sobota, 24 grudnia 2011

Grudzień

1-go grudnia poszłam pierwszy raz do mojej nowej pracy. Dokładnie dzień wcześniej rozłożyło mnie przeziębienie, szlag by to ...! Dzięki Bogu ten mój pierwszy tydzień pracy zaczął się w czwartek więc trwał tylko dwa dni i zaraz nastąpił weekend podczas, którego miałam się zregenerować i ozdrowieć by w pełni sił zacząć następny tydzień. Niestety weekend poprawy żadnej nie przyniósł a nawet wręcz przeciwnie bo pogorszenie :/ a akurat na ten drugi tydzień mojej pracy było zaplanowane przekazanie mi obowiązków przez osobę, której miejsce zajęłam i miałam na to zaledwie 4 dni. Czyli wymarzona sytuacja :/ do dziś nie wiem jak ogarnęłam to wszystko przy moim samopoczuciu, szczególnie, że dzień w dzień siedziałam po ok 10h żeby wszystko przejąć i jak najwięcej wiedzy i umiejętności zdobyć. Efekt był taki, że mnóstwo rzeczy ogarnęłam ale trzeci tydzień pracy zaczęłam już z mega chorobą. Zapalenie zatok orzekła pani doktor gdy wybrałam się do niej w momencie gdy już ledwo widziałam na oczy z bólu :/ Tego samego dnia miałam jeszcze o 20:00 kolację firmową, na którą oczywiście musiałam iść.
W czwartym tygodniu pracy, czyli w tym co się właśnie kończy, w końcu zaczęłam czuć się lepiej. W poniedziałek poszłam do pracy z nadzieją, że do Świąt uda mi się wydobrzeć do końca i będzie spokój. Jeszcze tego samego dnia Młodszy zaczął chorować, rozłożyło go w ciągu dosłownie jednej godziny i po objawach ewidentnie widać było, że zaraził się ode mnie. Świetnie. Niedługo myśląc podaliśmy mu Bactrim bo widać było, że to zakażenie bakteryjne po mamusi i nie było na co czekać bo przecież Święta za pasem. Bactrim jednak nie pomógł i już od środy Młodszy był na antybiotyku. Dostał Augmentin, czyli standard, cieszyłam się, że lekarka przychyliła się ku mojej teorii, że dziecko przejęło chorobę ode mnie i nie kazała nam czekać parę kolejnych dni z decyzją o antybiotyku. Gdy już byłam spokojna, że ze mną lepiej, Młodszy jest leczony i do Świąt wydobrzeje to rozłożył się Jot. A gdy już myślałam, że nic poważnego się z nim nie dzieje i jakoś to będzie to ten zaczął gorączkować i wymiotować a było to w nocy z wczoraj na dziś. Rano gdy wstał i powiedział, że czuje się w miarę dobrze to okazało się, że z Młodszym znów coś jest nie tak bo pojawiły się na nim plamy i krosty. Czerwone a do tego napuchnięte, na całych pleckach, na brzuszku i klatce piersiowej, na buzi, szyi, na karku a nawet na głowie! W pierwszej chwili wystraszyłam się, że jakaś różyczka albo coś podobnego ale potem skojarzyłam, że to uczulenie na amoksycylinę, główny składnik Augmentinu. To akurat po tatusiu. Młodszy brał już kiedyś ten antybiotyk i nie było żadnych reakcji alergicznych. Alergia postanowiła ujawnić się akurat teraz, właśnie dziś, w Wigilię!
Przyznam szczerze, że miałam dziś parę momentów załamania...

I tak właśnie minął nam pierwszy miesiąc mojej pracy i zarazem nowego życia. Czyli tak naprawdę nic nowego tylko choroba za chorobą i tak dokładnie już od października, ciągle coś, kiedy to się skończy ???

A Święta? Święta jak Święta, była oczywiści Wigilia, jest piękna choinka, są super prezenty ... a ja mega zmęczona jestem i marzy mi się zdrowie dla moich dzieci ...

Miłych Świąt Wam życzę ...

środa, 30 listopada 2011

Koniec laby

2,5 tygodnia minęło wiadomo jak - błyskawicznie szybko. Nie zrobiłam oczywiście połowy rzeczy, które planowałam zrobić i za to zrobiłam dużo tych, których nie planowałam. Odpoczęłam i fizycznie i psychicznie a i tak jestem zmęczona ;)

2,5 tygodnia zbierałam się żeby pojechać do starej pracy po moje rzeczy. Nie zrobiłam tego ani pierwszego dnia urlopu ani w pierwszym jego tygodniu a nie nawet w drugim i z każdym dniem nie chciało mi się jechać tam coraz bardziej :/ W końcu zebrałam się w sobie i pojechałam, wczoraj. W drodze flaki przewróciły mi się ze 3 razy, w biurze spotkałam się oczywiście z tym co najbardziej mnie wkurzało, także zagryzłam zęby, zabrałam swój kartonik jak na filmach to robią i czym prędzej zmyłam się do domu z myślą, że już nigdy, przenigdy nie będę musiała tam jechać, widywać się z tymi ludźmi, spędzać z nimi 3/4 swojego życia i udawać, że ich lubię, uffff
I oczywiście biorę pod uwagę to, że "nigdy nie mów nigdy" ale póki co mam to gdzieś :D

Przez te 2,5 tygodnia przerobiłam wiele stanów chorobowych dzieci aż w końcu skupiło się to wszystko na mnie ze skutkiem takim, że od niedzieli jestem chora a od wczoraj dodatkowo połamana bo coś mi się porobiło z szyją. Generalnie funkcjonuję dzięki gripexowi (wersja tylko i wyłącznie v-caps - polecam) i ibupromowi. Dicloberl odblokował mi szyję i kark na tyle, że mogę na nowo ruszać głową choć nadal nie bez bólu :/ Do tego 100 chusteczek idzie mi na dobę i tak jakoś trwam.

A jutro ?
A jutro pierwszy dzień mojego nowego życia.




Boję się ???

czwartek, 10 listopada 2011

Rewolucja październikowo - listopadowa

Dziś, po 11 latach pracy, ok godziny 14:00, po raz ostatni zamknęłam za sobą drzwi mojego biura. Tak, tak, odeszłam z pracy, czyli niemożliwe stało się możliwe. Choć nadal to do mnie nie dociera...
20.10 odebrałam telefon, 25.10 poszłam na rozmowę, 28.10 podpisałam umowę przedwstępną i tego samego dnia złożyłam wymówienie w mojej starej pracy.
Szybko poszło. Nawet bardzo. Ale nie było tak prosto jak się wydaje, od momentu rozmowy do dzisiaj, czyli przez ponad 2 tygodnie żyłam w mega stresie, najpierw negocjowanie warunków umowy z nowym pracodawcą, potem negocjowanie mojego nagłego odejścia ze starym pracodawcą, potem tydzień ciszy gdyż moja szefowa była na urlopie i na ten czas rozmowy zostały zawieszone :/ a ja zostałam z niezakończonymi bardzo ważnymi tematami czego nie znoszę! Ja muszę mieć wszystko ułożone, zaplanowane, bez niejasności i niedomówień i bez żadnego odkładania, ja lubię mieć wszystko jasne, od razu! Sama nie wiem jak przetrwałam ten tydzień. Ostatecznie na początku obecnego tygodnia zapadły wszystkie decyzje, w dodatku pomyślne dla mnie :) Tyle, że po tych decyzjach zostały mi zaledwie 4 dni na zakończenie wszystkich spraw, szaleństwo! No cóż, sama tego chciałam. Ale dałam radę i tym sposobem, dziś byłam ostatni dzień w starej pracy i zaczęłam odbieranie zaległego urlopu. Niestety mam go tyle, że będę go jeszcze odbierać będąc już w nowej pracy. Niestety w czasie roku 2011 nie przewidziałam sytuacji, że tak nagle zdobędę nową pracę i ściskałam ten urlop jak się dało :/

W starej pracy miałam dziś pożegnanie, wcale nie miałam na nie ochoty ale już od samego porannego wejścia czekała na mnie miła niespodzianka a potem było już tylko coraz lepiej :) Rano na biurku znalazłam duży karton a w nim tort robiony specjalnie dla mnie przez męża (byłego cukiernika) mojej koleżanki z działu. Szok :) Ja przywiozłam kilka ciast, rozstawiłam wszystko, zaprosiłam ludzi na 9:30, i się zaczęło... przemówienia, wspomnienia, nie ogarnęłam emocji i się poryczałam. No bo, co by nie mówić to jednak było to 11 lat, 11 lat mojego życia! I kiedy to minęło ???

Po pożegnaniu, dokończyłam ostatnie sprawy zawodowe, przekazałam to co nie dało się dokończyć, uprzątnęłam biurko, szafkę, szuflady, spakowałam wszystko do kartonu jak na filmach to robią - dziwne uczucie ... a potem poszłam, tak po prostu, wyszłam - również bardzo dziwne uczucie...
Ale dość szybko się otrząsnęłam i ze starej pracy pojechałam prosto do nowej, gdzie zawiozłam podpisaną umowę, odebrałam skierowanie na badania i ogólnie zostałam powitana w gronie nowych znajomych...

