W poniedziałek byłam na kolejnej wizycie u mojego ortopedy. Wizyta po 4 tygodniach leczenia z wynikami rezonansu.
Cyferki
same mówią za siebie, przepuklina jest duża i ja to wiedziałam sama po
przeczytaniu wyników, poprawy jako takiej nie ma i to też wiedziałam
sama po sobie ale jednak liczyłam na jakiś cud, przeliczyłam się. Doktor
po paru minutach oględzin rezonansu, spokojnym głosem wydał wyrok:
"trzeba to zoperować". To były słowa, które tłukły mi się po głowie
przez ostatnie dwa tygodnie, słowa, które starałam się zdusić w sobie i
miałam nadzieję nigdy nie usłyszeć :( Łzy w oczach (no co ja poradzę, że
się boję?), gardło ściśnięte i pytam: tak już?, nie da się nic więcej
zrobić? Pytam choć nie bezpodstawnie sama już takiego wyroku się
spodziewałam i nie bezpodstawnie się go bałam. Przez te tygodnie miałam
sporo czasu żeby dokładniej zapoznać się problemem dyskopatii i w
niejednym miejscu czytałam zdania, że przedłużające się leczenie jest
wskazaniem... ale czytać to jedno a usłyszeć to drugie. Pan doktor mówi,
że mój dysk najwyraźniej utknął i trzeba operować. Dał mi skierowanie
do neurochirurga w celu: "oceny wskazań neurologicznych do zabiegu
operacyjnego." i kolejne zwolnienie (tu już powstaje następny problem
ale o tym potem). Łapiąc się ostatniej deski ratunku pytam o jednak
jeszcze inne możliwości bo już od paru osób słyszałam o rehabilitacji
manualnej, której nie miałam, wysyłał mnie na nią rehabilitant od
prądów, moja rehabilitantka od ćwiczeń oraz ktoś z rodziny, kto miał
do czynienia z wypadniętym dyskiem. Pan doktor, bardzo oschle pyta mnie
co mam na myśli? Mówię, że nie wiem bo się nie znam ale słyszałam o
takiej możliwości i to ja się pytam pana doktora. Pan doktor wstał,
poszedł gdzieś na chwilę po czym położył przede mną wizytówkę z
informacją, że jeżeli ktoś ma mnie dotykać w tym stanie to tylko ta
osoba. Ok, czyli jednak można ;)
Wyszłam z gabinetu i myślę sobie, że
nie ma szans żebym teraz wracała do domu i czekała nie wiadomo ile na
wizytę u neurochirurga bo się wykończę nerwowo. Poszłam do rejestracji
pytam o jakąś najbliższą wolną wizytę w tym samym jeszcze dniu, jest!
Niestety za ponad 2 godziny :( Trudno, jakoś wytrzymam ale muszę się
dowiedzieć jeszcze dziś. Jedziemy. Oddział niedaleko od przychodni w
której byłam na wizycie ale za to w bardzo kiepskim miejscu pod względem
parkowania. M nie ma gdzie się zatrzymać, wysadza mnie gdzieś po
drodze, w miarę blisko wejścia i jedzie szukać miejsca. Ja idę szukać
przychodni, która jest w wielkim biurowcu, w którym nigdy nie byłam a
znaki kierujące, dla mnie blondynki w stresie nie do końca okazały się
jasne, no bo ja to jest, że Lux-med jest w Limie, to mam szukać tego czy
tego i gdzie ja w końcu mam wizytę :$%$^%^%&@#$#& Kiedyś byłam w
Enelmedzie i wszystko było Enelmedem i było prosto. W Lux-medzie jestem
od niedawna, do tej pory nie korzystałam prawie w ogóle z ich usług i
najzwyczajniej w świecie gubię się w tych ich przychodniach, z których
każda inaczej się nazywa. Dobra, wracając: znalazłam w końcu swój punkt
docelowy, zarejestrowałam się, doczłapałam pod gabinet (już ledwo idąc
bo niestety łączne czterokrotne wchodzenie i wychodzenie z samochodu
oraz łażenie nieźle dały mi popalić i noga zaczęła rwać jak oszalała),
usiadłam, czekam i myślę jakim cudem mam wysiedzieć tu 2 godziny ? I co z
Młodszym w przedszkolu, którego miał odebrać M bo przecież nie
wiedzieliśmy, że nas nie będzie żeby go odebrać i co z próbą jasełek,
która też się zbliżała wielkimi krokami... M doszedł pod gabinet,
siedzimy. Ktoś kto był wcześniej w gabinecie wyszedł, pan doktor
wyjrzał, spojrzał na mnie i kogoś kto jeszcze siedział obok mnie i nawet
nie zdążył nic powiedzieć jak ten ktoś się poderwał i wbiegł do
gabinetu. Drzwi się zamknęły. Siedzę dalej. Czekam. Przychodzi następny
pacjent. Myślę jak to teraz rozegrać. Kolejny pacjent idzie do łazienki.
