniarki zobaczyły jego napompowane łapki to od razu powiedziały, że będzie ciężko. Ale próbowały i to był istny horror, bo nie szło im za cholerę !! A to moje biedne dziecie wiło się i darło jak zarzynane a one mu te igły w łapki wbijały, igły sterczały, on się rzucał a krwi nic a nic nie poleciało :( nie wiem ile razy tak próbowały ale po 15 minutach takiej jazdy odmówiłam dalszych badań. Mały A tego dnia i tak już swoje wycierpiał a pobranie krwi było tylko rutyną przy przyjmowaniu na oddział więc uznałam, że gra nie jest warta świeczki i lepiej mu będzie jak oszczędzę mu kolejnego bólu i płaczu. Pielęgniarki kazały mi iść do lekarza i powiedzieć, że odmawiam badań. Lekarz się zgodził bo dziecko po upadku, wymęczone itd., żeby już dać mu spokój.
Poszliśmy spać, noc minęła w miarę ok, choć ja wzięłam przed snem jeden pramolan a chwilę potem drugi bo serce łomotało mi cały czas jak oszalałe i bałam się, że jakiegoś ataku po nocy dostanę a w obecnej sytuacji nie mogłam sobie na to pozwolić. Mimo pramolanu wybudzałam się dosłownie co 15 minut, cała mokra i z walącym sercem a do tego pielęgniarki co jakiś czas przychodziły mierzyć Małemu A. ciśnienie. Trwało to tak wszystko do północy aż w końcu zasnęłam. Dalej noc minęła dobrze.
A. obudził się o swojej stałej porze, bardzo miło zaczął dzień i gdy już byłam coraz bardziej spokojna to do naszej sali wpadły pielęgniarki z tekstem, że będą krew pobierać !! Ja zdziwiona mówię, że przecież u nas miało nie być pobierania, a one do mnie, że nic o tym nie wiedzą i idą to ustalić z lekarzem. I ten sam lekarz, który wczoraj odwołał badania dziś przyleciał do mnie z mordą, że o co mi chodzi i czemu nie zgadzam się na badania !! Ja zbita z tropu mówię, że przecież sam wczoraj mówił, że nie trzeba i ja to tak zrozumiałam a on do mnie, że to dotyczyło tylko wczorajszego wieczoru bo dziecko było zmęczone a dziś pobrać trzeba i żebym nie przesadzała !! A jeżeli się nie zgodzę to oni kończą hospitalizację !! Szok normalnie :(
Zgodziłam się bo co mi pozostało. A zaraz potem okazało się, że dziś nagle już nie mogę iść z dzieckiem na pobranie !! Ja się pytam dlaczego to mi mówią, że dziś jest pielęgniarka zabiegowa i do niej matki nie wchodzą, nosz k... mać. Dałam im mojego synka ale poszłam za nimi, postałam pod drzwiami a jak zaczął się wrzask to poszłam na salę i się poryczałam. Pomyślałam, że jakby co to i tak im go zabiorę bo nie będą mi go katować tylko po to żeby krew profilaktycznie pobrać bo wskazań w sumie nie było. Zdarzył się jednak cud, A. krócej płakał i mi go zaraz przynieśli zapłakanego ale uśmiechniętego i zadowolonego a pielęgniarka powiedziała, że jest bardzo grzeczny i płakał tylko jak mu coś robili a tak to nie. To samo było wcześniej na rtg, nic a nic nie płakał a babka przed rtg mówiła żeby nastawić się płacz a on patrzył w lampy i nic. Po tym pobraniu dokładnie sobie synka obejrzałam i dopatrzyłam się, że pobranie musiało być z główki bo miał powiększoną żyłę i widoczne ukłucie i dlatego
pewnie im się udało pobrać i to nawet dość szybko bo z rączki ta za nic by nie poszło ...
