We wtorek, ot tak sobie, spędziliśmy kilka godzin w zupełnie innych okolicznościach przyrody niż mamy na co dzień.
JJ zabalował w fontannie. Trzeba było wejść potem do sklepu i kupić mu suche ubrania bo nikt nie przewidział, że ta wyprawa skończy się kąpięlą a ubrań zapasowych dla dziecka nie było.
A. siedział w wózku i zszokowany szumem i ilością lecącej w górę wody i przez chwilę zapomniał o wspinaniu się i marudzeniu. Siedział tak i obserwował.
Ja siedziałam i obserwowałam ich oboje, cieszyłam się chwilą, bo przez tę chwilę było tak beztrosko ...
I co z tego, że to miasto ... jak to akurat miasto, w którym tak dobrze się czuję, Warszawa, moja Warszawa...
środa, 14 lipca 2010
niedziela, 11 lipca 2010
Siłownia dnia codziennego :/
Cały nasz dzień to jedna wielka siłownia.
Mały A. nigdy nie należał do dzieci typu: posadźcie mnie na macie, dajcie zabawki a będe tam sobie siedział i się bawił a wy róbta co chceta. Nie, tak nigdy u nas nie było. Obecność rodzica przy zabawie jest obowiązkowa bo inaczej zabawki są be, do tego nawet obecność rodzica i jego nieudolne próby zorganizowania ambitnych zabaw grzechotkami są na nic po ok 5-7 minutach zabawy bo generalnie A. nudzi się daną rzeczą zanim jeszcze dokładnie ją obejrzy. Także nigdy łatwo nie było ale teraz... teraz to po prostu jest masakra. Siedzimy sobie na kocyku, obrabiamy zabawki, jedna minuta, druga, i w max 3-4 minucie następuje rzut 9 kilogramowego ciałka na mamę w celu wspinania się po niej jak najwyżej tylko się da, używając do tego nóg i rąk z naciskiem na ręce, które to są wyposażone w super wbijające się w skórę mamy paluszki z paznokciami. Gdy synek dotrze już prawie na sam czubek mojej głowy następuje ryk i krzyk bo dalej nie dość, że dalej nie da się już wspiąć to jeszcze mama ściąga syna na dół bo już ledwo zipie od tej wspinaczki a do tego jest cała wyszczypana. Mały A.,prowadzony na ziemię i posadzony tyłem do mamy a przodem do zabawek, w ciągu jednej sekundy wykonuje śrubę w miejscu, potem rzut na mamę i zaczyna swoją wyprawę od nowa. I tak w kółko, cały dzień. Jeżeli mamy nie ma w pobliżu to może to być jakakolwiek inna osoba czy też każdy napotkany przedmiot.
I ja doskonale rozumiem, że on po prostu odkrywa swoje nowe umiejętności, tym razem akurat wstawanie na nóżki ale czemu z aż taką zachłannością ?
Nie ma mowy o normalnej zabawie, cały czas czuwania wygląda tak, że on się wspina a gdy już osiągnie cel i stanie na nogi to zaczyna się złościć i krzyczeć, ja go zdejmuję a on wtedy jeszcze bardziej krzyczy :/ Ja jestem cała umordowana i ugotowana bo to naprawdę niezły wysiłek prowadzić takie zapasy z niemowlakiem przez ok 3-4 godziny bez przerwy (bo tyle trwa czas czuwania u A.) i to w taki upał.
Kombinuję jak mogę, wózek, noszenie, basenik, wszystko a on wszędzie robi to samo, z każdego miejsca po prostu próbuje się wydostać o własnych siłach i za wszelką cenę.
Żeby tego było mało, po takim wyczynowym dniu następuje równie wyczynowy wieczór ponieważ od 3 dni moje dziecko, które przez ostatnie 7 miesięcy zasypiało zaraz po kąpieli w trakcie picia wieczornej kaszki, teraz w trakcie tej kaszki nagle wybudza się z płaczem i nie ma mowy ani o dalszym piciu ani tym bardziej o spaniu. Aż mi się przypomniały pierwsze tygodnie jego życia gdy właśnie tak wyglądało usypianie, ryki, wrzaski, noszenie, suszarka, okap i nadal płacz. I teraz ten koszmar jakby powrócił :( Nie wiem co się dzieje, obstawiam dwie rzeczy: po pierwsze zęby, bo ten ząb co to go widać od miesiąca od wczoraj jest bardzo wypukły na dziąśle i siny, ewentualnie po drugie podejrzewam też trochę te upały, że może A. jest po całym dniu w takim skwarze na wieczór coś z niego w końcu wychodzi. Ale oba powody wydają mi się dość słabe bo co niby ma być winien ząb, który wcześniej przez cały dzień jakoś dziecku nie przeszkadza a nagle na wieczór zaczyna męczyć ? To samo z upałami, w dzień jakoś znosimy a na wieczór nagle foch ? Nie wiem.
I jak jeszcze ciężkie dni mogę sobie wytłumaczyć po prostu tym, że A. jest mega energicznym dzieckiem i po prostu bardzo chce już chodzić i stąd ta wieczna siłownia, tak tych wieczorów nijak nie umiem rozgryźć :(
Może ktoś ma jakieś pomysły ???
