Powoli się regulujemy. Mogę powiedzieć, że mamy coś takiego jak rytm dnia i nocy, w dodatku całkiem przyjazny dorosłemu, zmęczonemu człowiekowi ;)
Mimo tego ja jednak ciągle jestem zmęczona i cierpię na chroniczny brak czasu. Przy każdej drzemce A. muszę wybierać czy zrobię to czy tamto a i tak nigdy nie starcza mi czasu na wszystko. Generalnie przez całą drzemkę A ja prowadzę wyścig z czasem, który zazwyczaj przegrywam. Biegam z góry na dół, między kuchnią a pokojami i łazienką i staram się nadrobić to wszystko co leży odłogiem gdy A nie śpi, i jak już jestem bliska końca i jedną nogą stoję obok łóżka żeby się w końcu położyć to wtedy A. włącza syrenę, którą oznajmia całemu domowi, że właśnie się obudził i mój czas się skończył :)
I tak leci nam dzień po dniu, nawet nie nadążam sprawdzać w kalendarzu jaki jest dzień, pilnuję tylko żeby nie przegapić 6-go, bo wtedy kończymy kolejny miesiąc :)
W zeszłym tygodniu zaliczyliśmy kontrolę bioderek, jest ok :) moja żabka ma super bioderka !!Po weekendzie jedziemy do szpitala na kontrolę po pobycie (miesiąc temu) w szpitalu. Zupełnie nie czuję potrzeby tej wizyty no ale jak mus to mus.
Wczoraj za to był u nas nasz wujek pediatra, z którym omówiłam sobie tysiąc moich wątpliwości odnoście A., głównie sprawę tej cholernej reakcji poszczepiennej i dylemat co robić z kolejną dwaką szczepienia. Po rozmowie decyzja jest, że mamy szczepić, następna dawka 4 stycznia, już się boję :( tyle dobrze, że przynajmniej tą EMLĘ będziemy mogli już zastosować.
Z innych tematów to po miesiącu telepania się po wertepach moim wymarzonym, wyśnionym i wyczekanym MUTSY, dokładnie wczoraj pojechaliśmy i kupiliśmy nowy wózek ... MUTSY jest piękny, cudny i w ogóle ale na moje okolice się nie nadaje. Zresztą nie tylko na moje, on generalnie dobrze radzi sobie tylko z gładką jak pupa niemowlaka powierzchnią a takich miejsc to można sobie długo w Wawie i okolicach szukać. Jak sama jego nazwa (URBAN RIDER) wskazuje, wózek na wieś się nie nadaje choć ja myślę, że na naszych warszawskich chodnikach też by sobie nie poradził, on powinien mieć nazwę HIPERMARKET RIDER, tam jest jego miejsce ;) co nie znaczy, że te jego wielkie koła przeszkód nie pokonują, owszem, pokonują ale tak przy tym telepią dzieckiem, że ja już po prostu patrzeć na to dłużej nie mogłam. A wszystko przez brak amortyzacji ...
Kupiliśmy JEDO FYN 4DS i jestem przeszczęśliwa, wózek sam jedzie, dosłownie płynie, prowadzi się sto razy lżej i łatwiej niż MUTSY o podbijaniu i wjeżdżaniu na krawężniki nie wspomnę, no i ta amortyzacja, po prostu rewelacja !!
niedziela, 29 listopada 2009
piątek, 20 listopada 2009
Albo albo :(
Albo zdrowie psychiczne i fizyczne moje i dziecka albo karmienie piersią. U nas te dwie rzeczy niestety nawzajem się wykluczają :(
W związku z tym, po miesiącu męczarni, od 6 listopada synek jest na butli. Wraz z przejściem na butlę zmniejszyły się ulewania i skończyły kilkugodzinne maratony z kupami.
Ja nie wiem co jest nie tak z tym moim mlekiem ale Mały A go po prostu nie toleruje, dla A jest jak środek przeczyszczający czy w sumie nawet nie wiem jak to nazwać bo przecież leciało z niego i górą i dołem :( Wiadomo, że to na pewno nie alergia na białka mleka bo gdyby tak było to po mleku sztucznym nie byłoby poprawy a wręcz przeciwnie. Co do innych produktów to był przecież czas, że żyłam o chlebie i wodzie (i to dosłownie) i było to samo, więc ogólnie to raczej nie alergia. Lekarze rozłożyli ręce i ja też. Mój przypadek jak zwykle nie może być prosty, no bo przecież jest MÓJ a u mnie nic nie jest normalne i mieszczące się w ramach jakiegoś konkretnego problemu, NIE, u mnie wszystko jest zawsze inne niż normy przewidują.
Po przejściu na butlę zaczęliśmy funkcjonować w miarę normalnie. Niestety ja bardzo ciężko psychicznie zniosłam odstawienie małego od piersi. No bo przecież jakto ? JA ? z taką ilością mleka, że dla połowy miasta by starczyło mam karmić sztucznie ? Z jednej strony nie mogłam tego znieść a z drugiej czułam ogromną ulgę, kiedy kolejne karmienie nie kończyło się kilkakrotnym chlustaniem, przebieraniem i 10 kupami pod rząd. Ponieważ jednak wciąż toczyłam wewnętrzną walkę o to czy robię źle czy dobrze to w drugiej dobie butelkowego karmienia postanowiłam przeprowadzić mały test, którego niestety moje mleko nie zdało :( Na chwilkę przystawiłam A do piersi, pomyślałam, że przecież te kilka mililitrów, które ode mnie wypije nie powinny zaszkodzić. Jak bardzo się myliłam przekonałam się parę minut później kiedy A zaczął po staremu chlustać tym moim mlekiem jeszcze w trakcie jedzenia a zanim skończył jeść i chlustać to już była pierwsza kupa a zaraz potem następna i następna i koszmar po prostu powrócił. A karmiłam go zaledwie kilka minut !!! To był ostatni raz kiedy przystawiłam go do piersi i od tamtej pory jesteśmy tylko i wyłącznie na butli.