Po tej porannej przygodzie mieliśmy okulistę i neurologa i tu na szczęście wszystko było ok. Neurologa bałam się potwornie, że coś wypatrzy ale babeczka powiedziała, że nic złego nie widzi :) w dodatku była naprawdę rewelacyjna i super zajęła się moim Skarbem, synuś był przezadowolony z jej badań i śmiał się w głos a ja z nim :)
Następnie mieliśmy mieć usg a potem mieliśmy dostać wypis i wrócić do domu, tyle, że godziny leciały i nikt po nas nie przychodził aż w końcu po 17:00 zaczęliśmy się z M trochę niecierpliwić bo od południa nikt się nami nie zajmował a my tak gniliśmy w tym szpitalu i nikt nawet nam nie powiedział dlaczego nie robią tego usg i kiedy ono w takiej sytuacji ma być. I dobrze, że zaczęliśmy węszyć bo okazało się, że tego usg to oni nam dziś nie zrobią w ogóle i planowane jest jutro, więc dogadaliśmy się z lekarzem żeby puścił nas do domu na przepustkę a jutro wrócimy tylko na to usg. Mamy do szpitala 10 minut samochodem, więc naprawdę nie warto było koczować tam kolejnej nocy. Lekarz dał nam przepustkę i jesteśmy już w domu :)
Szkoda tylko, że straciliśmy dziś w tym szpitalu cały dzień, kisząc się z dzieckiem w sali a od południa spokojnie mogliśmy być w domu i siedzieć z Małym A w ogrodzie, wrrr
Ja nie wiem jak tak można robić żeby nawet pół słowem lekarz nie przyszedł i nie poinformował, że coś przekładają na następny dzień czy np., żeby powiedział chociażby wyniki tej niesłychanie ważnej morfologii !! Żeby było śmieszniej to inny lekarz, ten co dawał nam przepustkę na pytanie o wyniki badania powiedział, że są ok ale w ogóle to nie mają znaczenia dla naszego przypadku !! No ludzie !! To ja się pytam po co był ten cały cyrk o to pobranie i wczoraj i dziś ? Ech, ręce opadają.
Pomijając kwestię z tym nieszczęsnym pobraniem i brak jakiegokolwiek kontaktu w dniu dzisiejszym z lekarzem oraz niepotrzebne przetrzymanie nas to cała reszta była w miarę ok, Synuś zachwycał pielęgniarki z każdej kolejnej zmiany, zrównał je sobie wszystkie, tylko jedna pozostała oporna na jego uśmiechy i spojrzenia ;) Z całą resztą gadał jak najęty, śmiał się do nich w głos, machał rączkami, nóżkami, wręcz okazywał sympatię całym sobą a pielęgniarki nie mogły wyjść z podziwu jaki to on śliczny, kontaktowy, pogodny, mały, grubiutki człowieczek jest z tego mojego Synka ;) Najlepsza była pani od rtg, która to stwierdziła, że A. powinien mleko reklamować. Tylko nie do końca wiem z jakiego powodu, czy dlatego, że taki ładny czy, że gruby ? A może jedno i drugie ? ;)
I tym optymistycznym akcentem zakończę opowieść o naszej smutnej przygodzie. Dziś oczywiście robiłam jak zwykle zdjęcia Synkowi żeby uwiecznić jego beztroskę i radość w czasie pobytu w szpitalu, może jutro wstawię.
czwartek, 6 maja 2010
7m
Dziś A. skończył 7 miesięcy.
Ostatni miesiąc po prostu zniknął. Pojawił się i już go nie ma, już jest następny.
W tym miesiącu udało mi się wprowadzić następne nowe smaki oraz zrobić kolejne podejście do kurczaka i indyka. I zgłupiałam już w temacie alergii bo plamy się nie pojawiły. A. kąpany jest w oilatum soft, potem smaruję go kremem oilatum i na razie jest ok.
Za to w pewnym sensie nie jest ok z jedzeniem bo A. je dużo, znowu wciąga dość spore porcje ale niestety obiadki słoikowe nie idą mu prawie w ogóle :( Prawie, bo tak naprawdę to idą ale wszystkie smaki jak leci muszę mieszać i kamuflować w marchewce Gerbera bo inaczej nie przełknie. Także każdy obiad to porządna porcja tej marchewki + jakaś część obiadku z innego słoika. A do tego tak się Gruby wycwanił, że jak podaję mu łyżeczkę to najpierw sprawdza co na niej jest, otwiera tylko lekko usteczka ale zasiska dziąsła tak, żeby tylko trochę tego jedzenia przedostało się na wargi i jak czuje, że jest to tylko marchewka to otwiera szeroko buzię i wciąga resztę a jak tylko wyczuje, że jest tam coś dodatkowego to wypycha łyżkę i nie ma zmiłuj, nie da się jej nawet na siłę wcisnąć. Poza tym takim karmieniem na siłę mogę go tylko jeszcze bardziej zniechęcić, więc jak już widzę, że naprawdę jest totalny szczękościsk to się z nim nie siłuję tylo dokładam na łyżeczkę marchewki żeby ukryć ten dodatkowy smak i wtedy przechodzi.
