Niedawno minęło 1,5 roku od mojej
operacji.
Średni był ten rok "po", widziałam, że mój powrót do zdrowia idzie dość opornie i nie tak jak się tego spodziewałam ja i moi bliscy. Najpierw z każdym miesiącem a potem już z każdym tygodniem coraz mocniej czułam, że nie zaliczam się do szczęśliwców, którzy dwa miesiące po takiej operacji wracają do pełni zdrowia i normalnego życia. Przyszła frustracja, zmęczenie, zniechęcenie a nawet rezygnacja bo rehabilitacja jedna za drugą: państwowe, prywatne z grube pieniądze, ćwiczenia w domu, oszczędny tryb życia, wszystko to było na nic, ciągle żyłam ograniczona bóle, który zawsze gdzieś tam przy mnie był i uniemożliwiał normalne życie. Po tych wszystkich miesiącach zmartwień, w grudniu 2013 otrzymałam prezent do ZUSU w postaci uzdrowienia, wielka szkoda, że zdrowie otrzymałam tylko na papierze a nie w rzeczywistości. Decyzją jednej osoby, z dnia na dzień, tuż przed świętami i w moim stanie zdrowia zostałam pozbawiona środków do życia, uznana za zdrową i gotową do pracy. Tyle w międzyczasie nasłuchałam się i naczytałam o uzdrowionych przez ZUS ale jakoś tak nie pomyślałam, że i mnie to może spotkać. A jednak.
Mogłam z nimi walczyć.
Nie starczyło mi sił. (Błąd, błąd i jeszcze raz błąd, z nimi trzeba walczyć)
Po wielu godzinach trudnych rozmów, zadecydowaliśmy wspólnie z moją rodziną, że spróbuję wrócić do pracy i zobaczymy co będzie. Zagryzłam zęby i zaczęłam szukać, wtedy to przyszedł nowy rok i położyła mnie
ospa, którą przeszłam w możliwie najcięższy sposób a po jej przejściu dopadły mnie powikłania poospowe w postaci reaktywnego zapalenia stawów oraz rwy kulszowej akurat
w rocznicę operacji, koszmar. Do dziś nie mogę uwierzyć, że to mi się w ogóle przytrafiło tym bardziej, że po tych przejściach moja sytuacja z kręgosłupem już nie wróciła do stanu sprzed ospy, było gorzej.
Mimo wszystko szukałam pracy, najpierw tylko w swojej okolicy bo przecież w moim stanie nie dam rady dojeżdżać a prawa jazdy nie mam. Potem w trochę dalszej okolicy a potem niestety musiałam już szukać wszędzie. I wtedy pracę znalazłam praktycznie od razu, z pierwszego ogłoszenia, pewną i dobrze płatną niestety na drugim końcu Warszawy a nawet jeszcze dalej bo przecież mieszkam pod Warszawą. Była wielka radość i wieki strach jak dam radę...
Mój kręgosłup nie pozwalał mi ani na dłuższe siedzenie, ani stanie ani w ogóle na długie przebywanie na nogach bez odpoczynku, ból szedł w nogę i obejmował lędźwia. Co gorsze z początkiem kwietnia jeszcze bardziej dawał mi się we znaki a ja właśnie wtedy otrzymałam pracę. Dodatkowo okazało się, że muszę jechać podpisać umowę ponad 400km!!! I nie było wyjścia, musiałam pojechać. Ta podróż mnie dobiła, gdy wróciłam miałam przed sobą jeden dzień racy a potem już były Święta Wielkanocne i zarazem mój ostatni wpis na blogu bo to co zaczęło się potem i trwa do dziś jest jakimś kolejnym koszmarem, w którym jestem...
Święta Wielkanocne i kolejny tydzień spędziłam na prochach przeciwzapalnych, w ogóle nie powinnam wtedy podejmować żadnej pracy tylko leżeć i odpoczywać ale co miałam zrobić jak ledwo co podpisałam umowę o pracę a gdy ją podpisywałam nie wiedziałam, że aż tak się pogorszy? Na prochach byłam do maja i wtedy to jakimś cudem objawy trochę ustąpiły, znów bolało tak jak wcześniej, tak, że gdy mocno zacisnęłam zęby to dałam radę wstać o 5:30, dojechać do pracy 1,5h na 8:00 a potem wytrwać w biurze 8 godzin. Tyle, że potem już ledwo dawałam radę dojechać z powrotem do domu 1,5h a po drodze odebrać jeszcze Młodszego z przedszkola. Wchodziłam do domu dobrze po 18:00 w stanie skrajnego bólu, kładłam się na dywan, Młodszym zajmował się Starszy pytając się mnie: "Mamusiu, bardzo boli?" Bardzo synku... M. wracał ok 19:00 - 19:30, niedługo potem podnosiłam się z dywanu i kładłam się spać.