W międzyczasie musiałam oczywiście zrobić coś z zalegającym nawałem pokarmu. Zamieniłam się dosłownie w fabrykę i co 2-3 godziny odciągałam po 160 ml mleka, to naprawdę ogromna ilość, miesięczne dziecko wypija na dobę co najwyżej połowę tego co ja produkowałam. A ja odciągałam i ze łzami w oczach wylewałam bo jakbym chciała to wszystko mrozić to po pierwsze nie miałabym w czym ani gdzie a po drugie to kto by to wszystko potem wypił ? W ciągu następnych kilku dni zrobiło się u nas bardzo ciężko za sprawą mojej anginy i ciężkich dni A, kiedy to nie spał i nosiłam go godzinami na rękach i po prostu przestałam się wyrabiać z czymkolwiek a już na pewno nie miałam czasu ani sił na wiszenie z laktatorem co 2-3 godziny i musiałam zmniejszyć produkcję fabryki. Przestałam odciągać tak często i takie ilości i po paru dniach laktacja zaczęła hamować ... teraz odciągam dwa razy dziennie po 100ml. Po co? Bo wciąż nie mogę pogodzić się z tym, że nie karmię piersią i gdzieś w głębi serca wierzę i liczę na to, że jeszcze do tego wrócę...
A póki co: BEBILON ... i życie stało się prostsze ...
Smutne.
W związku z tym, po miesiącu męczarni, od 6 listopada synek jest na butli. Wraz z przejściem na butlę zmniejszyły się ulewania i skończyły kilkugodzinne maratony z kupami.
Ja nie wiem co jest nie tak z tym moim mlekiem ale Mały A go po prostu nie toleruje, dla A jest jak środek przeczyszczający czy w sumie nawet nie wiem jak to nazwać bo przecież leciało z niego i górą i dołem :( Wiadomo, że to na pewno nie alergia na białka mleka bo gdyby tak było to po mleku sztucznym nie byłoby poprawy a wręcz przeciwnie. Co do innych produktów to był przecież czas, że żyłam o chlebie i wodzie (i to dosłownie) i było to samo, więc ogólnie to raczej nie alergia. Lekarze rozłożyli ręce i ja też. Mój przypadek jak zwykle nie może być prosty, no bo przecież jest MÓJ a u mnie nic nie jest normalne i mieszczące się w ramach jakiegoś konkretnego problemu, NIE, u mnie wszystko jest zawsze inne niż normy przewidują.
Po przejściu na butlę zaczęliśmy funkcjonować w miarę normalnie. Niestety ja bardzo ciężko psychicznie zniosłam odstawienie małego od piersi. No bo przecież jakto ? JA ? z taką ilością mleka, że dla połowy miasta by starczyło mam karmić sztucznie ? Z jednej strony nie mogłam tego znieść a z drugiej czułam ogromną ulgę, kiedy kolejne karmienie nie kończyło się kilkakrotnym chlustaniem, przebieraniem i 10 kupami pod rząd. Ponieważ jednak wciąż toczyłam wewnętrzną walkę o to czy robię źle czy dobrze to w drugiej dobie butelkowego karmienia postanowiłam przeprowadzić mały test, którego niestety moje mleko nie zdało :( Na chwilkę przystawiłam A do piersi, pomyślałam, że przecież te kilka mililitrów, które ode mnie wypije nie powinny zaszkodzić. Jak bardzo się myliłam przekonałam się parę minut później kiedy A zaczął po staremu chlustać tym moim mlekiem jeszcze w trakcie jedzenia a zanim skończył jeść i chlustać to już była pierwsza kupa a zaraz potem następna i następna i koszmar po prostu powrócił. A karmiłam go zaledwie kilka minut !!! To był ostatni raz kiedy przystawiłam go do piersi i od tamtej pory jesteśmy tylko i wyłącznie na butli.
W międzyczasie musiałam oczywiście zrobić coś z zalegającym nawałem pokarmu. Zamieniłam się dosłownie w fabrykę i co 2-3 godziny odciągałam po 160 ml mleka, to naprawdę ogromna ilość, miesięczne dziecko wypija na dobę co najwyżej połowę tego co ja produkowałam. A ja odciągałam i ze łzami w oczach wylewałam bo jakbym chciała to wszystko mrozić to po pierwsze nie miałabym w czym ani gdzie a po drugie to kto by to wszystko potem wypił ? W ciągu następnych kilku dni zrobiło się u nas bardzo ciężko za sprawą mojej anginy i ciężkich dni A, kiedy to nie spał i nosiłam go godzinami na rękach i po prostu przestałam się wyrabiać z czymkolwiek a już na pewno nie miałam czasu ani sił na wiszenie z laktatorem co 2-3 godziny i musiałam zmniejszyć produkcję fabryki. Przestałam odciągać tak często i takie ilości i po paru dniach laktacja zaczęła hamować ... teraz odciągam dwa razy dziennie po 100ml. Po co? Bo wciąż nie mogę pogodzić się z tym, że nie karmię piersią i gdzieś w głębi serca wierzę i liczę na to, że jeszcze do tego wrócę...
A póki co: BEBILON ... i życie stało się prostsze ...
Smutne.
czwartek, 19 listopada 2009
Po szczepieniu ...
Wczoraj bardzo się bałam ale gdzieś w głębi duszy do końca wierzyłam, że nic się nie wydarzy. No bo bez przesady, w końcu z drugim dzieckiem wszystko jest inaczej, nawet pani doktor powiedziała, że statystyka jest po naszej stronie, skoro z pierwszym były problemy to teraz nie powinno ich już być. A jednak ...
