piątek, 27 grudnia 2013

Nasze świętowanie ...

Zdrowych, spokojnych i pogodnych świąt w rodzinnym gronie, to takie popularne życzenia często wypowiadane w ostatnich dniach. U nas niestety nie było ani zdrowo ani w rodzinnym gronie ani tym bardziej spokojnie i radośnie.

Starszy zachorował na tydzień przed świętami, niby zwykły wirus a ciągnie się za nim do dziś. Młodszy dołączył na dwa dni przed świętami. 
22-go grudnia zaczął dzień od gorączki a skończył wymiotami i lekką wysypką na ciele. 
23-go rano obudził się z wysypką i opuchniętą buzią.
Wysypka obejmowała cały tułów, czoło, policzki i zgięcia łokci. Jednak ustępowała po podaniu leku przeciwgorączkowego co bardzo zmyliło moją czujność i gdy okazało się, że nie ma naszej pediatry ani numerków do tej co była na dyżurze to postanowiłam jednak poobserwować jeszcze Młodszego jeden dzień i na spokojnie załapać się na numerek na dzień następny.
Młodszy został tego dnia z moim tatą bo ja miałam do załatwienia milion spraw i  musiałam wyjść. 
Gdy wychodziłam dramatu nie było. 
Gdy wróciłam już był. 
Młodszego zastałam półprzytomnego na kanapie, charczącego. Na buzi balon, wysypka jak ta lala. Gorący jak piec. Gdy poniosłam go do zmierzenia temperatury zaczął majaczyć. Słupek pokazał 39,8. 
Po leku trochę odżył ale wysypka już nie ustąpiła, opuchlizna również nie.
24-go rano wysypka się jeszcze powiększyła i uwidoczniła. 
Jakimś cudem bez problemu załapaliśmy się do lekarza.
Przed wizytą przy ubieraniu dokładnie jeszcze obejrzałam Młodszego i jego wysypkę.
Pod gabinetem spotkaliśmy dziewczynkę z grupy Młodszego z przedszkola. 
Wychodziła ze zdiagnozowaną ospą.  
No fakt, olśniło mnie, przecież ok 2 tygodnie temu panie zgłaszały rodzicom przypadek ospy w przedszkolu.
Tylko u nas to mimo wszystko nie wyglądało na ospę, jeżeli już to na różyczkę.
Okazało się jeszcze co innego. 
Pani dokotor oglądała Młodszego bardzo długo i dokładnie, zbadała każdy centymetr ciała a potem tak samo dokładnie wytłumaczyła nam rodzicom jakie 100% objawy szkarlatyny ma nasze dziecko.
Wszystko się zgadzało, kolor, rodzaj i umiejscowienie wysypki a do tego opuchlizna twarzy, gardła i języka, który dodatkowo zmienia kolor na szkarłatny i pokrywa się bruzdami, przez co nazywany jest językiem malinowym, truskawkowym lub po prostu szkarłatnym i jest jednym z podstawowych objawów szkarlatyny.

I wszystko byłoby już jasne jednak przy badaniu zauważyłam na brzuchu Młodszego 3 wyraźne krosty, zdecydowanie wyróżniające się na tle wysypki szkarlatynowej a w dodatku powstałe prawie na moich oczach bo jeszcze parę minut wcześniej gdy oglądałam Młodego przy ubieraniu tych 3 kropek na bank nie było, brzuch był wysypany tylko szkarlatyną. Zwróciłam na to uwagę pani doktor, która powiedziała, że to zdecydowanie nie są krosty szkarlatynowe a skoro u dziecka w przedszkolu jest ospa to może to być tylko to ale na razie na diagnozę za wcześnie bo 3 krosty to za mało. 
Dostaliśmy dokładne wskazówki co do szkarlatyny i receptę na antybiotyk gdyż szkarlatynę wywołuje bakteria i antybiotykiem się ją zwalcza. Dodatkowo w związku z podejrzeniem ospy, nurofen który dawaliśmy przeciwgorączkowo mieliśmy zamienić na paracetamol gdyż przy ospie nie wolno podawać ibuprofenu. Wróciliśmy do domu.
Ospa ostatecznie wykluła się jeszcze tego samego dnia przed wieczorem.
25-go był już pełen wysyp.
Święta jak można się domyślać mieliśmy z głowy...
A Młodszy opuchnięty, wysypany, z temperaturą był tak biedny, że aż żal było patrzeć...
Poza tym dwie zakaźne choroby naraz to naprawdę dużo dla jednego małego organizmu.

Dziś jest trochę lepiej, szkarlatyna jest już mocno przysłonięta ospą. Antybiotyk podajemy, ospę suszymy gencjaną i łagodzimy zyrteciem.

Wam wszystkim, którzy tu jeszcze zaglądacie i tym, którzy trafili tu przypadkiem przesyłam najlepsze życzenia: spełnienia marzeń, wiele radości i zdrowia, przede wszystkim zdrowia... poświątecznie i już też noworocznie :)

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Dołączył do grona ...

Paul Walker 12.09.73 - 30.11.13
dla mnie to nie "Szybki i wściekły" Brian O'Conner, tylko Brandon Collins z "Żaru Młodości", kochałam się nim jako nastolatka gdy świat jeszcze o nim nie wiele wiedział ;)
  
Heath Ledger 04.04.79 - 22.01.08
Tu chyba nie trzeba komentarza...

Brad Renfro 25.07.82 - 15.01.08 
mało kto pewnie go kojarzy a był bardzo dobrze zapowiadającym się aktorem, moje dwa ulubione filmy z nim to "Klient" i "Uśpieni", obydwa bardzo dobrze oceniane. Czekałam na kolejny tytuły z nim aż pewnego dnia w artykule o śmierci Heatha Ledgera przeczytałam również o śmierci Brada. 
Cały świat mówił wtedy tylko o Ledgerze ...

Jonathan Brandis 13.04.76 - 12.11.03
Przede wszystkim niezapomniany Lucas z SeaQuest

River Phoneix 23.08.70 - 31.10.93
"Moje własne Idaho" i wiele, wiele innych, poza tym moja miłość z czasów podstawówki :p

Brandon Bruce Lee - 01.02.65 - 31.03.93

sobota, 2 listopada 2013

Bilansowe strachy

Mój pobyt w sanatorium powoli dobiega końca. Jutro zaczynam ostatni tydzień. To miał być czas regeneracji, leczenia, relaksu i takich tam innych momentów tylko dla mnie. Nie do końca tak było/jest ale to długa historia i nie w temacie posta, więc może innym razem.

A co do bilansu to na chwilę przed moim wyjazdem zaliczyliśmy z Młodszym bilans czterolatka. Poszłam spokojna, bo przecież co to dla mnie taki bilans, nie jeden mam już za sobą mając dwoje dzieci. Poza tym sama wiedziałam co jest nie tak i na co chcę skierowania itd, itp. Jakież było moje zdziwienie gdy pani doktor dopatrzyła się jeszcze paru innych nieprawidłowości w tym jakichś szmerów, ze strachu nawet nie napiszę gdzie.
Tak czy inaczej lista skierowań jaką otrzymaliśmy jest długa:
1. Alergolog - bo Młodszy wykazuje silne powiązanie genetyczne ze swoim tatą ;) i podobnie jak on ma różne alergiczne objawy, czas zbadać ich przyczynę.
2. Ortopeda - niestety Młodszy bardzo koślawi stopy, szczególnie jedną :( na razie na własną decyzję kupiliśmy buty profilaktyczne (po przeprowadzeniu konkretnego rozeznania w temacie) zdecydowałam się na buty Mrugały.
3. Kardiolog -  tak jak pisałam, szmery :(
4. Chirurg - brrr, podejrzenie stulejki. Dla mnie to temat od czapy bo jestem wychowana na szkole, że chłopcom nic się tam nie rusza i wszystko się samo normuje. Ale pani doktor kazał pokazać Młodszego chirurgowi :/
5. Laryngolog i okulista - ale tu już jesteśmy w trakcie.
Laryngologicznie badamy się od lata. Młodszy miał/ma niedosłuch, w trakcie, po i czasem jeszcze bardzo długo po infekcjach. Wykresy wychodzą płaskie. Czasem na chwilę się odblokuje a potem znowu beton :/ Przed nami kolejne badanie słuchu po miesięcznej kuracji. Zobaczymy.
A okulista to jak już pisałam w poprzednim wpisie, Młodszy nosi okulary. Zaczęło się od zezowania jednym oczkiem :( na badaniu bez atropiny wyszła duża wada, po atropinie badanie się potwierdziło. Jedno oko + 7,5, drugie +8. Jak się okazało to bardzo duża wada. Młodszy nosi okularki (jak denka od słoików) od 20 września. Na kontroli po miesiącu noszenia pani doktor dołożyła obturator na jedno oczko. Bidny ten mój Młodszy ale co zrobić, leczyć trzeba... Na razie bardzo dobrze idzie noszenie i okularów i obturatora, który to Młodszy sam sobie wybrał :) Niedługo kolejna wizyta kontrolna.

