niedziela, 6 grudnia 2009

2 miesiące w mikołajki :)

Dziś Mały A. kończy drugi miesiąc :)

W środę byliśmy w Dziekanowie na kontroli poszpitalnej i ku mojemu wielkiemu zdziwieniu okazało się, że A. waży już 4880g !! A miesiąc temu ważył 3488g, czyli przez miesiąc przybrał 1400g, to naprawdę ładny przyrost, pani doktor dwa razy liczyła bo nie mogła uwierzyć, że mój maleńki szkrabik tyle przybrał :)

Przez moją nadgorliwość czy też po prostu zwykłą troskę po kontroli pediatrycznej wylądowaliśmy u rehabilitantki, słynnej pani Grodner. Zaniepokoiło mnie to, że synuś patrzy i obraca główkę w jedną stronę, powiało asymetrią, brrr i rehabilitantka miała nas obejrzeć.
Obejrzała i powiedziała żebyśmy przyjechali jeszcze raz bo napięcia u A. nie widać ale pzy niektórych ćwiczeniach nie reagował ruchowo tak jak powinien i pani Grodner stwierdziła, że wygląda to tak jakby był bardzo zmęczony i po prostu nie miał sił wykonywać ćwiczeń bo tak jak powiedziała wcześniej, napięcia w nim nie widzi. A fakt, że A. zaspany był bardzo bo wizyta była dokładnie w czasie, kiedy to normalnie jesteśmy na spacerze i A. sobie smacznie śpi. Mam nadzieję, że na następnej wizycie rozwiejemy ostatecznie wszelkie wątpliwości na naszą korzyść i obejdzie się bez rehabilitacji bo po prostu sobie tego nie wobrażam, szczególnie metodą Vojty :(

sobota, 5 grudnia 2009

Kolki :(

To nasza nowa atrakcja :(

Od kilku dni zauważyłam, że z naszym pięknie wyregulowanym planem dnia zaczyna dziać się coś niedobrego. Od rana do południa wszystko jest jeszcze ok i planu się trzyma: jemy, śpimy, czuwamy, potem spacer, kolejne jedzenie i spanie i tak dochodzimy do godziny 17:00, o której to cały plan dnia nagle bierze w łeb i zaczyna się cyrk a raczej horror :( Rozdzierający płacz i nie pomaga żadne noszenie, tulenie itd. Dziecko się męczy, my bezradni patrzymy na to i nie wiemy co robić (bezradność w takich sytuacjach to chyba najgorsze co może spotkać rodzica).

Kilka dni zajęło mi dojście do tego, że to klasyczny atak kolki !! Nie kapnęłam się wcześniej bo objawy były nie do końca jednoznaczne i dopiero wczoraj gdy przy jedzeniu A. zaczął się miotać i wypluwać z płaczem butelkę po kilku łykach a do tego zaczął się prężyć i machać nóżkami olśniło mnie, że mamy doczynienia z kolkami. Podaliśmy Infacol. A. zasnął, po krótkim czasie się wybudził, spokojnie zjadł a potem przez ponad godzinę (!!!) leżał sam w łóżeczku i oglądał zabawki :) a ja w tym czasie siedziałam obok niego w szoku i zastanawiała się jak mogłam wcześniej nie zorientować się, że moje dziecko cierpi na kolki !!! Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że te objawy do wczoraj jeszcze nie były aż tak klasyczne a poza tym to A. od ponad miesiąca jest przecież na Debridadzie czyli leku, który reguluje pracę układu pokarmowego w tym także jelit i jest przepisywany dzieciom na kolki, więc nie przyszło mi do głowy, że po kilku tygodniach stosowania go możemy mieć problem z kolkami. A jednak ...

Inna sprawa, że o całe to zamieszanie podejrzewam też ewentualny kolejny skok rozwojowy bo to akurat ten czas, między 8 a 9 tygodniem a A. ma właśnie skończone 8 tygodni. Ratunku, jak przetrwać to wszystko razem wzięte ?
Ogólnie marzę o tym żeby to wszystko się już skończyło i żeby powróciły nasze spokojne,
uregulowane monotonnie dni ...

piątek, 4 grudnia 2009

Nasza codzienność.