Podsumowując: parę godzin temu zamknęłam pewien rozdział w moim życiu, uwolniłam się od czegoś co nie dawało mi żyć, dziś był ostatni dzień tego koszmaru. Także jutro mam swoje prywatne Święto Niepodległości ;) Pierwszy dzień reszty mojego życia. Boję się być szczęśliwą - bo bardzo się boję nowego ...

niedziela, 6 listopada 2011

Stało się

Dziś rano zdarzył nam się bardzo niemiły wypadek. Młodszy rozciął sobie głowę, mamy za sobą jazdę karetką i hardcore szpitalny przy znieczulaniu i szyciu jego małej główki :(

Klasycznie wystarczyła jedna chwila, jeden moment i nieszczęście gotowe. Wstaliśmy rano i gdy chwilę potem chciałam wyjść z sypialni, Młodszy, który nie odstępuje mnie na krok od dwóch lat, rzucił się za mną biegiem, potknął o dywan, upadł i całą siłą trafił głową w kant łóżka :( Dom się zatrząsł, mnie serce stanęło. Pierwsza myśl, że głowa na bank rozcięta bo uderzenie było bardzo silne, jednak spojrzałam na niego i nie zobaczyłam pod rączką krwi, złapałam w ramiona, przytulam, w myślach biegnę już po zimny kompres na guza, odciągam jego rączkę i widzę, że pół buzi we krwi i otwartą ranę :( Nerwy i emocje ruszyły :( Młodszy wyje, rzuca się, nie daje utrzymać na rękach, krew się leje, po nim, po mnie, wszędzie, ja nie mogę znaleźć telefonu :( W
końcu znajduję, dzwonię do M i wykrzykuję co się stało, ma do nas przyjechać z pracy. Dzwonię na 999, i co słyszę? Że nasz rejon zamieszkania to nie ich rejon i mam sobie dzwonić gdzie indziej, na numer, który mi podadzą. Oczywiście nie mam po ręką długopisu a w tych nerwach nie zapamiętam numeru, Młodszy trochę przycichł ale nie wypuszcza mnie ze swoich objęć, więc w podskokach z nim na rękach lecę po długopis, zapisuję numer choć w taki sposób, że teraz wydaje mi się on być nie do odczytania. Dzwonię, miła pani mnie uspokaja, zadaje kilka pytań i mówi, że karetka już w drodze, mam wyszykować dziecko i siebie do drogi.

Tylko jak? Jak mały zakrwawiony, nie daje się dotknąć żeby obmyć krew ani nie chce mnie puścić żebym ja chociaż mogła się ubrać. Na szczęście woła "pi", czyli pić, robię mu mleko, on pije a ja w tym czasie pędem się ubieram i zbieram rzeczy dla niego na wyjazd. Chwilę potem przyjeżdża karetka z bardzo miłymi panami, którzy zajmują się moim Młodszym, starają się obmyć i zdezynfekować ranę, niestety łatwo nie jest bo mój Skarb drze i wyrywa się jak opętany :( Pierwszy opatrunek zrywa, drugi udaje się już utrzymać na miejscu. Dojeżdża M. Ja wsiadam z A. do karetki, M z Jot jadą za nami do szpitala. W szpitalu dłuższy moment rejestracji :/ ale Adaś na szczęście jest już trochę uspokojony i obserwuje wszystko z moich rąk. Koszmar zaczyna się na nowo gdy wchodzimy do zabiegowego. Już po położeniu na stół mój bidul zaczyna znów płacz i rzucanie się, wrzask jest niesamowity, jego siła również. Pani doktor pokazuje mi jak mam go trzymać. Muszę położyć się na jego nóżkach i brzuszku a trzymać za rączki, pielęgniarka trzyma główkę, ledwo dajemy radę :/ Najgorszy jest moment znieczulania, kilka wkłuć wokół rany :( Młodszy prawie roznosi łóżko, na którym leży :( Potem szycie, opatrunek (również przy ogromnym wrzasku i szarpaniu), kilka wskazań dalszego postępowania i do domu ...
W domu Młodszy zażyczył sobie swoją ulubioną "ympkę z pleplem" i spokojnie oglądał bajkę ...

M. pojachał z powrotem do pracy a ja ogarniałam dom z tornada jakie zostawiliśmy przed wyjazdem. Przed 14:00 wyszliśmy na spacer, Młodszy zasnął o 14:00, bardzo umęczony, myślałam, że pośpi przynajmniej godzinę po takich atrakcjach ale on po 30 minutach otworzył oczka i mowy o dalszym spaniu nie było.
Bandaże z głowy zdjęłam mu ok 13:00, ciut za wcześnie (miał je mieć 4h) ale po prostu się zsunęły, więc i tak musiałam je zdjąć. Plasterek na czole przykrywający ranę i szwy, nie wygląda jakoś specjalnie przerażająco, zapewne gorzej jest pod plasterkiem ale tam na razie nie muszę zaglądać. I tylko w myślach wciąż migają mi obrazki z naszego dzisiejszego poranka :( Młodszy skończył dziś 25 miesięcy, kiepskie to zakończenie :/

Muszę też wspomnieć o moim Jot, który był dziś z nami w domu i bardzo dzielnie mi pomagał, szukał telefonu, przyniósł namoczoną zimną wodą pieluchę tetrową, pilnował brata gdy ja poszłam się w biegu ubierać i ogólnie bardzo martwił całym zdarzeniem. Powiedziałam mu, że jest moim dzielnym synkiem i, że bez niego nie dałabym rady... choć był moment, że płakaliśmy dziś nad naszym małym A. oboje ...

sobota, 5 listopada 2011

Język dwulatka

- A., zjesz coś ?
- Taaaaaa (Młodszy mimo, że nie ma problemów z literką K to słowo "tak" zawsze wymawia z rozkosznym przedłużeniem i bez końcówki)
- A co?
- YMPKĘ !
- A z czym?
- Z PLEPLEM !

Ympka z pleplem to ostatnimi czasy nasz hit, chyba nic mnie tak nie bawi jak to jego "z pleplem" :D
Czasem pytam go o to jedzenie tylko po to żeby usłyszeć jak to mówi :) A chodzi o nic innego jak o zwykłą kanapkę z ... serem :)
I jak jeszcze "ympka" do kanapki jakoś tam się ma tak nijak nie wiem jak powstało "z pleplem" od sera ;)

Ale nie należy się nastawiać, że słowo "ympka" zawsze oznaczać będzie kanapkę. Bo gdy np. przejeżdżamy obok obecnie wszędzie rozwieszonych bilboardów bananów Chiquita to Młodszy krzyczy wtedy "bamban, ympka!!!" co oznacza banan i małpka, bo w rozumowaniu mojego Skrzata jak gdzieś jest banan to musi też być i małpka ;) i na odwrót, jak gdzieś zobaczy jakąś małpkę to od razu krzyczy: "ympka" a zaraz potem "bamban" :D

A apropo małpek to od jakiegoś czasu Młodszy zakochany jest w bajce o małpce zwanej Georgem i gdy tylko bajka się zaczyna to Młodszy wydaje z siebie mega okrzyk zachwytu: "DZIOOOO !!!"

Nastąpił też u nas etap fascynacji dinozaurami, na które Młodszy mówi "ynda", przy czym bardzo często słowo "ynda" wymawia bardzo zniżonym, wręcz warczącym głosem, tak jakby udawał głos dinozaura :) a jak do tego jeszcze zaczyna nagle biegać w kółko po pokoju z podniesionym do góry rękami to już w ogóle mamy ubaw po pachy, w ten sposób udaje dinozaura albo lwa :)

Po dłuższym czasie oczekiwania Młodszy zaczął w końcu mówić imię swojego brata, wymawia je w zdrobnieniu "Inciu", słodko ;) Gdy Jot jest akurat w szkole albo po prostu gdzieś poza domem to Młodszy bardzo często pyta o swojego kochanego Inciu i zaraz sam sobie odpowiada, że go nie ma: "Inciu, ima" i rozbrajająco rozkłada rączki ;)
Bardzo często Młodszy bierze jakąś zabawkę do rączek po czym sam próbuje ją sobie wyrwać drugą rączką jednocześnie wołając "Inciu odaj!" :/ Niestety jest to efekt tego, że bardzo często Jot złości się jak Młodszy bierze jakieś jego rzeczy i krzyczy wtedy do Młodszego żeby oddał. Młodszy genialnie naśladuje te scenki (Inciu odaj, oznacza, że Jot woła do niego aby coś oddał) ale staramy się to zniwelować bo nie chcemy żeby Młodszy kojarzył stareszego brata z tym, że on ciągle mu czegoś zabrania ruszać :/

W języku Młodszego wszystkie dzieci to dzidzie :) Co generalnie bardzo zabawnie brzmi gdy spotykamy jakieś większe dziecko a A. woła na nie dzidzia, tak naprawdę sam będąc dzidzią.