Mały A. nigdy nie należał do dzieci typu: posadźcie mnie na macie, dajcie zabawki a będe tam sobie siedział i się bawił a wy róbta co chceta. Nie, tak nigdy u nas nie było. Obecność rodzica przy zabawie jest obowiązkowa bo inaczej zabawki są be, do tego nawet obecność rodzica i jego nieudolne próby zorganizowania ambitnych zabaw grzechotkami są na nic po ok 5-7 minutach zabawy bo generalnie A. nudzi się daną rzeczą zanim jeszcze dokładnie ją obejrzy. Także nigdy łatwo nie było ale teraz... teraz to po prostu jest masakra. Siedzimy sobie na kocyku, obrabiamy zabawki, jedna minuta, druga, i w max 3-4 minucie następuje rzut 9 kilogramowego ciałka na mamę w celu wspinania się po niej jak najwyżej tylko się da, używając do tego nóg i rąk z naciskiem na ręce, które to są wyposażone w super wbijające się w skórę mamy paluszki z paznokciami. Gdy synek dotrze już prawie na sam czubek mojej głowy następuje ryk i krzyk bo dalej nie dość, że dalej nie da się już wspiąć to jeszcze mama ściąga syna na dół bo już ledwo zipie od tej wspinaczki a do tego jest cała wyszczypana. Mały A.,prowadzony na ziemię i posadzony tyłem do mamy a przodem do zabawek, w ciągu jednej sekundy wykonuje śrubę w miejscu, potem rzut na mamę i zaczyna swoją wyprawę od nowa. I tak w kółko, cały dzień. Jeżeli mamy nie ma w pobliżu to może to być jakakolwiek inna osoba czy też każdy napotkany przedmiot.
I ja doskonale rozumiem, że on po prostu odkrywa swoje nowe umiejętności, tym razem akurat wstawanie na nóżki ale czemu z aż taką zachłannością ?
Nie ma mowy o normalnej zabawie, cały czas czuwania wygląda tak, że on się wspina a gdy już osiągnie cel i stanie na nogi to zaczyna się złościć i krzyczeć, ja go zdejmuję a on wtedy jeszcze bardziej krzyczy :/ Ja jestem cała umordowana i ugotowana bo to naprawdę niezły wysiłek prowadzić takie zapasy z niemowlakiem przez ok 3-4 godziny bez przerwy (bo tyle trwa czas czuwania u A.) i to w taki upał.
Kombinuję jak mogę, wózek, noszenie, basenik, wszystko a on wszędzie robi to samo, z każdego miejsca po prostu próbuje się wydostać o własnych siłach i za wszelką cenę.
Żeby tego było mało, po takim wyczynowym dniu następuje równie wyczynowy wieczór ponieważ od 3 dni moje dziecko, które przez ostatnie 7 miesięcy zasypiało zaraz po kąpieli w trakcie picia wieczornej kaszki, teraz w trakcie tej kaszki nagle wybudza się z płaczem i nie ma mowy ani o dalszym piciu ani tym bardziej o spaniu. Aż mi się przypomniały pierwsze tygodnie jego życia gdy właśnie tak wyglądało usypianie, ryki, wrzaski, noszenie, suszarka, okap i nadal płacz. I teraz ten koszmar jakby powrócił :( Nie wiem co się dzieje, obstawiam dwie rzeczy: po pierwsze zęby, bo ten ząb co to go widać od miesiąca od wczoraj jest bardzo wypukły na dziąśle i siny, ewentualnie po drugie podejrzewam też trochę te upały, że może A. jest po całym dniu w takim skwarze na wieczór coś z niego w końcu wychodzi. Ale oba powody wydają mi się dość słabe bo co niby ma być winien ząb, który wcześniej przez cały dzień jakoś dziecku nie przeszkadza a nagle na wieczór zaczyna męczyć ? To samo z upałami, w dzień jakoś znosimy a na wieczór nagle foch ? Nie wiem.
I jak jeszcze ciężkie dni mogę sobie wytłumaczyć po prostu tym, że A. jest mega energicznym dzieckiem i po prostu bardzo chce już chodzić i stąd ta wieczna siłownia, tak tych wieczorów nijak nie umiem rozgryźć :(
Może ktoś ma jakieś pomysły ???
wtorek, 6 lipca 2010
9 miesięcy
Trochę o A., na koniec 9-go miesiąca:
*Sam siada.
*Próbuje raczkować ale po kilku krokach pada na brzuch i dalej zasuwa po staremu czyli na brzuchu, odpychając się rączkami i nóżkami od podłogi.
*Wspina się jak tylko może i po czym tylko może a również po czym nie może i wtedy jest bęc.
*Za sprawą siadania i wspinania przewijanie to istny koszmar bo A. po prostu nie toleruje leżenia ani unieruchomienia ani w ogóle żadnej innej pozycji od tej siedząco-wspinającej.
