Wczoraj minął mi tydzień od operacji.
Termin znałam oczywiście
wcześniej ale jak to napisałam w komentarzach nie w moim stylu jest
wrzucanie rozpaczliwych postów i robienie wokół siebie zbyt dużego
szumu. Strach mnie blokuje. Nie umiem i nie chcę o nim pisać gdy mnie
przytłacza. To takie nietypowe dla blogera, takie odcinanie się,
zamykanie ze swoimi myślami, ale cóż, w tym przypadku ja akurat tak mam.
Co innego gdy już jest po wszystkim... a, że pewien etap jest już za
mną to teraz mogę go opisać, wszelkie moje obawy, strachy, lęki oraz to
jak to przebiegało czyli jak wygląda operacja przepukliny kręgosłupa (odcinek L5S1) z
punktu widzenia pacjenta.
PART 1
20
stycznia (niedziela), dzień przed operacją strach sięgnął zenitu co
jest chyba oczywiste. Cały dzień jeszcze się jakoś trzymałam ale wieczór
mnie przygniótł. Oj było ciężko. Czego to mi ta moja wyobraźnia nie
podpowiadała, natłok myśli, jedna za drugą: o p e r a c j a, pokroją
mnie, kręgosłup (Jezu!!!), narkoza - jak to będzie? ja nie toleruję
stanów omdleniowych, zasłabnięć, mam z tym niestety wiele przykrych
doświadczeń a narkoza kojarzy mi się właśnie z takim momentem, że
człowiek czuje jakby mdlał, dla mnie koszmar... a obudzę się? a dzieci,
moje kochane, moje maleństwa, beze mnie? a jak się obudzę, co potem? jak
przetrwać leżenie na pooperacyjnej, kiedy odzyskuje się świadomość a
możesz tylko leżeć bez ruchu i myśleć co z Tobą zrobili, jak to znieść?
czucie w nogach, będę czuła? brrrrrr, potem noc, kolejny dzień,
pionizowanie, że niby jak ? aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa tak się właśnie
skutecznie wkręcałam przez wszystkie dni przed operacją, uwierzcie mi
nie jest łatwo zatrzymać ten potok myśli, nie jest łatwo czekać na
operację ... no chyba, że się jest weteranem w tych sprawach albo osobą
wyjątkowo odporną psychicznie, ja nie jestem. Wrażliwa, artystyczna
duszyczka, nie dała sobie rady z tymi emocjami. W niedzielę wieczorem,
chodziłam już po ścianach, potrzebny był telefon do przyjaciela.
Zadzwoniłam, wypłakałam się ze wszystkich obaw. Potem jeszcze rozmowy z
bliskimi, którzy byli ze mną w domu. Spakowałam po części torbę,
obejrzałam jeszcze film ze Starszym (w ramach oderwania myśli),
załzawiona wyprzytulałam śpiącego Młodszego i w końcu poszłam spać.
Chyba nawet przespałam całą noc ale w sumie to nie pamiętam...
PART 2
21
stycznia (poniedziałek), budzik dzwoni o 6, o 7 wychodzimy z domu, mamy
do przejechania całą Wawę, w godzinach szczytu i w kierunku, w którym
jadą wszyscy. Trasa zajmuje nam ponad 1,5h, dla porównania, dwa dni
później droga powrotna zajmie nam 30 minut. Na miejscu chwila
rejestracji, wypełniam stos papierów, normalka. Miła pani mówi mi gdzie
mam się udać a tam druga bardzo miła pani prowadzi mnie do mojego
pokoju. Sala jest dwuosobowa, ja jestem pierwsza więc mogę wybrać sobie
łóżko, przezornie wybieram to bliżej łazienki ;) Mam ten komfort, że M
może ze mną przez chwilę zostać, pomaga mi rozpakować trochę rzeczy...