Kiedyś pisałam, że A. bardzo lubi udawać, że jest właśnie dzidzią i, że dzidzia idzie spać. Zabawa ta nadal jest u nas na topie i nadal bardzo mnie bawi. Uwielbiam jak bierze podusie, układa się na niej, upomina się o przykrycie kocykiem a potem mówi "dzidzia pa" - dzidzia idzie spać, albo "dzidzia pi" - dzidzia śpi. Gdy zaraz potem nagle się podrywa z okrzykiem oznacza to, że dzidzia już się wyspała i wstaje :) Żeby tak człowiek dorosły mógł się wysypiać w tak ekspresowym tempie ;)

Ogólnie Młodszy mówi bardzo dużo, buzia mu się nie zamyka, ale cała ta mowa odbywa się w jego własnym języku i w większości zrozumiała jest tylko dla nas, rodziców, obcym trzeba tłumaczyć co nasze dziecię miało na myśli. My w większości rozumiemy Młodszego doskonale, choć czasem zdarzają nam się małe nieporozumienia bądź niedomówienia ;)

Bardzo często A. urządza nam coś na kształt mini turnieju, mówi jakieś swoje słowo i trzeba mu powiedzieć co miał na myśli, jak się odpowie dobrze to wywołuje to mega radość i okrzyk "Taaa" :D gorzej jak się nie trafi bo wtedy jest złość ;) Uwielbiam tą jego zabawę, którą wymyślił sobie sam i bardzo często się w nią z nami bawi...

Generalnie chodzę, słucham i w pamięci notuję nowo powstałe słowa Młodszego, na kartkach papieru tworzę taki jego mały słownik, ku pamięci. Nie robiłam tego z Jot i bardzo żałuję, bo kiedyś fajnie będzie usiąść i poczytać jak i co te nasze dzieci mówiły gdy były jeszcze maleńkimi skrzatami ...

czwartek, 6 października 2011

730 dni i 7 nieszczęść

Dziś o 10:15 Młodszy skończył 2 latka, jest z nami 730 dni!


Niestety w kolejny rok życia wszedł z mega katarem, temperaturą 38 stopni i (co najgorsze), mega chrypą i gruźliczym kaszlem :( Jednym słowem choróbsko w końcu się ujawniło, w 7 dobie od pierwszych oznak, że coś jest nie tak. A jeszcze wczoraj pisałam, że jest tylko stan podgorączkowy bez żadnych objawów chorobowych. Szkoda tylko, że rozwinęło się w dniu urodzin :(
A. od rana był w kiepskim stanie, zamulony, zachlipiony, zakaszlony, wyglądał jak 7 nieszczęść, ale najgorzej i tak było z głosem, ledwo wydobywał z siebie dźwięki, a w zasadzie tylko rzęził ! Podony dźwięk wydobywał z siebie podczas kaszlu. Dostał Nurofen i syrop na kaszel, po jakimś czasie nastąpiła lekka poprawa. Na badania dziś nie pojechaliśmy bo po pierwsze nie za późno wstaliśmy, potem A. był w tak złym stanie, że nie chciał nic wypić więc nie miał czym siusiać a na koniec skonsultowaliśmy z naszym wujkiem pediatrą sens targania teraz zmarnowanego dziaciaka na badania, skoro infekcja i tak już wyszła i w sumie wiemy na czym stoimy. Mamy tylko ewentualnie spróbować jutro pobrać próbkę na posiew moczu żeby ostatecznie drogi moczowe wykluczyć. Badania ogólne mamy zrobić po infekcji.

A wracając do tematu dnia to W ramach symbolicznego świętowania urodzin A. dostał dziś symboliczną wersję prezentu, kupowaną przyznam szczerze na szybko dziś rano. Prezent nie drogi a okazał się rewelacją :) Ciuchcia Tomy, całkiem spora, jeżdżąca, z odgłosami jadącego pociągu i... lecącym dymem z komina w czasie jazdy, hit ! Koszt: 35zł :) Radość w oczach dzieci, bezcenna ;)

P.S. A. jest właśnie na wizycie u naszej pani doktor a nasza sobotnia impreza urodzinowa stoi pod dużym znakiem zapytania ...

środa, 5 października 2011

Po bilansie

Byliśmy wczoraj na bilansie dwulatka. Już zapomniałam jak to jest na takiej wizycie, że przeprowadzają taki cały wywiad i w ogóle :) Bilans wypadł bardzo pomyślnie, nie ma się do czego przyczepić, no może jedynie do wagi i wzrostu ale co tu zrobić jak ani rodzice ani brat gigantami nie są i nigdy nie byli. Adaś waży ok 11,5kg, dokładnej wagi nie znam bo o samodzielnym zważeniu nie było mowy i ważenie odbyło się na rękach mamy. Na siatce centylowej wygląda to lepiej niż się spodziewałam bo myślałam, że będzie na 3 centylu a jest powyżej 10-go :) Z wzrostem niestety jest ciut gorzej bo zaledwie 3 centyl, 82,5cm.

I w sumie to, że jest drobny bardzo dodaje mu uroku bo wiadomo: małe jest piękne ;) ale z sentymentem wspominam zeszłe wakacje kiedy to Adaś miał nadwagę i wyglądał jak pączek a pani doktor kazała kaszki odstawiać czego ja oczywiście nie posłuchałam :)Cała wizyta odbyła się niestety przy mega wielkiej histerii :( Adaś niestety nie wiedzieć skąd ale ma uraz do przychodni i źle reaguje już na samo wejście do gabinetu :/ Nie wiem zupełnie czemu bo przecież tak naprawdę chory był raz w życiu i nie chodzi zbyt wiele po przychodniach pomijając wizyty obowiązkowe dotyczące szczepień itp.

Do tego wszystkiego wczoraj A. miał jeszcze stan podgorączkowy, który głównie objawiał się pojękiwaniem, złym humorem oraz tym, że A. nie odstępował mnie jeszcze bardziej niż w sytuacjach gdy się dobrze czuje. Także każda jakakolwiek próba wyrwania go z moich ramion, do badania czy mierzenia powodowała napad szału i histerii u A., przez co nie była to zbyt miła wizyta :( choć nasza pani doktor wcale nie była zniechęcona zachowaniem małego i spokojnie go badała, starała się uspokoić itd.

Na koniec powiedziałam o minionym czwartku, wymiotach, wysokiej temperaturze i o tym, że w sumie cały czas u dziecka utrzymuje się stan podgorączkowy i mimo, że nie jest wysoki bo ok 37,5 stopnia to niepokojące jest to, że utrzymuje się już kilka dni (wczoraj to było 5 dni, dziś już 6) a co gorsza nie za bardzo spada po podaniu Nurofenu. Ponieważ jednak przez te wszystkie dni nie pojawiły się żadne dodatkowe objawy to zrzuciliśmy winę na ząbkowanie (które też obecnie się A. przytrafiło) i przyszliśmy na dzisiejszą wizytę. Pani doktor po części przychyliła się do naszej teorii ale jednak na wszelki wypadek dała skierowanie na morfologię i mocz, badanie ogólne i posiew.
I tak jak jeszcze wczoraj byłam w miarę spokojna to dziś już się bardzo denerwuję co te badania wykażą, podejrzenie idzie głównie w stronę układu moczowego:( Poza tym przyznam szczerze, że zupełnie nie wiem jak pobierzemy te próbki moczu :/ szczególnie, że do posiewu to musi być super sterylne :/ Żadne woreczki nie wchodzę u nas w rachubę, A. albo by je od razu zerwał albo nawet w ogóle nie pozwoliłby sobie tego przykleić. Nie wiem jak to zrobić :( Jutro rano czeka nas zabawa :/ a badania trzeba zrobić jak najszybciej i tak mamy już jeden dzień w plecy bo nie mogliśmy zrobić tego dzisiaj :( A morfologia niby łatwiejsze do pobrania ale też nie mam gwarancji jak pójdzie wkłucie i ile płaczu będzie to kosztowało moje biedne dziecko, w dodatku w tak ważnym dla mnie i dla niego dniu, który wypada akurat jutro i miał być dla nas samą przyjemnością ...

niedziela, 2 października 2011

Sajgon

Pobudka przed 8. A. ciepły ale tylko trochę, ogólnie w miarę dobrej formie. Schodzimy po cichutku na dół żeby nie obudzić Jot, który jeszcze śpi a sen w jego stanie jest mu bardzo potrzebny. Szykuję mleko dla A., kawę dla siebie i myślę o tym jak to dziś będzie miło i spokojnie. Z A. lepiej, Jot pewnie też obudzi się już w lepszym stanie. I w momencie gdy to sobie myślę, spotykam przed sobą zapłakanego Jot. Wyjąkał, że głowa znów go boli, sprawdzam czoło - aż parzy :( Mierzymy temperaturę: 40,0 !!! Przeraziłam się, szybko pod koc, ibuprom, zimny kompres na głowę, Jot ma dreszcze, płacze, czekamy... Po godzinie jest nadal źle, znowu mierzymy temperaturę: 40,2 !!! No jak ??? Po ibupromie? Rośnie? Teraz to się na dobre przeraziłam. Musimy do lekarza, natychmiast! Ale jak? Ja nie mam ani prawka ani nawet samochodu. Autobusem? Z dwójką chorych dzieci? Z czego jedno w stanie ciężkim? NO WAY! Całe szczęście, że miał nas kto zawieźć. Przedtem tylko szybka akcja organizacji dwóch fotelików bo nasze w samochodzie M a M w pracy. W końcu pojechaliśmy. Zamiast państwowo do szpitala oddalonego o 5 minut drogi, na moją decyzję jedziemy na drugi koniec miasta do przychodni prywatnej gdzie mamy abonament. Mam przeczucie, że tam lepiej się nami zajmą. Zajęli się bardzo dobrze ale zanim to nastąpiło to spędziliśmy upojne 40 czy nawet 50 minut w poczekalni z co najmniej 20-tką innych schorowanych dzieciaków i ich rodziców. Takiego tłumu nie widziałam nigdy nawet w państwowej przychodni! Jot ledwo zipał a A. roznosił całą poczekalnię, którą zwiedził w 5 minut a potem wszystko było już źle, generalnie koszmar :( Zachciało mi się prywatnej przychodni, było jechać do szpitala, nie raz tam w weekend z Jot byliśmy i nigdy nie było tam więcej niż 1 dziecko w kolejce.
Ale jak już przejechaliśmy pół miasta to już zostaliśmy.