*Zęby (dokładnie dwie dolne jedynki), które pokazały się dokładnie miesiąc temu po dziś dzień nie raczyły przebić się przez dziąsło co wywołuje u mnie lekki niepokój, bo niby czemu one tak tam siedzą i nie wychodzą na wierzch? Pani doktor, dziś na wizycie, też się zdziwiła i pod nosem sobie powiedziała: "no chyba się nie zblokowały?" Cokolwiek to znaczy to z pewnością nie to chciałam usłyszeć :/
*Z wagą trochę kiepsko bo wychodzi na to, że A. przez trochę ponad miesiąc przybrał zaledwie 60g, tu nic lekarka nie powiedziała a ja nie spytałam i teraz nie wiem co o tym myśleć.
*W końcu odbębniliśmy ostatnie szczepienie i teraz przez jakiś czas mamy spokój. A czemu dopiero teraz? A temu, że chciałam zaszczepić A. na obowiązkowe szczepienia oraz dodatkowe ale nie chciałam ich łączyć i szczepiłam partiami, po kolei jedno po drugim aż dotarliśmy do końca tyle, że zajęło nam to 9 miesięcy.
*W ostatnich dniach wyszliśmy z małej wanienki i przenieśliśmy się do dużej, dorosłej wanny. Jest ubaw.
*Jeszcze wcześniej odstawiliśmy Lovelę itp. i przestawiliśmy się na dorosłe płyny. Co za ulga !! Mniejszy wydatek a do tego mniej butli stojących w łazience.
*Sam siada.
*Próbuje raczkować ale po kilku krokach pada na brzuch i dalej zasuwa po staremu czyli na brzuchu, odpychając się rączkami i nóżkami od podłogi.
*Wspina się jak tylko może i po czym tylko może a również po czym nie może i wtedy jest bęc.
*Za sprawą siadania i wspinania przewijanie to istny koszmar bo A. po prostu nie toleruje leżenia ani unieruchomienia ani w ogóle żadnej innej pozycji od tej siedząco-wspinającej.
*Zęby (dokładnie dwie dolne jedynki), które pokazały się dokładnie miesiąc temu po dziś dzień nie raczyły przebić się przez dziąsło co wywołuje u mnie lekki niepokój, bo niby czemu one tak tam siedzą i nie wychodzą na wierzch? Pani doktor, dziś na wizycie, też się zdziwiła i pod nosem sobie powiedziała: "no chyba się nie zblokowały?" Cokolwiek to znaczy to z pewnością nie to chciałam usłyszeć :/
*Z wagą trochę kiepsko bo wychodzi na to, że A. przez trochę ponad miesiąc przybrał zaledwie 60g, tu nic lekarka nie powiedziała a ja nie spytałam i teraz nie wiem co o tym myśleć.
*W końcu odbębniliśmy ostatnie szczepienie i teraz przez jakiś czas mamy spokój. A czemu dopiero teraz? A temu, że chciałam zaszczepić A. na obowiązkowe szczepienia oraz dodatkowe ale nie chciałam ich łączyć i szczepiłam partiami, po kolei jedno po drugim aż dotarliśmy do końca tyle, że zajęło nam to 9 miesięcy.
*W ostatnich dniach wyszliśmy z małej wanienki i przenieśliśmy się do dużej, dorosłej wanny. Jest ubaw.
*Jeszcze wcześniej odstawiliśmy Lovelę itp. i przestawiliśmy się na dorosłe płyny. Co za ulga !! Mniejszy wydatek a do tego mniej butli stojących w łazience.
piątek, 2 lipca 2010
Środa na Mazurach
W zeszły weekend J zapytał mnie zatroskanym głosem czy może przyjedziemy go odwiedzić jak będzie na wakacjach? No, mnie długo prosić nie trzeba było. J wyjechał w poniedziałek a my przyjechaliśmy do niego w środę, na ten jeden dzień. 2 godziny drogi samochodem i znalazłam się w zupełnie innym świecie, głusza, cisza, las ... słychać było tylko szum drzew i śpiew ptaków, no bajka po prostu - Nibork. Miejsce, którego (jak upierał się mój tata) nie ma na mapie. A jednak istnieje naprawdę :)
A. miał przyjemność przeżywać swoją pierwszą w życiu dalszą wycieczkę jednak chyba nie wiele z niej zarejestrował. Dla niego to był dzień jak co dzień, cały dzień na dworze a przy tym jedzenie, zabawa, spanie, jedzenie, zabawa, spanie ;)
Po obiedzie pojechaliśmy nad jedno z pobliskich jezior.
A potem do Nidzicy zwiedzić zamek.
Tutaj więcej o zamku, który zwiedzaliśmy.
Na koniec jeszcze tylko lody na rynku ...
i niestety trzeba było już wracać w domu :(
A. miał przyjemność przeżywać swoją pierwszą w życiu dalszą wycieczkę jednak chyba nie wiele z niej zarejestrował. Dla niego to był dzień jak co dzień, cały dzień na dworze a przy tym jedzenie, zabawa, spanie, jedzenie, zabawa, spanie ;)
Po obiedzie pojechaliśmy nad jedno z pobliskich jezior.
A potem do Nidzicy zwiedzić zamek.
Tutaj więcej o zamku, który zwiedzaliśmy.
Na koniec jeszcze tylko lody na rynku ...
i niestety trzeba było już wracać w domu :(
czwartek, 1 lipca 2010
Potop
Normalnie nas zalało. A dokładnie to łazienkę.