Szczepienie mieliśmy o 13:00, akurat kiedy wypadała godzina karmienia no ale na to nie miałam już wpływu. Do tego wszystkiego nie pozwolili nam zastosować EMLI, na którą bardzo liczyłam, a tu niestety :( Samo szczepienie, wiadomo, płacz i tyle, no ale tu na cuda nie liczyłam, szczególnie bez tej emli. Po szczepieniu wrzask, ale tu za to pomyślałam, że z głodu. Zaraz po wyjściu z przychodni A zasnął mi na rękach co bardzo mnie zdziwiło i ucieszyło zarazem. Niestety sen trwał 5 minut, tyle co droga do domu a potem znów płacz. Po nakarmieniu postanowiłam wyjść na spacer żeby synuś się wyciszył, uspokoił i odespał te nieprzyjemności, które go spotkały. Był najedzony, senny, zmęczony, więc liczyłam na dwie godziny spokojnego spacerowania na świeżym powietrzu. Niestety A pospał zaledwie 40 minut, wybudził się w trakcie spaceru i nie zapowiadało się na to, że znów zaśnie, więc skierowałam się w stronę domu bo sytuacja była niepewna. Przez chwilę los nade mną czuwał bo A rozwrzeszczał się dosłownie pod samym domem. Inna sprawa, że od jego wybudzenia już wiedziałam, że coś jest nie tak bo przed spacerem był naprawdę wymęczony i normalnie to spałby nawet i 3 godziny bez przerwy a nie 40 minut, szczególnie na dworze.
No i moje złe przeczucia mnie nie myliły. W domu koszmar rozkręcił się na dobre, A znów zjadł i po nieudanej próbie zaśnięcia wpadł w taki szał i histerię, że czegoś takiego to u niego nie słyszałam i nie widziałam odkąd jest na świecie. Widziałam to za to i słyszałam 5 lat temu po pierwszym szczepieniu J, bardzo dokładnie rozpoznałam ten płacz i to zachowanie i już wiedziałam: mamy reakcję poszczepienną czyli powtórka z rozrywki sprzed 5 lat :(((
Trochę się zastanawiałam czy podawać paracetamol czy nie, ponieważ obecna pediatra nie była za jego stosowaniem, jednak pamiętając historię z J i to, że wtedy wszyscy lekarze kazali dać paracetamol a przecież nawet wylądowaliśmy w szpitalu i tam też jedyne zalecenie to był właśnie paracetamol to postanowiłam nie przeciągać dalej męczarni i o 17:30 paracetamol został synkowi zaaplikowany. Jakież było moje zdziwienie i załamanie kiedy pół godziny po podaniu leku nie było zbytnio dużej poprawy, synek przestał się co prawda wydzierać ale nie dało się go odłożyć i wciąż był bardzo niespokojny, wystarczył mój minimalny ruch żeby od razu wykrzywiał się do płaczu a co najgorsze: nie zasypiał !! Siedziałam tak z nim wtulonym, wręcz wczepionym we mnie przy dźwiękach suszarki i w duchu modliłam się, żeby ten cholerny lek zaczął działać.
O 19:00 A zasnął.
Spał do 3 w nocy.
Szczepienie mieliśmy o 13:00, akurat kiedy wypadała godzina karmienia no ale na to nie miałam już wpływu. Do tego wszystkiego nie pozwolili nam zastosować EMLI, na którą bardzo liczyłam, a tu niestety :( Samo szczepienie, wiadomo, płacz i tyle, no ale tu na cuda nie liczyłam, szczególnie bez tej emli. Po szczepieniu wrzask, ale tu za to pomyślałam, że z głodu. Zaraz po wyjściu z przychodni A zasnął mi na rękach co bardzo mnie zdziwiło i ucieszyło zarazem. Niestety sen trwał 5 minut, tyle co droga do domu a potem znów płacz. Po nakarmieniu postanowiłam wyjść na spacer żeby synuś się wyciszył, uspokoił i odespał te nieprzyjemności, które go spotkały. Był najedzony, senny, zmęczony, więc liczyłam na dwie godziny spokojnego spacerowania na świeżym powietrzu. Niestety A pospał zaledwie 40 minut, wybudził się w trakcie spaceru i nie zapowiadało się na to, że znów zaśnie, więc skierowałam się w stronę domu bo sytuacja była niepewna. Przez chwilę los nade mną czuwał bo A rozwrzeszczał się dosłownie pod samym domem. Inna sprawa, że od jego wybudzenia już wiedziałam, że coś jest nie tak bo przed spacerem był naprawdę wymęczony i normalnie to spałby nawet i 3 godziny bez przerwy a nie 40 minut, szczególnie na dworze.
No i moje złe przeczucia mnie nie myliły. W domu koszmar rozkręcił się na dobre, A znów zjadł i po nieudanej próbie zaśnięcia wpadł w taki szał i histerię, że czegoś takiego to u niego nie słyszałam i nie widziałam odkąd jest na świecie. Widziałam to za to i słyszałam 5 lat temu po pierwszym szczepieniu J, bardzo dokładnie rozpoznałam ten płacz i to zachowanie i już wiedziałam: mamy reakcję poszczepienną czyli powtórka z rozrywki sprzed 5 lat :(((
Trochę się zastanawiałam czy podawać paracetamol czy nie, ponieważ obecna pediatra nie była za jego stosowaniem, jednak pamiętając historię z J i to, że wtedy wszyscy lekarze kazali dać paracetamol a przecież nawet wylądowaliśmy w szpitalu i tam też jedyne zalecenie to był właśnie paracetamol to postanowiłam nie przeciągać dalej męczarni i o 17:30 paracetamol został synkowi zaaplikowany. Jakież było moje zdziwienie i załamanie kiedy pół godziny po podaniu leku nie było zbytnio dużej poprawy, synek przestał się co prawda wydzierać ale nie dało się go odłożyć i wciąż był bardzo niespokojny, wystarczył mój minimalny ruch żeby od razu wykrzywiał się do płaczu a co najgorsze: nie zasypiał !! Siedziałam tak z nim wtulonym, wręcz wczepionym we mnie przy dźwiękach suszarki i w duchu modliłam się, żeby ten cholerny lek zaczął działać.
O 19:00 A zasnął.
Spał do 3 w nocy.
środa, 18 listopada 2009
6 tygodni.
A skończył wczoraj 6 tygodni :)
Dziś w związku z tym idziemy na nasze pierwsze szczepienie, którego się potwornie boję bo Jot miał bardzo silną reakcję poszczepienną i tego dnia kiedy to było nie zapomnę już do końca życia, w dodatku było to w moje imieniny :(
Teraz niby mam już doświadczenie i na ewentualną powtórkę z rozrywki jestem przygotowana, jednak na pewno nie psychicznie :( boję się i już.