Rytm dnia jakiś tam mamy, o tym już pisałam :) I wszystko byłoby super gdyby nie to, że A. zalicza się do grona tych dzieci, które za chiny ludowe nie poleżą nawet chwilkę same. I nie mówię tu o zastawianiu dziecka samego w łóżeczku na pół dnia tylko o zwykłym leżeniu np. w leżaczku w towarzystwie mamy lub taty i oglądaniu zabawek. NIE, U NAS TAKIEJ OPCJI NIE MA !! Po prostu nie ma mowy o tym żeby A. poleżał sam dłużej jak 5, max 10 minut. I nie ma znaczenia czy będzie to łóżeczko, leżaczek czy inne miejsce, chwilkę poleży, popatrzy i ... WRZASK, koniec leżenia. A zanosi się tak, że ściany pękają i chce się zrobić wszystko żeby tylko nastała cisza. Jednym słowem noszenie, noszenie i jeszcze raz noszenie, bo nigdzie nie jest tak dobrze jak u mamy lub taty na rączkach.
Bo przecież świata nie da się oglądać leżąc gdzieś indziej ;)

I teraz wyobraźcie sobie jak wyglądają moje próby zrobienia czegokolwiek wokół siebie lub po prostu w domu: ledwo wejdę do łazienki - wrzask, sam prysznic + ubranie się to jakieś 20 minut, a jak już chcę do tego wymyć głowę to łącznie z suszeniem przedłuża się do 40 minut - NIE MAM NA TO SZANS !! Tak samo jak na zrobienie śniadania a co dopiero mówić o zjedzeniu :(
Z jedzeniem obiadu po powrocie M jest tak, że jemy na zmianę bo ktoś musi bawić, czytaj: nosić A., inaczej wrzask. I muszę tu zaznaczyć, że to nie jest żadne tam pojękiwanie czy kwękanie takie jak u innych dzieci, NIE, u nas od razu jest mega wrzask, taki, że szyby pękają. Jak chcę np. pozmywać gdy jestem sama, czy w ogóle cokolwiek zrobić to jedyna opcja to leżaczek + włączony okap i nie to żebym miałam na to nie wiadomo ile czasu, mam tyle co zawsze czyli max 10 minut.

Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze fakt, że w dzień A. śpi jakoś dużo czujniej niż w nocy i po odłożeniu do łóżeczka od razu się wybudza. Także albo śpi na nas albo wcale. Ponieważ trochę nam jednak na tym jego spaniu zależy to po takim zjedzonym na raty obiedzie usypiamy A., który leży na brzuszku na mnie lub tacie i jeżeli rolę materaca przyjmuje akurat tata to ja w tym czasie zaczynam latać jak głupia po domu i: sprzątam, zmywam, piorę, chowam wyschnięte pranie, szykuję ubrania dla J. na następny dzień, dla siebie (bo w dzień nie będę miała na to czasu), robię jeszcze milion innych rzeczy i gdy już padam na twarz to Adaś właśnie kończy drzemkę (ale o tym też już pisałam).

Pewnie teraz zastanawiacie się jak to w takim razie robię, że mam czas na internet i pisanie tutaj ? Ano mam czas właśnie wtedy kiedy to ja pełnię rolę materaca dla A. :) On sobie na mnie śpi (tak jak teraz właśnie) a ja jedną ręką stukam w laptopa. Nie jest to ani łatwe ani wygodne (szczególnie pisanie polskich znaków) ale jest to jedyny moment kiedy mam na to czas i w zasadzie nic innego w tym czasie i tak robić nie mogę a bez netu, bloga i forum żyć nie umiem :) A jak jeszcze jednocześnie mogę rozkoszować się bliskością mojego Skarba, który się nie drze tylko śpi sobie słodko wtulony we mnie to nic mi już nie brakuje :)

A jak to robię, że w ogóle jakoś funkcjonuję ? Ano tak, że codziennie rano przyjeżdża do mnie mój tata i zajmuje się A. żeby dziecko się nie darło w czasie gdy ja pójdę do łazienki czy chcę zjeść itd. Bardzo cieszę się z tej pomocy i ogromnie ją doceniam (jest wiele takich dzieci jak A. i ich mamy nie mają żadnej popmocy) ale mimo wszystko łapię czasami mega doła bo taką sytuację jak mam teraz przerobiłam już z pierwszym synkiem i teraz do końca ciąży wierzyłam, że tym razem będzie jednak inaczej. No i jest inaczej bo z J. było jeszcze ciężej ale to zupełnie inna historia.