Godzina zabiegu nie jest jeszcze ustalona, pacjentów do operacji jest 6 i
decyzję kto i o której będzie operowany podejmie doktor operujący
(profesor) jak dojedzie do kliniki. Do tego czasu mam czas wolny ;) i
rozmowę z anestezjolog. M jedzie, zostaję sama w pokoju, leżeć jakoś nie
mogę, kręcę się, kuśtykając po pokoju od okna do drzwi, dzwonię do
tych, którzy czekają na jakieś wieści ode mnie co i jak ma być i mówię,
że jestem przyjęta i czekam. Przychodzi pani anestezjolog, młoda
dziewczyna, przeprowadza ze mną wywiad a potem ja z nią bo przecież mam
milion pytań i wątpliwości odnośnie narkozy jak wygląda samo podanie (ma
być dożylnie a nie wziewnie, uff, dla mnie to akurat lepiej),
wybudzenie itd. Po tej rozmowie jestem już spokojniejsza. Padła też
propozycja podania mi czegoś uspokajającego na czas oczekiwania na
operację ale podziękowałam ponieważ to co chcieli mi dać to był lek
antylękowy a takich środków unikam jak ognia bo wywołują u mnie efekt
totalnie odwrotny od zamierzonego. Pani anestezjolog wyszła, znowu
zostałam sama, chwila ciszy, zdążyłam pomyśleć, że teraz już tylko to
długie czekanie i dokładnie w tym samym momencie machina ruszyła i
wszystko poszło już bardzo szybko.
Drzwi się otworzyły i weszła moja
sąsiadka z łóżka obok, młodziutka dziewczyna, razem z nią pielęgniarka z
wenflonem dla mnie do założenia a jeszcze chwilę moment później
pielęgniarka wróciła już z kroplówką dla mnie i informacją, że mój
profesor już jest i, że ja idę jako pierwsza, ZARAZ. Nawet nie pamiętam
czy zdążyłam się wystraszyć, pamiętam za to, że się bardzo ucieszyłam bo
chciałam iść pierwsza i mieć to jak najszybciej z głowy. W czasie
kroplówki zdążyłam wymienić jeszcze parę informacji z nową znajomą z
łóżka obok, która też już przyjmowała kroplówkę i miała iść na zabieg
jako druga po mnie. Gdy moja kroplówka przeleciała przyszedł mój
profesor, zadał jeszcze parę dodatkowych pytań, ja też o coś jeszcze
pytałam ale dziś już nawet nie pamiętam o co i poszłam się przebrać
(strój nie byle jaki bo piękny niebieski dresik a nie jakaś tam zielona
sukienka) i próbowałam jeszcze dodzwonić się do M, że już idę ale
niestety nie odbierał, więc wysłałam tylko krótkiego smsa, że "idę" i
już byłam w drodze na blok operacyjny. Tu znowu miła rzecz bo nie wieźli
mnie na łóżku (co osobiście wydaje mi się okropne) tylko mogłam sama
przejść w obstawie pielęgniarki. W drzwiach bloku operacyjnego przejęła
mnie znana mi już pani anestezjolog i zaprowadziła na salę operacyjną
gdzie poraziło mnie bardzo ostre i jasne światło a na widok wszystkich
medycznych sprzętów oraz stołu operacyjnego i ludzi w maskach serce
zaczęło mi walić jak młot. Sekundę później już stało obok mnie łóżko do
narkozy, na którym się położyłam, podpięli mnie do jakiejś aparatury
gdzie od razu wyskoczyło tętno 136 uderzeń na minutę i pani anestezjolog
powiedziała, że "musimy się trochę uspokoić" :) i za chwilę podpięli
coś do wenflonu na mojej ręce, anestezjolog powiedziała, że może mi się
zakręcić w głowie, przyłożyła mi maskę z tlenem i ...
...otworzyłam oczy, nie było już tego przeraźliwie jasnego światła, byłam na sali pooperacyjnej...
PART 3
Pierwsza
myśl: maska z tlenem, miałam coś powiedzieć o tej masce, ale co?