Miała dziś przyjechać nowa pralka więc M wziął się za odłączanie starej i okazało się, że zawór w ścianie, który prowadzi węża doprowadzającego wodę do pralki jest zepsuty i mimo, że powinien się zamknąć to jest otwarty. Woda jak na filmach dosłownie wystrzeliła nam na całą łazienkę, lało się wszędzie a na podłodze w oczach rosło jezioro na całej powierzchni łazienki. Woda doszła aż do wysokości progu. M brodząc w kałuży, mokry od stóp do głów, starał się jakoś zatamować ten prysznic ale ciśnienie było tak ogromne, że się nie dało.
Ja akurat miałam wyjść z A. na spanie do ogrodu ale musiałam go odłożyć i pomóc M. Zostawiony sam sobie A. nie skumał zupełnie czemu takiego marudnego i zaspanego zostawiłam go samego w łóżeczku i w biegu gdzieś się oddaliłam i zaczął się tak drzeć, że miałam wrażenie, że dodatkowo do tej powodzi jeszcze ściany zaczną pękać. Woda się leje, Adaś wyje a ja lecę na dół do piwnicy zakręcać całą wodę. M krzyknął mi tylko, że to taka czerwona wajcha przy pompie, no i była ale okazało się, że to nie ta i przekręcenie jej nic nie dało, właściwa była z drugiej strony. Wróciłam biegiem na górę, woda nadal leje się litrami, M już prawie pływa i cały mokry tym razem on leci do piwnicy. Krzyczę żeby tak nie leciał i w tym samym momencie widzę jak traci równowagę ale leci dalej, za chwile drugi raz prawie orła wywija ale nic a nic mnie nie słucha tylko leci. A ja już nie martwię się o zalaną łazienkę tylko o niego żeby doleciał w jednym kawałku.
Doleciał, wodę wyłączył. Szum wodospadu przestał wydobywać się zza drzwi łazienki, które wcześniej zamknęłam żeby może jak najmniej wody wylało się na resztę domu. Otworzyłam drzwi, zajrzałam, POTOP. A za 2 godziny miała przyjechać nowa pralka. Do tego w domu zero wody bo zakręcona a ja potrzebowałam wymyć butlę, z której za chwilę A. miał wypić kleik. Na szczęście w rurach zostało ciut wody, akurat na tą jedną butlę. Hydraulik przyjechał dość szybko. Pozachwycał się A., w jakieś 3 minuty założył nowy zawór, wziął 70zł i pojechał.
Taki pierd a tyle kłopotu.
I cenna uwaga na przyszłość, zanim się weźmiesz za grzebanie przy rurach w łazience - zakręć dopływ wody, to nawet jak zaworek będzie popsuty to domu nie zaleje.
A miałam dziś pisać o naszej wczorajszej wycieczce do Nidzicy, może jutro mi się uda :)
Miała dziś przyjechać nowa pralka więc M wziął się za odłączanie starej i okazało się, że zawór w ścianie, który prowadzi węża doprowadzającego wodę do pralki jest zepsuty i mimo, że powinien się zamknąć to jest otwarty. Woda jak na filmach dosłownie wystrzeliła nam na całą łazienkę, lało się wszędzie a na podłodze w oczach rosło jezioro na całej powierzchni łazienki. Woda doszła aż do wysokości progu. M brodząc w kałuży, mokry od stóp do głów, starał się jakoś zatamować ten prysznic ale ciśnienie było tak ogromne, że się nie dało.
Ja akurat miałam wyjść z A. na spanie do ogrodu ale musiałam go odłożyć i pomóc M. Zostawiony sam sobie A. nie skumał zupełnie czemu takiego marudnego i zaspanego zostawiłam go samego w łóżeczku i w biegu gdzieś się oddaliłam i zaczął się tak drzeć, że miałam wrażenie, że dodatkowo do tej powodzi jeszcze ściany zaczną pękać. Woda się leje, Adaś wyje a ja lecę na dół do piwnicy zakręcać całą wodę. M krzyknął mi tylko, że to taka czerwona wajcha przy pompie, no i była ale okazało się, że to nie ta i przekręcenie jej nic nie dało, właściwa była z drugiej strony. Wróciłam biegiem na górę, woda nadal leje się litrami, M już prawie pływa i cały mokry tym razem on leci do piwnicy. Krzyczę żeby tak nie leciał i w tym samym momencie widzę jak traci równowagę ale leci dalej, za chwile drugi raz prawie orła wywija ale nic a nic mnie nie słucha tylko leci. A ja już nie martwię się o zalaną łazienkę tylko o niego żeby doleciał w jednym kawałku.
Doleciał, wodę wyłączył. Szum wodospadu przestał wydobywać się zza drzwi łazienki, które wcześniej zamknęłam żeby może jak najmniej wody wylało się na resztę domu. Otworzyłam drzwi, zajrzałam, POTOP. A za 2 godziny miała przyjechać nowa pralka. Do tego w domu zero wody bo zakręcona a ja potrzebowałam wymyć butlę, z której za chwilę A. miał wypić kleik. Na szczęście w rurach zostało ciut wody, akurat na tą jedną butlę. Hydraulik przyjechał dość szybko. Pozachwycał się A., w jakieś 3 minuty założył nowy zawór, wziął 70zł i pojechał.