Jot dostał antybiotyk, A. też, to jego pierwszy w życiu :/ ale jutro podejmę decyzję czy mu go podam, u Jot nie było co się zastanawiać, pierwszą dawkę wziął zaraz po powrocie do domu.
Teraz od dawna wszyscy już śpią. Ja dogorywam, miałam obrabiać zdjęcia ale nie dam rady. Jedno chore dziecko to trudna sprawa ale dwoje chorych dzieci to już koszmar, szczególnie gdy jest się z nimi samemu w domu i nie ma się nikogo do pomocy :/ nie potrafię nawet opisać ile przeróżnych czynności wykonałam dziś nad tą moją chorą dwójeczką, co chwilę coś ...
Oby jutro było lepiej.

Zasnęli po 16:00, normalnie o tej porze nie ma mowy o żadnym spaniu, ale potrzebowali tego snu, ja zresztą też ;)

sobota, 1 października 2011

Chorujemy :(

Jot rozchorował się po pierwszych dwóch tygodniach chodzenia do szkoły. Było w miarę łagodnie, nie było go w szkole chyba tylko dzień czy dwa. Niestety zaraził wtedy M a niedługo potem mnie. Minęły kolejne dni i gdy już wydawało mi się, że wyszliśmy na prostą to od wtorku znów mamy szpital :/
Zaczęło się znowu od Jot i tym razem niestety nie jest już łagodnie :( Temperatura prawie 39 stopni utrzymuje się od wtorku (!!!), byliśmy u lekarza w czwartek i niby nic tylko zwykła wirusówka, syropki miały pomóc. Nie pomogły i jakoś coraz mniej wierzę, że pomogą :( Jot narzeka bardzo na gardło i ból głowy, który wiadomo jaki jest przy tak wysokiej temperaturze. Z temperatura walczę podwójna siłą, czyli: ibuprom + paracetamol w godzinnym odstępem. Na gardło Tantum-verde spray + coś tam do ssania a oprócz tego sięgnęłam dziś po coś silniejszego, mam w domu Bioparox :) Mam nadzieję, że taki zestaw w końcu złagodzi mu jakoś ten ból.
Żeby tego wszystkiego było mało to w końcu rozłożyło też A. :( Myślę, że i tak długo się trzymał w zdrowiu przy takiej dawca zarazków jakie otrzymywał cały wrzesień. Wczoraj w nocy zaczął gorączkować i zwymiotował. Był w takim stanie, że nawet nie miałam jak mu zmierzyć temperatury, zresztą nie trzeba było bo był gorący jak piec, a ostatnim razem jak był taki gorący to miał 39,8. Zwymiotował niestety chyba prawie całą dawkę Nurofenu w syropie, który dostał :( W ogóle zresztą nie dawał sobie tego podać :( Jednym słowem skończyły się czasy kiedy syropki były łykane grzecznie z łyżeczki. Po zwróceniu syropu nie było sensu podawać już drugiej dawki tą samą drogą, też by zwrócił. Poszłam po czopki, miałam niestety tylko paracetamol i to w za małej dawce, musieliśmy podać dwa :( Chciałam mu zrobić zimny okład na głowę ale zrzucał go sobie z histerią. Odpuściłam, przemyłam mu tylko tym okładem buzię i głowę bo był cały w wymiocinach :/ Leżeliśmy potem razem dość długi czas aż zasnęliśmy...
Dziś rano Adaś obudził się w miarę dobrym stanie ale już 10 minut później temperatura urosła znowu. Tym razem udało mi się zmierzyć: 38,8, udało mi się również podać Nurofen w syropie, niestety poprawa jest niewielka :( U Jot bez zmian, temperatura, gardło, kaszel.

I tak nam minął wrzesień i zaczął się październik :(

A dziś taka piękna pogodna, cudna złota jesień, a my chorzy i do tego sami w domu bez M :(

sobota, 24 września 2011

DZIAŁO się

Dwa tygodnie temu będąc na spacerze, całkiem przypadkiem natknęliśmy się na nie lada atrakcję. 
Jot był w swoim żywiole, Młodszy też :)

 Sprzęty sprowadzone rekonstrukcję bitwy. Dopóki nie okleili ich kartkami z zakazem włażenia, włazić można było do woli :)

piątek, 23 września 2011

Nasz mały - wielki sukces :)

W dniu dzisiejszym, Adaś, po dłuższym czasie biegania bez pieluchy, w pewnym momencie podszedł do nocniczka i go podniósł, zapytany czy chce zrobić siusiu, powiedział, że tak, po czym bez żadnych awantur (jak to bywało wcześniej ze względu na strach przed nocnikiem), pozwolił się posadzić i ... pięknie zrobił swoje pierwsze, świadome (!!!) siusiu do nocniczka :) Oczywiście dostał ogromne brawa. A ja jestem z niego tym bardziej dumna ponieważ muszę przyznać, że ja raczej z tych leniwych matek jestem i niezbyt przykładam się do nauki nocnikowania, a prawdę mówiąc to wcale się nie przykładam ;)

wtorek, 6 września 2011

Bilans prawie dwulatka

Czas leci coraz szybciej, co chwilę mija kolejny 6-ty.
22 miesięcy nie odnotowałam, nadrabiam to dziś, gdy kończymy 23 miesiące. 23 miesiące! Rany to już? Czyli teraz już tylko chwila i będę mamą dwulatka? A ja wcale jeszcze nie chcę, nigdzie mi się nie spieszy, tak jest dobrze, gdy mój A. jest taki malutki, słodziutki, pulchniutki. Gdy rozbraja nas swoim słowotwórstwem i pomysłami, gdy bawi się i zachowuje tak bardzo dziecinnie jeszcze a jednocześnie dorośle, taki mój stary-malutki :)

Zasób słów powiększa się z każdym dniem, nie da się już tego ogarnąć i spisać, większość brzmi naprawdę zabawnie ale najbardziej podoba mi się: bibra (zebra, wcześniej nazywana bebrą), ticia - kicia, oraz ciapcia - babcia.
Gdy kot był u nas pierwsze dni i spędzał czas schowany pod łóżkiem to A. kładł się na podłodze, zaglądał pod łóżko i wołał: "ticiu, ticiu!" :)

A. jest małym porządnisiem i czyścioszkiem, bardzo nie lubi mieć ubrudzonych rączek, wyciera je wtedy w co popadnie a jak widzi coś co w jego mniemaniu może być brudne a chce to coś wziąć to dotyka to przez dwa paluszki, tak aby dotknąć jak najmniej :) Chyba odziedziczył trochę pedantyzmu po mnie ale raczej nie tak wiele jak Jot.
Gdy coś mu upadnie albo się rozleje to staje obok tego czegoś i głośno woła "o,o" jak teletubiś ;) a potem próbuje podnieść, posprzątać czy coś aby tylko był porządek. Jego porządnictwo wcale jednak nie przeszkadza mu w rozrzucaniu innych rzeczy i zabawek po całym pokoju ;)

Nie potrzebuje dużo snu, potrafi spać maks 40 minut dziennie podczas gdy jego rówieśnicy nadal urządzają sobie drzemki nawet po 2-3 godziny!! Za to uwielbia bawić się w spanie. Ciągnie mnie na górę do sypialni, pakuje się na łóżko i zaczyna się mój ulubiony teatrzyk :) A. najpierw pokazuje na skarpetki i mówi, "to, to", znaczy, że mam je mu zdjąć, następnie pokazuje na spodenki, potem na pieluszkę, bluzeczkę i co tam jeszcze ma na sobie. Generalnie po kolei każe się rozebrać do rosołu a potem szczęśliwy zakopuje się pod kołdrą, kładzie łepek na podusi, zamyka oczka i zaczyna chrapać. A ja wymiękam tak słodko całe to przedstawienie wygląda :)

Jest generalnie inny niż wszystkie dzieci w podobnym do niego wieku bo:
*nie lubi piaskownicy, podchodzi raz na jakiś czas ale nawet do niej nie wchodzi. Nachyla się tylko nad nią żeby wyciągnąć coś co akurat tam leży a jest mu potrzebne. Przy czym robi to właśnie dwoma paluszkami tak żeby się piaskiem przypadkiem nie pobrudzić, a ponieważ jest to raczej niewykonalne to z niezadowoloną miną otrzepuje później piasek z rączek.
*nie zainteresował się w ogóle wodą w jeziorze, a przecież takie maluchy aż lecą do takiej wody! Pamiętam wakacje nad morzem z Jot gdy miał 2 latka, rwał się jak wariat, byle tylko do morza, do wody, awanturował się gdy go zatrzymywałam, a A. gdy stanęłam z nim na brzegu jeziora i chciałam zamoczyć mu nóżki to podkurczył je pod siebie i wpadł w histerię. Zrobiłam kilka prób i podejść ale zawsze kończyło się tak samo, więc po którymś razie odpuściłam bo po co miałam go zmuszać. Przynajmniej nie miałam histerii przy wychodzeniu z wody :)
*nie lubi huśtawek - posadzony zaraz każe się zdejmować i też raczej nie spotkałam się z tym u innych dzieci.
Mój syn to po prostu oryginał indywidualista ;)

Nadal za to uwielbia wszelkie cudze buty, przymierza wszystko co tylko napotka na swojej drodze i łazi w tym do znudzenia.