Zapomniałam. Poza tym tego wszystkiego (sali, świateł, maski, pani
anestezjolog) chyba już nie ma, chyba jestem już gdzieś indziej. No tak,
powoli docierała świadomość, to już sala pooperacyjna. Ale jak to? To
już? Już po wszystkim? Czy to naprawdę się dzieje, wydarzyło? Przecież
przed chwilą, dosłownie dwie sekundy wcześniej dopiero co kładłam się na
to łóżko do usypiania i coś o tej masce chciałam mówić, przecież
jeszcze nawet nie zdążyło mi się w tej mojej biednej głowie zakręcić tak
jak miało się zakręcić! A tu już? Ano już.
Z tego szoku zupełnie
zapomniałam, że plan miałam taki, że jak tylko odzyskam świadomość to
sprawdzę czy mam czucie w nogach. Nie sprawdziłam, nawet o tym nie
pomyślałam ;) poczułam za to zimno, potworne zimno. Trzęsło mną. Nie,
nie trzęsło, T E L E P A Ł O, wręcz rzucało po całym tym łóżku, na
którym leżałam. Pani z sali pooperacyjnej dokładnie okryła mnie czymś
dodatkowo i powiedziała, że to normalne, że na sali operacyjnej jest
bardzo zimno a operacja jednak trochę trwała, organizm jest mocno
wyziębiony a do tego jest to też efekt po narkozie i, że niedługo minie.
Nie minęło, prawdopodobnie dlatego, że ja dodatkowo jestem strasznym
zmarźluchem o ciśnieniu umarlaka więc trochę dłużej dochodziłam do
normalnej temperatury. Generalnie myślałam, że nie przestanie mnie już
nigdy telepać i martwiłam się czy to aby dobrze dla mojego kręgosłupa,
że tak nim rzucam zaraz po operacji :/ Następną rzecz jaką poczułam był
okropny ból gardła. A to ci niespodzianka, tyle rzeczy sobie wyobrażałam
w związku z operacją ale o bólu gardła nie pomyślałam ;) a bolało jak
diabli, jak przy mega infekcji, ledwo dawałam radę ślinę przełknąć.
Domyśliłam się, że to od suchego powietrza, czasem robi mi się tak po
nocy gdy jest suche powietrze ale jeszcze nigdy ten ból nie był o takim
nasileniu. Kolejną przyjemnością był strasznie uciśnięty palec, na który
miałam nałożone to coś co chyba mierzy czynności życiowe, ale tego
akurat się spodziewałam bo to pamiętam też z cesarki, że wtedy też tan
palec mnie bolał i miałam bardzo silną potrzebę uwolnić się z tego
uścisku. A na koniec dotarło do mnie, że dodatkowo jeszcze mam założony
ciśnieniomierz, który co ileś tam minut włącza się automatycznie i
mierzy moje zdechłe ciśnienie, niemiłosiernie ściskając mi przy tym
rękę. Jako, że miałam kiedyś holtera ciśnieniowego to obstawiałam, że
włącza się tak co 15 minut. Nie wiem ile czasu zajęło mi świadome
zarejestrowanie wszystkich tych rzeczy, które opisałam i nie wiem ile
razy odpływałam między jedną myślą a drugą ale w pewnym momencie drzwi
się otworzyły i na salę pooperacyjną wjechała moja sąsiadka z pokoju.
Chwilę leżałyśmy jeszcze razem, wymieniłyśmy nawet jakieś spostrzeżenia
ale zupełnie nie pamiętam co dokładnie i niedługo potem mój czas na
Poop. się zakończył, jeszcze tylko nastąpiło przełożenie mnie na moje
łóżko i pojechałam do swojego pokoju. Nie wiem nawet, która była godzina
ale chyba coś ok 12:00-13:00.