To byłoby na tyle jeżeli chodzi o bilans...

A z innych spraw to powoli szykuję się do zorganizowania na moim blogu zabawy "Podaj dalej", na którą to z ogromnym zaskoczeniem załapałam się w bardzo trudnym dla mnie czasie bo w zaledwie miesiąc po operacji... a prezent jaki otrzymałam był przecudny :) wkrótce zamierzam go pokazać na blogu a potem podać dalej w swojej wersji ;)

piątek, 18 października 2013

Rozłąka

Od wczoraj jestem w sanatorium.
Nie spodziewałam się, że będę TAK tęsknić...
Bałam się przyjazdu tutaj i nawet w ogóle tego nie chciałam.
W ramach przekonywania samej siebie myślałam o korzyściach zdrowotnych (ale to akurat nie jest gwarantowane po pobycie) i o możliwości odpoczynku i chwilowego odsapnięcia bo w domu ciągłe urwanie głowy a ja ciągle ze sprawnością na bakier, więc wszystko męczyło mnie dwukrotnie. Rozmyślałam sobie jak to między zabiegami będę miała chwile relaksu i czas tylko dla siebie... 
CZAS TYLKO DLA SIEBIE (!!!) 
czego to ja miałam w tych chwilach nie zrobić...
Te chwile lecą od wczoraj a ja nie zrobiłam nic. Nic z tego co sobie zaplanowałam.
Już w drodze nastrój mi nie dopisywał a po przyjeździe nie było lepiej. Wczoraj płakałam za dziećmi i domem jak bóbr i nie mogłam sobie znaleźć miejsca. A miejsce, w którym byłam wydawało mi się jakieś takie mało przyjazne. 
I jakaś taka nijakość mnie ogarnęła. 
Czytałam, myślałam, łaziłam, jadłam, płakałam i tyle.
Dziś już trochę lepiej ale przede mną chyba ciężkie i długie 3 tygodnie...

P.S. Gdy już pozbieram się do kupy to napiszę o naszym bilansie czterolatka, ale tu też niezbyt kolorowo :/

czwartek, 10 października 2013

Świętowaliśmy ...

Mój Starszy syn z różnych powodów ochrzczony (co za trudne słowo ;) był dopiero w wieku 4 lat i przy okazji swoich czwartych urodzin. Byłam wtedy w trakcie wyczekiwania swojej drugiej ciąży... Wiele miesięcy później moje wyczekiwania zakończyły się sukcesem a jeszcze parę miesięcy później, 6 października 2009 roku na świat przyszedł mój Młodszy synek. Zanim jeszcze się narodził plany miałam takie żeby jego chrzest odbył się w bardziej tradycyjny sposób czyli w momencie gdy będzie jeszcze małym zawiniątkiem leżącym cicho (lub głośno) w beciku, kocyku czy innej otulince... Jednak plany planami a życie życiem i tak czystym zbiegiem okoliczności wszystko co nie zgrywało się do tej pory, zgrało się nagle "tu i teraz" i w przeddzień swoich czwartych urodzin mój Młodszy synek został ochrzczony ...

Po chrzcie na uroczystej kolacji świętowaliśmy obie okazje ...

... a czemu zebry na chrzest? a bo moje dziecko wciąż niezmiennie i nieustannie żyje miłością i pasją do zwierząt, także tort bez zwierzęcia nie mógł być ;)
Dzień później, w urodziny, w ramach kontynuacji świętowania i prezentu urodzinowego Młodszy został zabrany do pewnego parku rozrywki, w którym był na swoich urodzinach w zeszłym roku i, o którym mówił przez cały ten rok bardzo często i pytał kiedy znów tam pojedzie... w końcu jego marzenie się spełniło :) 
Jak widać na załączonych obrazkach zabawa była przednia i zebra również i tu była ;)
Powtórne gaszenie świeczek na pozostałości tortu również było, no ba jak to tak w dzień urodzin świeczek nie zgasić ;)
P.S. Dawno mnie nie było, cieszę się, że czasem jeszcze ktoś do nas zagląda i pyta co z nami... wiele się zmieniło, o tym, o okularach, na które na pewno Ci co nas znają zwrócili uwagę, o stopach, słuchu i innych sprawach napiszę w kolejnym wpisie, w końcu bilans czterolatka przed nami :)

piątek, 5 lipca 2013

A ja proszę o deszcz.

Upał mnie zabija. Chore nogi mocno dają mi do wiwatu i odmawiają posłuszeństwa, ledwo doczłapałam dziś po Młodszego a potem do domu. Do tego ten katar, nie mam czym oddychać.
Marzy mi się aby jutro rano obudził mnie przyjemny szum deszczu za oknem i chłód świeżego powietrza jaki deszcz ze sobą niesie ...

czwartek, 4 lipca 2013

Into the blue

Jak ja uwielbiam ten kolor, no nie ma piękniejszego ;)

i ten kawałek też uwielbiam, w ogóle Sunrise uwielbiam ... 
P.S. Jak się zaziębić w upalne lato? 
Zapisać się na rehabilitację z zabiegami krioterapii.

wtorek, 2 lipca 2013

Playing over and over again ...

"Bursting through a bright blue sky
A slow landslide
From the world I've left behind
It's enough to lose your head
And disappear
And not return again


When I fall to my feet
Wearin' my heart on my sleeve
All I see just don't make sense ..."

czwartek, 20 czerwca 2013

Czas cudów i truskawek.

Matka niegotująca i niepiekąca zrobiła ciasto, tartę. Jak to na czerwiec przystało z truskawkami oczywiście. Co ciekawe ciasto wyszło, udało się i było pyszne :) To cud pierwszy.
 A dziś rano matka znalazła swoje aż 3 zdjęcia w sekcji zdjeć wyróżnionych przez moderatorów na forum fotograficznym, wow, doczekać się tam choć jednego swojego zdjęcia to już jest sukces ;)
No cuda się dzieją ;)

... i truskawki som ;)

niedziela, 16 czerwca 2013

Małe przyjemności ...

 Niedziela...
Słońce...
Leżak w ogrodzie...
Kawa w filiżance...
Czerwień wiśni dojrzewających tuż nad głową...
Połysk świeżego lakieru na paznokciach...
Błękit wody w basenie...
Uśmiech dziecka... 
...  f  o  t  o  g  r  a  f  i  a ...



Byle tylko zapomnieć i nie myśleć...

(wszystkie pstryki wykonane dzisiaj, tj. 16.06.2013, temi ręcami co to je widać na załączonych obrazkach) w zasadzie miało nie być żadnego tekstu a zdjęcia miały mówić same za siebie ale jak zwykle się rozgadałam ...

piątek, 14 czerwca 2013

wczoraj ... 13-go ...

... dostałam pooperacyjny wynik rezonansu kontrolnego, dzień wcześniej odebrałam diagnozę kolan (to nowy temat, o którym jeszcze nie wiecie bo nie pisałam). Równo 7 miesięcy wcześniej z 12 na 13 listopada zaczął się cały ten koszmar...

... ponadto wczoraj w drodze do domu z rehabilitacji odebrałam telefon, że moje młodsze dziecko jest już w domu z tatą ponieważ w przedszkolu zdarzył się wypadek, Młodszy dostał w głowę huśtawką... DWA razy, najpierw pierwszy raz a potem drugi raz gdy się podnosił...

Taki tam sobie zwykły dzień pt. 13-ty.

sobota, 25 maja 2013

Prawda i fałsz.

"Jeśli czegoś naprawdę gorąco pragniesz, to cały Wszechświat sprzyja potajemnie twojemu pragnieniu” Fałsz.