Ostatnie dni nie należały do najłatwiejszych, stąd też brak jakichkolwiek wpisów, bo nawet gdybym miała czas to sił brakowało.
Dokładnie w samym środku mojej choroby i najcięższego stanu, Mały A też miał akurat fatalne dni i noce. Potrafił nie spać np. od 1 w nocy do 6 nad ranem !! I to nie to, że sobie poleżał, po pierwsze on leżeć nie może bo trzeba go cały czas pionizować a po drugie to on wcale leżeć nie chce, no chyba, że na rękach.
Generalnie nic mu nie było, nic go nie bolało, nakarmiony, przewinięty po prostu nie mógł zasnąć. I wiadomo, że jak to zasypianie trwało kilka godzin to z każdą godziną on coraz bardziej marudny a ja wykończona :( do tego tak jak pisałam działo się to wszystko w czasie mojej choroby, także cała obolała, z temperaturą, słaniając się na nogach i odbijając się od ścian chodziłam z nim tak na rękach po parę godzin w tą i z powrotem przy włączonym wentylatorze w kuchni z nadzieją, że w końcu stanie się cud i nasz maraton dobiegnie końca.
Dzięki tym naszym maratonom bardzo szybko dorobiłam się tak fatalnego bólu kręgosłupa, że po prostu ledwo się ruszałam, bolało mnie nie tylko jak nosiłam A ale po prostu cały czas :( i nie pomagało nic, masaże, prochy przeciwbólowe, zupełnie nic, kolejny koszmar po prostu :(
Stan mojego kręgosłupa a także przymus noszenia A zmusił nas do zakupienia chusty. Jak się okazało jest to naprawdę bardzo przydatna, praktyczna i wygodna rzecz :) Oprócz chusty zakupiliśmy też leżaczek i jak A jest już odpowiednio długo pionizowany to od czasu do czasu z leżaczka też korzystamy. Tyle, że A i tak od razu w nim ulewa a po 10, no może góra 15 minutach leżenia włącza syrenę, która oznacza: "już się należałem, proszę mnie natychmiast stąd zabrać" ;)
Dziś w związku z tym idziemy na nasze pierwsze szczepienie, którego się potwornie boję bo Jot miał bardzo silną reakcję poszczepienną i tego dnia kiedy to było nie zapomnę już do końca życia, w dodatku było to w moje imieniny :(
Teraz niby mam już doświadczenie i na ewentualną powtórkę z rozrywki jestem przygotowana, jednak na pewno nie psychicznie :( boję się i już.
Ostatnie dni nie należały do najłatwiejszych, stąd też brak jakichkolwiek wpisów, bo nawet gdybym miała czas to sił brakowało.
Dokładnie w samym środku mojej choroby i najcięższego stanu, Mały A też miał akurat fatalne dni i noce. Potrafił nie spać np. od 1 w nocy do 6 nad ranem !! I to nie to, że sobie poleżał, po pierwsze on leżeć nie może bo trzeba go cały czas pionizować a po drugie to on wcale leżeć nie chce, no chyba, że na rękach.
Generalnie nic mu nie było, nic go nie bolało, nakarmiony, przewinięty po prostu nie mógł zasnąć. I wiadomo, że jak to zasypianie trwało kilka godzin to z każdą godziną on coraz bardziej marudny a ja wykończona :( do tego tak jak pisałam działo się to wszystko w czasie mojej choroby, także cała obolała, z temperaturą, słaniając się na nogach i odbijając się od ścian chodziłam z nim tak na rękach po parę godzin w tą i z powrotem przy włączonym wentylatorze w kuchni z nadzieją, że w końcu stanie się cud i nasz maraton dobiegnie końca.
Dzięki tym naszym maratonom bardzo szybko dorobiłam się tak fatalnego bólu kręgosłupa, że po prostu ledwo się ruszałam, bolało mnie nie tylko jak nosiłam A ale po prostu cały czas :( i nie pomagało nic, masaże, prochy przeciwbólowe, zupełnie nic, kolejny koszmar po prostu :(
Stan mojego kręgosłupa a także przymus noszenia A zmusił nas do zakupienia chusty. Jak się okazało jest to naprawdę bardzo przydatna, praktyczna i wygodna rzecz :) Oprócz chusty zakupiliśmy też leżaczek i jak A jest już odpowiednio długo pionizowany to od czasu do czasu z leżaczka też korzystamy. Tyle, że A i tak od razu w nim ulewa a po 10, no może góra 15 minutach leżenia włącza syrenę, która oznacza: "już się należałem, proszę mnie natychmiast stąd zabrać" ;)
niedziela, 8 listopada 2009
Trzecia doba.
Jej Wysokość Angina trzyma.
Jeżeli kiedykolwiek wcześniej wydawało mi się, że jestem ciężko chora to myliłam się bardzo, teraz dopiero poznaję co to znaczy być ciężko chorą.
Dziś przekopałam trochę internet bo nie mogłam pojąć jak można się aż tak rozłożyć no i wyczytałam, że angina tak właśnie się objawia, dolegliwościami całego organizmu i to bardzo boleśnie. To był jeden z niewielu momentów kiedy net mnie uspokoił a nie nastraszył, bo teraz wiem, że to co się ze mną dzieje jest w jakiejś tam dopuszczalnej normie.
Szczegółów nie będę opisywać bo mój blog i tak już powoli zaczyna przeradzać się w opowieści o chorobach a nie taka miała być jego tematyka.
Od wczoraj wylądowałam ostatecznie w łóżku i znowu oczywiście w izolatce, tyle, że tym razem to ja jestem izolowana. Od wczoraj też nie zajmuję się A.
M świetnie sobie radzi, prawie bez mojej pomocy ale mimo wszystko nie mogę przeboleć całej tej sytuacji. Moje kochane dzieci - beze mnie :(
Serce mi pęka, nawet jak piszę to mam gardło zaciśnięte a łzy same płyną (tak, nadal nie nastał dzień, w którym nie uroniłam ani jednej łzy) ...