Taki pierd a tyle kłopotu.
I cenna uwaga na przyszłość, zanim się weźmiesz za grzebanie przy rurach w łazience - zakręć dopływ wody, to nawet jak zaworek będzie popsuty to domu nie zaleje.
A miałam dziś pisać o naszej wczorajszej wycieczce do Nidzicy, może jutro mi się uda :)
poniedziałek, 14 czerwca 2010
Poimprezowy bilans zysków.
* bardzo miło spędzone dwa dni w towarzystwie rodziny i znajomych
* fantastycznie spędzony dzień z przyjaciółką (długo wyczekiwany)
* dwa dni prawie całkowicie bez komputera (rewelacja !!)
* ponad 250 zdjęć
* piękna brązowa opalenizna, głównie na rękach i buzi, zarówno u dzieci jak i u mnie, u mnie dodatkowo żywa czerwień na plecach (nadal boli)
* ok 10 śladów po ukąszeniach komarów na twarzy i szyi Małego A oraz 2 (słownie: DWA) u mnie, u J nie widziałam w ogóle ale to było chyba przywidzenie albo po prostu MUGA zadziałała ;)
* 3 książeczki
* mały, święcący Scooby
* kilka zestawów LEGO, łącznie dokładnie 2925 sztuk klocków do złożenia (część już złożona, z resztą chłopaki będą mieć co robić) + do tego oczywiście kilka kartonów, z którymi teraz nie będzie wiadomo co zrobić bo J pewnie nie pozwoli ich wyrzucić ;)
* w lodówce ponad 1kg najlepszego na świecie tortu czekoladowego
* karton ciasteczek
* kilka litrów różnych soków, napoi, wód smakowych itd. (trochę przeceniłam możliwości gości ;))
* kilkanaście sztuk popękanych i porozrzucanych po ogrodzie baloników (chłopcy mieli zabawę: rzucali się balonami z wodą)
* ileś tam litrowy, wypełniony po brzegi worek śmieci
* cała torba plastikowych sztućców, talerzyków i kubków, znów przeceniłam ilości jakie mogą zostać zużyte, zapas starczy nam teraz na kilka sezonów grillowych ;)
* kilka nowych spostrzeżeń na temat znajomych i sąsiadów
* oraz to co oczywiście najważniejsze ale specjalnie zostawione na koniec listy: TEN konkretny uśmiech i szczęście w oczach J, tak jak pisałam: bezcenne :)
* fantastycznie spędzony dzień z przyjaciółką (długo wyczekiwany)
* dwa dni prawie całkowicie bez komputera (rewelacja !!)
* ponad 250 zdjęć
* piękna brązowa opalenizna, głównie na rękach i buzi, zarówno u dzieci jak i u mnie, u mnie dodatkowo żywa czerwień na plecach (nadal boli)
* ok 10 śladów po ukąszeniach komarów na twarzy i szyi Małego A oraz 2 (słownie: DWA) u mnie, u J nie widziałam w ogóle ale to było chyba przywidzenie albo po prostu MUGA zadziałała ;)
* 3 książeczki
* mały, święcący Scooby
* kilka zestawów LEGO, łącznie dokładnie 2925 sztuk klocków do złożenia (część już złożona, z resztą chłopaki będą mieć co robić) + do tego oczywiście kilka kartonów, z którymi teraz nie będzie wiadomo co zrobić bo J pewnie nie pozwoli ich wyrzucić ;)
* w lodówce ponad 1kg najlepszego na świecie tortu czekoladowego
* karton ciasteczek
* kilka litrów różnych soków, napoi, wód smakowych itd. (trochę przeceniłam możliwości gości ;))
* kilkanaście sztuk popękanych i porozrzucanych po ogrodzie baloników (chłopcy mieli zabawę: rzucali się balonami z wodą)
* ileś tam litrowy, wypełniony po brzegi worek śmieci
* cała torba plastikowych sztućców, talerzyków i kubków, znów przeceniłam ilości jakie mogą zostać zużyte, zapas starczy nam teraz na kilka sezonów grillowych ;)
* kilka nowych spostrzeżeń na temat znajomych i sąsiadów
* oraz to co oczywiście najważniejsze ale specjalnie zostawione na koniec listy: TEN konkretny uśmiech i szczęście w oczach J, tak jak pisałam: bezcenne :)
piątek, 11 czerwca 2010
Big Day today!
J przyszedł na świat 11 czerwca 2004 roku o 22:30.
Patrząc dziś na niego i oglądając zdjęcia z porodu, wręcz nie mogę uwierzyć, że to wszystko się wydarzyło, że J też był kiedyś takim maleńkim dzidziusiem śpiącym w śpioszkach i pieluszce, że jedynym jego posiłkiem było mleko, nie umiał mówić i robił tak samo cudne niemowlęce minki jak teraz Adaś :) To wszystko wydaje się takie nierealne gdy w urodzinowy poranek wręcza się dziecku torebkę cukierków, z którymi ma iść do przedszkola i częstować dzieci. I jeszcze bardziej nierealne gdy słyszy się, że na przyjęcie urodzinowe to ma być biała koszula i krawat lub muszka bo on nie jest już dzidzią, jest duży i chce wyglądać elegancko :)
Tak więc była i biała koszula i muszka i ten dorosły, elegancki wygląd :)
A do tego na specjalne życzenie dwa różne torty na dwa dni imprezowania. W piątek tort śmietanowy w białej czekoladzie, koniecznie bez owoców:


Żeby wilk był syty i owca cała owoce poszły na stół jako dodatek :) Truskawki oczywiście, no bo jak to tak, czerwcowa impreza bez truskawek?