Wracając do A. to bardzo chciałam być samodzielna i sama zajmować się synkiem, to w końcu moje drugie dziecko, mam już spore doświadczenie ale okazuje się, że w naszym przypadku nie jest potrzebne doświadczenie tylko cierpliwość i siła do noszenia.
No i miałam wybór, opcje były trzy:
1. Zostaję sama i świetnie sobie radzę ale nie jem, nie myję się itd., albo 2. zostaję sama, jem i się myję a moje dziecko w tym czasie wyje, albo 3. godzę się na pomoc i wtedy mogę zjeść, wymyć się a jednocześnie synek nie dostaje histerii.
Oczywiście wybrałam ostatnią, trzecią opcję (która matka wybrałaby pierwszą lub drugą?) ale tak jak pisałam nie tak to sobie wyobrażałam ...

środa, 2 grudnia 2009

Wspomnienie...

Wczoraj, ktoś wpisując w google hasło 7tc, trafił na moją TĄ notkę:

Wspomnienia wróciły.
Przypomniała mi się każda chwila strachu, każda łza i ta bezradność ...
Gdy to pisałam nie wiedziałam, że to dopiero początek koszmaru jaki miał nas jeszcze spotkać ale też tak jak pisałam wtedy: A. okazał się bardzo silny, przetrwał wszystko i teraz jest ze mną, CAŁY MÓJ :)))
I tylko czasem myślę o tym jakby to było gdyby jednak było ich dwoje ...

niedziela, 29 listopada 2009

Co u nas ?

Powoli się regulujemy. Mogę powiedzieć, że mamy coś takiego jak rytm dnia i nocy, w dodatku całkiem przyjazny dorosłemu, zmęczonemu człowiekowi ;)
Mimo tego ja jednak ciągle jestem zmęczona i cierpię na chroniczny brak czasu. Przy każdej drzemce A. muszę wybierać czy zrobię to czy tamto a i tak nigdy nie starcza mi czasu na wszystko. Generalnie przez całą drzemkę A ja prowadzę wyścig z czasem, który zazwyczaj przegrywam. Biegam z góry na dół, między kuchnią a pokojami i łazienką i staram się nadrobić to wszystko co leży odłogiem gdy A nie śpi, i jak już jestem bliska końca i jedną nogą stoję obok łóżka żeby się w końcu położyć to wtedy A. włącza syrenę, którą oznajmia całemu domowi, że właśnie się obudził i mój czas się skończył :)
I tak leci nam dzień po dniu, nawet nie nadążam sprawdzać w kalendarzu jaki jest dzień, pilnuję tylko żeby nie przegapić 6-go, bo wtedy kończymy kolejny miesiąc :)

W zeszłym tygodniu zaliczyliśmy kontrolę bioderek, jest ok :) moja żabka ma super bioderka !!Po weekendzie jedziemy do szpitala na kontrolę po pobycie (miesiąc temu) w szpitalu. Zupełnie nie czuję potrzeby tej wizyty no ale jak mus to mus.
Wczoraj za to był u nas nasz wujek pediatra, z którym omówiłam sobie tysiąc moich wątpliwości odnoście A., głównie sprawę tej cholernej reakcji poszczepiennej i dylemat co robić z kolejną dwaką szczepienia. Po rozmowie decyzja jest, że mamy szczepić, następna dawka 4 stycznia, już się boję :( tyle dobrze, że przynajmniej tą EMLĘ będziemy mogli już zastosować.

Z innych tematów to po miesiącu telepania się po wertepach moim wymarzonym, wyśnionym i wyczekanym MUTSY, dokładnie wczoraj pojechaliśmy i kupiliśmy nowy wózek ... MUTSY jest piękny, cudny i w ogóle ale na moje okolice się nie nadaje. Zresztą nie tylko na moje, on generalnie dobrze radzi sobie tylko z gładką jak pupa niemowlaka powierzchnią a takich miejsc to można sobie długo w Wawie i okolicach szukać. Jak sama jego nazwa (URBAN RIDER) wskazuje, wózek na wieś się nie nadaje choć ja myślę, że na naszych warszawskich chodnikach też by sobie nie poradził, on powinien mieć nazwę HIPERMARKET RIDER, tam jest jego miejsce ;) co nie znaczy, że te jego wielkie koła przeszkód nie pokonują, owszem, pokonują ale tak przy tym telepią dzieckiem, że ja już po prostu patrzeć na to dłużej nie mogłam. A wszystko przez brak amortyzacji ...
Kupiliśmy JEDO FYN 4DS i jestem przeszczęśliwa, wózek sam jedzie, dosłownie płynie, prowadzi się sto razy lżej i łatwiej niż MUTSY o podbijaniu i wjeżdżaniu na krawężniki nie wspomnę, no i ta amortyzacja, po prostu rewelacja !!

piątek, 20 listopada 2009

Albo albo :(

Albo zdrowie psychiczne i fizyczne moje i dziecka albo karmienie piersią. U nas te dwie rzeczy niestety nawzajem się wykluczają :(
W związku z tym, po miesiącu męczarni, od 6 listopada synek jest na butli. Wraz z przejściem na butlę zmniejszyły się ulewania i skończyły kilkugodzinne maratony z kupami.