Mój kolega ma opis na gg: "Czarownicy do zdjęcia klątwy poszukuję..."
Aż mam ochotę napisać mu, że jak spotka tę czarownicę to żeby ją potem przysłał do mnie.
Jeżeli kiedykolwiek wcześniej wydawało mi się, że jestem ciężko chora to myliłam się bardzo, teraz dopiero poznaję co to znaczy być ciężko chorą.
Dziś przekopałam trochę internet bo nie mogłam pojąć jak można się aż tak rozłożyć no i wyczytałam, że angina tak właśnie się objawia, dolegliwościami całego organizmu i to bardzo boleśnie. To był jeden z niewielu momentów kiedy net mnie uspokoił a nie nastraszył, bo teraz wiem, że to co się ze mną dzieje jest w jakiejś tam dopuszczalnej normie.
Szczegółów nie będę opisywać bo mój blog i tak już powoli zaczyna przeradzać się w opowieści o chorobach a nie taka miała być jego tematyka.
Od wczoraj wylądowałam ostatecznie w łóżku i znowu oczywiście w izolatce, tyle, że tym razem to ja jestem izolowana. Od wczoraj też nie zajmuję się A.
M świetnie sobie radzi, prawie bez mojej pomocy ale mimo wszystko nie mogę przeboleć całej tej sytuacji. Moje kochane dzieci - beze mnie :(
Serce mi pęka, nawet jak piszę to mam gardło zaciśnięte a łzy same płyną (tak, nadal nie nastał dzień, w którym nie uroniłam ani jednej łzy) ...
Mój kolega ma opis na gg: "Czarownicy do zdjęcia klątwy poszukuję..."
Aż mam ochotę napisać mu, że jak spotka tę czarownicę to żeby ją potem przysłał do mnie.
piątek, 6 listopada 2009
Masz babo anginę :(
Moje przeziębienie, o którym ostatnio pisałam urosło do gigantycznych rozmiarów :( Niby tylko bolało mnie gardło i głowa ale ból był taki, że jeszcze nigdy przy chorowaniu czegoś takiego nie przechodziłam :( Głowę dosłownie rozsadza mi z bólu, nie mogę za bardzo ruszać nią na boki ani pochylać się bo wtedy czuję jakby miała mi wybuchnąć. Z gardłem masakra a do tego temperatura.
Po 4 dniach samoleczenia się panadolem pojechałam dziś do lekarza i co się okazało ? Angina, ropna :( i stąd ten ból, zarówno gardła jak i głowy. Dostałam antybiotyk, czekam na poprawę.
A będąc w takim stanie sama zajmowałam się dzieckiem i w dzień i w nocy. Przedwczoraj mieliśmy maraton od 23:00 do 4 nad ranem, ostatniej nocy od 23:00 do 3 nad ranem, jestem tak osłabiona i wykończona, że dosłownie przewracam się jak próbuję stać i bujać synka na rekach, czy jak kolejny raz idę go przewijać.
Poza tym boję się o synka, a kto ma się nim zająć jak nie ja ? M w tym tygodniu wrócił do pracy po 3 tygodniach urlopu, więc nie ma opcji żeby znów brał wolne, mój tata zajmuje się starszym synkiem i na tym generalnie kończy się repertuar osób, które mogłyby mi pomóc.
Nie wiem jak przetrwam kolejny maraton...
Po 4 dniach samoleczenia się panadolem pojechałam dziś do lekarza i co się okazało ? Angina, ropna :( i stąd ten ból, zarówno gardła jak i głowy. Dostałam antybiotyk, czekam na poprawę.
A będąc w takim stanie sama zajmowałam się dzieckiem i w dzień i w nocy. Przedwczoraj mieliśmy maraton od 23:00 do 4 nad ranem, ostatniej nocy od 23:00 do 3 nad ranem, jestem tak osłabiona i wykończona, że dosłownie przewracam się jak próbuję stać i bujać synka na rekach, czy jak kolejny raz idę go przewijać.
Poza tym boję się o synka, a kto ma się nim zająć jak nie ja ? M w tym tygodniu wrócił do pracy po 3 tygodniach urlopu, więc nie ma opcji żeby znów brał wolne, mój tata zajmuje się starszym synkiem i na tym generalnie kończy się repertuar osób, które mogłyby mi pomóc.
Nie wiem jak przetrwam kolejny maraton...
Miesięcznica :)
A. kończy dziś miesiąc :)
Miesiąc temu o tej porze byłam już na IP, leżałam na KTG i przechodziłam milion procedur związanych z przyjęciem do szpitala. A potem o 10:15 urodził się mój kochany syneczek, mój własny, osobisty Cud :)
Miesiąc temu o tej porze byłam już na IP, leżałam na KTG i przechodziłam milion procedur związanych z przyjęciem do szpitala. A potem o 10:15 urodził się mój kochany syneczek, mój własny, osobisty Cud :)
czwartek, 5 listopada 2009
Szpital i kryzys.
Do szpitala trafiliśmy jeszcze tego samego dnia kiedy pisałam ostatnią notkę. Zapis mieliśmy co prawda dopiero na 3 listopada ale było już tak źle, że zadzwoniłam zapłakana na IP czy możemy przyjechać wcześniej bo do 3-go to byśmy się wykończyli. Pani przez telefon powiedziała żeby przyjechać na IP, zostaliśmy zbadani przez bardzo miłą panią doktor, która później uprosiła kogoś na oddziale patologii noworodków żeby nas przyjęli wcześniej. No i zostaliśmy przyjęci.