Wcześniej nie robiłam z tego problemu bo wydawało mi się, że może to dotyczy tylko jednego lub kilku smaków ale teraz po kolejnym miesiącu widzę, że w sumie to jeszcze nie trafił się taki obiadek, który zostałby zaakceptowany i zjedzony bez osłony marchewki :(
Jutro zrobimy podejście do pierwszej zupki robionej samodzielnie, mam nadzieję, że mu posmakuje bo nie wyobrażam sobie, żeby to dalej tak wyglądało żeby jego obiadki miały tylko i wyłącznie smak marchewki. Poza tym mam też nadzieję, że jeszcze z czasem i te słoiki jakoś pójdą bo ktoś musi zjeść tę kolekcję co uzbierałam będąc w ferworze zachwycania się milionem smaków słoiczków ;)
Lekką ręką doliczyłam się łącznie ponad 70 sztuk i ani jednego psa w domu, który mógłby to ewentualnie pożreć ;)
Z nowości rozwojowych to parę dni temu A. odkrył w końcu swoje nogi i stopy !!
No wreszcie, bo już nie mogłam się tego doczekać i tu naprawdę w stosunku do innych dzieci w jego wieku był trochę do tyłu. Ale teraz już nadgonił :)
Za to w innym temacie radzi sobie nieźle bo jego rówieśnicy jeszcze nie wszyscy mają opanowany obrót z brzucha na plecy a A. opanował to już dawno temu i całe dnie spędza na turlaniu się z pleców na brzuszek i na odwrót oraz kręcąc się wokół własnej osi i w ten sposób potrafi pokonać już całkiem spore odległości, zostawia się go w jednym końcu dywanu a znajduje w drugim. Zostawienie go samego na łóżku już od dawna jest mega ryzykiem więc staram się tego nie robić.
Poza tym od kilu już miesięcy każdego dnia rozbraja mnie swoim uśmiechem, spojrzeniem i minami, które robi. Miłość nie do opisania żadnymi słowami, mamy to wiedzą ;)
Ostatni miesiąc po prostu zniknął. Pojawił się i już go nie ma, już jest następny.
W tym miesiącu udało mi się wprowadzić następne nowe smaki oraz zrobić kolejne podejście do kurczaka i indyka. I zgłupiałam już w temacie alergii bo plamy się nie pojawiły. A. kąpany jest w oilatum soft, potem smaruję go kremem oilatum i na razie jest ok.
Za to w pewnym sensie nie jest ok z jedzeniem bo A. je dużo, znowu wciąga dość spore porcje ale niestety obiadki słoikowe nie idą mu prawie w ogóle :( Prawie, bo tak naprawdę to idą ale wszystkie smaki jak leci muszę mieszać i kamuflować w marchewce Gerbera bo inaczej nie przełknie. Także każdy obiad to porządna porcja tej marchewki + jakaś część obiadku z innego słoika. A do tego tak się Gruby wycwanił, że jak podaję mu łyżeczkę to najpierw sprawdza co na niej jest, otwiera tylko lekko usteczka ale zasiska dziąsła tak, żeby tylko trochę tego jedzenia przedostało się na wargi i jak czuje, że jest to tylko marchewka to otwiera szeroko buzię i wciąga resztę a jak tylko wyczuje, że jest tam coś dodatkowego to wypycha łyżkę i nie ma zmiłuj, nie da się jej nawet na siłę wcisnąć. Poza tym takim karmieniem na siłę mogę go tylko jeszcze bardziej zniechęcić, więc jak już widzę, że naprawdę jest totalny szczękościsk to się z nim nie siłuję tylo dokładam na łyżeczkę marchewki żeby ukryć ten dodatkowy smak i wtedy przechodzi.
Wcześniej nie robiłam z tego problemu bo wydawało mi się, że może to dotyczy tylko jednego lub kilku smaków ale teraz po kolejnym miesiącu widzę, że w sumie to jeszcze nie trafił się taki obiadek, który zostałby zaakceptowany i zjedzony bez osłony marchewki :(
Jutro zrobimy podejście do pierwszej zupki robionej samodzielnie, mam nadzieję, że mu posmakuje bo nie wyobrażam sobie, żeby to dalej tak wyglądało żeby jego obiadki miały tylko i wyłącznie smak marchewki. Poza tym mam też nadzieję, że jeszcze z czasem i te słoiki jakoś pójdą bo ktoś musi zjeść tę kolekcję co uzbierałam będąc w ferworze zachwycania się milionem smaków słoiczków ;)
Lekką ręką doliczyłam się łącznie ponad 70 sztuk i ani jednego psa w domu, który mógłby to ewentualnie pożreć ;)
Z nowości rozwojowych to parę dni temu A. odkrył w końcu swoje nogi i stopy !!