W sobotę dla przeciwwagi piątkowej bieli i śmietany tort miał być w pełni czekoladowy i tym razem w specjalnym kształcie, dobranym oczywiście pod względem zainteresowań jubilata:

Jakby ktoś miał wątpliwości czy po prostu nie wiedział, to podpowiadam, że to paskudztwo to jest to Scooby Doo. No cóż, do oryginału mu daleko ale niestety w cukierni mieli taki akurat wzór i formę. Grunt, że J rozpoznał i był przeszczęśliwy :)
Do tego tort był naprawdę przepyszny wręcz rewelacyjny w smaku i mówi to osoba, która nie lubi tortów czekoladowych !! A i od pozostałych gości ochów i achów nie brakowało natomiast efekt tego był taki, że się państwo poprzejadało tymi słodkościami ;)
Ogólnie było jednak bardzo pysznie, miło i wesoło. Imprezy zaliczam do udanych i w sumie to jestem gotowa nawet jeszcze raz podjąć się takiego dwudniowego świętowania na własnym terenie, tylko może za jakiś czas ;)
Patrząc dziś na niego i oglądając zdjęcia z porodu, wręcz nie mogę uwierzyć, że to wszystko się wydarzyło, że J też był kiedyś takim maleńkim dzidziusiem śpiącym w śpioszkach i pieluszce, że jedynym jego posiłkiem było mleko, nie umiał mówić i robił tak samo cudne niemowlęce minki jak teraz Adaś :) To wszystko wydaje się takie nierealne gdy w urodzinowy poranek wręcza się dziecku torebkę cukierków, z którymi ma iść do przedszkola i częstować dzieci. I jeszcze bardziej nierealne gdy słyszy się, że na przyjęcie urodzinowe to ma być biała koszula i krawat lub muszka bo on nie jest już dzidzią, jest duży i chce wyglądać elegancko :)
Tak więc była i biała koszula i muszka i ten dorosły, elegancki wygląd :)
A do tego na specjalne życzenie dwa różne torty na dwa dni imprezowania. W piątek tort śmietanowy w białej czekoladzie, koniecznie bez owoców:


Żeby wilk był syty i owca cała owoce poszły na stół jako dodatek :) Truskawki oczywiście, no bo jak to tak, czerwcowa impreza bez truskawek?
W sobotę dla przeciwwagi piątkowej bieli i śmietany tort miał być w pełni czekoladowy i tym razem w specjalnym kształcie, dobranym oczywiście pod względem zainteresowań jubilata:

Jakby ktoś miał wątpliwości czy po prostu nie wiedział, to podpowiadam, że to paskudztwo to jest to Scooby Doo. No cóż, do oryginału mu daleko ale niestety w cukierni mieli taki akurat wzór i formę. Grunt, że J rozpoznał i był przeszczęśliwy :)
Do tego tort był naprawdę przepyszny wręcz rewelacyjny w smaku i mówi to osoba, która nie lubi tortów czekoladowych !! A i od pozostałych gości ochów i achów nie brakowało natomiast efekt tego był taki, że się państwo poprzejadało tymi słodkościami ;)
Ogólnie było jednak bardzo pysznie, miło i wesoło. Imprezy zaliczam do udanych i w sumie to jestem gotowa nawet jeszcze raz podjąć się takiego dwudniowego świętowania na własnym terenie, tylko może za jakiś czas ;)
czwartek, 10 czerwca 2010
Po środzie i po stresie.
Odbębniliśmy wczoraj kontrolę w szpitalu z Małym A.
Wcześniej o tym nie pisałam ale gdy A. miał 6 tygodni i wylądowaliśmy w szpitalu przez ulewanie to przy okazji usg brzuszka wyszło jakieś poszerzenie układu miedniczkowego, które to ponoć nie było niczym złym ale kazali nam robić kolejne kontrolne usg. Na poprzednim usłyszeliśmy to samo co na pierwszym czyli coś tam jest ale nic ważnego. Dziś to samo, że jakaś szczelinka, ale nawet na opisie usg nic o tym nie ma i ponoć mieści się to w normie. Ponieważ i tak mam cały czas mnóstwo zmartwień to nie zamierzam się więcej tym zamartwiać skoro specjaliści mówią, że nie trzeba.