Spędziliśmy w szpitalnej izolatce 3 dni, podczas których zrobili nam stos badań, które na szczęście wykazały, że wszystko jest ok :) Mam po prostu bardzo silnie ulewające dziecko. Dostaliśmy lek (wspomniany na forum debridat) oraz mamy dalej stosować wszystkie zalecenia o pionizowaniu itd., i czekać na efekty. Na dzień dzisiejszy jest trochę lepiej :) Odstawiliśmy też ten cholerny Nutriton, który jak się okazało był przyczyną miliona kupek dziennie, teraz kupek mamy zaledwie jakieś pół miliona ;)
No właśnie a co do tych nieszczęsnych kup to z tym właśnie wiąże się mój pierwszy kryzys :( Jak już sobie zaczęliśmy radzić z ulewaniem to te przeklęty kupy chyba nas wykończą. Cały czas wpadamy w to błędne koło: karmienie, kupa, karmienie, kupa, itd., i jak się zacznie to maraton trwa tak jak to już wcześniej napisałam po 5 a czasem nawet 6 godzin. W tym czasie latam bez przerwy z A z pokoju na przewijak i tak w kółko. I nie ma mowy o tym żebym mogła pójść się wymyć, zjeść coś czy po prostu zająć czymkolwiek innym niż karmieniem i przewijaniem A., który przez to nie śpi te wszystkie godziny aż w końcu nastaje cud i po kolejnym karmieniu nie przychodzi kolejna kupa. A. może wtedy wreszcie spokojnie zasnąć a ja mogłabym w końcu wyjść z nim na spacer ale wtedy jestem już tak wykończona, że jedyne na co mam siłę to paść plackiem koło A. na łóżku i zasnąć. I tak dzień w dzień lub noc w noc bo maraton przytrafia nam się o różnych porach dnia i nocy :( Nie wiem jak przerwać ten łańcuszek żebyśmy obydwoje w końcu odetchnęli i zaczęli normalnie żyć.
Spędziliśmy w szpitalnej izolatce 3 dni, podczas których zrobili nam stos badań, które na szczęście wykazały, że wszystko jest ok :) Mam po prostu bardzo silnie ulewające dziecko. Dostaliśmy lek (wspomniany na forum debridat) oraz mamy dalej stosować wszystkie zalecenia o pionizowaniu itd., i czekać na efekty. Na dzień dzisiejszy jest trochę lepiej :) Odstawiliśmy też ten cholerny Nutriton, który jak się okazało był przyczyną miliona kupek dziennie, teraz kupek mamy zaledwie jakieś pół miliona ;)
No właśnie a co do tych nieszczęsnych kup to z tym właśnie wiąże się mój pierwszy kryzys :( Jak już sobie zaczęliśmy radzić z ulewaniem to te przeklęty kupy chyba nas wykończą. Cały czas wpadamy w to błędne koło: karmienie, kupa, karmienie, kupa, itd., i jak się zacznie to maraton trwa tak jak to już wcześniej napisałam po 5 a czasem nawet 6 godzin. W tym czasie latam bez przerwy z A z pokoju na przewijak i tak w kółko. I nie ma mowy o tym żebym mogła pójść się wymyć, zjeść coś czy po prostu zająć czymkolwiek innym niż karmieniem i przewijaniem A., który przez to nie śpi te wszystkie godziny aż w końcu nastaje cud i po kolejnym karmieniu nie przychodzi kolejna kupa. A. może wtedy wreszcie spokojnie zasnąć a ja mogłabym w końcu wyjść z nim na spacer ale wtedy jestem już tak wykończona, że jedyne na co mam siłę to paść plackiem koło A. na łóżku i zasnąć. I tak dzień w dzień lub noc w noc bo maraton przytrafia nam się o różnych porach dnia i nocy :( Nie wiem jak przerwać ten łańcuszek żebyśmy obydwoje w końcu odetchnęli i zaczęli normalnie żyć.
czwartek, 29 października 2009
Wyszliśmy z izolatki, jedziemy do szpitala.
U Jota się poprawiło to za to z A mamy sajgon.
Pisałam wcześniej o błędnym kole, w które wpadamy każdego dnia. Niestety w tym temacie zamiast się poprawiać to zmieniło się na gorsze bo Mały A już nie tylko co chwilę ulewał ale wręcz chlustał pokarmem, buzią i nosem. Nie ważne czy mu się odbiło czy nie to co zjadł to ulał a właściwie z siebie wystrzeliwał. Działo się tak już nawet w czasie jedzenia, zaraz po lub z upływem jakiegoś czasu, np.: w trakcie snu lub zaraz po obudzeniu kiedy to przeważnie już byłam spokojna, że się nic nam nie przydarzyło :( Do tego w międzyczasie oczywiście kupa za kupą i w kółko kolejne karmienie bo A jak ulał to znowu chciał jeść a jak była kupa to przy przewijaniu się rozbudzał i potem też chciał jeść. Oczywiście kolejne karmienia kończyły się kolejnym chlustaniem i tak w koło Macieju. Tak jak pisałam: SAJGON. Wczoraj zamiast skorzystać z ładnej pogody to męczyliśmy się tak od 10:00 rano do prawie 15:00 i taki kilkugodzinny rajd mamy każdego dnia.
Nie wiem ile już dni przeryczałam bo po prostu nie daję rady z tym wszystkim :(
I dzień, w którym nie uronię ani jednej łzy nazwę jakimś cudem chyba.
Ponieważ sytuacja stawała się nie do wytrzymania to napisałam posta na forum "karmienie piersią", który przyniósł mi sporo odpowiedzi, a także przekopałam net w tym temacie i generalnie opcje mogą być 3:
1. Alergia
2. Refluks
3. NIC - taka uroda dziecka.
Ja skłoniłam się najbardziej ku temu refluksowi, gdzieś w sieci dokopałam się informacji o preparacie do zagęszczania mleka: Nutriton i wysłałam M do apteki.
Zaczęłam też oczywiście stosować wszelkie rady znalezione w necie ale sajgon robił sie coraz większy bo: nakarmić dziecko piersią w pozycji pionowej to nie lada wyzwanie a jeszcze większe to podać mu przed piersią jakąś papkę (czyli ten nutriton) łyżeczką. Synuś głodny, płacze, chce do piersi a ja zamiast piersi wciskam mu łyżeczkę do buzi, ten się dławi, płacze, papka rozmazuje się wszędzie, po dziecku i gdzie tylko się da, ja się denerwuję, mały się denerwuje no ale w końcu po kilku łyżkach możemy skupić sie na piersi i wtedy kolejny cyrk bo A ma tyle tej papki w buzi, że nie może złapać piersi bo się po niej normalnie ślizga. W międzyczasie ze mnie zaczyna mleko tryskać jak za przeproszeniem z krowy i po kilku minutach oboje jesteśmy w tym mleku udyźdani po pachy. Czyli teraz mamy na sobie już papkę, mleko a za chwilę zaczynamy ulewać no i obowiązkowo gdzieś po drodze jest jeszcze ta nieszczęsna kupa.