Ja nie wiem co jest nie tak z tym moim mlekiem ale Mały A go po prostu nie toleruje, dla A jest jak środek przeczyszczający czy w sumie nawet nie wiem jak to nazwać bo przecież leciało z niego i górą i dołem :( Wiadomo, że to na pewno nie alergia na białka mleka bo gdyby tak było to po mleku sztucznym nie byłoby poprawy a wręcz przeciwnie. Co do innych produktów to był przecież czas, że żyłam o chlebie i wodzie (i to dosłownie) i było to samo, więc ogólnie to raczej nie alergia. Lekarze rozłożyli ręce i ja też. Mój przypadek jak zwykle nie może być prosty, no bo przecież jest MÓJ a u mnie nic nie jest normalne i mieszczące się w ramach jakiegoś konkretnego problemu, NIE, u mnie wszystko jest zawsze inne niż normy przewidują.

Po przejściu na butlę zaczęliśmy funkcjonować w miarę normalnie. Niestety ja bardzo ciężko psychicznie zniosłam odstawienie małego od piersi. No bo przecież jakto ? JA ? z taką ilością mleka, że dla połowy miasta by starczyło mam karmić sztucznie ? Z jednej strony nie mogłam tego znieść a z drugiej czułam ogromną ulgę, kiedy kolejne karmienie nie kończyło się kilkakrotnym chlustaniem, przebieraniem i 10 kupami pod rząd. Ponieważ jednak wciąż toczyłam wewnętrzną walkę o to czy robię źle czy dobrze to w drugiej dobie butelkowego karmienia postanowiłam przeprowadzić mały test, którego niestety moje mleko nie zdało :( Na chwilkę przystawiłam A do piersi, pomyślałam, że przecież te kilka mililitrów, które ode mnie wypije nie powinny zaszkodzić. Jak bardzo się myliłam przekonałam się parę minut później kiedy A zaczął po staremu chlustać tym moim mlekiem jeszcze w trakcie jedzenia a zanim skończył jeść i chlustać to już była pierwsza kupa a zaraz potem następna i następna i koszmar po prostu powrócił. A karmiłam go zaledwie kilka minut !!! To był ostatni raz kiedy przystawiłam go do piersi i od tamtej pory jesteśmy tylko i wyłącznie na butli.

W międzyczasie musiałam oczywiście zrobić coś z zalegającym nawałem pokarmu. Zamieniłam się dosłownie w fabrykę i co 2-3 godziny odciągałam po 160 ml mleka, to naprawdę ogromna ilość, miesięczne dziecko wypija na dobę co najwyżej połowę tego co ja produkowałam. A ja odciągałam i ze łzami w oczach wylewałam bo jakbym chciała to wszystko mrozić to po pierwsze nie miałabym w czym ani gdzie a po drugie to kto by to wszystko potem wypił ? W ciągu następnych kilku dni zrobiło się u nas bardzo ciężko za sprawą mojej anginy i ciężkich dni A, kiedy to nie spał i nosiłam go godzinami na rękach i po prostu przestałam się wyrabiać z czymkolwiek a już na pewno nie miałam czasu ani sił na wiszenie z laktatorem co 2-3 godziny i musiałam zmniejszyć produkcję fabryki. Przestałam odciągać tak często i takie ilości i po paru dniach laktacja zaczęła hamować ... teraz odciągam dwa razy dziennie po 100ml. Po co? Bo wciąż nie mogę pogodzić się z tym, że nie karmię piersią i gdzieś w głębi serca wierzę i liczę na to, że jeszcze do tego wrócę...

A póki co: BEBILON ... i życie stało się prostsze ...
Smutne.

czwartek, 19 listopada 2009

Po szczepieniu ...