"Ostatecznie zdarzają się nie te katastrofy, których oczekujemy, lecz te, których wcale się nie spodziewamy." Prawda.

piątek, 12 kwietnia 2013

Kijowo

Sprzed chwili:
Tata: co tam masz synku?
Starszy: kij.
Tata: jaki kij?
Starszy: kijowy.

Pogadali ;)

Wiosna przyszła ale z deszczem, więc nadal kibluję w domu.
No może poza wyjazdem na wizytę lekarską i do ZUSu.
Cały tydzień Młodszy znowu przesiedział w domu z temperaturą, kaszlem, katarem i ze mną. Gdzieś w połowie tygodnia dołączył antybiotyk. Znowu.
Na koniec tygodnia z chorowaniem dołączył do nas Starszy i M, na razie bez antybiotyku.
Mnie boli gardło od dwóch dni, zaczęło mnie boleć dokładnie dzień po tym jak pozbyłam się kataru, który trwał tydzień a zaczął się po tym jak bolało mnie wcześniej gardło od świąt. 
Czyli w sumie chorowanie zaczęłam 2 tygodnie temu ja a reszta po kolei dołączyła do mnie.

Kijowo.

P.S. Czy dzieci przestają kiedyś w końcu chorować ?

13.04.2013 10:50, update.
Starszy obudził się spuchnięty na buzi i z wypiekami.
Termometr pokazał 39,5 stopnia.
Lekarz na 12:30 - udało się zapisać, to jakiś cud ;)
Młodszy lata po domu jak nakręcony.
Słońce za oknem.
Ja chcę na dwór !!!
Młodszy też.
Czy możemy wyjść skoro Młodszy jest na antybiotyku?

czwartek, 4 kwietnia 2013

Wake me up in July...

Moje życie utkwiło w miejscu, zatrzymało się gdzieś w grudniu a może styczniu, whatever ...
Rehabilitacja też utknęła (może kiedyś zbiorę się by opisać szczegółowo), JA utknęłam: dosłownie w życiu i symbolicznie w domu... zamknięta jak w więzieniu, chodzę od okna do okna, po jednej trasie, jak na spacerniaku. Za parę dni minie 5 miesięcy. Czy ktoś w ogóle to zauważył? Nie, każdego życie gna do przodu, nikt nie zarejestrował co dzieje się ze mną a nawet jeżeli to za chwilę i tak już nie pamięta bo ma przecież swoje życie... Inna sprawa, że ja i tak nie potrzebuję niczyjego współczucia, przecież ono i tak mnie nie uzdrowi.
Ja potrzebuję siły, wiary, nadziei (i wiosny), tylko tego bardzo mi brakuje... i jeszcze odpowiedzi na jedno pytanie: co i jak dalej?
Ale odpowiedzi nie ma a na około tylko biel.

W obecnym stanie rzeczy, jedna z moich tzw. "the best song ever", nabrała nowego znaczenia ... Gdyby tak móc zasnąć i obudzić się już latem, przespać ten zły obecnie czas ...

so, "...Wake me up in July
Lick the snow from my eyes..."
 
 

"...Through the blanket of clouds
It wasn't easy
To be sure that the sun will come back..."

środa, 27 marca 2013

Słodkie foto-CHWILE

Dziś będzie wpis o niczym bo od poprzedniego wpisu nic się nie zmieniło.
Rehabilitacja trwa, o jej postępach nie będę się teraz rozpisywać bo tematem są słodkie a nie przykre chwile.

W każdej cudem wygospodarowanej wolnej chwili, sięgam po aparat, muszę leczyć nie tylko kręgosłup ale i duszę ;)
Niestety potem nie mogę tak jak lubię posiedzieć nad zrobionymi zdjęciami. Ale dziś w końcu udało mi się dokończyć poniższy wpis, zajęło mi to łącznie parę dni...
Poniżej uwiecznione nasze słodkie chwile :)
Moje największe miłości, dzieciaki i fotografia, rączki, oczka, gesty, spojrzenia, zwyczajne życie, niby nic a ja to tak kocham...

"Katko z isiem" (ciastko z misiem) - jeden z ulubionych przysmaków Młodszego.

 "Cucelki" - również uwielbiane przez Młodszego.

A hitem ostatnich dni był budyń. Zaczęło się niewinnie, od gorącego kubka a skończyło na codziennym (powtarzam codziennym) gotowaniu budyniu w garnku, "bo taki z mleka, mamusiu, to jest lepszy", no baaa, pewnie, że lepszy tylko mniej wygodny w przygotowaniu, ale czego się nie zrobi ;)

P.S. Jak widać moim modelem może być nawet budyń albo miś bez głowy ;)
BUDYNIOŻERCY :)

poniedziałek, 18 marca 2013

Brakczas

Poranek.
Wstajemy.
Chłopaków ogarnia M, ja od czasu operacji wstaję na raty i w swoim tempie.
Starszy jedzie do szkoły z M.
Normalnie razem z nimi jedzie Młodszy tyle, że przedszkola.
Ale od 3 tygdoni nie jest normalnie bo Młodszy wiecznie albo zaglucony albo zakaszlony i siedzi ze mną w domu.
M wraca ze szkoły i wiezie mnie na rehabilitację.
Za chwilę wraca do domu.
Po ponad godzinie znów po mnie jedzie żeby mnie przywieźć.
Wszystko oczywiście w towarzystwie Młodszego.
Potem M jedzie do szkoły po Starszego, ja zostaję z Młodszym.
W tym czasie ogarniam dom i Młodszego, który ma "1000 pytań do..." i "1000 spraw do...", do mnie oczywiście.
Potem jest już ok 12:30 i M jedzie do pracy a ja zostaję sama z AngryBirdsami do ok 19:00.
I się zaczyna:
Mamo, to, mamo tamto, mamo chodź tu, chodź tam, zrób to, daj tamto i nie zapomnij o tym i o tamtym, a posłuchaj tego a popatrz na to, piciu, siusiu, umyć rączki, zrobić lekcje, a wytłumacz, a czemu?, a po co?, a kiedy?, a Krzyś to może do nas przyjść?, a do ZOO to kiedy pojedziemy?, a do parku?, a jutro jest sprawdzian, a dziś czytanka, a i jeszcze marzannę zrobić trzeba ...
W tym samym czasie jedno pranie woła z pralki żeby je wyjąć i rozwiesić, drugie z suszarki żeby je schować a trzecie z kosza żeby je wyprać, 15 brudnych kubków tańczy w zlewie z 30 łyżeczkami. Dwie paszcze Birdsów wołają jeść, oczywiście każda co innego. Potem w zlewie do tańca dołącza ileś tam talerzy i garów. A ja w tym wszystkim jak ten robocop (bo wciąż nie poruszam się normalnie i nie wykonuję zwykłych czynności naturalnie) patrzę tylko na zegarek kiedy i czy w ogóle uda mi się w końcu na chwilę położyć ale broń Boże nie dla odpoczynku tylko dla ćwiczeń, które muszę robić kilka razy dziennie. MUSZĘ i robię. W czasie tej całej bieganiny przychodzi taki moment, że w końcu rzucam wszystko, kładę się i ćwiczę, w tym czasie bez przerwy słyszę: mamo to, mamo tamto... po 30-40 minutach ćwiczeń jest już taka lista zadań dla mnie, że mam co robić przez następne 2 godziny. A przez te następne 2 godziny lista wcale nie maleje tylko wciąż się rozrasta. Gdy wykonam początkową część listy to akurat przychodzi czas na kolejną partię ćwiczeń. Gdy skończę ćwiczenia to wracam do listy zadań i tak w kółko, od rana do wieczora, dzień w dzień ten sam ciąg zdarzeń.

To tak w ramach wyjaśnienia i uświadomienia, jak wygląda moje życie na zwolnieniu.
Bo pewnie wiele osób myśli, że leżę sobie do góry brzuchem lub wypatruję wiosny przez okno...
Nie, nie leżę, nie za bardzo mam kiedy. Siedzieć też nie siedzę bo również nie mam kiedy a poza tym jeszcze mi nie wolno - siedzenie max do 30 minut, co zresztą byłoby mega luksusem gdyby udało mi się tyle czasu posiedzieć.
I stąd też moja mała obecność i u mnie i u Was. No bo kiedy, kiedy ja w tym wszystkim mam znaleźć czas na internet i blogowanie? Tego czasu po prostu nie ma i jeszcze przez jakiś czas nie będzie.
A bardzo mi go brakuje, szczególnie w kwestii mojej pasji i największej miłości czyli fotografii, bardzo bolą mnie moje zaniedbane fotoblogi i setki zalegających zdjęć, które chciałam pokazać a już nie pokażę bo i tak nie będzie na to czasu...

