poniedziałek, 24 grudnia 2012

Żeby nie było, że ja jakaś nieżyczliwa ;)

Wszystkiego dobrego i wesołego rodzinnego świętowania Wam życzę :)
Zdjęcie z dzisiejszego ubierania choinki :)

A na moim fotobloxie jeszcze co nieco w temacie życzeń i bombek, z wczorajszego ubierania choinki :)

sobota, 22 grudnia 2012

Małe rzeczy...

Świat pędzi w świątecznej gorączce, już nikt nie pamiętam, że wczoraj miał być jego koniec...
Dziś już wszyscy myślami znowu są przy choinkach, pierogach, porządkach, zakupach i prezentach, wszyscy tylko nie ja ...
Mój świat się zatrzymał, stoi w miejscu, gdzieś w tym szarym, brudnym i brzydkim listopadzie kiedy to zostałam przykuta do łóżka.
Muszę sobie to wegetowanie jakoś umilać... lubię internet, blogowanie i lubię ładne blogi ;) to sobie i mój upiększyłam, banerek nowy wstawiłam, w świątecznym nastroju a jakże ;)

Poza tym nie czekając na Mikołaja, sama sobie zrobiłam mały prezent. Kupiłam sobie perfumy, przyszły wczoraj. Wśród miliona różnych perfum na świecie są tylko 3 zapachy, które uznaję za absolutny, ponadczasowy hit i "MÓJ" zapach, cała reszta to tylko co najwyżej ładne albo bardzo ładne perfumy, których zapach po paru minutach i tak zapominam.

Wzięłam prysznic i teraz leżę i pachnę ;) Może to jakiś rodzaj aromatoterapii ?

Małe rzeczy a cieszą...


środa, 19 grudnia 2012

Gdzie jest pies pogrzebany ?

Dziś znowu będzie o dyskopatii, tyle, że trochę inaczej. Ponieważ jęczę na ten temat już od ponad miesiąca to postanowiłam przybliżyć Wam w czym rzecz.
Wrażliwszych oraz niezainteresowanych proszę o opuszczenie strony ;)

Poniżej rysunek który krótko, zwięźle i na temat pokazuje etapy dyskopatii:

                        Źródło: http://www.ortopedio.pl/

Moja własna osobista dyskopatia niestety jest już między etapem C a D (i tu jest pies pogrzebany :/) o czym poinformował mnie wynik rezonansu a następnie diagnozę potwierdziło łącznie już 4 lekarzy.

A tu rysunek obrazujący jak taki "wypadnięty" dysk uciska na korzeń nerwowy, czyli co powoduje ból:

 

Z dobrych wieści na dziś jest informacja, że podejmuję jeszcze jedną próbę leczenia :) Tym razem sterydami. Ostatni z lekarzy, który zapoznał się z moją sprawą stwierdził, że zanim operacja to najpierw trzeba wypróbować wszelkie metody leczenia a ja na razie przeciwzapalne leki brałam niesteroidowe. Bateria nowych leków wykupiona, dziś zaczynam.

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Poddaję się ...

Nie mam więcej sił.
Zróbcie mi już tę operację, najlepiej jeszcze dziś.
Boże, daj mi cierpliwości i daj mi jej natychmiast!


"Hello darkness, my old friend,
I've come to talk with you again..."

niedziela, 16 grudnia 2012

No i co jeszcze ?

Wczoraj rano zauważyłam u Młodszego sporą wysypkę na udach od spodu. W trakcie dnia zapomniałam o niej.
Przy rozbieraniu do wieczornej kąpieli okazało się, że wysypka jest już na całych nogach i rękach !!! W ruch poszedł Zyrtec i maść na alergię, która stoi w lodówce od czasów gdy mieliśmy przygodę z alergią pokarmową...

Dziś rano wybudził mnie atak kaszlu Młodszego przerywany sapaniem od zapchanego katarem nosa :/ Młodszy wylądował u mnie w łóżku gdyż M szedł do pracy i tak w towarzystwie kaszlu i kataru dospaliśmy jeszcze do 10:00! Taki długi sen to niestety zły znak w przypadku Młodszego... spojrzałam na niego po przebudzeniu, czerwony jak cegła, rozgrzany jak piec, choć termometr pokazał "tylko" 38,5 :/ do tego kaszel suchy, męczący, nieustanny i katar chyba aż po sam czubek głowy. Zaglądam pod kołdrę, nogi obsypane całe, ręcę też, doszło trochę na policzkach... do tego napuchnięty taki jakiś  :/// ja się pytam, co jeszcze ??? A może lepiej nie wiedzieć ...

P.S. Nasz cały grafik właśnie wziął w łeb. 

sobota, 15 grudnia 2012

Wake me up when it's over...

Moja ostatnia deska ratunku powiedziała, że nie daje mi wielkich nadziei.
Pan doktor, dusza człowiek, wysłuchał, obejrzał rezonans, zbadał i powiedział to co powyżej przed chwilą napisałam.
Zaproponował mi jedną opcję, którą oczywiście przyjęłam i wykonuję (10 zabiegów) ale do samego końca wszystko cały czas jest jedną wielką niewiadomą i nikt ani nic nie może zagwarantować mi pozytywnego efektu. Dodatkowo zostałam zapięta w stabilizator i mam go nosić 24h i nadal leżeć. Pozycja pionowa obciąża kręgosłup, siedząca jeszcze bardziej także mam leżeć nawet w trasie na zabiegi. No i ok ja to wszystko nadal znoszę i mogę znosić, niech mi tylko ktoś powie, da gwarancję, że z tego wyjdę! Niestety :( Życie w takim zawieszeniu, z tak wielką niewiadomą stało się i jest koszmarem. A do tego te Święta... tak, cieszmy się i radujmy ... no jakoś nie mogę. Ja leżę, dom leży odłogiem, na Święta nic nie będzie tak jak powinno być... do tego ciekawa jestem kto zajmie się mną i dziećmi w pierwszy i drugi dzień świąt gdy M pójdzie do pracy bo tego jeszcze nie ustaliliśmy... na razie ledwo wyrobiliśmy z ustawieniem grafiku na mijające dni a M ledwo wyrabia z obwożeniem mnie na zabiegi, dzieci w te i wewte do przedszkola i szkoły i siebie do pracy. A tu jeszcze zrób zakupy, zrób pranie, schowaj pranie, powieś pranie, posprzątaj, pościel, ugotuj, pozmywaj, pobaw się z Młodszym, wykąp, uśpij, pociesz zdołowaną żonę i nie padnij gdzieś po drodze... tak, tak, wszystko to mój M robi sam, od miesiąca i kilku dni...