Za to jeśli chodzi o jego własne buty to nie pozwala założyć sobie żadnych innych oprócz jednej pary adidasów i kaloszy. Wszelkie próby włożenia mu na stopy czegoś nowego kończą się mega histerią :/ Pamiętam, że podobnie było z Jot, też nie akceptował nowego obuwia, ale też w przeciwieństwie do A. nie nosił cudzego :)

Na wakacjach A. mógł bawić się takim dmuchanym konikiem,
który z wyglądu jest taki zupełnie nieciekawy i niepozorny a wywołał falę radości i był mocno eksploatowany, że już nie wspomnę o tym, że pierwszego dnia pobytu, A. gdy wychodził z pokoju zabaw to złapał konika za ucho i wytargał go za sobą, no przecież konik idzie z nim ;)
Gdy wróciliśmy z wakacji do domu zaraz znaleźliśmy koniki w necie bo bardzo chciałam aby A. miał takiego swojego. Ku mojej uciesze okazało się, że zabawka jest przystępna cenowo a co lepsze są różne wzory zwierząt i kolorów, także stanęliśmy przed trudnym wyborem: ukochana muuu czy może jednak bibra, która ostatnio też stała się jednym z ulubionych zwierzaków. Muuu miałam kiepskie ubarwienie bo nie miała klasycznym plam więc stanęło na bibrze :) I tak oto nasz salon wzbogacił się o kolejny gabarytowy sprzęt dziecięcy w takiej oto postaci:
A piał z zachwytu gdy przyszła paczka i zobaczył bibrę :))) Powiem więcej, siedmiolatek też się świetnie bawi taka bibrą, skacze na niej po całym domu :) Także zabawkę szczerze polecam bo robi wrażenie, na dzieciach :)

Zmienił się trochę nasz repertuar telewizyjny, Roztańczona Angelina definitywnie poszła w odstawkę za to przyszedł etap Krecika :) Syn mi dorasta ;)
Zbiór wszelkich krecików mamy ogromny bo przy Jot co chwilę kupowałam kolejną płytę z kolejnymi bajkami krecika, głównie z sentymentu i wspomnień własnego dzieciństwa. Nadal chętnie wracam do tych bajek mimo, że prawie wszystkie znam już na pamięć. W następnym etapie pewnie będą słynni "Sąsiedzi", przynajmniej w takiej kolejności szedł Jot.

Niestety nadal trwa bunt na jedzenie w weekendy. W tygodniu zjada wszystkie posiłki, nawet w powiększonych porcjach bo po swoim jedzeniu wyjada z talerza taty lub brata :) Gdy przychodzi weekend, A. uznaje, że jeść nie potrzebuje i dostaje histerii na samo słowo obiadek czy zdanie, że musi coś zjeść :/// I jest coraz gorzej bo ostatnio odmawia się już dosłownie wszystkiego, potrafi całe dnie wytrwać na samym piciu i kilku gryzach kanapki czy obiadu. Zaczynam powoli rwać włosy z głowy w tym temacie ale co mam zrobić, przecież go nie zmuszę. Zaległości jedzeniowe nadrabia po weekendach kiedy to wszystko wraca do normy. Jednak nie do końca zadowala mnie taki taki schemat żywieniowy, niestety nie mam wpływu na jego ustalanie :(

sobota, 3 września 2011

Zaległa fotorelacja

Kto jeszcze w ogóle pamięta, że byliśmy na jakimś urlopie i miałam wstawić o tym notkę? Ja pamiętam :) choć od naszego wyjazdu dziś właśnie mija już dokładnie miesiąc! Wyjazd trwał zaledwie 7 dni a wrażeń, zdarzeń, wspomnień i zdjęć uzbierało się tyle, że w natłoku spraw codziennych dopiero teraz zdołałam to ogarnąć i stworzyć notkę ku pamięci. A w zasadzie to fotonotkę.

No to jedziemy, zapraszam na Mazury :)

Poranek w dniu wyjazdu.

Mama szykuje, pakuje, dzieci polegują przed TV i czekają...


błogi sen w drodze...

Gdy w końcu dojechaliśmy na miejsce otworzyła się przed nami brama...do RAJU :D

... gdzie czekał na nas ten piękny dom ...

a na około domu ogromny teren, z sadem, ogrodem, placem zabaw, basenikiem, miejscem na ognisko i bocianami nad głowami :)

 A potem było tak:

... relaks nad jeziorem, który mógł nastąpić tylko w tej krótkiej chwili gdy Mały A pił, w pozostałym czasie odbywał się regularny rajd przy brzegu, po pomoście, w krzaki i wszędzie indziej byle tylko nie w spokoju na ręczniku ;) 
Wycieczka do zamku w Karnitach i jedna z największych atrakcji, labirynt z przygodami i ciekawostkami takimi jak np. owieczki :) Mały A był zachwycony :)

Zachwyt był też oczywiście nad zwierzętami, które mieszkały z nami w ośrodku. A. od niepamiętnych już czasów uwielbia zwierzaki, głównie psy, koty i wspominane kiedyś krowy. Na wyjeździe zwierząt było pod dostatkiem, w naszym ośrodku mieszkał z nami pies gigant i dwa koty oraz krowy u sąsiada :)

Dzień przed wyjazdem był moment gorszej pogody więc pojechaliśmy do miasteczka golfowego, które okazało się mega atrakcją, chłopaki nie chcieli wychodzić. Na zakończenie mini golfa był mini kosz :)
Gdy byliśmy w Iławie to oczywiście nie obyło się bez zakupów, no nie mogłam się oprzeć :)

...o 2 numery za duże bo jego maleńkiego 21 oczywiście nie było, na przyszły rok będą jak znalazł, a póki co służą jako kolejna zabawka bo A. nadal uwielbia przemierzać i dla zabawy nosić wszelkie buty jakie nawiną mu się na nogi.
Ale te przymiarki są tylko w ramach zabawy, jak ma założyć jakiekolwiek inne buty niż jego stare adidaski to jest bunt, krzyk i histeria ale o tym przy okazji innej notki...

Tydzień szybko zleciał i trzeba było wracać do domu, przykro nam było, Jot pierwszy raz uronił kilka łez gdy wyjechaliśmy za bramę :( mnie też gardło ścisnęło. Ten wyjazd był chyba jednym z najbardziej udanych naszych wyjazdów, głównie ze względu na miejsce, do którego z pewnością będziemy chcieli wracać...

czwartek, 25 sierpnia 2011

Zadomowienie

Jak widać na załączonych obrazkach zwierz się chyba u nas zadomowił :D

Dwa dni temu, jak zwykle przed położeniem się spać podeszłam do łóżeczka Małego A żeby go przykryć (bo przecież zawsze się rozkopuje, co również widać na załączonym obrazku) a w łóżeczku napotkałam taki oto przesłodki widok:
I przysięgam, że ja go tam specjalnie do tego zdjęcia nie położyłam, kota znaczy się ;)

niedziela, 21 sierpnia 2011

Wełniana lub miedziana

No i miałam nic nie pisać, bo i sama w domu z dziećmi (jak to w weekend)...
 
i nastrój coś nie taki, zupełnie nie rocznicowy...

Ale wszystko się zmieniło gdy późnym popołudniem zadzwonił domofon a u progu drzwi pojawiła się pani z pięknym bukietem czerwonych róż :)






I przysięgam, że zupełnie nie jestem romantyczna ale te róże po prostu rozłożyły mnie na łopatki, chyba nawet bardziej niż dedykacja w radio, tak dyskretnie wypowiedziana...

Kocham...

piątek, 19 sierpnia 2011

Nie miała baba na nic czasu ...

... to se wzięła jeszcze kota :D

Tak, tak, parę dni temu (dokładnie 13.08), staliśmy się szczęśliwymi posiadaczami tego oto pięknego kotka Ryszarda:

 
Ryś przechodzi na razie okres adaptacji w nowym otoczeniu i nowych warunkach, czyt. w towarzystwie małych dzieci, z którymi to nigdy wcześniej nie miał styczności. Póki co idzie nam chyba całkiem dobrze bo od 2-3 dni kotek nie spędza już większości dnia schowany pod naszym łóżkiem w sypialni, jak to miało miejsce na początku naszej znajomości. Teraz spędza czas w różnych miejscach domu i często schodzi do nas na dół. Do mnie i do M w sumie od samego początku był bardziej ufny i nie potrzebował dłuższego oswajania się. Już pierwszego wieczoru, niedługo po przywiezieniu, ułożył się obok mnie na kanapie i zasnął mrucząc. A teraz gdy wstaję rano do pracy to wita mnie miauczeniem po czym rzuca mi się pod nogi, rozkłada na plecach i z rozkoszną miną domaga głaskania. Przypomnę, że do pracy wstaję przed 5 rano i nie za bardzo mam wtedy czas na pieszczoty kota :( Biegam więc tak po domu z miauczącym kotem między nogami a kot gdy tylko wyczuje, że choćby ma chwilę się zatrzymuję to od razu robi przewrót na plecy, w wiadomym celu :) Od wspomnianych wcześniej 2-3 dni, Ryś przyzwyczaja się również coraz bardziej do dzieci bo numer z przewrotem na plecy wykonuje również przed nimi :) co świadczy o dużym postępie w relacjach między nimi ;)

Ryszard oczywiście nauczony jest korzystania z kuwety a żywi się wyłącznie suchą karmą co w sumie okazało się bardzo wygodne. Jak prawdziwy kot uwielbia się wylegiwać, póki co omija nasze łóżko, sofę czy fotel ale za to upodobał sobie komody a wręcz uwielbia przewijak, który leży na pralce w łazience.