Tak bardzo marzy mi odzyskanie zdrowia i uzyskanie jakiejś harmonii w moim życiu, trochę stabilizacji, równego podziału czasu na wszystko, na bycie sobą i mamą, na obowiązki, dbanie o zdrowie i przyjemności.
Nie spodziewałam się, że tak to będzie wyglądało, byłam pewna, że będąc na zwolnieniu ma się czas na wszystko, życie toczy się inaczej...
O naiwności moja...

Edit (22-03-2013)
na takie coś w necie trafiłam, nie mogłam nie zamieścić :)
Źródło jak na obrazku powyżej:  http://niefartfb.pl/

piątek, 15 marca 2013

Przegięcie

ZUS wzywa mnie znowu na kontrolę.
Przypominam, że od ostatniej upłynęły 3 tygodnie.
To jakieś chore.
Wiedziałam, że jestem pechowcem ale tym razem nawet mój własny pech mnie zaskoczył.

poniedziałek, 11 marca 2013

Zagubiony rozum

- Synu, gdzie masz rozum?
- Gdzieś mi się zagubił mamo.

Rozum Starszego jest oczywiście na miejscu a zaginął tylko breloczek za to mój rozum naprawdę się zagubił od nadmiaru informacji w dzienniczku Starszego:
Jutro o 9:40 wyjazd do teatru, wcześniej na 9:00 próba przestawienia, które ma być 21-go.
21-go przedstawienie na powitanie wiosny.
W piątek 15-go na 16:00 próba śpiewu (jakiego śpiewu???), potem zachęcają do udziału w nabożeństwie Drogi Krzyżowej.
W niedzielę 17-go msza i spotkanie komunijne, uprzejmie informują iż tego samego dnia można też odebrać stroje komunijne ale nie w kościele tylko u producenta i po wcześniejszym uzgodnieniu. Jeżeli się nie uzgodni to następny termin to 23.03 i już nie u producenta tylko w kościele. Opłata za strój jeszcze nie wiem jaka ale na pewno nas nie ominie.
Poza tym przypominajka o wpłacie składki komunijnej, jedyne 150zł (do dziś nie wiem na co), wpłacić należy u skarbnika klasowego do dnia 22.03 a po tym terminie już u siostry, do 27.03 ostatecznie. I jeszcze jedna przypominajka o funduszu klasowym 10zł/msc. I jeszcze jedna wpłata za wyjścia do teatru w maju, 25 zł, na jutro. A na jutrzejszy autokar do teatru 12 zł. A na sam teatr ile? A może już płaciliśmy... nie wiem.
A z przedszkola przyszła kartka, że wpisowe czas wpłacić :/
Dzizu, w sekretarkę to jeszcze mogę się pobawić i dopilnować tego całego zamieszania ale rolę bankiera to z chęcią bym komuś oddała.

niedziela, 10 marca 2013

Grey do mnie przyjechał ;)

Od soboty spędzamy ze sobą każdy wieczór i jeszcze wiele wieczorów przed nami ;)
Zdjęcie pochodzi ze strony:  http://merlin.pl/
P.S. Tak, dałam się ponieść ciekawości czym zachwyca się i o czym mówi pół świata realnego i tego internetowego. Poszłam za tłumem i kupiłam.
Tylko jak słowo daję nie kumam co treść tej książki ma wspólnego z sagą "Zmierzch" ? Jak dla mnie to prędzej już ma swoje powiązanie z "Portretem Doriana Graya" i nie chodzi mi tu tylko o podobieństwo nazwisk. Kto oglądał film (nota bene jeden z moich ulubionych) ten na pewno wie co mam na myśli :)

piątek, 1 marca 2013

Pufiki

Kolejny udany zakup w "Owadzie", naprawdę coraz bardziej lubię ten sklep :)

Ładne i praktyczne, także cieszą oko i zmysły matki pedantki bo ma w końcu gdzie upchnąć stosy ukochanych Młodszego zwierzątek, które nie mieściły się już nigdzie i były wszędzie :)
Wzorów jest jeszcze więcej, krówka i biedronka jeszcze mi się marzy ;)

A u nas szpital na peryferiach, Młodszy antybiotyk kończy, Starszy zaczyna + dodatkowo wszelkie możliwe atrakcje brzuszno - jelitowe.
Mięta idzie litrami.

Dwie miętusie na dwa bolące misiowe brzusie ;)

czwartek, 28 lutego 2013

Owocowo.

Uwielbiam owoce, w zasadzie wszystkie. Ale maliny szczególnie :) A w zimowe dni uwielbiam gorącą herbatę malinową. Wypróbowałam już chyba wszystkie jakie są na naszym rynku i nie wszystkie przypadły mi do gustu. Za to ta co ostatnio wpadła mi w ręce okazała się moim "number one" :)

To zakup dokonany w "Owadzie", o  którym pisałam tutaj.
A gdyby ktoś nie lubił malin to zapraszam na truskawki lub mango :)

niedziela, 24 lutego 2013

Pan Miś jest chory.



 Miś od piątku gorączkuje, kaszle, na brzuszek narzeka, jeść "nie fce" i "fce do mamy".
Przedszkole jutro odpada.
A mamie wczoraj lędźwie się odezwały. Miesiąc po operacji gdy się matce wydawało, że już powoli wychodzi na prostą.
Stres.
Strach.
Znowu.

czwartek, 21 lutego 2013

Szansa.

W kwietniu 2006, Doda (chyba nie trzeba nikomu przedstawiać?) przeszła dokładnie tę samą operację co ja. Niespełna 3 miesiące później nagrała ten teledysk do piosenki o tejże właśnie operacji i odzyskaniu zdrowia, kolejnej szansie itd...

Dziś, dokładnie miesiąc po mojej operacji, życzyłabym sobie również móc tak kręcić i wywijać tym i owym gdy u mnie miną 3 miesiące. Albo może nawet wcześniej ;)

wtorek, 19 lutego 2013

ZUS wzywa.

Na kontrolę. Mnie.
W sumie po co innego miałby wzywać ZUS...

Drugi raz w moim życiu zdarzyło się tak, że jestem na dłuższym zwolnieniu i drugi raz mam kontrolę. Tym razem przynajmniej wysłali wezwanie na właściwy adres nie tak jak poprzednim razem.

Kontrolę miałam dzisiaj. Sprawa zajęła może z 15 minut. Gorzej z dojazdem bo miałam się stawić na 8:00 rano więc powtórka z rozrywki sprzed miesiąca kiedy to przez zaśnieżoną Wawę przebijaliśmy się do szpitala.Taka tylko różnica, że wtedy siedziałam na przednim siedzeniu pasażera a dziś leżałam z tyłu :)
Kontrola, kontrolą, w przypadku tak oczywistym jak mój: była operacja, zwolnienie jest uzasadnione, więc ta wizyta to w sumie była tylko formalność, nie ma o czym pisać.

Jest za to o czym pisać, jeżeli chodzi o sam fakt kontroli bo ja rozumiem, kontrolować trzeba bo ponoć ludzie nagminnie nadużywają zwolnień i ponoć na nasz koszt siedzą w domu na bezpodstawnych zwolnieniach, ponoć... no to ok, niech kontrolują ale dlaczego te kontrole wyglądają w ten sposób? Dlaczego to pacjent tłumaczy się z decyzji lekarza? Czy to ja sama wystawiłam sobie zwolnienie? No chyba jednak nie. Wystawił je lekarz, który ma na to pełną dokumentację. I nie chodzi mi wcale o to by teraz ZUS zaczął ciągać lekarzy po swoich oddziałach, zdaję sobie sprawę, że oni mają mnóstwo roboty... ale na litość Boską, żyjemy w czasach kiedy przez internet wysyła się pieniądze, dokumentację też można sobie przesłać... a do tego wprowadzić zasadę, że jak ZUS ma wątpliwości to zaczyna od sprawdzenia podstaw zwolnienia u osoby, która to zwolnienie wystawiła, jak podstawy są niejasne to wtedy ciągać ludzi po oddziałach i badać delikwentów... takie jest moje zdanie, tak na marginesie.