Wczorajsze Jasełka też nie były radosne... nie byłam oczywiście ale wiem z relacji, dzieci się bawiły a mój Skarb przez pół imprezy płakał i wołał, że "chce do mamy" i mnie się ryczeć zachciało jak to usłyszałam. Zdjęcie jakieś koślawe zrobiłam... mój Mały Diabełek...

środa, 12 grudnia 2012

Nóż mnie goni...

W poniedziałek byłam na kolejnej wizycie u mojego ortopedy. Wizyta po 4 tygodniach leczenia z wynikami rezonansu.
Cyferki same mówią za siebie, przepuklina jest duża i ja to wiedziałam sama po przeczytaniu wyników, poprawy jako takiej nie ma i to też wiedziałam sama po sobie ale jednak liczyłam na jakiś cud, przeliczyłam się. Doktor po paru minutach oględzin rezonansu, spokojnym głosem wydał wyrok: "trzeba to zoperować". To były słowa, które tłukły mi się po głowie przez ostatnie dwa tygodnie, słowa, które starałam się zdusić w sobie i miałam nadzieję nigdy nie usłyszeć :( Łzy w oczach (no co ja poradzę, że się boję?), gardło ściśnięte i pytam: tak już?, nie da się nic więcej zrobić? Pytam choć nie bezpodstawnie sama już takiego wyroku się spodziewałam i nie bezpodstawnie się go bałam. Przez te tygodnie miałam sporo czasu żeby dokładniej zapoznać się problemem dyskopatii i w niejednym miejscu czytałam zdania, że przedłużające się leczenie jest wskazaniem... ale czytać to jedno a usłyszeć to drugie. Pan doktor mówi, że mój dysk najwyraźniej utknął i trzeba operować. Dał mi skierowanie do neurochirurga w celu: "oceny wskazań neurologicznych do zabiegu operacyjnego." i kolejne zwolnienie (tu już powstaje następny problem ale o tym potem). Łapiąc się ostatniej deski ratunku pytam o jednak jeszcze inne możliwości bo już od paru osób słyszałam o rehabilitacji manualnej, której nie miałam, wysyłał mnie na nią rehabilitant od prądów, moja rehabilitantka od ćwiczeń oraz ktoś z rodziny, kto miał do czynienia z wypadniętym dyskiem. Pan doktor, bardzo oschle pyta mnie co mam na myśli? Mówię, że nie wiem bo się nie znam ale słyszałam o takiej możliwości i to ja się pytam pana doktora. Pan doktor wstał, poszedł gdzieś na chwilę po czym położył przede mną wizytówkę z informacją, że jeżeli ktoś ma mnie dotykać w tym stanie to tylko ta osoba. Ok, czyli jednak można ;)
Wyszłam z gabinetu i myślę sobie, że nie ma szans żebym teraz wracała do domu i czekała nie wiadomo ile na wizytę u neurochirurga bo się wykończę nerwowo. Poszłam do rejestracji pytam o jakąś najbliższą wolną wizytę w tym samym jeszcze dniu, jest! Niestety za ponad 2 godziny :( Trudno, jakoś wytrzymam ale muszę się dowiedzieć jeszcze dziś. Jedziemy. Oddział niedaleko od przychodni w której byłam na wizycie ale za to w bardzo kiepskim miejscu pod względem parkowania. M nie ma gdzie się zatrzymać, wysadza mnie gdzieś po drodze, w miarę blisko wejścia i jedzie szukać miejsca. Ja idę szukać przychodni, która jest w wielkim biurowcu, w którym nigdy nie byłam a znaki kierujące, dla mnie blondynki w stresie nie do końca okazały się jasne, no bo ja to jest, że Lux-med jest w Limie, to mam szukać tego czy tego i gdzie ja w końcu mam wizytę :$%$^%^%&@#$#& Kiedyś byłam w Enelmedzie i wszystko było Enelmedem i było prosto. W Lux-medzie jestem od niedawna, do tej pory nie korzystałam prawie w ogóle z ich usług i najzwyczajniej w świecie gubię się w tych ich przychodniach, z których każda inaczej się nazywa. Dobra, wracając: znalazłam w końcu swój punkt docelowy, zarejestrowałam się, doczłapałam pod gabinet (już ledwo idąc bo niestety łączne czterokrotne wchodzenie i wychodzenie z samochodu oraz łażenie nieźle dały mi popalić i noga zaczęła rwać jak oszalała), usiadłam, czekam i myślę jakim cudem mam wysiedzieć tu 2 godziny ? I co z Młodszym w przedszkolu, którego miał odebrać M bo przecież nie wiedzieliśmy, że nas nie będzie żeby go odebrać i co z próbą jasełek, która też się zbliżała wielkimi krokami... M doszedł pod gabinet, siedzimy. Ktoś kto był wcześniej w gabinecie wyszedł, pan doktor wyjrzał, spojrzał na mnie i kogoś kto jeszcze siedział obok mnie i nawet nie zdążył nic powiedzieć jak ten ktoś się poderwał i wbiegł do gabinetu. Drzwi się zamknęły. Siedzę dalej. Czekam. Przychodzi następny pacjent. Myślę jak to teraz rozegrać. Kolejny pacjent idzie do łazienki. Drzwi gabinetu się otwierają, pan doktor patrzy na mnie i miejsce obok i zaprasza mnie do gabinetu, wow, jaka jestem szczęśliwa :) Badanie w sumie proste, wszelkie odruchy mam prawidłowe, "jak u osiemnastki" - podsumowuje pan doktor. Już zaczynam się cieszyć a wtedy pan doktor odwraca do mnie monitor, otwiera przede mną zdjęcia z rezonansu i dokładnie pokazuje mi gdzie jest ten mój chory dysk i mówi: "no i to wszystko trzeba wyciąć". Załamka. No to ja znowu śpiewka o terapii manualnej itd., i tym razem już z mniejszą niechęcią ale też bez entuzjazmu, pan doktor mówi, że mogę spróbować byle to był specjalista w dziedzinie rehabilitacji a nie jakiś tam "kręgarz" bo to dwie różne rzeczy. Poza tym teraz to i tak skierowania do szpitala mi nie da bo i tak w tym roku to już nie ma miejsc, więc mam wrócić do domu, chodzić na fizykoterapię i przyjść po Nowym Roku, po skierowanie...