Jest kotem wychodzącym, u poprzedniej właścicielki sam wychodził do ogrodu. My jednak na razie wypuszczamy go tylko na trochę i zawsze pod naszą opieką.

Mamy za sobą pierwszą wizytę u weterynarza. Ryś został dokładnie obejrzany, zważony, odrobaczony, odpchlony i zapisany na przyszły tydzień na szczepienie.

Biorąc pod uwagę to, że opieka nad kotem dodała mi kolejnych obowiązków, a także to, że niestety mój urlop już się zakończył i wróciłam do pracy :(, oraz to, że jestem dosłownie zawalona zdjęciami do wystawienia na moim fotoblogu to zupełnie nie starcza mi już czasu na wyprodukowanie notki o naszych wakacjach czy o skończonej kolejnej miesięcznicy Małego A.

Wkrótce jednak powinnam to nadrobić, a więcej zdjęć z dzisiejszej sesji Rysia można zobaczyć w dzisiejszej notce na moim fotoblogu, zapraszam :)

wtorek, 2 sierpnia 2011

Urlop w biegu

Mój urlop trwa już 5 dni, M. swój urlop zaczął wczoraj, więc w pełnym składzie jesteśmy dopiero drugi dzień.
Jeszcze nie czuję tego urlopu, na razie czuję jakby wcześniej był zwykły weekend a potem jakieś zwykłe, zabiegane dni. Przygotowania do wyjazdu, szczególnie z dwójka małych dzieci to istna bieganina.
3 czy 4 pralki przez dwa dni się wyprały ale już same nie chciały się ani rozwiesić ani też poskładać do szaf. Wczoraj załatwiliśmy zakupy przedwyjazdowe, z premedytacją przy okazji zaliczając godzinę 17:00 w samym centrum miasta żeby dzieci mogły poczuć tę atmosferę gdy syreny wyją a całe miasto zamiera w bezruchu...

Oczywiście nie całe bo przecież zawsze znajdzie się ktoś kto nie umie się zachować. Wczoraj też tak było :( Wkurza mnie to i wkurzają mnie tacy ludzie. Czy to naprawdę jest taki wielki problem zatrzymać się na tą jedną minutę? Szczególnie gdy jest się w drodze do galerii handlowej ??? Ech...
A poniżej wczorajszy niespodziewany nalot :)

To już sklep i Mały A w zachwycie nad wystawą LEGO :)

Na koniec dnia wybrałam się jeszcze na łąkę z Jot i aparatem :D Zachodzące słońce dawało dużo ciepła i pięknego światła a mi udało się przyłapać Jot z motylem, podobnie jak dokładnie miesiąc temu Małego A, tutaj :)

A dziś od rana znów wiele spraw na głowie... Wizyta na poczcie: wysłać paczkę, odebrać paczkę, wizyta w banku, potem bankomat, M odbierał samochód z warsztatu, ja miałam jeszcze wizytę u lekarza, jakieś ostatnie pranie (pralka chodzi prawie non stop od weekendu).
Po moim powrocie od lekarza, kolejne - ostatnie już przed wyjazdem zakupy, jeden sklep, drugi sklep... choć i tak na pewno czegoś nie kupiliśmy co wyjdzie w praniu czyli w drodze albo na miejscu. W domu ogarnianie towarzystwa i pakowanie. Spakować 4 osoby to już nie to samo co kiedyś gdy pakowało się tylko siebie ;) Zeszło się prawie do 23:00 ...

Teraz wszyscy już śpią i tylko ja jeszcze siedzę i spisuję nasze ważne chwile :)
A za parę godzin mój budzik zadzwoni tak jak w zwykły dzień gdy chodziłam do pracy. I tak bardzo miło będzie jutro otworzyć oczy ze świadomością, że tym razem do pracy nie pójdę bo jutro wyjeżdżamy :D

Internet na wyjeździe na razie stoi pod znakiem zapytania, więc jakby co i gdyby co to do usłyszenia po naszym powrocie :)

czwartek, 28 lipca 2011

Yupiiiiiiiiii !!!

Od około 8 godzin, oficjalne jestem już na urlopie :D
Co prawda mój licznik pokazuje jeszcze 3 dni ale się myli ;) bo jak go ustawiałam to zapomniałam, że przecież nie pracuję w piątki ani weekendy, także mój pierwszy dzień urlopu nastąpił właśnie dziś!!

poniedziałek, 11 lipca 2011

Tuż przed metą

Maraton powoli dobiega końca. Dwa tygodnie za mną, przede mną jeszcze 4 dni.
Jestem wykończona.
Nie ma mnie w domu od 6:20 do 19:00, dzieci prawie nie widuję, Mały A. bardzo odreagowuje moją nieobecność ale nie będę się nad tym rozwodzić. Jest mi źle i przeraźliwie tęsknię za nimi ...

 Zdjęcie z 5 lipca 2011

Ale jeszcze tylko te 4 dni i życie powinno wrócić do normy.
Do tego mój licznik pokazuje dzisiaj, że jeszcze tylko 3 tygodnie i...
U R L O P !!!
Żyjąc tym swoim odliczaniem, zaciskam zęby i brnę do przodu, byle szybciej, byle dalej, byle mieć to już za sobą.

środa, 6 lipca 2011

20 i 21

Mój młodszy Skarb skończył dziś 21 miesięcy.
Rozwija się w tempie błyskawicznym, umiejętności przybywa mu z każdym dniem, coraz więcej mówi i rozumie, krótko mówiąc, chłonie wiedzę jak gąbka :)
Poprzedniej miesięcznicy nie odnotowałam, więc dzisiejsza notka będzie podsumowaniem ostatnich dwóch miesięcy, oczywiście takim bardzo ogólnym bo ciężko nadążyć za każdą nowością, która pojawia się w zachowaniu A.

Nowe słówka:
bu bu - buty
buuuu - autobus, oraz bajka "Autobusy"
bambam - balon
dida - dzidzia
bebra - zebra
gą gą - gołąb albo pingwin
de de - deszcz
kapka - kap, kap (gdy pada deszcz) oraz kałuża

i najdziwniejsze to: la la - woła tak gdy widzi, że ktoś je kanapkę, pytamy się go wtedy czy chce chlebek a on potwierdza i woła: 'ta, ta, la la" przy czym sam z siebie umie określić kanapkę jako "ka ka", więc nie wiem jaka jest różnica między ka ką a la lą ;) i skąd się w ogóle wzięła ta lala ?

Pięknie naśladuje odgłosy pociągu (ciuch, ciuch), karetki (ija, ija) oraz oczywiście wszystkie te odgłosy co już wcześniej naśladował, które opisywałam w poprzednich notkach.

Gdy się go pytamy jak robi ryba to składa usteczka w "o" i rusza buźką jak rybka po czym bije sobie brawo i krzyczy "bla bla" :D

Pokazuje jak skacze kangur, jak leci samolot oraz umie dośpiewać końcówkę wersu z piosenki "Pan McDonald farmę miał" czyli "ija ija oooo" :)

Tatuś nauczył go powitania "żółwik, beczka i piąteczka" :D

Gdy powie mu się, że trzeba być cicho bo np. Jot jeszcze śpi, to mówi "ciiiii" i przykłada paluszek do policzka, nie umie wycelować w usteczka ;) Ostatnio zrobił tak gdy o 21:00 skończył się program mini mini i na ekranie pojawiła się śpiąca rybka :)

Przestał ściągać skarpetki ale nadal nie nosi swoich kapci, już je nawet schowałam bo tylko się walały po domu. Z ogromnym zamiłowaniem nosi za to kapcie Jota !!! I mimo tego, że rozmiarowo są o 5 rozmiarów większe to A. bardzo dobrze radzi sobie z chodzeniem w nich, może dlatego, że są to zwykłe klapki i ich góra dobrze przytrzymuje stopę. Mały A okupuje je praktycznie cały czas. Czasem nawet Jot musi się upominać o swoje a A nie chce mu oddać ;) Nie zrobiłam jeszcze zdjęcia w tych klapeczkach ale mam za to w moich klapkach bo oprócz kapcj Jot, ogólnie wszelkie buty które dopadnie Mały A. lądują na jego stopach i są przez niego testowane :)


W ostatnich dniach zaczął się bać owadów, ale owadów w locie, siedzące robaczki nadal z ciekawością ogląda, chce dotknąć, natomiast gdy tylko coś przelatuje mu koło głowy to od razu się denerwuje, łapie rączkami za głowę a nawet płacze.