PART 4
Następne
godziny, zdarzenia i rozmowy pamiętam jak przez mgłę. Na pewno
dzwoniłam do rodziny i rodzina do mnie. Na pewno były podawane mi jakieś
kroplówki (na pooperacyjnej również), sąsiadka z łóżka obok wróciła do
naszego pokoju ok 15:00, powiedziano nam, że teraz możemy już próbować
zmienić pozycję z pleców na któryś bok ale nadal możemy tylko leżeć,
zaraz po operacji, na sali pooperacyjnej nie można było się ruszać
prawie w ogóle. Sąsiadka bardzo zadowolona zaczęła się układać na boki
bo jej było bardzo niewygodnie na plecach, ja za to gdyby mi nie kazali
zmienić pozycji to bym tak leżała nieruchomo jeszcze przez co najmniej 3
następne dni tak bardzo bałam się poruszyć :/ a gdy się poruszyłam
poczułam coś czego już teraz nie umiem opisać ale na pewno było to mocno
nieprzyjemne i bardzo nie chciałam tego poczuć.
Do końca dnia
leżałyśmy tak pół przytomne, co chwilę u którejś z nas dzwonił telefon,
co chwilę przychodziła pielęgniarka sprawdzić co z nami albo podłączyć
jakąś kolejną kroplówkę a my co parę zdań zapadałyśmy w kolejny sen. Na
wieczór mogłyśmy już zjeść kolację, którą ja nawet z chęcią zjadłam bo
ostatni raz jadłam poprzedniego dnia ok 17:00, więc lekko zdychałam z
głodu. Po kolacji znów odpływ i już o godzinie 22:00 obudziłam się nagle
w pełni wyspana i przytomna. Super. I jak tu teraz przetrwać noc?
Poprosiłam o coś nasennego ale nie za bardzo zadziałało :/ najpierw
wcale nie mogłam zasnąć a jak w końcu zasnęłam to budziłam się co 2-3
godziny i nie mogłam znów zasnąć a ponieważ bałam się wykonać
jakikolwiek ruch to leżałam tak jak ta kłoda i patrzyłam w sufit :/ moja
sąsiadka w tym czasie spała jak niemowlę i jeszcze przez sen pozycje
zmieniała. Jak ja jej zazdrościłam.
Tak minęła mi pierwsza noc po operacji.
Następnego
dnia (22.01) rano śniadanko, kroplóweczki i decyzja, że ok 10:00
pionizowanie. O dzizu jak ja się bałam. Sąsiadka poszła na pierwszy
ogień bo ona już od poprzedniego dnia prawie, że wstawać chciała a ja to
tak jak pisałam, mnie sie nigdzie nie spieszyło. Ale w końcu i ja
ruszyłam. Jak się okazało, najgorsze było przełożenie się z pozycji
leżącej do siedzenia i z siedzenia do pionu a gdy się już stało na
nogach to samo chodzenie nie sprawiało bólu. Był za to ogromny lęk,
uczucie jakby się było wieżą z klocków, która za chwilę może się
rozpaść. Człowiek taki kruchy, słaby jakiś, nogi z waty i jak nie swoje,
straszne dziwne uczucie. Do końca dnia tak miałyśmy leżeć i co jakiś
czas wstawać na parę minut. Każde podniesienie stanowiło dość spory
problem ale samo chodzenie zaczynało mi się coraz bardziej podobać.
Pod
wieczór razem z sąsiadką byłyśmy już tak odważne, że udałyśmy się na
dalszy spacer, wyszłyśmy poza nasz pokój, na korytarz :) A tam,
podobnym, pokaleczonym krokiem kursowało dwóch panów po tej samej
operacji. Generalnie cała nasza czwórka na tym korytarzu kojarzyła mi
się z jakimiś zombiakami na spacerze, normalnie noc żywych trupów ;)
Spotkaliśmy się w pół drogi i podzieliliśmy doświadczeniami, jak
przebiegała choroba, leczenie i jak znaleźliśmy się tutaj itd., no i jak
czujemy się po operacji.
No i właśnie tu dochodzimy do ważnego
punktu. Choć chodziłam jak stara babcia, bardzo powoli, niepewnie i nie
byłam w stanie zrobić nawet minimalnego ruchu ciałem w tył, do przodu
czy w bok to ewidentnie czułam, że to co było wcześniej, co rwało mi
całą nogą, co nie pozwalało jej normalnie postawić i zrobić kroku, to to
jakby minęło, czułam jeszcze coś delikatnie w nodze ale było to bez
porównania z tym co było przed operacją, nie rozrywało mi nogi, nie
strzelało w łydkę, nie kulałam, mogłam normalnie iść!