Na drugi dzień po tej wizycie, na porannych prądach opowiadam wszystko panu od rehabilitacji i proszę żeby mi jednak dał namiar na pana doktora (specjalistę od kręgosłupów i terapii manualnej), którego to namiar chciał mi dać już dwa tygodnie temu a ja wtedy nie wzięłam bo zawierzyłam, że fizykoterapia, którą akurat zaczynałam będzie wystarczająca i problem się rozwiąże. Jaka ja byłam głupia...
Dziś mam wizytę do polecanego pana doktora, to moja ostatnia nadzieja i deska ratunku.

Poza tym dziś mija miesiąc odkąd jestem na zwolnieniu, miesiąc mojej walki. Tyle, że teraz wiem, że słabo walczyłam, można było zrobić dużo więcej. Same prądy TENS (a tylko takie miałam zalecone przez lekarza) w moim stanie to za mało (mówił mi to już rehabilitant na pierwszym spotkaniu przy ustalaniu zabiegów), poza tym nie dość, że za mało to i można je było zacząć wcześniej a zaczęłam dopiero po 2 tygodniach leczenia/leżenia. Wiem też już co to jest ten dysk, i to nie jest kawałek kości jak kręgi, które można sobie od tak wepchnąć u jakiegoś kręgarza, dysk to tkanka, która jest między tymi kręgami, inaczej taki kawałek galaretki, który podtrzymuje kręgi. Ułożenie jej z powrotem na odpowiednie miejsce to zupełnie inny proces niż leczenie wypadniętego kręgu, niestety mało kto o tym wie i jak słyszy, że mam wypadnięty dysk to pierwsze co mówią "a czemu ty nie pójdziesz do kręgarza?". Nie wiem ile razy to już słyszałam i ile razy już tłumaczyłam, że nie tędy droga...

sobota, 8 grudnia 2012

Święta idą.

U Młodszego w przedszkolu szykowane są Jasełka. Muszę przyznać, że nigdy nie byłam fanką takich imprez i 8 lat zaliczania tych atrakcji u Starszego nie zmieniło mojego spojrzenia na te sprawy. Nie lubię i już. Tak wiem, jestem chyba jedyna matką, która tak ma. Jako, że Młodszy przestąpił progi przedszkola w tym roku szkolnym to wiedziałam, że kolejna porcja przyjemności będzie też i u niego. Nie myliłam się. Tu jednak nastąpił moment diametralnie inny niż do tej pory bo okazało się, że panie w przedszkolu stwierdziły, że ze względu na to, że dzieci są za małe by nauczyć się ról i odegrać cokolwiek to Jasełka będą ale to rodzice zrobią przedstawienie dla dzieci. O dziwo, pomysł ten bardzo mi się spodobał :D W naszym przedszkolu jest zupełnie inaczej niż w państwowym, kameralnie, przytulnie, jak w domu. Personel prawie jak koleżanki ze szkolnej ławki, mamy fajny kontakt, pomyślałam, że to może być fajna zabawa i coś innego niż to czego tak nie lubię ;) Panie ze względu na ten dobry kontakt od razu obsadziły w rolach mnie i mojego M. M ma być Lucyferem (pasuje jak ulał) a ja miałam być Świętą Maryją (buhahaha). Z oczywistych powodów ja udziału nie będę mogła wziąć :((( a w międzyczasie nastąpiła też zmiana, że jednak dzieci będą miały swój udział. Młodszy dostał rolę diabełka, wciąż nie wiem dlaczego, chyba po tatusiu ;)
Na ostatnią chwilę i za grosze udało mi się znaleźć na allegro fajny strój z napisem "I'm a little devil" :) Nie wiem jeszcze co Młodszy powie na ubranie go w to cudo bo pamiętam, że przy ostatnich akcjach przebierankach nie było zbyt wielkiego entuzjazmu. Zobaczymy, Jasełka w piątek, w poniedziałek próba generalna. Tymczasem od dwóch tygodni rozbrzmiewa u nas w domu śpiew Młodszego:

"Chwała na wys-kos-kości, chwała na wys-kos-kości..."

Tak, z całą pewnością idą Święta...

piątek, 7 grudnia 2012

Just great...