Po prostu rozkosz. No ale faktem jest, że pierwszego dnia stosowania tej papki A przestał chlustać i ulewać, byłam przeszczęśliwa. Niestety szczęście to trwa ło tylko ten jeden dzień, na drugi dzień ulewania wróciły.
Wczoraj zaczęłam brać też pod uwagę opcję alergii na produkty mleczne, przed którą do tej pory zapierałam się rękami i nogami ale skoro jest tak jak jest to muszę wziąć jednak pod uwagę wszystkie możliwości. Od dziś jestem na diecie bezmlecznej, czyli generalnie nie mogę jeść prawie nic bo okazuje się, że białka mleka są ukryte dosłownie wszędzie, nawet w głupiej puszce z pasztetem !! Nie wiem jak to zniosę, szczególnie, że jestem uzależniona od nabiału, ja w zasadzie nic innego nie jadłam. Poza tym to cholerstwo tak jak pisałam jest dosłownie wszędzie, więc to nie chodzi już nawet o to, że nie będę mogła jeść moich ulubionych serków czy przepysznych zup robionych przez mojego M na śmietanie ale ja nie będę mogła jeść prawie nic, bo mimo, że jest sporo tych produktów bezmlecznych to akurat wiele z nich jest silnymi alergenami i przy karmieniu nie można ich jeść. Ratunku !!!
Poza tym umówiliśmy się też oczywiście na wizytę u pediatry żeby jednak ktoś nas obejrzał. Ponieważ szłam w kierunku tego refluksu to liczyłam też, że dostaniemy skierowanie na usg brzuszka. Nasza przesympatyczna pani doktor przyjęła nas na przychodni dla dzieci zdrowych (na czym mi bardzo zależało żeby nie targać 3 tygodniowego dziecka do chorych dzieci), obejrzała, wybadała, wysłuchała i powiedziała w sumie tyle co już wiedziałam z forum i netu :) No ale przynajmniej uspokoiła mnie, że dobrze robię podając ten Nutriton i dała nam skierowanie, ale nie na samo usg tylko do szpitala na kompleksowe badania. I z jednej strony to super bo zbadają A od góry do dołu ale z drugiej strony jestem tym oczywiście przerażona bo zupełnie nie wiem jak to ma wyglądać. Czy długo tam będziemy i czy będę mogła być z A (bo nie wyobrażam sobie, że nie !!!), no i co mu w ogóle będą robić ???
Dziś planuję zadzwonić do szpitala i się wywiedzieć.
Pisałam wcześniej o błędnym kole, w które wpadamy każdego dnia. Niestety w tym temacie zamiast się poprawiać to zmieniło się na gorsze bo Mały A już nie tylko co chwilę ulewał ale wręcz chlustał pokarmem, buzią i nosem. Nie ważne czy mu się odbiło czy nie to co zjadł to ulał a właściwie z siebie wystrzeliwał. Działo się tak już nawet w czasie jedzenia, zaraz po lub z upływem jakiegoś czasu, np.: w trakcie snu lub zaraz po obudzeniu kiedy to przeważnie już byłam spokojna, że się nic nam nie przydarzyło :( Do tego w międzyczasie oczywiście kupa za kupą i w kółko kolejne karmienie bo A jak ulał to znowu chciał jeść a jak była kupa to przy przewijaniu się rozbudzał i potem też chciał jeść. Oczywiście kolejne karmienia kończyły się kolejnym chlustaniem i tak w koło Macieju. Tak jak pisałam: SAJGON. Wczoraj zamiast skorzystać z ładnej pogody to męczyliśmy się tak od 10:00 rano do prawie 15:00 i taki kilkugodzinny rajd mamy każdego dnia.
Nie wiem ile już dni przeryczałam bo po prostu nie daję rady z tym wszystkim :(
I dzień, w którym nie uronię ani jednej łzy nazwę jakimś cudem chyba.
Ponieważ sytuacja stawała się nie do wytrzymania to napisałam posta na forum "karmienie piersią", który przyniósł mi sporo odpowiedzi, a także przekopałam net w tym temacie i generalnie opcje mogą być 3:
1. Alergia
2. Refluks
3. NIC - taka uroda dziecka.
Ja skłoniłam się najbardziej ku temu refluksowi, gdzieś w sieci dokopałam się informacji o preparacie do zagęszczania mleka: Nutriton i wysłałam M do apteki.
Zaczęłam też oczywiście stosować wszelkie rady znalezione w necie ale sajgon robił sie coraz większy bo: nakarmić dziecko piersią w pozycji pionowej to nie lada wyzwanie a jeszcze większe to podać mu przed piersią jakąś papkę (czyli ten nutriton) łyżeczką. Synuś głodny, płacze, chce do piersi a ja zamiast piersi wciskam mu łyżeczkę do buzi, ten się dławi, płacze, papka rozmazuje się wszędzie, po dziecku i gdzie tylko się da, ja się denerwuję, mały się denerwuje no ale w końcu po kilku łyżkach możemy skupić sie na piersi i wtedy kolejny cyrk bo A ma tyle tej papki w buzi, że nie może złapać piersi bo się po niej normalnie ślizga. W międzyczasie ze mnie zaczyna mleko tryskać jak za przeproszeniem z krowy i po kilku minutach oboje jesteśmy w tym mleku udyźdani po pachy. Czyli teraz mamy na sobie już papkę, mleko a za chwilę zaczynamy ulewać no i obowiązkowo gdzieś po drodze jest jeszcze ta nieszczęsna kupa.