Choć w sumie to może nawet powinnam być wdzięczna, że mnie tam dzisiaj wezwali bo dzięki tej wizycie miałam okazję wyjść z domu, pierwszy raz od 4 tygodni !!! (tak, minęły już 4 tygodnie od mojej operacji) i wiecie co, bardzo fajnie mi się szło, nie pamiętam kiedy ostatni raz tak sobie po prostu szłam chodnikiem i stawiałam normalnie nogę :) Do tego w drodze powrotnej zrobiliśmy mały przystanek w sklepie, który został przez nas czule nazwany "Owadem". Bardzo lubię chodzić do Owada, zawsze sobie jakieś małe cosik dla ciała i duszy tam znajdę, dziś też znalazłam ale o tym za następnym razem bo zdjęcia jeszcze w aparacie siedzą :)

sobota, 16 lutego 2013

Słów kilka...

... w ramach otwarcia i dla jasności :)

Blog ten jest połączeniem moich 3 blogów, które przez 4 lata blogowania zdążyłam założyć. Chciałam aby cała nasza historia była w jednym miejscu, zebrałam więc wpisy z moich wszystkich blogów* i umieściłam je tutaj. Przy okazji dzięki ci bloggerze za możliwość importowania i eksportowania treści blogów, bardzo ułatwiło mi to pracę, przynajmniej z jednym starym blogiem :)
Nad resztą przenoszoną z innej platformy ślęczałam długie godziny (w pozycji leżącej gdyż nadal nie wolno mi siedzieć) ale w końcu i z tym się uporałam. Jest komplet :)

Także witam w starych/nowych progach, rozgośćcie się :)
Ja za to wybiorę się nadrabiać zaległości u Was.


*oznacza to, że do czasu aż zaktualizuję zdjęcia we wszystkich notkach (co może trochę potrwać), na zdjęciach w notkach sprzed 13-go lutego 2013 mogą być widoczne stare adresy blogów: notatkimatki.blox.pl lub dzieciniec.blogspot.com

czwartek, 14 lutego 2013

Droga Walentynka.

Starszy wpadł po szkole do domu od drzwi wymachując kopertą. Po chwili koperta sprężystym ruchem zostaje wyrzucona w powietrze i ląduje na moich kolanach.
Co to? pytam...
Walentynka ! krzyczy z uśmiechem Starszy.
Patrzę na kopertę.
Nadawca: PGNiG

To była  najdroższa Walentynka jaką w życiu dostałam :/

czwartek, 7 lutego 2013

Nie fce mi się.

"Nie fce."
Tak mawia mój Młodszy a ja to jego " nie fce" uwielbiam, oczywiście brzmienie słowa a nie fakt, że czegoś tam w danym momencie nie chce.
A dziś mnie się nie fce, bardzo mi się nie fce...
... wstawać, leżeć, odbierać telefonu, rozmawiać, 101-szy raz opowiadać jak się czuję na dziś, sprawdzać jak to będzie bez ketonalu i w ogóle nic mi się nie fce, NIC.

Tylko pączka mi się chce a te leżą w kuchni w postaci kuszącego kopczyka (po jakie licho M ich tyle kupił?), leżą tak a gdy obok nich przechodziłam to zdawały się patrzeć na mnie małymi, okrągłymi oczkami i wystawiać do mnie patykowate łapki i coś tak jakby wołały: "weź mnie!, weź mnie!". Nie fce powiedziałam.
Widzicie to? Nie? Ja widziałam. Może to przez ten ketonal? Ale biorę przecież tylko 1 tabletkę na dobę. Może potem Wam to zilustruję (nie jak biorę tabletkę tylko jak wołają do mnie te pączki). Ale na razie mi się nie fce.
Teraz idę na spacer, po domu oczywiście, będę omijać zaułek z tymi krzyczącymi tłuściochami, chociaż dziś ich dzień, Tłusty Wczartek, jak to powiedział wczoraj mój Młodszy.

niedziela, 3 lutego 2013

Chciałam Wam kogoś przedstawić :)

Pewną małą dziewczynkę, która od ponad miesiąca wywołuje u mnie uśmiech nawet w najbardziej mroczne dni.
Proszę bardzo poznajcie się, oto Masza:


 Spotkałam ją w sieci, gdzieś w okolicach grudnia gdy szukałam czegoś ciekawego dla Młodszego do obejrzenia, klikałam, klikałam aż trafiłam na Maszę.
Nie będę pisać o czym jest bajka, powiem tylko, że od czasów Krecika czy Sąsiadów żadna bajka nie zrobiła na mnie takiego wrażenia i żadna bajka nie przykuła mojej uwagi na tyle żeby chcieć zobaczyć następny odcinek. Maszę mogę oglądać na okrągło. Zresztą nie tylko ja, urok bajki docenił nawet mój Starszy, który jako przecież już prawie dorosły mężczyzna ;) do tej pory bardzo krytycznie podchodził do wszelkich dziecięcych bajek. Oglądając Maszę oboje zaśmiewamy się do łez :D

Poniżej Masza ze swoim towarzyszem przygód, Miszką.


Miszka i Maszka wymiatają, zobaczcie chociaż jeden odcinek, naprawdę polecam :)


Poniżej moje tzw. "The best of":
"Masza i kasza"


 "Raz, dwa, tri, choineczka gori" ;) 

 

"Wielkie mycie"
 

Jeżeli Masza zdobędzie i Waszą sympatię to polecam ten link, po 30 sekundzie pokazują się miniaturki wszystkich odcinków z serii. Po kliknięciu na którąkolwiek miniaturkę odcinki lecą jeden po drugim z playlisty.


Miłego oglądania i dobrej zabawy :)

piątek, 1 lutego 2013

Teraźniejszość...

Od dnia, w którym poczułam ponownie ból grzebię na ten temat w necie. Miałam tego nie robić ale to było jednak silniejsze ode mnie. Trafiłam na forum ludzi po operacjach przepukliny kręgosłupa i napisałam o bólach i mojej sytuacji. Odpowiedzi pojawiły się dość szybko i były całkiem pocieszające. Ludzie pisali, że te moje bóle to nic niepokojącego, że parę dni po operacji to norma, że mięśnie, korzenie, wszystko jest naruszone i musi się zagoić, że potrzeba czasu... wiem, wiem, to samo usłyszałam już parę dni wcześniej od swojego profesora i ufam mu naprawdę, wiem, że jest wybitnym neurochirurgiem i specjalistą ale wiecie jak to jest... człowiek lubi usłyszeć od kogoś innego że też tak miał i minęło... no to usłyszałam ale przy okazji też tak jakby ktoś wylał mi wiadro zimnej wody na głowę, otrzeźwiałam i coś do mnie dotarło, coś zrozumiałam: moje życie to już nie to samo życie co było wcześniej. A ta operacja to nie operacja, o której po tygodniu zapominasz i żyjesz dalej. Owszem zdawałam sobie sprawę, z tego, że to ingerencja w kręgosłup, że to nie byle jaki zabieg, po którym wraca się do życia 3 dni później ale w dniu kiedy mnie wypisywali naprawdę widziałam to wszystko w dużo jaśniejszych barwach. Myślałam sobie że teraz 4 tygodnie leżenia, potem rehabilitacja i jakoś to będzie. A to zupełnie nie tak. Teraz owszem 4 tygodnie leżenia przeplatane krótkimi spacerkami po domu ale co przyniosą te 4 tygodnie to tego nie wie nikt.

Jedni piszą, że bóle minęły im po 2 tygodniach, innemu minęły po 2 miesiącach a jeszcze inni 4 miesiące po operacji dopiero poczuli ulgę. A każdy przypadek jest bardzo indywidualny, nie ma dwóch jednakowych i nie da się w żaden sposób przewidzieć ani ocenić jak to będzie u mnie. Mogę tylko tak leżeć i czekać a moment kiedy nadejdzie poprawa jest jedną wielką niewiadomą. Niby operacja to krok do przodu a ja znowu czuję się jakbym była w zawieszeniu... w oczekiwaniu... i tak od 12 listopada 2012...