Na moim starym blogu ("W oczekiwaniu..."), który to już od dawna jest zamknięty i niewiele osób z tamtych czasów w ogóle mnie jeszcze pamięta, zawsze pisałam o tym, że jestem pechowcem nad pechowcami, miałam nawet założoną kategorię "Jak pech to pech" i tam wrzucałam opisy wszelkich pechowych przygód jakie były u mnie na porządku dziennym. Po pewnej przerwie w blogowaniu i założeniu nowego bloga postanowiłam odciąć się od pechowej przeszłości i zacząć życie na nowo. Jednak prawda jest taka, że życia nie da się oszukać a przed przeznaczeniem nie da się uciec. Jak coś komuś jest pisane (a mnie najwyraźniej pisane jest być pechowcem) to żeby nie wiem jak wielki uśmiech przykleić sobie na twarzy i udawać, że wszystko jest ok i żeby nie wiem jak bardzo starać się omijać pewne sytuacje to one i tak cię dopadną.
Jako, że od ponad tygodnia trochę sprawniej chodzę i codziennie jeżdżę na rehabilitacyjne zabiegi to poranny prysznic stał się znowu rytuałem. Choć nadal nie można zaliczyć go do przyjemności bo stoję niepewnie, wymycie się dokładne również graniczy z cudem tak samo jak wycieranie, ubieranie itp., no ale zawsze to jakiś luksus w porównaniu z gniciem w piżamie przez 2 tygodnie w łóżku. No i ten dzisiejszy luksus skutecznie zakłucił mi fakt, że w pewnym
momencie z prysznica polała się zimna jak lód woda. Leciała tak i leciała, ja stałam cała w panie, trzęsąc się jak ta osika w nadziei, że to tylko terma na chwilę zwariowała i zaraz poleci wrzątek. Nie poleciał. Wołam M, ten mówi, że prądu nie ma. Jak prądu nie ma (???) jak światło świeci, pytam ? No fakt, świeci.
Po szybkim śledztwie okazało się, że padła nam w domu jedna faza. Po dłuższym śledztwie okazało się, że niestety przyczyna jest u nas w domu bezpośrednio a nie gdzieś na zewnątrz za co odpowiadałby zakład energetyczny. Terma się zepsuła. Woda lała się w niej po kablach i spowodowała spięcie.
Bezpieczniki w naszej skrzynce okazały się ok, więc trzeba było czekać na energetyków. Mieli przybyć w ciągu 2 godzin.  Tak się fantastycznie złożyło, że faza, która wysiadła odpowiedzialna była za prawie wszystko, ciepłej wody nie było przez termę ale już po chwili nie było wody w ogóle bo pompa też jest przecież na prąd, do tego siadło również ogrzewanie bo piec też jest na prąd. Zmarznięta do szpiku kości (a mnie nie wolno obecnie marznąć żeby nie pogarszać stanu, w jakim jest dysk - ogrzewanie to podstawa), wytrzęsiona z zimna co też mi nie służy bo to powoduje niepotrzebne ruchy w okolicy tego cholernego, przesuniętego dysku i obolała od stania w dziwnej pozycji w lodowatej wodzie, tak żeby jej nie dotknąć, opłukałam się płukanką z wody zimnej wymieszanej z ugotowaną ciepłą, zawinęłam w szlafrok i wlazłam z powrotem do łóżka. Na zabiegi oczywiście nie miałam szans dojechać, na szczęście udało mi się przełożyć na popołudnie. Musiałam też niestety odwołać panią rehabilitantkę, która przychodzi do mnie do domu bo jej wizyta miała być całkiem niedługo a ja po takim wymarznięciu nie dałabym rady rozebrać się do ćwiczeń i jeszcze w nieogrzewanym pomieszczeniu. Tak dla wyjaśnienia tylko: moje ćwiczenia to nie aerobik w pełnym wydaniu tylko leżenie na stole i delikatne poruszanie nogą i plecami do granicy bólu.

Energetycy przyjechali po 3 godzinach. Zlokalizowali jakiś tam inny bezpiecznik na zewnątrz w skrzynce, do której tylko oni mają dostęp, wymienili, wzięli 50 zł i pojechali. Bo taka usługa jest przecież płatna, szlag. Ale to 50zł to tak na początek, koszt nowej termy to min. 620zł i to takiej z dolnej półki :/ (tak zdążyliśmy już sprawdzić) do tego ktoś ją jeszcze musi zamontować, a za darmo też nikt tego nie zrobi. A tu święta za pasem, rehabilitacja w toku za bajońskie sumy i jeszcze brak opon zimowych... Just great!

czwartek, 6 grudnia 2012

No to ja też :)

Już spory czas temu otrzymałam miłą nagrodę od miłej Pani Domu :)

Wyróżnienie Liebster Blog otrzymywane jest od innego blogera w ramach uznania za "dobrze wykonaną robotę".  Nominowany/nominowana odpowiada na 11 pytań zadanych przez osobę, która blog wyróżniła. Następnie  nominowany/nominowana tworzy swoich własnych 11 pytań i nominuje 11 osób do udziału w zabawie. Nie wolno nominować bloga, z którego otrzymało się wyróżnienie oraz który został nominowany wcześniej. 

Dziękuję za dostrzeżenie mojego bloga, przepraszam za ociąganie się w realizacji zadania i zapraszam innych do zabawy, choć nie aż 11 osób ...

A teraz moje odpowiedzi:

1. Dżem czy miód?
I jedno i drugie, niestety nie umiem wybrać. Choć tak naprawdę to zależy też jaki dżem i jaki miód :) Bo dżemy lubię bardziej klasyczne (nie jadam cudów typu: mandarynkowy czy z kiwi) a miód jeżeli już to tylko lejący.

2. Po 30-tce czy po 40-tce?
Ja? Po 30-tce.

3. Lenistwo na plaży czy wspinaczka po górach?
Góry w ogóle ale to w ogóle mnie nie kręcą za to morze kocham, uwielbiam, ubóstwiam. Ale odpowiedź będzie pośrednia bo najbardziej lubię nie leżenie tylko spacery po plaży :)

4. Do pracy autobusem czy samochodem?
Do niedawna jeszcze: autobusem, metrem i tramwajem. Niedługo potem już samochodem ale w roli pasażera. A gdybym miała wybierać to oczywiście samochodem własnym i do innej pracy ;)

5. Gotowanie czy jedzenie?
No, baaaa! Ja beztalencie kucharskie z świetnym mężem kucharzem na pokładzie, oczywiście, że wybieram jedzenie :D

6. Impreza w klubie czy domówka?
To zależy od nastroju, obecnie raczej domówka, mam Pijama Party od 3 tygodni :/

7. Kino czy teatr?
Filmomaniaczka z całą pewnością wybiera kino.

8. Fitness czy kosmetyczka?
Hmmm, nie korzystam ani z jednego ani z drugiego a jakbym miała tak na szybko i jednorazowo wybrać to może kosmetyczka...