W następnej kolejności była wizyta na oddziale chirurgii gdzie mieliśmy się stawić 4-5 tygodni od wypadku/upadku. Tej wizyty bałam się najbardziej przez tego guzka na czole w miejscu gdzie kiedyś był siniak. Oczywiście mój strach wynikał głównie z tego, że wszechwiedzący wujek google naprowadził mnie na takie wieści w temacie guzków pourazowych, że włosy dęba stawały. Pan doktor dokładnie zbadał miejsce na czole, potwierdził, że guzek jest ale powiedział, że to nic strasznego, po prostu zgrubienie okostnej po upadku, które z czasem powinno zejść. A póki co mam tego nie męczyć, nie dotykać, po prostu zostawić w spokoju i się nie stresować :)
Na koniec odwiedziliśmy naszą pediatrę szpitalną, pokazaliśmy wszystkie wyniki, powiedzieliśmy o wypadku i dzisiejszej kontroli i po badaniu pojechaliśmy do domu.
Pani doktor powiedziała, że nie chce nas więcej oglądać :)
Późne popołudnie spędziliśmy na kocyku w ogrodzie puszczając bańki mydlane.
Wcześniej o tym nie pisałam ale gdy A. miał 6 tygodni i wylądowaliśmy w szpitalu przez ulewanie to przy okazji usg brzuszka wyszło jakieś poszerzenie układu miedniczkowego, które to ponoć nie było niczym złym ale kazali nam robić kolejne kontrolne usg. Na poprzednim usłyszeliśmy to samo co na pierwszym czyli coś tam jest ale nic ważnego. Dziś to samo, że jakaś szczelinka, ale nawet na opisie usg nic o tym nie ma i ponoć mieści się to w normie. Ponieważ i tak mam cały czas mnóstwo zmartwień to nie zamierzam się więcej tym zamartwiać skoro specjaliści mówią, że nie trzeba.
W następnej kolejności była wizyta na oddziale chirurgii gdzie mieliśmy się stawić 4-5 tygodni od wypadku/upadku. Tej wizyty bałam się najbardziej przez tego guzka na czole w miejscu gdzie kiedyś był siniak. Oczywiście mój strach wynikał głównie z tego, że wszechwiedzący wujek google naprowadził mnie na takie wieści w temacie guzków pourazowych, że włosy dęba stawały. Pan doktor dokładnie zbadał miejsce na czole, potwierdził, że guzek jest ale powiedział, że to nic strasznego, po prostu zgrubienie okostnej po upadku, które z czasem powinno zejść. A póki co mam tego nie męczyć, nie dotykać, po prostu zostawić w spokoju i się nie stresować :)
Na koniec odwiedziliśmy naszą pediatrę szpitalną, pokazaliśmy wszystkie wyniki, powiedzieliśmy o wypadku i dzisiejszej kontroli i po badaniu pojechaliśmy do domu.
Pani doktor powiedziała, że nie chce nas więcej oglądać :)
Późne popołudnie spędziliśmy na kocyku w ogrodzie puszczając bańki mydlane.
środa, 9 czerwca 2010
Zaproszenia gotowe :)
Za kilka dni mamy wielki dzień, JJ kończy 6 lat !!
Już
za chwilę, już za momencik zacznie siódmy rok życia i we wrześniu
pójdzie do szkoły. Czuję jak powoli dobiega końca jakiś etap w naszym
życiu. Po prostu czuję jak syn mi dorośleje...
Zaproszenia urodzinowe robiłam sama, o temi ręcami ;)
niedziela, 6 czerwca 2010
8 miesięcy skończone.
Ósmy miesiąc Mały A kończy pod hasłem "prawie", bo:
prawie sam siedzi (choć sam jeszcze nie siada),
prawie ma pierwszego ząbka, dokładnie od wczoraj obserwuję białe kropki czy może nawet białą prześwitującą kreseczkę na dziąśle, więc jest szansa, że może rano będzie widać jeszcze więcej,
prawie raczkuje, również od wczoraj !! Z przemieszczania się na brzuszku za pomocą rączek nagle, w ciągu dosłownie minuty, odkrył, że jak się do tego zacznie poruszać opartymi o podłoże kolankami, i przesuwać raz jedną a raz drugą nóżką w połączeniu z rączkami to można przemieścić się jeszcze szybciej niż dotychczas i jeszcze dalej :) także drżyjcie wszelkie sprzęty i rodzice: A. rusza naprzód ;)
Z jedzeniem jakoś dajemy radę, domowe gotowanie okazało się jednak całkowitą klapą, A. zjadł dwa razy pełną porcję a przy kolejnych już po pierwszej łyżeczce była wręcz histeria. Wróciłam więc do słoików i tu o dziwo nastąpiła spora poprawa bo Adaś z większą chęcią zaczął jeść obiadki, aż nawet zaryzykowałam nowe różne słoiki i nie dość, że je polubił to smakują mu w takiej wersji w jakiej są i nie muszę mieszać tego z marchwią żeby ukrywać smak, bardzo mnie to very happy.
Inna sprawa, że jak jest dany rodzaj obiadków na topie to chce jeść tylko te a nie żadne inne. Teraz ma upatrzoną serię Gerbera gdzie mam 4 czy 5 smaków i na zmianę każdego dnia daję mu coś z tego. A ulubiony wcześniej HIPP stoi i jego czas na razie przeminął.