Mój pierwszy blog miał tytuł "W oczekiwaniu..." a jego opis brzmiał:

"...wciąż się na coś czeka,
na coś, co nie chce przyjść
i znów nie przyszło dziś.
Może jutro...

I wciąż się na coś czeka
i wszystko jest nie tak
i wszystko nie ten ma smak.
Smutno."                                     K.Jędrusik

i mimo upływu lat, mimo kolejnych zdarzeń te słowa wciąż są najbardziej adekwatne do tego co dzieje się u mnie w życiu ... może powinnam zmienić nazwę bloga i wrócić do starej ?

wtorek, 29 stycznia 2013

Relacja operacja.

Wczoraj minął mi tydzień od operacji.
Termin znałam oczywiście wcześniej ale jak to napisałam w komentarzach nie w moim stylu jest wrzucanie rozpaczliwych postów i robienie wokół siebie zbyt dużego szumu. Strach mnie blokuje. Nie umiem i nie chcę o nim pisać gdy mnie przytłacza. To takie nietypowe dla blogera, takie odcinanie się, zamykanie ze swoimi myślami, ale cóż, w tym przypadku ja akurat tak mam. Co innego gdy już jest po wszystkim... a, że pewien etap jest już za mną to teraz mogę go opisać, wszelkie moje obawy, strachy, lęki oraz to jak to przebiegało czyli jak wygląda operacja przepukliny kręgosłupa (odcinek L5S1) z punktu widzenia pacjenta.

PART 1

20 stycznia (niedziela), dzień przed operacją strach sięgnął zenitu co jest chyba oczywiste. Cały dzień jeszcze się jakoś trzymałam ale wieczór mnie przygniótł. Oj było ciężko. Czego to mi ta moja wyobraźnia nie podpowiadała, natłok myśli, jedna za drugą: o p e r a c j a, pokroją mnie, kręgosłup (Jezu!!!), narkoza - jak to będzie? ja nie toleruję stanów omdleniowych, zasłabnięć, mam z tym niestety wiele przykrych doświadczeń a narkoza kojarzy mi się właśnie z takim momentem, że człowiek czuje jakby mdlał, dla mnie koszmar... a obudzę się? a dzieci, moje kochane, moje maleństwa, beze mnie? a jak się obudzę, co potem? jak przetrwać leżenie na pooperacyjnej, kiedy odzyskuje się świadomość a możesz tylko leżeć bez ruchu i myśleć co z Tobą zrobili, jak to znieść? czucie w nogach, będę czuła? brrrrrr, potem noc, kolejny dzień, pionizowanie, że niby jak ? aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa tak się właśnie skutecznie wkręcałam przez wszystkie dni przed operacją, uwierzcie mi nie jest łatwo zatrzymać ten potok myśli, nie jest łatwo czekać na operację ... no chyba, że się jest weteranem w tych sprawach albo osobą wyjątkowo odporną psychicznie, ja nie jestem. Wrażliwa, artystyczna duszyczka, nie dała sobie rady z tymi emocjami. W niedzielę wieczorem, chodziłam już po ścianach, potrzebny był telefon do przyjaciela. Zadzwoniłam, wypłakałam się ze wszystkich obaw. Potem jeszcze rozmowy z bliskimi, którzy byli ze mną w domu. Spakowałam po części torbę, obejrzałam jeszcze film ze Starszym (w ramach oderwania myśli), załzawiona wyprzytulałam śpiącego Młodszego i w końcu poszłam spać. Chyba nawet przespałam całą noc ale w sumie to nie pamiętam...

PART 2

21 stycznia (poniedziałek), budzik dzwoni o 6, o 7 wychodzimy z domu, mamy do przejechania całą Wawę, w godzinach szczytu i w kierunku, w którym jadą wszyscy. Trasa zajmuje nam ponad 1,5h, dla porównania, dwa dni później droga powrotna zajmie nam 30 minut. Na miejscu chwila rejestracji, wypełniam stos papierów, normalka. Miła pani mówi mi gdzie mam się udać a tam druga bardzo miła pani prowadzi mnie do mojego pokoju. Sala jest dwuosobowa, ja jestem pierwsza więc mogę wybrać sobie łóżko, przezornie wybieram to bliżej łazienki ;) Mam ten komfort, że M może ze mną przez chwilę zostać, pomaga mi rozpakować trochę rzeczy... Godzina zabiegu nie jest jeszcze ustalona, pacjentów do operacji jest 6 i decyzję kto i o której będzie operowany podejmie doktor operujący (profesor) jak dojedzie do kliniki. Do tego czasu mam czas wolny ;) i rozmowę z anestezjolog. M jedzie, zostaję sama w pokoju, leżeć jakoś nie mogę, kręcę się, kuśtykając po pokoju od okna do drzwi, dzwonię do tych, którzy czekają na jakieś wieści ode mnie co i jak ma być i mówię, że jestem przyjęta i czekam. Przychodzi pani anestezjolog, młoda dziewczyna, przeprowadza ze mną wywiad a potem ja z nią bo przecież mam milion pytań i wątpliwości odnośnie narkozy jak wygląda samo podanie (ma być dożylnie a nie wziewnie, uff, dla mnie to akurat lepiej), wybudzenie itd. Po tej rozmowie jestem już spokojniejsza. Padła też propozycja podania mi czegoś uspokajającego na czas oczekiwania na operację ale podziękowałam ponieważ to co chcieli mi dać to był lek antylękowy a takich środków unikam jak ognia bo wywołują u mnie efekt totalnie odwrotny od zamierzonego. Pani anestezjolog wyszła, znowu zostałam sama, chwila ciszy, zdążyłam pomyśleć, że teraz już tylko to długie czekanie i dokładnie w tym samym momencie machina ruszyła i wszystko poszło już bardzo szybko.
Drzwi się otworzyły i weszła moja sąsiadka z łóżka obok, młodziutka dziewczyna, razem z nią pielęgniarka z wenflonem dla mnie do założenia a jeszcze chwilę moment później pielęgniarka wróciła już z kroplówką dla mnie i informacją, że mój profesor już jest i, że ja idę jako pierwsza, ZARAZ. Nawet nie pamiętam czy zdążyłam się wystraszyć, pamiętam za to, że się bardzo ucieszyłam bo chciałam iść pierwsza i mieć to jak najszybciej z głowy. W czasie kroplówki zdążyłam wymienić jeszcze parę informacji z nową znajomą z łóżka obok, która też już przyjmowała kroplówkę i miała iść na zabieg jako druga po mnie. Gdy moja kroplówka przeleciała przyszedł mój profesor, zadał jeszcze parę dodatkowych pytań, ja też o coś jeszcze pytałam ale dziś już nawet nie pamiętam o co i poszłam się przebrać (strój nie byle jaki bo piękny niebieski dresik a nie jakaś tam zielona sukienka) i próbowałam jeszcze dodzwonić się do M, że już idę ale niestety nie odbierał, więc wysłałam tylko krótkiego smsa, że "idę" i już byłam w drodze na blok operacyjny. Tu znowu miła rzecz bo nie wieźli mnie na łóżku (co osobiście wydaje mi się okropne) tylko mogłam sama przejść w obstawie pielęgniarki. W drzwiach bloku operacyjnego przejęła mnie znana mi już pani anestezjolog i zaprowadziła na salę operacyjną gdzie poraziło mnie bardzo ostre i jasne światło a na widok wszystkich medycznych sprzętów oraz stołu operacyjnego i ludzi w maskach serce zaczęło mi walić jak młot. Sekundę później już stało obok mnie łóżko do narkozy, na którym się położyłam, podpięli mnie do jakiejś aparatury gdzie od razu wyskoczyło tętno 136 uderzeń na minutę i pani anestezjolog powiedziała, że "musimy się trochę uspokoić" :) i za chwilę podpięli coś do wenflonu na mojej ręce, anestezjolog powiedziała, że może mi się zakręcić w głowie, przyłożyła mi maskę z tlenem i ...
...otworzyłam oczy, nie było już tego przeraźliwie jasnego światła, byłam na sali pooperacyjnej...