9. Ranny ptaszek czy sowa?
Przed 30-tką i byciem mamą z całą pewnością ranny ptaszek, obecnie odkąd czas tylko dla siebie mam tylko późną nocą to siłą rzeczy stałam się sową.

10. Zima czy lato?
Lato, lato, lato :) Nienawidzę zimna. Jestem zmarźluchem. No i kocham motyle i biedronki ;)

11. Nieład artystyczny czy porządek?
Od zawsze porządek. Mega pedantka i perfekcjonistka, u mnie wszystko ma swoje miejsce, nawet puszki w szafce czy słoiki w lodówce ;) 

Poniżej moje pytania:
1. Imiona, dwa czy jedno?
2. Aparat fotograficzny, zbędny czy potrzebny?
3. Dom czy mieszkanie?
4. Obecna praca: przyjemność czy przykry obowiązek?
5. Styl: sportowy czy elegancki?
6. Włosy długie czy krótkie?
7. Makaron: miękki czy al dente?
8. Zwierzak w domu czy nie?
9. Szybki prysznic czy długa kąpiel?
10. Szklanka do połowy pusta czy pełna? Inaczej: pesymistka czy optymistka?
11. Prezenty Mikołaj zostawia pod choinką, w bucie, skarpecie czy może jeszcze gdzieś indziej?
  
A do nagrody i zabawy nominuję właścicielki blogów (kolejność przypadkowa):

1. Lalalu
2. Slangowska85
3. Matka86
4. Ma_niusia
5. Annainin

Wszystko oczywiście niezobowiązująco, nieobowiązkowo i nic na siłę, rozumiem, że nie każdy musi chcieć pisać o sobie i nie każdy musi lubić łańcuszki blogowe ;) W skrócie: bawi się ten kto chce :) 

wtorek, 4 grudnia 2012

To był napad ;)

Wczorajszy wieczór a w zasadzie to późny wieczór, godzina prawie 24:00. Cisza, cały dom śpi. Chłopaki na górze, ja na dole w pokoju Starszego (tu mam lepsze dla moich pleców łóżko) Rysiek (nasz kot) pochrapuje obok mnie. Oglądam coś na laptopie gdy nagle dochodzą mnie jakieś bliżej nieokreślone dźwięki. Rozglądam się, nasłuchuję: co to, kto to i skąd to? Może, któryś z chłopaków na górze wstał do łazienki - uspokajam się w duchu choć wewnętrznie czuję, że to nie to bo dźwięki nocnych wycieczek do toalety znam i są jednak inne. Po chwili nasłuchiwania orientuję się, że dźwięki dochodzą (o zgrozo!) zza okna tylko gdzieś jakby z niższego poziomu niż okno. Z duszą na ramieniu gramolę się jak mogę z łóżka, Rysiek również wybudzony dźwiękami wstaje za mną i pakuje się na parapet, on już też wie gdzie jest intruz. Kuśtykam za Ryśkiem do okna a w tym momencie jak coś nie walnie w okno po czym słychać uderzenie o ziemię za oknem, spadło znaczy się ;) Serce mi prawie wyskoczyło a w tym samym momencie to coś znowu łubudu w okno i znowu spada na ziemię i zaraz potem jeszcze raz i jeszcze raz aż w końcu po kolejnym razie dostrzegam co atakuje mój dom: kuna !!! Ta kuna odbijała się od schodka pod oknem, wskakiwała na parapet i próbowała łapać się szyby rozpaczliwie machając po niej pazurami po czym spadała na ziemię by zaraz potem wskoczyć znowu na okno i tak w kółko! Stanęłam jak wryta bo jak żyję jeszcze czegoś takiego nie widziałam! Ja rozumiem: kuna na strychu, to norma w domach, ale kuna skacząca po parapecie i oknie ???
A jak myślicie jaka była moja następna myśl zaraz po tym gdy zorientowałam się co się dzieje? Tak jest, pomyślałam "aparat, gdzie jest mój aparat?" :))) Mój był daleko ale obok mnie na biurku stała moja pierwsza cyfrówka (straszny staroć!!!), złapałam, odpaliłam, pstryknęłam i... bateria padła (nienawidzę jak mi się tak dzieje, wrrr) ale udało się i mam, chociaż jedną fotkę, o, proszę, oto mój wczorajszy, nocny gość, można obejrzeć na moim fotoblogu, zajrzyjcie koniecznie :)

Jakość fatalna ale nie było czasu na ustawianie czegokolwiek, pstryknęłam na auto, tak po prostu byleby cokolwiek było, no i przez szybę, brudną ;)

Rysiek również obserwował kunę z ogromnym zainteresowaniem :) Dzieliła ich zaledwie szyba ale kuna nic sobie z tego nie robiła, skakała jak szalona i ewidentnie próbowała się do nas przez tę szybę przedostać. Pofatygowałam się po mój aparat bo taniec kuny na parapecie przed kotem to moment naprawdę wart uwiecznienia ale niestety gdy doczłapałam się z powrotem do pokoju kuny już nie było :( Rysiek jeszcze długo siedział na parapecie i wodził wzrokiem po ogrodzie aż w końcu wrócił na biurko, zawinął się w kłębek i poszedł spać. Ja też zasnęłam. Jakież było moje zaskoczenie gdy parę godzin później obudziło mnie kolejne walnięcie w okno, tym razem jednak było jednorazowe. Wygląda jednak na to, że kuna upatrzyła sobie nasz dom bo wczorajsza noc to była już druga noc kiedy nas odwiedziła, przypomniałam sobie, że jeszcze wcześniejszej nocy również wybudziły mnie jakieś dźwięki i przez moment widziałam cień zwierzaka z ogonem za oknem, cień przebiegł i zniknął, wtedy pomyślałam, że to kot dziś już wiem, że to była ta kuna :) Jak myślicie, czy dziś też przyjdzie ? Jakby co to ja jestem gotowa, aparat z naładowaną baterią stoi obok łóżka :) 

niedziela, 2 grudnia 2012

Wieści z placu boju.