Po prostu rozkosz. No ale faktem jest, że pierwszego dnia stosowania tej papki A przestał chlustać i ulewać, byłam przeszczęśliwa. Niestety szczęście to trwa ło tylko ten jeden dzień, na drugi dzień ulewania wróciły.
Wczoraj zaczęłam brać też pod uwagę opcję alergii na produkty mleczne, przed którą do tej pory zapierałam się rękami i nogami ale skoro jest tak jak jest to muszę wziąć jednak pod uwagę wszystkie możliwości. Od dziś jestem na diecie bezmlecznej, czyli generalnie nie mogę jeść prawie nic bo okazuje się, że białka mleka są ukryte dosłownie wszędzie, nawet w głupiej puszce z pasztetem !! Nie wiem jak to zniosę, szczególnie, że jestem uzależniona od nabiału, ja w zasadzie nic innego nie jadłam. Poza tym to cholerstwo tak jak pisałam jest dosłownie wszędzie, więc to nie chodzi już nawet o to, że nie będę mogła jeść moich ulubionych serków czy przepysznych zup robionych przez mojego M na śmietanie ale ja nie będę mogła jeść prawie nic, bo mimo, że jest sporo tych produktów bezmlecznych to akurat wiele z nich jest silnymi alergenami i przy karmieniu nie można ich jeść. Ratunku !!!
Poza tym umówiliśmy się też oczywiście na wizytę u pediatry żeby jednak ktoś nas obejrzał. Ponieważ szłam w kierunku tego refluksu to liczyłam też, że dostaniemy skierowanie na usg brzuszka. Nasza przesympatyczna pani doktor przyjęła nas na przychodni dla dzieci zdrowych (na czym mi bardzo zależało żeby nie targać 3 tygodniowego dziecka do chorych dzieci), obejrzała, wybadała, wysłuchała i powiedziała w sumie tyle co już wiedziałam z forum i netu :) No ale przynajmniej uspokoiła mnie, że dobrze robię podając ten Nutriton i dała nam skierowanie, ale nie na samo usg tylko do szpitala na kompleksowe badania. I z jednej strony to super bo zbadają A od góry do dołu ale z drugiej strony jestem tym oczywiście przerażona bo zupełnie nie wiem jak to ma wyglądać. Czy długo tam będziemy i czy będę mogła być z A (bo nie wyobrażam sobie, że nie !!!), no i co mu w ogóle będą robić ???
Dziś planuję zadzwonić do szpitala i się wywiedzieć.
czwartek, 22 października 2009
Duże smutki i małe radości.
Jot nadal chory, dziś 4 doba antybiotyku i niby trochę się poprawiło ale nadal jest kiepsko do tego przez stan zapalny ucha to moje biedne dziecko na jedno ucho w ogóle nie słyszy :(
M zaczął chorować wczoraj a mnie od ponad tygodnia dzień w dzień boli głowa a od 3 dni gardło.
Do tego ta izolacja zaczyna odbijać się na mojej psychice, nie daję już rady w tym zamknięciu i coraz gorzej znoszę to, że nie zajmuję się J. Jak schodzę na dół i widzę go takiego schorowanego to serce mi pęka a nawet nie mogę go przytulić :(
No dramat dosłownie !!!
Ryczę drugi dzień.
A miało być tak pięknie...
To były moje duże smutki a co do małych radości to wczoraj zaliczyliśmy z A pierwszy spacer, 20 minut. Dziś też mam nadzieję, że wyjdziemy. Tyle, że niestety nie mam zupełnie doświadczenia ani wprawy w ubieraniu noworodka na taką pogodę i całą drogę zastanawiałam się wczoraj czy dobrze ubrałam A i czy nie jest mu za ciepło lub za zimno.
W końcu doczekaliśmy się też wizyty pediatry, wszystko jest ok. Tylko, że przez to, że miałam tysiąc pytań to się pogubiłam i zapomniałam od kiedy mam podwać tę witaminę D, bo K to wiem, że już od teraz. No i trochę mnie zdziwiło to, że na tą D nie dostałam recepty na krople (jak to było przy J) tylko peditra kazała kupić jakąś tam w kapsułkach i wyciskać, hmmm, chyba łatwiej jednak byłoby z kroplami, no ale one są na receptę, której nie mam :(
A przedwczoraj dostałam od firmy przepiękny bukiet z okazji narodzin A :) Z piękną kartą i przemiłą dedykacją w środku. A na kopercie był napis: Szczęśliwi rodzice A i M :)
M zaczął chorować wczoraj a mnie od ponad tygodnia dzień w dzień boli głowa a od 3 dni gardło.
Do tego ta izolacja zaczyna odbijać się na mojej psychice, nie daję już rady w tym zamknięciu i coraz gorzej znoszę to, że nie zajmuję się J. Jak schodzę na dół i widzę go takiego schorowanego to serce mi pęka a nawet nie mogę go przytulić :(
No dramat dosłownie !!!
Ryczę drugi dzień.
A miało być tak pięknie...
To były moje duże smutki a co do małych radości to wczoraj zaliczyliśmy z A pierwszy spacer, 20 minut. Dziś też mam nadzieję, że wyjdziemy. Tyle, że niestety nie mam zupełnie doświadczenia ani wprawy w ubieraniu noworodka na taką pogodę i całą drogę zastanawiałam się wczoraj czy dobrze ubrałam A i czy nie jest mu za ciepło lub za zimno.
W końcu doczekaliśmy się też wizyty pediatry, wszystko jest ok. Tylko, że przez to, że miałam tysiąc pytań to się pogubiłam i zapomniałam od kiedy mam podwać tę witaminę D, bo K to wiem, że już od teraz. No i trochę mnie zdziwiło to, że na tą D nie dostałam recepty na krople (jak to było przy J) tylko peditra kazała kupić jakąś tam w kapsułkach i wyciskać, hmmm, chyba łatwiej jednak byłoby z kroplami, no ale one są na receptę, której nie mam :(
A przedwczoraj dostałam od firmy przepiękny bukiet z okazji narodzin A :) Z piękną kartą i przemiłą dedykacją w środku. A na kopercie był napis: Szczęśliwi rodzice A i M :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)