No wreszcie, bo już nie mogłam się tego doczekać i tu naprawdę w stosunku do innych dzieci w jego wieku był trochę do tyłu. Ale teraz już nadgonił :)
Za to w innym temacie radzi sobie nieźle bo jego rówieśnicy jeszcze nie wszyscy mają opanowany obrót z brzucha na plecy a A. opanował to już dawno temu i całe dnie spędza na turlaniu się z pleców na brzuszek i na odwrót oraz kręcąc się wokół własnej osi i w ten sposób potrafi pokonać już całkiem spore odległości, zostawia się go w jednym końcu dywanu a znajduje w drugim. Zostawienie go samego na łóżku już od dawna jest mega ryzykiem więc staram się tego nie robić.
Poza tym od kilu już miesięcy każdego dnia rozbraja mnie swoim uśmiechem, spojrzeniem i minami, które robi. Miłość nie do opisania żadnymi słowami, mamy to wiedzą ;)
a ja lubię deszcz ...
Lubię deszcz.
Lubię świeżość powietrza i spokój jaki ze sobą przynosi.
W słoneczne dni nie ma takiego spokoju, w około wszystko aż huczy. A gdy pada deszcz cichnie i słychać tylko szum tego deszczu. Szum, który uwielbiam, odgłos wody uderzającej o trawę i kropli deszczu spadających na szybę i parapet. Naprawdę uwielbiam to ... Uwielbiam w taki dzień otworzyć okno i oddychać tym deszczem, położyć się, zamknąć oczy i słuchać jak pada.
I dziś mi się to udało :) oczywiście dzięki A., z którym ułożyłam się do porannej drzemki, było cudownie :)
Jeden taki dzień, a może być nawet kilka (tym bardziej jak jestem w domu) zupełnie mi nie przeszkadzają a nawet dają chwilę wytchnienia ... nie muszę nic robić na łapu capu, nigdzie się nie spieszę bo nigdzie nie wychodzę, zamiast 3 godzin łażenia po dworzu z wózkiem mam możliwość zdrzemnięcia się razem z A., bo spacery to cudowna rzecz (naprawdę je uwielbiam) ale prawda jest taka, że po takim 3 godzinnym maratonie ja wracam padnięta a dziecko wstaje wyspane, w pełni sił i energii podczas gdy ja marzę tylko o śnie, więc raz na jakiś czas taki dzień jak dziś to naprawdę coś wspaniałego :)
Poza tym świat w kroplach deszczu potrafi wyglądać cudownie ...
Lubię świeżość powietrza i spokój jaki ze sobą przynosi.
W słoneczne dni nie ma takiego spokoju, w około wszystko aż huczy. A gdy pada deszcz cichnie i słychać tylko szum tego deszczu. Szum, który uwielbiam, odgłos wody uderzającej o trawę i kropli deszczu spadających na szybę i parapet. Naprawdę uwielbiam to ... Uwielbiam w taki dzień otworzyć okno i oddychać tym deszczem, położyć się, zamknąć oczy i słuchać jak pada.
I dziś mi się to udało :) oczywiście dzięki A., z którym ułożyłam się do porannej drzemki, było cudownie :)
Jeden taki dzień, a może być nawet kilka (tym bardziej jak jestem w domu) zupełnie mi nie przeszkadzają a nawet dają chwilę wytchnienia ... nie muszę nic robić na łapu capu, nigdzie się nie spieszę bo nigdzie nie wychodzę, zamiast 3 godzin łażenia po dworzu z wózkiem mam możliwość zdrzemnięcia się razem z A., bo spacery to cudowna rzecz (naprawdę je uwielbiam) ale prawda jest taka, że po takim 3 godzinnym maratonie ja wracam padnięta a dziecko wstaje wyspane, w pełni sił i energii podczas gdy ja marzę tylko o śnie, więc raz na jakiś czas taki dzień jak dziś to naprawdę coś wspaniałego :)
Poza tym świat w kroplach deszczu potrafi wyglądać cudownie ...
wtorek, 4 maja 2010
Dawno, dawno temu...
... w pewien czwartek, 4 maja, o godzinie 21:05 przyszła na świat mała dziewczynka, wyczekana i ukochana córeczka tatusia :) Tutaj znana jako Anja ;)
Dziś świętuje swoje kolejne urodziny :)))
Jak żyję to nie pamiętam żeby w moje urodziny była taka zimnica !!
Razem ze mną swoje urodziny świętuje dziś moja babcia, niestety już w niebie...
Dziś świętuje swoje kolejne urodziny :)))
Jak żyję to nie pamiętam żeby w moje urodziny była taka zimnica !!
Razem ze mną swoje urodziny świętuje dziś moja babcia, niestety już w niebie...
Subskrybuj:
Posty (Atom)