W zeszły poniedziałek byłam na kontroli po dwóch tygodniach brania leków i leżenia.
Poprawa była minimalna czym byłam mocno zaniepokojona ale pan doktor powiedział, że to norma.
Powiedział jednak, że stan ostry już minął i fazie podostrej mogę zacząć fizykoterapię, dostałam skierowanie na prądy TENS i zwolnienie na kolejne dwa tygodnie.
Zabiegi (prądy) sobie ustawiłam, wzięłam dodatkowo lampę sollux. Udało mi się zacząć w środę czyli mam za sobą 3 zabiegi prądów z lampą. Efekt? Żaden. Wiem, wiem, to po prostu jeszcze za mało, cała seria może przyniesie jakąś poprawę.
I tak jakoś się trzymałam, zaczęłam zabiegi więc byłam pełna wiary i nadziei...aż do piątku kiedy to pan od rehabilitacji spojrzał na mnie jak kuśtykam i powiedział mi, że wszystko to co robię u niego i tak mi nie pomoże bo ten dysk to trzeba po prostu wsunąć na miejsce bo sam się nie wsunie. Nie ma to jak podnieść pacjenta na duchu :( Załamał mnie gość i to na poważnie. Bo ja 3 tydzień żyłam nadzieją, że będzie lepiej, że idzie poprawa i, że zabiegi mnie z tego wyciągną...
A ja nie wyobrażam sobie żadnego ustawiania kręgosłupa, wciskania dysku itp.
Poza tym mam mętlik w głowie, jedni każą już coś ćwiczyć, inni mówią, że jeszcze za wcześnie, jedni każą leżeć na twardym a inni mówią, że to bzdura, jedni wysyłają do kręgarza drudzy mówią, że Boże broń i z nimi to akurat się zgadzam.
A ja w tym wszystkim sama, w strachu i bezsilności i decyzję też muszę podjąć sama bo każdy lekarz i każdy rehabilitant mówi mi coś innego i przeważnie zaprzecza temu poprzedniemu...

Kolejna wizyta za tydzień. W tym czasie zabiegi i dodatkowe spotkania z rehabilitantką ale we mnie coraz mniej nadziei a coraz więcej lęku i strachu.

P.S. Miałam też rezonans magnetyczny - koszmar.

piątek, 16 listopada 2012

Świątek, piątek czy niedziela ...

... mnie tam wszystko jedno,każdy mój dzień wygląda teraz tak samo :( Leżę, syczę z bólu przy zmianach pozycji i czekam. Poprawa jednak nie nadchodzi :( Jako osoba z jednej strony bardzo ale to bardzo niecierpliwa naiwnie oczekiwałam jakiejkolwiek, choćby minimalnej poprawy już po 3 dniach, dziś mija dzień czwarty i nic, więc granice mojej cierpliwości zostały mocno przekroczone :( Z drugiej strony jako osoba posiadająca niezwykłe umiejętności dołowania się, zamartwiania oraz czarnowidztwa zdążyłam już sięgnąć czarnej rozpaczy i się w niej pogrążyć. Pozytywne myślenie ? Przykro mi ale w takie dobra luksusowe nie zostałam wyposażona.

Próbowałam się pocieszyć kisielową "Słodką chwilą szczęścia" ale nie podziałało :(


 Albo to zwykły pic na wodę albo na mnie nie działa ;) Obstawiam oczywiście to pierwsze, a raczej doskonale to wiem.

P.S. Młodszy od wczoraj gorączkuje. Dołączył do szpitala domowego. M nie wyrabia na zakrętach w lataniu między pokojami jako mąż, ojciec, lekarz, psycholog, kelner i sprzątaczka w jednym. Jest Bosko...

czwartek, 15 listopada 2012

Kto przynosi prezenty ?

moja rozmowa z Młodszym:
Ja: Wiesz kto przyjdzie po Ciebie jutro do przedszkola?
Młodszy: Wiem, babcia.
Ja: Tak babcia :)
Młodszy: A co przyniesie babcia? Plezenty? Nie, plezenty przynosi Mikołaj. - sam sobie odpowiedział Młodszy ku mojej wielkiej radości ;)
Ja: Tak prezenty przynosi Mikołaj. - potwierdziłam.
Młodszy: A gdzie mieszka Mikołaj?
Ja: Na biegunie.
Młodszy: Na biegunie ? Na biegunie mieszkają pinbiny (pingwiny) a nie Mikołaj mamo :D