PART 5
23 stycznia, środa.
Powrót do domu.
Ale
najpierw prysznic i ubranie się. No, to była dopiero zabawa. Spróbujcie
zrobić cokolwiek nie mogąc w ogóle ruszyć tułowiem, ani na boki ani do
przodu ani do tyłu. Spróbujcie umyć zęby nie mogąc nachylić głowy do
przodu, albo buzię bez pochylenia nad umywalką (przed operacją też
robiłam to wszystko w pokracznej pozycji bo był ból ale jednak byłam
bardziej skrętna ;). Jakoś mi się udało, zresztą przez jeszcze kilka
następnych dni tak to wyglądało.
Przed opuszczeniem szpitala jeszcze
krótkie spotkanie z profesorem, wypis, zwolnienie, zalecenia: chodzić,
leżeć, zakaz siadania i tak przez miesiąc + dwa proste ćwiczenia. Biorąc
pod uwagę euforię z dnia poprzedniego zapowiadało się całkiem dobrze.
Wgramoliłam się na tylne siedzenie samochodu, położyłam na boku i tak
bez najmniejszych problemów przejechałam całą drogę do domu.
Pierwsze
dni w domu były ciężkie, podnoszenie się i zmiana pozycji na boki były
bardzo nieprzyjemne. Mycie się i ubieranie też nadal stanowiło problem
ale za to chodzenie było całkiem miłe choć na początku bardzo powolne,
ostrożne bo nadal czułam się jak ta wieża z klocków co zaraz może się
rozlecieć.
Z każdym dniem jednak czułam jak przybywa mi sił i
pewności siebie. Wstawałam sprawniej, chodziłam sprawniej, wszystko
robiłam sprawniej. Nadal nie tak jak normalny, zdrowy człowiek ale
czułam, że idzie ku dobremu. I właśnie wtedy zaczęłam czuć, że ból w
nodze jakby się nasilił. Zaczęło też "ciągnąć" przy przekładaniu z boku
na bok, przy leżeniu no i po paru minutach chodzenia. To nadal nie było
takie jak przed operacją ale z całą pewnością dużo silniejsze niż tuż po
operacji :( Wpadłam w lekką panikę i doła, a może za dużo chodziłam? A
może z tymi ćwiczeniami przesadziłam? A jak sobie zaszkodziłam? Był
weekend (26-27 stycznia), po weekendzie miałam jechać na zdjęcie szwów i
spotkanie z profesorem więc do tego czasu musiałam jakoś wytrzymać i
wcale nie mam tu na myśli bólu fizycznego tylko to co naroiło się w
mojej głowie ze strachu.
29 stycznia pojechałam na zdjęcie szwów,
opowiedziałam o moich niepokojących objawach mojemu profesorowi a on
uspokoił mnie, że to za wcześnie na diagnozy, że jestem tydzień po
operacji i jest to czas gojenia wszystkiego wewnątrz (rany zewnętrznej
nie czułam w ogóle) a ból jest spowodowany tym, że korzeń nerwowy jest
nadal obrzęknięty i przy ruchu jeszcze może występować jego ucisk i ból.
Zalecił chodzenie po 15 minut (niestety przed tą wizytą chodziłam
dłużej), leżenie i ćwiczenia. Kontrola za 4 tygodnie a do tego czasu
uzbroić się w cierpliwość i oczywiście pozytywne myślenie, taaaa, ani w
jedno ani w drugie natura mnie nie wyposażyła co już tu kiedyś pisałam
... ale co mi pozostało ... tylko niech mnie ktoś nauczy jak to się
robi.

Tym sposobem dotarliśmy mniej
więcej do miejsca, w którym jestem dzisiaj (01.02.2013), także wpis ten
możemy wreszcie uznać za zakończony a kolejne sprawy opisywać będę już w
nowych notkach.
Gratuluję każdemu kto dotrwał do końca mojej opowieści, dziękuję za uwagę i wsparcie ;)