Uwielbia jeździć i ogólnie przesiadywać w samochodzie. Na pytanie czy pojedziemy samochodem wydaje z siebie okrzyki radości a gdy skądś wracamy to za chiny ludowe nie chce wyjść z samochodu, zalicza wszystkie możliwe miejsca, najdłużej oczywiście zatrzymując się na miejscu kierowcy.
Kolejny ulubiony pojazd to quad Jot.
Niestety nadal nie umie sam nim jechać a kilka razy niechcący włączył przycisk do jazdy, quad wystartował a Mały A. zdębiał ze zdziwienia i strachu.

I na koniec pierwsze bliskie spotkanie Małego A z koniem ;)
Matka wymyśliła atrakcję a dziecko zasnęło w drodze do zajazdu a widok konia nie ruszył go w ogóle, spojrzał tylko pół okiem i spał dalej. Jednak taki koń to nie to samo co fascynująca krowa :D

Ufff, wydaje mi się, że ogarnęłam z grubsza to co zebrało się podczas ostatnich dwóch miesięcy ale jak mi się jeszcze coś przypomni to z pewności dopiszę ...

niedziela, 3 lipca 2011

Szczęśliwe chwile to motyle ...

Po cichutku i na przekór wszystkim, marzyłam o właśnie takim deszczowym weekendzie. Po pierwszym tygodniu sajgonu, nerwów w pracy, siedzeniu po 9 godzin w zaduchu a potem 2 godzinach spędzanych w zatłoczonym tramwaju, metrze i autobusie gdzie słońce paliło jak wściekłe przez szybę i jedyne co przynosiło to dodatkowe zmęczenie, miałam po prostu potrzebę chwilowego wytchnienia, w ciszy, spokoju, chłodzie i świeżym powietrzu. Tylko nie zrozumcie mnie źle, ja kocham lato (jestem przecież ciepłolubnym zmarźluchem) i słońce ale nie umiem przy nim odpoczywać! Denerwuje mnie siedzenie w domu przy pięknej pogodzie, latam jak kot z pęcherzem (cokolwiek to znaczy), wymyślam tysiąc opcji zajęć, wycieczek, a między tym wszystkim jeszcze sprzątam, ogarniam, gotuję, zmywam i robię milion zdjęć ;), pod koniec dnia przeważnie padam na ryjek. Tym razem naprawdę nie miałam na to sił i byłam zmęczona słońcem i upałem, ukojenie mógł przynieść tylko deszcz i przyniósł :)
Obudziliśmy się wczoraj z Małym A o 9:00 !!! Czyli już od początku dnia zaczęło się dobrze bo się wyspałam :) Otworzyłam okno, powiało upragnionym świeżym powietrzem, suuuper :) Poranek i przedpołudnie spędziliśmy na błogim przytulaniu się, spokojnym ubieraniu, przewijaniu, nigdzie nie trzeba było się spieszyć bo słońce przecież nie ucieknie bo i tak go nie było ;) Po południu mimo deszczu (co tam taki deszczyk), zapakowałam Małego A w wózek, na wózek folia i w drogę. Plan miałam taki, że zrobię tylko kółko wokół domu, A. w tym czasie zaśnie, wrócimy do domu, postawię wózek na tarasie i w czasie drzemki A. porobię coś w domu na spokojnie, oczywiście miałam na myśli spokojne obrabianie zdjęć bo tu ciągle mam zaległości. Przed wyjściem, w ostatniej chwili, złapałam jeszcze aparat, myślę sobie - po co? Przecież pada, żadnych zdjęć nie będzie. Ale nie mogłam się powstrzymać, to już normalnie uzależnienie ;) I dobrze, że wzięłam bo jak dotarliśmy na naszą łączkę to okazało się, że wśród traw śpi całe stado motyli!!! Ale miałam raj, jeszcze nigdy nie spotkałam ich w takiej ilości i tak spokojnych, można je było prawie trzymać na dłoni, budziły się na chwilkę ale nie odlatywały tylko przefruwały na inną trawkę, rewelacja :) Do tego deszcz przestał padać, więc mogłam spokojnie wyjąć aparat i robić zdjęcia :D Niestety Mały A nie zasnął do tego czasu więc po chwili zaczął protestować przeciwko siedzeniu w wózku bez jazdy. Miałam do wyboru: albo zostawić śpiące motyle i iść dalej żeby A. się nie złościł i zasnął albo wyciągnąć go z wózka, pokazać mu motyle z bliska i porobić zdjęcia ale oczywiście pod ryzykiem, że już do tego wózka nie zechce wejść i drzemki nie będzie. Zgadnijcie co wybrałam ;) No nie mogłam przecież przepuścić takiej okazji, kiedy następny raz spotkałabym tyle motyli i tak spokojnych? Poza tym była to też okazja porobienia fajnych zdjęć Małemu A., że już nie wspomnę o dotknięciu przez niego motyla :)



Na łączce i fotografowaniu spędziliśmy naprawdę sporo czasu, deszcz nie padał ale wiało, brakowało mi trzeciej ręki, która przytrzymywałaby mi roślinki, na których siedziały motyle ;) A. był podekscytowany i zachwycony ale też i trochę wystraszony bo ostatnio ujawnił się u niego lęk przed owadami (więcej napiszę o tym w notce o miesięcznicy) i gdy jakiś motyl się wybudzał i przelatywał gdzieś obok to była chwila strachu ;)

Po pewnym czasie Mały A stracił jednak zainteresowanie motylami i wykazał ogólne znudzenie łąką i moim fotografowaniem, musiałam spakować sprzęt do torby, A. do wózka (ku mojemu zaskoczeniu - udało się bez protestów!) i ruszyć w dalszą drogę. Ja oczywiście miałam niedosyt robienia dalszych fotek ale musiałam zadowolić się tym co udało mi się zrobić do tej pory i tak było tego bardzo dużo, zainteresowanych zapraszam tutaj :)

Mały zasnął w drodze do domu, wykonałam swój plan i porobiłam trochę rzeczy na spokojnie gdy mój Słodziak spał na tarasie, deszcz znów zaczął siąpić ale przykryłam wózek folią i tylko otworzyłam okienko z przodu folii żeby wpadało mu świeże powietrze i żeby nie spał w saunie. Gdy się obudził zjedliśmy na spółkę pysznie upieczonego kurczaczka w piekarniku i całą resztę dnia spędziliśmy na przytulankach i cieszeniu się sobą :D A deszcz sobie padał i wcale nam nie przeszkadzał :) O takim właśnie dniu marzyłam już od dawna !!! I naprawdę nie rozumiem czemu ludzie deszczu nie lubią ???

P.S. Dziś wraca Jot, i dobrze bo się już stęskniłam, Mały A też. Dziś rano poleciał do niego do pokoju i stanął zdziwiony i zawiedziony, że nikogo tam nie zastał :( a rytuał jest taki, że rano trzeba się wpakować do łóżka Jot i go obudzić :)

sobota, 2 lipca 2011

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Prawie telegram

Jot wyjechał dziś rano na Mazury.
Ja przetrwałam pierwszy dzień z 3 tygodniowego turnusu w obozie pracy.
Mały A nie ma już długich włosków!

P.S. Ewentualne szersze relacje czy fotki pojawią się niebawem.

piątek, 24 czerwca 2011

Do muu i do muu!

Mały A oszalał na punkcie krów!
Jakiś czas temu spotkaliśmy takowe na łączce w okolicy domu i od tamtej pory jak tylko wracam z pracy nie słyszę nic innego jak tylko w kółko powtarzane: "muuu, muuu, muuu" i pokazywanie paluszkiem w stronę okna, co oznacza, że tam są ukochane "muuu" i, że mamy tam natychmiast iść. W okolicy "muuu" jest też mały stawik, w którym jest pełno żab i po którym czasem pływają kaczki. Ostatnimi czasy komenda brzmi tak: "bubu, muuu, kaka, baba" co w dokładnym tłumaczeniu oznacza: matka wkładaj buty idziemy oglądać krowę, kaczki i żaby :)
Swój rekord Mały A pobił w zeszłą niedzielę gdy komendę wystosował w pierwszym zdaniu jakie wypowiedział gdy tylko się obudził :) Ani mi się śniło lecieć wtedy do "muuu" to gadał tak pół dnia aż w końcu poszliśmy.

No i chodzimy tak do tej "muuu", dzień w dzień. Z każdą wizytą coraz bardziej oswajamy się z "naszymi" krowami a one coraz bardziej wydają się być nami znudzone ;)
No i muszę przyznać, że ja mam z tego dodatkową atrakcję bo "muuu" wypasają się na łączce, na której lata mnóstwo motyli i innych owadów, które mogę sobie do woli fotografować, niestety tylko wtedy gdy jest ktoś ze mną i może przypilnować Małego A.

Kocham ten czas kiedy jesteśmy tam razem, dziś też obowiązkowo pójdziemy pod wieczór do "muuu" i mam nadzieję, że będą bo wczoraj pierwszy raz od dłuższego czasu nie spotkaliśmy naszej "muuu" na naszej łączce :/
A tu można sobie obejrzeć naszą "muuu" z bliska :)

czwartek, 23 czerwca 2011

Koniec i początek.