środa, 14 listopada 2012

No i skończyło się rumakowanie :/

W niedzielę mój kręgosłup odmówił ze mną współpracy ostatecznie.
Objawiło się to tym, że promieniujący ból do nogi, który czułam wcześniej przez te parę tygodni tym razem był już tak silny, że ledwo dałam radę wstać z łóżka. Jednak wstać trzeba było bo jak to w weekend sama z dziećmi w domu byłam ... do dziś nie wiem jak, chyba jakimiś nadludzkimi siłami, przetrwałam tak całą niedzielę a potem jeszcze poniedziałek w pracy. Wieczorem pojechałam na planowane RTG. W rejestracji powiedziałam jaka jest sytuacja, że dwa tygodnie czekałam na to RTG i, że w tym czasie pogorszyło się tak, że nie jestem w stanie chodzić, bo ból objął mi już całą nogę i, że w takim stanie nie mogę teraz czekać jeszcze na wizytę u ortopedy kolejnego tygodnia tylko żeby może ktoś przyjął mnie jeszcze teraz po RTG. Miałam farta i miejsce u ortopedy się znalazło. Pokuśtykałam na RTG, przeszłam koszmar rozebrania i ubrania się a potem kolejny gdy pani mi oświadczyła, że na zdjęciach nic nie widać bo byłam nie przygotowana do zrobienia zdjęć. Szkoda, że nikt mi wcześniej nie powiedział, że muszę być w jakikolwiek sposób przygotowana, nic mi nie powiedziano ani w rejestracji gdy się zapisywałam ani też nic nie było napisane na skierowaniu, sprawdzałam ten papierek z obu stron, nie było nic. Słabo mi się przez moment zrobiło bo czekałam na to RTG dwa tygodnie i w tej chwili mój stan był już naprawdę nieciekawy a dodatkowo za chwilę miałam mieć przecież wyproszoną wizytę u ortopedy a tu zdjęcia nieczytelne :((( Następna rzecz jaka się okazała to taka, że opisu zdjęć nie robią od ręki tylko opis odbiera się parę dni później wraz ze zdjęciem. A teraz to nawet jakbym chciała ten opis mieć od ręki ze względu na nagłą wizytę to i tak nie ma kto tego zrobić bo lekarza od opisów już nie ma (miałam RTG na 19:00). Drugi raz mi się słabo zrobiło. Ale co tam, skoro na zdjęciu i tak nic nie widać to wzięłam je bez opisu i pokuśtykałam ze łzami w oczach (z bólu i bezsilności) do gabinetu ortopedy. Na szczęście trafiłam na ludzkiego lekarza i na "szczęście" przyczyna bólu była już w takim stadium rozwoju, że i na takim nieczytelnym zdjęciu było wszystko świetnie widać bo obejrzenie tego i diagnoza zajęła lekarzowi nie więcej niż 10 sekund.
Dyskopatia, wysunięty dysk, stan zapalny w ostrej fazie. To mój wyrok, który przykuł mnie do łóżka na dwa tygodnie. Ból był i jest jak najbardziej adekwatny do przyczyny. Jakakolwiek poprawa najwcześniej za parę dni. Pod warunkiem, że będę leżeć ale tak naprawdę leżeć i jak najmniej się ruszać, każde poruszanie pogarsza stan zapalny. Także to, że te ostatnie dwa tygodnie przechodziłam i nie wylądowałam od razu na zwolnieniu doprowadziły do stanu w jakim jestem teraz.
Całą drogę do domu przeryczałam. No bo jak to ? Leżeć ? Cały czas? Niby jak? A dzieci? Przecież to ja większość tygodnia, łącznie z weekendami jestem z nimi sama w domu, to ja odbieram Młodszego z przedszkola... A moja fotografia? Przecież właśnie teraz miałam zaczynać sesje świąteczne, tyle się miało dziać... i wszystko na nic :(((

Ja tymczasem grzecznie leżę i wstaję tylko wtedy kiedy naprawdę muszę bo przy każdym ruchu ból jest taki, że człowiek marzy tylko o tym żeby nie musieć się ruszać, biorę leki przeciwzapalne (jeszcze mocniejsze niż ostatnio bo tamte już nie pomagały), zwiotczające i osłonowe i czekam na poprawę, która na razie nie przychodzi.
Ten tydzień z opieką nade mną i dziećmi jakoś mamy ustawiony, co będzie w następnym zobaczymy ...

Poniżej dzieło Starszego, namalowane na płótnie dla babci z okazji urodzin, babcia jest miłośniczką herbaty ;) Oczywiście malowane na prędce przed samym przyjazdem jubilatki w dodatku pożyczonymi farbami, po które z wywalonym jęzorem kuśtykałam przez pół wsi w niedzielę gdy jeszcze mogłam kuśtykać a okazało się, że nasze farby są nie w naszej szafce (gdzie się ich spodziewałam) tylko w teczce w szkole  $%%%&^*&#%#$%$%^%^& trzeba było wtedy zobaczyć moją minę ;)

piątek, 9 listopada 2012

Zaległości

Ciągle brakuje czasu na opisanie wszystkiego tego co bym chciała opisać :(
Teraz na prędce wrzucam kilka faktów z dni ostatnich:
W przedszkolu odbył się halloweenowy bal przebierańców. Przypadkiem udało się nam kupić kostium tematycznie zgodny z zainteresowaniami Młodszego. Bardziej idealny byłby jakiś lew, tygrys albo żyrafa ale dinozaur, który nam się trafił też był całkiem całkiem bo niedawno jeszcze Młodszy latał po domu z podniesionymi rączkami, wydając przy tym dziwne odgłosy i pokrzykiwał, że jest "dinozalem" :)
Reakcja Młodszego na widok kostiumu była odmienna od tej, której się spodziewałam, zachwytów nie było. A na wieść o tym, że ma się przebrać to już w ogóle był stanowczy protest. On się za nic nie będzie przebierał. Nie i już.
Nie przejęłam się tym, zdałam się na doświadczenie pań przedszkolanek, wiedziałam, że za ich namową Młodszy stanie się "dinozalem". Nie myliłam się. Bal ponoć się udał co wiem oczywiście tylko z opowiadań a po balu w domu udało mi się Młodszego jeszcze raz namówić na przebranie i tym razem już na dłużej tak, że zdołałam pstryknąć kilka jakichś tam fotek na pamiątkę. Poniżej mój zbuntowany dinozaur :)

 P.S. A może to smok ???

Następnym faktem jest to, że nasz długowłosy Młodszy nie jest już długowłosy. Parę dni temu M obciął jego piękne włoski podczas gigantycznej histerii i jęków bo Młodszy boi się maszynki :/// Poniżej ostatnie zdjęcia z długimi włoskami ...