PART 3

Pierwsza myśl: maska z tlenem, miałam coś powiedzieć o tej masce, ale co? Zapomniałam. Poza tym tego wszystkiego (sali, świateł, maski, pani anestezjolog) chyba już nie ma, chyba jestem już gdzieś indziej. No tak, powoli docierała świadomość, to już sala pooperacyjna. Ale jak to? To już? Już po wszystkim? Czy to naprawdę się dzieje, wydarzyło? Przecież przed chwilą, dosłownie dwie sekundy wcześniej dopiero co kładłam się na to łóżko do usypiania i coś o tej masce chciałam mówić, przecież jeszcze nawet nie zdążyło mi się w tej mojej biednej głowie zakręcić tak jak miało się zakręcić! A tu już? Ano już.
Z tego szoku zupełnie zapomniałam, że plan miałam taki, że jak tylko odzyskam świadomość to sprawdzę czy mam czucie w nogach. Nie sprawdziłam, nawet o tym nie pomyślałam ;) poczułam za to zimno, potworne zimno. Trzęsło mną. Nie, nie trzęsło, T E L E P A Ł O, wręcz rzucało po całym tym łóżku, na którym leżałam. Pani z sali pooperacyjnej dokładnie okryła mnie czymś dodatkowo i powiedziała, że to normalne, że na sali operacyjnej jest bardzo zimno a operacja jednak trochę trwała, organizm jest mocno wyziębiony a do tego jest to też efekt po narkozie i, że niedługo minie. Nie minęło, prawdopodobnie dlatego, że ja dodatkowo jestem strasznym zmarźluchem o ciśnieniu umarlaka więc trochę dłużej dochodziłam do normalnej temperatury. Generalnie myślałam, że nie przestanie mnie już nigdy telepać i martwiłam się czy to aby dobrze dla mojego kręgosłupa, że tak nim rzucam zaraz po operacji :/ Następną rzecz jaką poczułam był okropny ból gardła. A to ci niespodzianka, tyle rzeczy sobie wyobrażałam w związku z operacją ale o bólu gardła nie pomyślałam ;) a bolało jak diabli, jak przy mega infekcji, ledwo dawałam radę ślinę przełknąć. Domyśliłam się, że to od suchego powietrza, czasem robi mi się tak po nocy gdy jest suche powietrze ale jeszcze nigdy ten ból nie był o takim nasileniu. Kolejną przyjemnością był strasznie uciśnięty palec, na który miałam nałożone to coś co chyba mierzy czynności życiowe, ale tego akurat się spodziewałam bo to pamiętam też z cesarki, że wtedy też tan palec mnie bolał i miałam bardzo silną potrzebę uwolnić się z tego uścisku. A na koniec dotarło do mnie, że dodatkowo jeszcze mam założony  ciśnieniomierz, który co ileś tam minut włącza się automatycznie i mierzy moje zdechłe ciśnienie, niemiłosiernie ściskając mi przy tym rękę. Jako, że miałam kiedyś holtera ciśnieniowego to obstawiałam, że włącza się tak co 15 minut. Nie wiem ile czasu zajęło mi świadome zarejestrowanie wszystkich tych rzeczy, które opisałam i nie wiem ile razy odpływałam między jedną myślą a drugą ale w pewnym momencie drzwi się otworzyły i na salę pooperacyjną wjechała moja sąsiadka z pokoju. Chwilę leżałyśmy jeszcze razem, wymieniłyśmy nawet jakieś spostrzeżenia ale zupełnie nie pamiętam co dokładnie i niedługo potem mój czas na Poop. się zakończył, jeszcze tylko nastąpiło przełożenie mnie na moje łóżko i pojechałam do swojego pokoju. Nie wiem nawet, która była godzina ale chyba coś ok 12:00-13:00.

PART 4

Następne godziny, zdarzenia i rozmowy pamiętam jak przez mgłę. Na pewno dzwoniłam do rodziny i rodzina do mnie. Na pewno były podawane mi jakieś kroplówki (na pooperacyjnej również), sąsiadka z łóżka obok wróciła do naszego pokoju ok 15:00, powiedziano nam, że teraz możemy już próbować zmienić pozycję z pleców na któryś bok ale nadal możemy tylko leżeć, zaraz po operacji, na sali pooperacyjnej nie można było się ruszać prawie w ogóle. Sąsiadka bardzo zadowolona zaczęła się układać na boki bo jej było bardzo niewygodnie na plecach, ja za to gdyby mi nie kazali zmienić pozycji to bym tak leżała nieruchomo jeszcze przez co najmniej 3 następne dni tak bardzo bałam się poruszyć :/ a gdy się poruszyłam poczułam coś czego już teraz nie umiem opisać ale na pewno było to mocno nieprzyjemne i bardzo nie chciałam tego poczuć.
Do końca dnia leżałyśmy tak pół przytomne, co chwilę u którejś z nas dzwonił telefon, co chwilę przychodziła pielęgniarka sprawdzić co z nami albo podłączyć jakąś kolejną kroplówkę a my co parę zdań zapadałyśmy w kolejny sen. Na wieczór mogłyśmy już zjeść kolację, którą ja nawet z chęcią zjadłam bo ostatni raz jadłam poprzedniego dnia ok 17:00, więc lekko zdychałam z głodu. Po kolacji znów odpływ i już o godzinie 22:00 obudziłam się nagle w pełni wyspana i przytomna. Super. I jak tu teraz przetrwać noc? Poprosiłam o coś nasennego ale nie za bardzo zadziałało :/ najpierw wcale nie mogłam zasnąć a jak w końcu zasnęłam to budziłam się co 2-3 godziny i nie mogłam znów zasnąć a ponieważ bałam się wykonać jakikolwiek ruch to leżałam tak jak ta kłoda i patrzyłam w sufit :/ moja sąsiadka w tym czasie spała jak niemowlę i jeszcze przez sen pozycje zmieniała. Jak ja jej zazdrościłam.
Tak minęła mi pierwsza noc po operacji.

Następnego dnia (22.01) rano śniadanko, kroplóweczki i decyzja, że ok 10:00 pionizowanie. O dzizu jak ja się bałam. Sąsiadka poszła na pierwszy ogień bo ona już od poprzedniego dnia prawie, że wstawać chciała a ja to tak jak pisałam, mnie sie nigdzie nie spieszyło. Ale w końcu i ja ruszyłam. Jak się okazało, najgorsze było przełożenie się z pozycji leżącej do siedzenia i z siedzenia do pionu a gdy się już stało na nogach to samo chodzenie nie sprawiało bólu. Był za to ogromny lęk, uczucie jakby się było wieżą z klocków, która za chwilę może się rozpaść. Człowiek taki kruchy, słaby jakiś, nogi z waty i jak nie swoje, straszne dziwne uczucie. Do końca dnia tak miałyśmy leżeć i co jakiś czas wstawać na parę minut. Każde podniesienie stanowiło dość spory problem ale samo chodzenie zaczynało mi się coraz bardziej podobać.
Pod wieczór razem z sąsiadką byłyśmy już tak odważne, że udałyśmy się na dalszy spacer, wyszłyśmy poza nasz pokój, na korytarz :) A tam, podobnym, pokaleczonym krokiem kursowało dwóch panów po tej samej operacji. Generalnie cała nasza czwórka na tym korytarzu kojarzyła mi się z jakimiś zombiakami na spacerze, normalnie noc żywych trupów ;) Spotkaliśmy się w pół drogi i podzieliliśmy doświadczeniami, jak przebiegała choroba, leczenie i jak znaleźliśmy się tutaj itd., no i jak czujemy się po operacji.
No i właśnie tu dochodzimy do ważnego punktu. Choć chodziłam jak stara babcia, bardzo powoli, niepewnie i nie byłam w stanie zrobić nawet minimalnego ruchu ciałem w tył, do przodu czy w bok to ewidentnie czułam, że to co było wcześniej, co rwało mi całą nogą, co nie pozwalało jej normalnie postawić i zrobić kroku, to to jakby minęło, czułam jeszcze coś delikatnie w nodze ale było to bez porównania z tym co było przed operacją, nie rozrywało mi nogi, nie strzelało w łydkę, nie kulałam, mogłam normalnie iść!