Drzwi gabinetu się otwierają, pan doktor patrzy na mnie i miejsce obok i
zaprasza mnie do gabinetu, wow, jaka jestem szczęśliwa :) Badanie w
sumie proste, wszelkie odruchy mam prawidłowe, "jak u osiemnastki" -
podsumowuje pan doktor. Już zaczynam się cieszyć a wtedy pan doktor
odwraca do mnie monitor, otwiera przede mną zdjęcia z rezonansu i
dokładnie pokazuje mi gdzie jest ten mój chory dysk i mówi: "no i to
wszystko trzeba wyciąć". Załamka. No to ja znowu śpiewka o terapii
manualnej itd., i tym razem już z mniejszą niechęcią ale też bez
entuzjazmu, pan doktor mówi, że mogę spróbować byle to był specjalista w
dziedzinie rehabilitacji a nie jakiś tam "kręgarz" bo to dwie różne
rzeczy. Poza tym teraz to i tak skierowania do szpitala mi nie da bo i
tak w tym roku to już nie ma miejsc, więc mam wrócić do domu, chodzić na
fizykoterapię i przyjść po Nowym Roku, po skierowanie...
Na
drugi dzień po tej wizycie, na porannych prądach opowiadam wszystko panu
od rehabilitacji i proszę żeby mi jednak dał namiar na pana doktora
(specjalistę od kręgosłupów i terapii manualnej), którego to namiar
chciał mi dać już dwa tygodnie temu a ja wtedy nie wzięłam bo
zawierzyłam, że fizykoterapia, którą akurat zaczynałam będzie
wystarczająca i problem się rozwiąże. Jaka ja byłam głupia...
Dziś mam wizytę do polecanego pana doktora, to moja ostatnia nadzieja i deska ratunku.
Poza
tym dziś mija miesiąc odkąd jestem na zwolnieniu, miesiąc mojej walki.
Tyle, że teraz wiem, że słabo walczyłam, można było zrobić dużo więcej.
Same prądy TENS (a tylko takie miałam zalecone przez lekarza) w moim
stanie to za mało (mówił mi to już rehabilitant na pierwszym spotkaniu
przy ustalaniu zabiegów), poza tym nie dość, że za mało to i można je
było zacząć wcześniej a zaczęłam dopiero po 2 tygodniach
leczenia/leżenia. Wiem też już co to jest ten dysk, i to nie jest
kawałek kości jak kręgi, które można sobie od tak wepchnąć u jakiegoś
kręgarza, dysk to tkanka, która jest między tymi kręgami, inaczej taki
kawałek galaretki, który podtrzymuje kręgi. Ułożenie jej z powrotem na
odpowiednie miejsce to zupełnie inny proces niż leczenie wypadniętego
kręgu, niestety mało kto o tym wie i jak słyszy, że mam wypadnięty dysk
to pierwsze co mówią "a czemu ty nie pójdziesz do kręgarza?". Nie wiem
ile razy to już słyszałam i ile razy już tłumaczyłam, że nie tędy
droga...