Wprowadziliśmy też oczywiście kilka nowych smaków, i wreszcie czuję, że nadrobiłam zaległości i jestem z wprowadzaniem produktów w miarę na bieżąco bo w sumie większość z oferty od 4-go do 7-go miesiąca + żółtko i gluten mamy już wprowadzone. Tylko cały czas jakoś nie mogę dojść do jagód i tak sobie deserki jagodowe czekają. I niech poczekają bo zaparć na razie nie potrzebujemy ;)
Ze smutków to niestety Mały A ma na czole wyczuwalnego małego guzka i jest to w tym miejscu gdzie był guz po upadku. Nie widać go ale czuć ręką jak się dotknie. A od wypadku minął już prawie miesiąc i powiem szczerze, że trochę mnie ten guzek martwi :( do tego prawda jest taka że guzek zrobił wcale nie od tego pierwotnego uderzenia tylko kilka dni po tym jak już siniak prawie znikł, A. wędrując po podłodze delikatnie spotkał się z nogą od krzesła :/ i to naprawdę delikatnie bo lekko tylko kwęknął i poszedł dalej a jednak coś się po tym spotkaniu pojawiło :( Ja wiem, że trzeba na dziecko uważać i nasz wypadek wiele mnie nauczył ale na litość boską nie mogę go przecież owijać całego w folię bąbelkową i trzymać na smyczy !
Także mam teraz nowe zmartwienie :(((
Mniej smutny ale też mimo wszystko problem, mamy z fotelikiem samochodowym, z którego A. po prostu sobie wyrósł. Fotelik jest do 13kg, A. waży 9kg i w foteliku siedzi wciśnięty jak sardynka w puszkę. A nasz kolejny fotelik jest dokładnie od 9kg ale za to przeznaczony jest dla dzieci od 1-go roku życia, no i zonk :/
prawie sam siedzi (choć sam jeszcze nie siada),
prawie ma pierwszego ząbka, dokładnie od wczoraj obserwuję białe kropki czy może nawet białą prześwitującą kreseczkę na dziąśle, więc jest szansa, że może rano będzie widać jeszcze więcej,
prawie raczkuje, również od wczoraj !! Z przemieszczania się na brzuszku za pomocą rączek nagle, w ciągu dosłownie minuty, odkrył, że jak się do tego zacznie poruszać opartymi o podłoże kolankami, i przesuwać raz jedną a raz drugą nóżką w połączeniu z rączkami to można przemieścić się jeszcze szybciej niż dotychczas i jeszcze dalej :) także drżyjcie wszelkie sprzęty i rodzice: A. rusza naprzód ;)
Z jedzeniem jakoś dajemy radę, domowe gotowanie okazało się jednak całkowitą klapą, A. zjadł dwa razy pełną porcję a przy kolejnych już po pierwszej łyżeczce była wręcz histeria. Wróciłam więc do słoików i tu o dziwo nastąpiła spora poprawa bo Adaś z większą chęcią zaczął jeść obiadki, aż nawet zaryzykowałam nowe różne słoiki i nie dość, że je polubił to smakują mu w takiej wersji w jakiej są i nie muszę mieszać tego z marchwią żeby ukrywać smak, bardzo mnie to very happy.
Inna sprawa, że jak jest dany rodzaj obiadków na topie to chce jeść tylko te a nie żadne inne. Teraz ma upatrzoną serię Gerbera gdzie mam 4 czy 5 smaków i na zmianę każdego dnia daję mu coś z tego. A ulubiony wcześniej HIPP stoi i jego czas na razie przeminął.
Wprowadziliśmy też oczywiście kilka nowych smaków, i wreszcie czuję, że nadrobiłam zaległości i jestem z wprowadzaniem produktów w miarę na bieżąco bo w sumie większość z oferty od 4-go do 7-go miesiąca + żółtko i gluten mamy już wprowadzone. Tylko cały czas jakoś nie mogę dojść do jagód i tak sobie deserki jagodowe czekają. I niech poczekają bo zaparć na razie nie potrzebujemy ;)
Ze smutków to niestety Mały A ma na czole wyczuwalnego małego guzka i jest to w tym miejscu gdzie był guz po upadku. Nie widać go ale czuć ręką jak się dotknie. A od wypadku minął już prawie miesiąc i powiem szczerze, że trochę mnie ten guzek martwi :( do tego prawda jest taka że guzek zrobił wcale nie od tego pierwotnego uderzenia tylko kilka dni po tym jak już siniak prawie znikł, A. wędrując po podłodze delikatnie spotkał się z nogą od krzesła :/ i to naprawdę delikatnie bo lekko tylko kwęknął i poszedł dalej a jednak coś się po tym spotkaniu pojawiło :( Ja wiem, że trzeba na dziecko uważać i nasz wypadek wiele mnie nauczył ale na litość boską nie mogę go przecież owijać całego w folię bąbelkową i trzymać na smyczy !
Także mam teraz nowe zmartwienie :(((
Mniej smutny ale też mimo wszystko problem, mamy z fotelikiem samochodowym, z którego A. po prostu sobie wyrósł. Fotelik jest do 13kg, A. waży 9kg i w foteliku siedzi wciśnięty jak sardynka w puszkę. A nasz kolejny fotelik jest dokładnie od 9kg ale za to przeznaczony jest dla dzieci od 1-go roku życia, no i zonk :/
Subskrybuj:
Posty (Atom)