Wczoraj bardzo się bałam ale gdzieś w głębi duszy do końca wierzyłam, że nic się nie wydarzy. No bo bez przesady, w końcu z drugim dzieckiem wszystko jest inaczej, nawet pani doktor powiedziała, że statystyka jest po naszej stronie, skoro z pierwszym były problemy to teraz nie powinno ich już być. A jednak ...
Szczepienie mieliśmy o 13:00, akurat kiedy wypadała godzina karmienia no ale na to nie miałam już wpływu. Do tego wszystkiego nie pozwolili nam zastosować EMLI, na którą bardzo liczyłam, a tu niestety :( Samo szczepienie, wiadomo, płacz i tyle, no ale tu na cuda nie liczyłam, szczególnie bez tej emli. Po szczepieniu wrzask, ale tu za to pomyślałam, że z głodu. Zaraz po wyjściu z przychodni A zasnął mi na rękach co bardzo mnie zdziwiło i ucieszyło zarazem. Niestety sen trwał 5 minut, tyle co droga do domu a potem znów płacz. Po nakarmieniu postanowiłam wyjść na spacer żeby synuś się wyciszył, uspokoił i odespał te nieprzyjemności, które go spotkały. Był najedzony, senny, zmęczony, więc liczyłam na dwie godziny spokojnego spacerowania na świeżym powietrzu. Niestety A pospał zaledwie 40 minut, wybudził się w trakcie spaceru i nie zapowiadało się na to, że znów zaśnie, więc skierowałam się w stronę domu bo sytuacja była niepewna. Przez chwilę los nade mną czuwał bo A rozwrzeszczał się dosłownie pod samym domem. Inna sprawa, że od jego wybudzenia już wiedziałam, że coś jest nie tak bo przed spacerem był naprawdę wymęczony i normalnie to spałby nawet i 3 godziny bez przerwy a nie 40 minut, szczególnie na dworze.

No i moje złe przeczucia mnie nie myliły. W domu koszmar rozkręcił się na dobre, A znów zjadł i po nieudanej próbie zaśnięcia wpadł w taki szał i histerię, że czegoś takiego to u niego nie słyszałam i nie widziałam odkąd jest na świecie. Widziałam to za to i słyszałam 5 lat temu po pierwszym szczepieniu J, bardzo dokładnie rozpoznałam ten płacz i to zachowanie i już wiedziałam: mamy reakcję poszczepienną czyli powtórka z rozrywki sprzed 5 lat :(((
Trochę się zastanawiałam czy podawać paracetamol czy nie, ponieważ obecna pediatra nie była za jego stosowaniem, jednak pamiętając historię z J i to, że wtedy wszyscy lekarze kazali dać paracetamol a przecież nawet wylądowaliśmy w szpitalu i tam też jedyne zalecenie to był właśnie paracetamol to postanowiłam nie przeciągać dalej męczarni i o 17:30 paracetamol został synkowi zaaplikowany. Jakież było moje zdziwienie i załamanie kiedy pół godziny po podaniu leku nie było zbytnio dużej poprawy, synek przestał się co prawda wydzierać ale nie dało się go odłożyć i wciąż był bardzo niespokojny, wystarczył mój minimalny ruch żeby od razu wykrzywiał się do płaczu a co najgorsze: nie zasypiał !! Siedziałam tak z nim wtulonym, wręcz wczepionym we mnie przy dźwiękach suszarki i w duchu modliłam się, żeby ten cholerny lek zaczął działać.
O 19:00 A zasnął.
Spał do 3 w nocy.

środa, 18 listopada 2009

6 tygodni.

A skończył wczoraj 6 tygodni :)
Dziś w związku z tym idziemy na nasze pierwsze szczepienie, którego się potwornie boję bo Jot miał bardzo silną reakcję poszczepienną i tego dnia kiedy to było nie zapomnę już do końca życia, w dodatku było to w moje imieniny :(
Teraz niby mam już doświadczenie i na ewentualną powtórkę z rozrywki jestem przygotowana, jednak na pewno nie psychicznie :( boję się i już.

Ostatnie dni nie należały do najłatwiejszych, stąd też brak jakichkolwiek wpisów, bo nawet gdybym miała czas to sił brakowało.
Dokładnie w samym środku mojej choroby i najcięższego stanu, Mały A też miał akurat fatalne dni i noce. Potrafił nie spać np. od 1 w nocy do 6 nad ranem !! I to nie to, że sobie poleżał, po pierwsze on leżeć nie może bo trzeba go cały czas pionizować a po drugie to on wcale leżeć nie chce, no chyba, że na rękach.
Generalnie nic mu nie było, nic go nie bolało, nakarmiony, przewinięty po prostu nie mógł zasnąć. I wiadomo, że jak to zasypianie trwało kilka godzin to z każdą godziną on coraz bardziej marudny a ja wykończona :( do tego tak jak pisałam działo się to wszystko w czasie mojej choroby, także cała obolała, z temperaturą, słaniając się na nogach i odbijając się od ścian chodziłam z nim tak na rękach po parę godzin w tą i z powrotem przy włączonym wentylatorze w kuchni z nadzieją, że w końcu stanie się cud i nasz maraton dobiegnie końca.
Dzięki tym naszym maratonom bardzo szybko dorobiłam się tak fatalnego bólu kręgosłupa, że po prostu ledwo się ruszałam, bolało mnie nie tylko jak nosiłam A ale po prostu cały czas :( i nie pomagało nic, masaże, prochy przeciwbólowe, zupełnie nic, kolejny koszmar po prostu :(