Koniec roku szkolnego, początek wakacji, początek długiego weekendu a za chwilę początek obozu pracy, w którym to osobiście wyląduję :/

Ale po kolei:

Wczoraj byliśmy na zakończeniu roku szkolnego u Jot.
Było oczywiście pięknie, uroczyście ale ... jakoś tak bez uniesień, nie wiem jak to wytłumaczyć, nie chcę żeby źle zabrzmiało, do mnie chyba po prostu nie dotarło jeszcze to, że to już, już minął rok, pierwszy rok szkolny w życiu mojego dziecka a za chwilę zacznie się szkoła z prawdziwego zdarzenia...



Patrzę tak na te zdjęcia, które zrobiłam wczoraj, oglądam dyplom ukończenia zerówki, o przepraszam, nie zerówki tylko "oddziału zerowego" (co to za nazwa, kto to w ogóle wymyślił? jakoś źle mi się kojarzy), czytam kartę o "gotowości dziecka do podjęcia nauki" i ... jakbym czytała o kimś innym, jakbym oglądała zdjęcia z jakiejś zwykłej uroczystości gdzie dzieci miały być na galowo ubrane. Nadal nie dociera do mnie, że to moje małe dziecko, które przed chwilą odbierało swój trzykołowy rowerek na drugie urodziny teraz odbiera dyplom, a rower ma już zwykły, dwukołowy ...
A skoro już jesteśmy przy rowerze to jest to właśnie jedna z umiejętności jakie Jot zdobył w tym roku, oprócz tego nauczył się też pływać, czytać, grać w warcaby a także pisze swoje pierwsze zdania, samodzielnie (!!!), o, tyle nowości wniósł w jego i nasze życie ten rok :)
Dla uczczenia końca roku pojechaliśmy wczoraj rowerami na lody, tak nam się to spodobało, że dziś powtórzyliśmy przejażdżkę i jesteśmy już umówieni również na jutro bo bardzo spodobało się nam takie wspólne jeżdżenie i odkryliśmy w naszej okolicy wspaniałą lodziarnię :) Wczoraj byliśmy wszyscy razem, dziś pojechałam już tylko ja i Jot i muszę przyznać, że bardzo miło było tak spędzić czas sam na sam, tylko ja i mój Jot, bardzo oboje byliśmy zadowoleni z możliwości bycia ze sobą sam na sam i tak fajnie spędzonego czasu. Także jutro koniecznie powtórka, oby tylko nie padało bo coś straszą w prognozach jakimiś deszczami :/

W poniedziałek Jot jedzie na Mazury, z babcią, niestety tylko na tydzień, ale dobre i to :)
Ja natomiast od poniedziałku zaczynam istny obóz pracy w swojej pracy :( Od dawna temat ten spędza mi sen z powiek ale wcześniej nie chciałam o tym pisać żeby się nie nakręcać. Teraz ten czas w końcu nastał i za chwilę koszmar się zacznie więc spokojnie mogę to już z siebie wyrzucić. Od poniedziałku pracuję min 9 godzin dziennie, z założeniem takim, że może nawet i dłużej, w o połowę zmniejszonym składzie działu :/ Jakby tego było mało to na czas trwania tego sajgonu musiałam wrócić na pełny etat do pracy :/ Czyli przez najbliższe 3 tygodnie (bo tyle ma trwać sajgon)koniec z wolnymi piątkami :( Poza tym ogólnie nie będzie mnie w ogóle w domu, będę wychodzić po 6 rano i wracać nie wiadomo, o której ale raczej blisko 19:00 i to jak dobrze pójdzie :( i tak przez 5 dni w tygodniu :(
I tyle, więcej pisać nie będę bo już czuję, że jednak zaczynam się nakręcać.
Trzymajcie za mnie kciuki żebym zniosła to jakoś fizycznie i psychicznie bo sama już nie wiem, od której strony będzie mi ciężej :(

Ale póki co trwa długi weekend, ja mam od wczoraj wolne i cieszę się tym czasem :) Jeżdżę na rowerze, opalam się, robię setki zdjęć, spaceruję, przytulam dzieciaki, żyję ...

piątek, 17 czerwca 2011

W skrócie.

M złapał coś od Jot.
Jot nadal boli brzuch.
Ja mam wszystkiego dość.
Wczoraj wieczorem zepsuła nam się terma w łazience, w której mamy wannę i prysznic, czyli nie mamy ciepłej wody, jak również funduszy na naprawę termy.
Ze względu na wszystko powyższe zapowiada nam się ciekawy weekend...

Słucham bo uwielbiam ... zresztą co mi pozostało jak tylko cieszyć się z małych rzeczy ...
Moje chłopaki też to lubią, Mały A wpada w stan hipnozy gdy tylko usłyszy pierwsze dźwięki tej piosenki :) To właśnie jedna z takich mały rzeczy ...

poniedziałek, 13 czerwca 2011

A było tak wesoło :(

Wczoraj w nocy Jot zaczął wymiotować. Myślałam, że zaszkodziła mu coś z wczorajszego grila. Dziś nie poszłam do pracy z zupełnie innych powodów niż ewentualne zatrucie Jot ale los zweryfikował moje plany. Cały dzień Jot przeleżał na sofie i ledwo się ruszał, jak nie on zupełnie :( Mówił, że boli go brzuch i głowa (!), tu "zapaliła mi się lampka" bo co ma do zatrucia ból głowy? No i ten trwający ból brzucha i ogólnie długo już utrzymujące się złe samopoczucie... trochę mnie te wszystkie objawy niepokoiły.
O 17:00 mieliśmy piknik klasowy z grilem i zabawami dla dzieci. M był włączony w organizację więc musieliśmy jechać. Z Jotem było bardzo źle, więc postanowiliśmy, że pojedziemy się tylko pokazać, M załatwi resztę spraw organizacyjnych i wracamy do domu. W szkole okazało się, że jeszcze dwójka innych dzieci miała/ma podobne objawy co Jot. Czyli to żadne zatrucie tylko jakiś wirus :((( Martwię się o Jota, który leży obecnie pod kocem i trzęsie się z zimna (temperatura rośnie) o A. o nas, nie wiem czy iść jutro do pracy czy zostać z nimi w domu...

niedziela, 12 czerwca 2011

Fotorelacja urodzinowa


Na początek było duuużo zabawy w kulkach, Młodszy lekko oszołomiony ;)
Potem w drugiej salce malowanie buziek.
Tron dla jubilata.
I tort i świeczka i wulkan :)

Impreza naprawdę bardzo się udała, Jot przeszczęśliwy, powiedział oczywiście, że były to jego najlepsze urodziny w życiu, mój Skarb kochany, rok temu też tak mówił ;)
Niestety nie obyło się bez małego wypadku, Mały A złapał zająca i bardzo mocno uderzył głową o podłogę :( huk był niesamowity, ogromny płacz i szybko rosnący guz :( Na szczęście nie było aż tak poważnie jak rok temu w maju (gdy A zaliczył swój pierwszy wypadek), bo dziś na czole jest tylko mały ślad.

Wracając do urodzin i spraw przyjemnych to dziś mamy małą powtórkę z rozrywki, czyli świętowanie w rodzinnym ale bardzo kameralnym gronie, takie spokojne poprawiny :)

sobota, 11 czerwca 2011

Big Day :)

No i nastał ten dzień :)
Jot kończy dziś 7 lat !!!

7 lat temu o tej porze chodziłam jeszcze całkiem nieświadoma tego, że za parę godzin przywitam na świecie mojego Synka...
Jak wyglądał wtedy nasz dzień i przyjście na świat JJ'a opisałam już kiedyś tutaj :)
Dziś mamy już za sobą poranne odpakowywanie prezentu niespodzianki. Pudło stało na dywanie na środku salonu i czekało na dzisiejszego jubilata, radość była ogromna :D

A za dwie godziny zaczynamy imprezę w klubie dziecięcym z kolegami i koleżankami z klasy Jota. Aparat naładowany, świeczki i wulkan ze sztucznych ogni na tort też już czekają :)
A sam tort odbieramy zaraz przed imprezą, tym razem nie będzie niespodzianki ze wzorem, Jot sam sobie wybierał i muszę przyznać, że wybrał wzór bardzo fajny, ten sam, zresztą który ja bym mu wybrała gdyby jednak miała być niespodzianka :)

Wszystkiego najlepszego syneczku, jesteś najwspanialszym prezentem niespodzianką jaki dostałam od losu pewnej jesieni :) Kocham Cię Skarbie !!!


Relacja z urodzin pewnie na dniach się tu ukaże :)

wtorek, 7 czerwca 2011

Kolejny rok ...

Wydaje mi się jakbym zaledwie wczoraj siedziała z Jot, wycinała i naklejała te baloniki na tamte zaproszenia... a tu już minął cały rok i wczoraj robiliśmy z Jotem już kolejne zaproszenia...




Niezła dłubanina z tym literkami była (Jot przycinał to co M wyciął a ja naklejałam) ale czego się nie robi dla tego pięknego uśmiechu jaki można zobaczyć na twarzy własnego syna :)
Niestety nie mamy jeszcze prezentu dla Jot i sprawa wygląda naprawdę kiepsko bo urodziny tuż, tuż, wszystko zaplanowanie i zarezerwowane (sala, tort itp.) a prezentu NIET :((( To pierwszy taki rok kiedy zupełnie nie mamy pomysłu, zazwyczaj bywało w drugą stronę, pomysłów był nadmiar.

Pomocy, czy jest na sali ktoś kto wie co można kupić siedmiolatkowi? Ale coś takiego fajnego, niebanalnego... porady mile widziane, pilnie !!!