Tak minęły 4 miesiące, stąd duża przerwa w blogowaniu tutaj jak i na bloxie gdzie też brakło mi czasu a głównie sił na wystawnie zdjęć.
W lipcu przyszedł kolejny kryzys i tym razem był jeszcze gorszy niż ten kwietniowy. Nie mogłam iść na zwolnienie choć powinnam, wzięłam pracę do domu i zaczęłam kolejną rundę po lekarzach, dostałam skierowanie do szpitala, z którego wróciłam 15 września i właśnie kończę zwolnienie, które otrzymałam po pobycie w szpitalu. W szpitalu zrobili mi nowy rezonans na ponoć super sprzęcie i różnego rodzaju RTG. Opisu RTG nie mam ale wyniki MRI już mówią wiele, wypukliny, przepukliny, uciski takie, śmakie i owakie, na korzenie, worek oponowy itd., wszystko typowe dla dyskopatii, jest w czym wybierać jeśli chodzi o ból + oprócz tego co wiedziałam jest nowa wypuklina poziom wyżej niż operowane miejsce.
Nie zakwalifikowali mnie do operacji, powiedzieli, że, pewnie kiedyś ale teraz jeszcze nie, na ten moment jest większe prawdopodobieństwo pogorszenia niż poprawy. Cudnie nieprawdaż ? Przecież to fajnie, że się nie kwalifikuję do operacji szkoda tylko, że jedyne zalecenia jakie są dla mnie to noszenie pasa lędźwiowego i odpowiednia rehabilitacja czyli w moim przypadku żadne gimnastyki tylko ćwiczenia izometryczne. No i wszystko pięknie tylko ja już to robię od dawna a nie dość, że nie ma poprawy to jeszcze nastąpiło pogorszenie bo teraz moje możliwości kończą się na pobycie do 30-40 na nogach i to wszystko. A ból czuję od rana od razu jak wstanę, obejmuje mi nogę i lędźwia, nasila się z każdą kolejną godziną dnia albo gdy przejdę jakiś kawałek na nogach sama, np. po dziecko do przedszkola 800 metrów od autobusu i drugie tyle z powrotem.
Wyobrażacie sobie takie życie? Zakupy choćby z jedną siatką - niemożliwe, stanie w kolejce - niemożliwe, wyjście z dzieckiem na dłuższy spacer, wycieczki czy inne atrakcje - nierealne, stanie w metrze czy autobusie choćby jedną, dwie stacje - nie ma opcji, po jednej stacji słaniam się z bólu a nikt mi miejsca nie ustąpi bo przecież paniusia w rurkach, balerinkach i z modną torebką nie wygląda na schorowaną, to nic, że na twarzy mam wypisany ból. Załatwienie czegokolwiek po pracy, na mieście też graniczy z cudem, chyba, że może ktoś mnie zawieźć lub przywieźć. Doszło do tego, że nie jestem w stanie sama odebrać Młodszego z przedszkola bo po całym dniu na nogach nie daje rady już po niego dojść, na razie mam w tym temacie pomoc a co będzie po razie tego jeszcze nie wiem ...
Ot, życie z dyskopatią, MOJE życie.
I coraz mniej mam siły na opowiadanie o tym, szczególnie osobom, które dzwonią do mnie raz na pół roku i zdziwione pytają: "a to Ty nadal masz problemy z kręgosłupem?" Tak nadal, bo dyskopatia to nie jest choroba, którą leczy operacja usunięcia dysku jak i sama operacja nie jest w ogóle operacją, która leczy tylko operacją usuwającą pewien skutek choroby. A przejście tej operacji nie gwarantuje dalszego super zdrowia i życia bez bólu. Tak samo jak sama choroba to proces długi i złożony i też nie mija jak ręką odjął w tydzień czy dwa, to choroba, którą się ma już na całe życie i jedyne co można zrobić to sprawić by postępowała wolniej. Co mi jak na razie niezbyt się udaje. Bilans 4 miesięcy pracy: nowa wypuklina.
Co powinnam zrobić? Rozwiązanie samo się nasuwa ale przecież z czegoś trzeba żyć, utrzymać dom i dzieci...
A fotografia? O to też znajomi pytają, co z Twoją fotografią?, co z Twoimi planami? Moje plany legły w gruzach wraz z chorobą, to dla mnie również ciężki temat bo wciąż nie mogę pogodzić się z tym, że moje największa pasja miałaby się stać niespełnionym marzeniem... ale w tym temacie nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa...
Zresztą w żadnym temacie jeszcze nie powiedziałam ostatniego słowa, na razie chyba już ostatnią resztką sił ale nadal szukam rozwiązania dla siebie, od każdej strony, zdrowotnej i zawodowej i duchowej...
Uffff, wreszcie wyrzuciłam to z siebie ...