PART 5

23 stycznia, środa.
Powrót do domu.
Ale najpierw prysznic i ubranie się. No, to była dopiero zabawa. Spróbujcie zrobić cokolwiek nie mogąc w ogóle ruszyć tułowiem, ani na boki ani do przodu ani do tyłu. Spróbujcie umyć zęby nie mogąc nachylić głowy do przodu, albo buzię bez pochylenia nad umywalką (przed operacją też robiłam to wszystko w pokracznej pozycji bo był ból ale jednak byłam bardziej skrętna ;). Jakoś mi się udało, zresztą przez jeszcze kilka następnych dni tak to wyglądało.
Przed opuszczeniem szpitala jeszcze krótkie spotkanie z profesorem, wypis, zwolnienie, zalecenia: chodzić, leżeć, zakaz siadania i tak przez miesiąc + dwa proste ćwiczenia. Biorąc pod uwagę euforię z dnia poprzedniego zapowiadało się całkiem dobrze. Wgramoliłam się na tylne siedzenie samochodu, położyłam na boku i tak bez najmniejszych problemów przejechałam całą drogę do domu.

Pierwsze dni w domu były ciężkie, podnoszenie się i zmiana pozycji na boki były bardzo nieprzyjemne. Mycie się i ubieranie też nadal stanowiło problem ale za to chodzenie było całkiem miłe choć na początku bardzo powolne, ostrożne bo nadal czułam się jak ta wieża z klocków co zaraz może się rozlecieć.
Z każdym dniem jednak czułam jak przybywa mi sił i pewności siebie. Wstawałam sprawniej, chodziłam sprawniej, wszystko robiłam sprawniej. Nadal nie tak jak normalny, zdrowy człowiek ale czułam, że idzie ku dobremu. I właśnie wtedy zaczęłam czuć, że ból w nodze jakby się nasilił. Zaczęło też "ciągnąć" przy przekładaniu z boku na bok, przy leżeniu no i po paru minutach chodzenia. To nadal nie było takie jak przed operacją ale z całą pewnością dużo silniejsze niż tuż po operacji :( Wpadłam w lekką panikę i doła, a może za dużo chodziłam? A może z tymi ćwiczeniami przesadziłam? A jak sobie zaszkodziłam? Był weekend (26-27 stycznia), po weekendzie miałam jechać na zdjęcie szwów i spotkanie z profesorem więc do tego czasu musiałam jakoś wytrzymać i wcale nie mam tu na myśli bólu fizycznego tylko to co naroiło się w mojej głowie ze strachu.
29 stycznia pojechałam na zdjęcie szwów, opowiedziałam o moich niepokojących objawach mojemu profesorowi a on uspokoił mnie, że to za wcześnie na diagnozy, że jestem tydzień po operacji i jest to czas gojenia wszystkiego wewnątrz (rany zewnętrznej nie czułam w ogóle) a ból jest spowodowany tym, że korzeń nerwowy jest nadal obrzęknięty i przy ruchu jeszcze może występować jego ucisk i ból. Zalecił chodzenie po 15 minut (niestety przed tą wizytą chodziłam dłużej), leżenie i ćwiczenia. Kontrola za 4 tygodnie a do tego czasu uzbroić się w cierpliwość i oczywiście pozytywne myślenie, taaaa, ani w jedno ani w drugie natura mnie nie wyposażyła co już tu kiedyś pisałam ... ale co mi pozostało ... tylko niech mnie ktoś nauczy jak to się robi.



Tym sposobem dotarliśmy mniej więcej do miejsca, w którym jestem dzisiaj (01.02.2013), także wpis ten możemy wreszcie uznać za zakończony a kolejne sprawy opisywać będę już w nowych notkach.
 Gratuluję każdemu kto dotrwał do końca mojej opowieści, dziękuję za uwagę i wsparcie ;)

sobota, 5 stycznia 2013

Everythings gonna be alright ...

Czwartek parę godzin na SORze, piątek powtórka z rozrywki.
Neurolog, neurochirurg, znowu neurolog i kolejny neurochirurg.
Jednak operacja.

Mnóstwo załatwiania... a strachu co najmniej dwa razy więcej...

Mogłabym Wam tu teraz opisać wszystko ze szczegółami, jak wyglądały te godziny na SORze, jak wyglądały i co przyniosły kolejne rozmowy, badania, diagnozy, jak robiło mi się słabo i łzy leciały i jak mocno nie chciałam w to wszystko uwierzyć... mogłabym opisać też parę absurdów istniejących w naszej polskiej rzeczywistości szpitalnej, o których nie raz pewnie słyszeliście z TV czy czytaliście w gazetach a ja teraz zetknęłam się z tym osobiście i odczułam to na własnej skórze... mogłabym... ale nic nie napiszę, bo to wszystko wykończyło mnie maksymalnie i nie mam ani sił ani potrzeby roztrząsać tego na nowo... ciiiiii, po prostu nie mówmy już o tym...

Everything's gonna be alright ...


P.S. Czekam na wyniki badań przeciwciał na żółtaczkę.

wtorek, 1 stycznia 2013

Nowy rozdział.

W Nowy Rok weszłam na własnych nogach i o własnych siłach, w myśl powiedzenia, że jaki Sylwester taki i cały rok. Później niestety zorientowałam się, że powiedzenie to dotyczy nie Sylwestra a Wigilii a tą prawie całą przeleżałam i wiele łez uroniłam :/ dlatego chyba lepiej jak będę się trzymać wersji sylwestrowej ;) Tak czy inaczej na 10 minut przez północą kazałam sobie wystawić statyw, zamontowałam aparat i zagryzając zęby z bólu uwiesiłam się na moim sprzęcie w pokracznej pozycji i robiłam zdjęcia fajerwerków przez następnych minut 15. Był to dla mnie, mojej obolałej nogi i połamanych pleców mega wyczyn. W myśl tego, że każde 10 odstanych minut muszę i potrzebuję odleżeć przynajmniej godzinę, zaraz po niezbyt udanej sesji zapięta w stabilizator ulokowałam się na sofie, gdzie na leżąco świętowałam Sylwestra jeszcze jakieś 2 godziny, czyli swoje odleżałam ;) dziś zresztą również.

Bardzo bałam się tego wieczoru, Sylwestry nie należą do moich ulubionych imprez (czy ja w ogóle lubię jakieś imprezy?), od zawsze w momencie kulminacyjnym i gdy wszyscy szaleją ze szczęścia mnie ogarnia fala przytłaczającego smutku, nie umiem tego wytłumaczyć, po prostu tak mam, ot taka moja depresyjna natura :/ W obecny stanie zastanawiałam się jak to zrobić żeby może w ogóle jakoś zasnąć i obudzić się 1-go po południu albo nawet dopiero 2-go i oszczędzić sobie tego dramatu, na który zapowiadało się już od Wigilii.
Jak już wcześniej napisałam spać nie poszłam, Sylwestra przeżyłam świadomie i bez spodziewanego dramatu. Nie wiem jak to się stało, cieszę się, również z tego, że mam to już za sobą a następna taka atrakcja dopiero za rok :)

Podsumowanie minionego roku? Mam. A w zasadzie miałam: myślałam, że to był mój pierwszy rok w życiu kiedy to jednocześnie zostało mi dane i odebrane tak wiele (realizacja marzeń i utrata zdrowia). Jednak po całodniowym rozmyślaniu przypomniało mi się, że nie, to nie pierwszy taki rok. Był przecież rok 2009, w którym to przerobiłam podobną sytuację, spełniło się moje największe wtedy pragnienie i po 3 latach walki zostałam ponownie mamą ale jednocześnie straciłam wtedy zdrowie i później okupiłam to prawie 3 letnim leczeniem a ze skutkami i tak będę borykać się już do końca życia. Także cóż, historia się powtórzyła tylko w innej dziedzinie życia i zdrowia.
Jeszcze parę dni temu użalając się nad własnym losem psioczyłam w myślach na ten rok ale dziś będąc już w Nowym patrzę na ten Stary jakoś łaskawiej, końcówka roku zwaliła mnie z nóg ale gdy wcześniej spełniałam swoje marzenia byłam przecież najszczęśliwszą osobą na ziemi, nie zapomniałam o tym.
Co nie oznacza, że tak nagle super pozytywnie oceniam to przyniósł mi rok 2012, nie, po prostu staram się żeby minusy mi plusów nie przysłoniły.

Plany? Postanowienia? Jakieś są ale nie będę o nich pisać, po pierwsze są chyba oczywiste a po drugie po co rozśmieszać Boga?

P.S. Jak co roku, pierwszy dzień Nowego Roku jest też dniem otwarcia kolejnego rozdziału opowieści z życia wziętej o mnie i o Kimś. Dziś kończymy rozdział XV i zaczynamy XVI.
To all of YOU ...