Stan mojego kręgosłupa a także przymus noszenia A zmusił nas do zakupienia chusty. Jak się okazało jest to naprawdę bardzo przydatna, praktyczna i wygodna rzecz :) Oprócz chusty zakupiliśmy też leżaczek i jak A jest już odpowiednio długo pionizowany to od czasu do czasu z leżaczka też korzystamy. Tyle, że A i tak od razu w nim ulewa a po 10, no może góra 15 minutach leżenia włącza syrenę, która oznacza: "już się należałem, proszę mnie natychmiast stąd zabrać" ;)

niedziela, 8 listopada 2009

Trzecia doba.

Jej Wysokość Angina trzyma.
Jeżeli kiedykolwiek wcześniej wydawało mi się, że jestem ciężko chora to myliłam się bardzo, teraz dopiero poznaję co to znaczy być ciężko chorą.
Dziś przekopałam trochę internet bo nie mogłam pojąć jak można się aż tak rozłożyć no i wyczytałam, że angina tak właśnie się objawia, dolegliwościami całego organizmu i to bardzo boleśnie. To był jeden z niewielu momentów kiedy net mnie uspokoił a nie nastraszył, bo teraz wiem, że to co się ze mną dzieje jest w jakiejś tam dopuszczalnej normie.
Szczegółów nie będę opisywać bo mój blog i tak już powoli zaczyna przeradzać się w opowieści o chorobach a nie taka miała być jego tematyka.

Od wczoraj wylądowałam ostatecznie w łóżku i znowu oczywiście w izolatce, tyle, że tym razem to ja jestem izolowana. Od wczoraj też nie zajmuję się A.
M świetnie sobie radzi, prawie bez mojej pomocy ale mimo wszystko nie mogę przeboleć całej tej sytuacji. Moje kochane dzieci - beze mnie :(
Serce mi pęka, nawet jak piszę to mam gardło zaciśnięte a łzy same płyną (tak, nadal nie nastał dzień, w którym nie uroniłam ani jednej łzy) ...

Mój kolega ma opis na gg: "Czarownicy do zdjęcia klątwy poszukuję..."
Aż mam ochotę napisać mu, że jak spotka tę czarownicę to żeby ją potem przysłał do mnie.

piątek, 6 listopada 2009

Masz babo anginę :(

Moje przeziębienie, o którym ostatnio pisałam urosło do gigantycznych rozmiarów :( Niby tylko bolało mnie gardło i głowa ale ból był taki, że jeszcze nigdy przy chorowaniu czegoś takiego nie przechodziłam :( Głowę dosłownie rozsadza mi z bólu, nie mogę za bardzo ruszać nią na boki ani pochylać się bo wtedy czuję jakby miała mi wybuchnąć. Z gardłem masakra a do tego temperatura.

Po 4 dniach samoleczenia się panadolem pojechałam dziś do lekarza i co się okazało ? Angina, ropna :( i stąd ten ból, zarówno gardła jak i głowy. Dostałam antybiotyk, czekam na poprawę.

A będąc w takim stanie sama zajmowałam się dzieckiem i w dzień i w nocy. Przedwczoraj mieliśmy maraton od 23:00 do 4 nad ranem, ostatniej nocy od 23:00 do 3 nad ranem, jestem tak osłabiona i wykończona, że dosłownie przewracam się jak próbuję stać i bujać synka na rekach, czy jak kolejny raz idę go przewijać.
Poza tym boję się o synka, a kto ma się nim zająć jak nie ja ? M w tym tygodniu wrócił do pracy po 3 tygodniach urlopu, więc nie ma opcji żeby znów brał wolne, mój tata zajmuje się starszym synkiem i na tym generalnie kończy się repertuar osób, które mogłyby mi pomóc.
Nie wiem jak przetrwam kolejny maraton...