A poniżej nasza szczerbata dynia :D


Wiem, wiem, już dawno po fakcie ale co tam, lepiej późno niż wcale. Dynia była i czekała, Starszy bardzo chciał mieć taką swoją więc jak wczoraj nadarzyła się wolniejsza chwila to się wzięłam za robotę. I wiecie co, okazało się, że to wcale nie jest takie łatwe albo moja dynia była jakaś gruboskórna. Tak czy inaczej strasznie się namachałam ale wycięłam :) Co prawda ciachnęłam jej niechcący jednego zęba ale może odrośnie ;)

Co jeszcze? Kupiliśmy chłopakom super buty na zimę z rzutu promocyjnego w Lidlu. Młodszy niezmiennie rozmiar 22 :) a starszy 29 bo 28 nie było ;) Ale chyba dorósł w końcu do 29 bo mówi, że dobre.


Nasze zdrowie ciągle niedomaga a najbardziej moje. Kręgosłup mocno promieniuje mi do nogi ale jeszcze jakoś chodzę. 12-go mam RTG, 19-go wizyta, zobaczymy... Póki co trochę tylko zwolniłam ale sesje umówione dużo wcześniej odbyć się muszą.
Z jednej z nich jedno zdjęcie jako zapowiedź trafiło wczoraj na mojego fotobloga, zainteresowanych zapraszam do obejrzenia tutaj, dziś lub jutro kolejna część.

piątek, 19 października 2012

Jadę!

Jadę, jadę, od 30 minut siedzę w autokarze :) Co za czasy, internet w podróży, wow ;)
A teraz czeka mnie upojne 5 godzin ciszy i świętego spokoju, kolejne wow ;) Kiedy ja ostatni raz miałam taki komfort ? Hmmmm, 3 lata temu ? Może. A może i jeszcze dawniej. Także te 5 godzin nie stanowi dla mnie żadnego problemu, doskonale wiem jak je wykorzystać. W końcu posłucham sobie mojej ukochanej muzyki, której nie mam kiedy słuchać bo w domu ciągle leci Mini Mini na zmianę z Disney XD. I może uda mi się przeczytać pewien miesięcznik fotograficzny, który kupiłam w czerwcu i do dziś nie miałam czasu przeczytać i jeszcze jedna książka o technikach fotografii czeka w torbie jakby co ;) ale do niej to pewnie już nie dojdę bo jak znam siebie to zasnę już w trakcie tej gazety.
Nie wiem tylko jak mój kręgosłup zniesie tę pozycję przez 5 godzin bo już mnie boli :/

 P.s. Aparatu postanowiłam jednak nie brać, wzięłam za to telefon służbowy, nie wiem po jakiego czorta bo przychodzą mi na niego wszystkie maile i mi pika co parę minut a ja to czytam zamiast olać :/ Także bez aparatu czuję się jak bez ręki a z tym telefonem jak ze zbędnym bagażem :/

czwartek, 18 października 2012

Stacja Chill Out

To już za chwilę, no dobra, za parę godzin.
Rzucam wszystko, tak jak jest, niedokończone, niezałatwione, rozgrzebane.
Rzucam i jadę.
Po parę oddechów bezstresowym, świeżym (bo innym) powietrzem, z dala od domu, z dala od problemów. A co, należy mi się! Bo kryzys dość mocno zawitał w me progi i wszystko nabrało ciemno-szarych barw, a mimo, że tak bardzo kocham świat w black&white to tym razem jest co nieco za bardzo black :/
I z całą pewnością nie jest to żadna tam depresja jesienna ... przecież jesień tak pięknie koloruje ...
Pojadę po parę chwil ciszy i świętego spokoju ;) po parę chwil tylko dla siebie i z kimś kogo nie widziałam już wieki a kto jest mi bardzo bliski i kogo bardzo w chwili obecnej potrzebuję. Ja też temu komuś potrzebna jestem ...
Nasza przyjaźń (naprawdę wyjątkowa) z pewnych powodów została mocno zaniedbana i czas najwyższy to naprawić, może się uda a przy okazji spędzimy miło (jak to zwykle bywało) czas... z dala od problemów, razem, jak za starych czasów :)
Także jeszcze tylko parę godzin do wyjazdu, potem parę godzin na dojazd do celu i będę na mojej stacji Chill Out :) Ale to dopiero za parę godzin a póki co, mam chill out w poniższej wersji ;)


P.S. Miałam nie brać aparatu... żeby oderwać się już tak totalnie od mojej codzienności. Ale czy to aby na pewno dobry pomysł? Czy wytrzymam, czy nie będę żałować ? Przecież tak to kocham ...

poniedziałek, 15 października 2012

Refleksyjnie...

Miało być o tym czemu nie piszę, o tym jak nie mam w ogóle na to czasu...
Bo dzieci chorują, raz jedno raz drugie albo razem. Ja pracuję już prawie na 3 etaty: w czasie dnia jako szary pracownik, popołudniami jako mama a gdzieś po nocy jako kobieta starająca się zrealizować zawodowo w swojej pasji... powoli dopinam wszystko na ostatni guzik ale ciągle coś niedokończone, niezałatwione, a jak jedną rzecz odhaczę  z listy to już dwie nowe dochodzą. I ciągle mówię sobie, że jeszcze tylko ten tydzień a potem już się uspokoi, potem odsapnę, zwolnię tempo i zacznę żyć i delektować się tym życiem.

Niestety, te tygodnie mijają a spraw coraz więcej. Cały czas pędzę i wiem, że nie tylko ja.
A gdy my tak pędzimy inni nagle umierają, zostawiają za sobą swoje życia, takie niedokończone i nic już nie ma znaczenia ...
Skąd takie myśli? Nie, nie, wcale nie przypadkiem. Wczoraj zmarła bliska koleżanka z pracy mojego M. I dowiedzieliśmy się o tym w tak banalnej sytuacji, chwilę potem gdy wyszliśmy z kina z komedii. To miało być takie oderwanie się, miłe, relaksujące wyjście, które zdarza nam się średnio raz na dwa lata ... Ona, młoda, mądra, piękna kobieta i choć w żaden sposób nie była mi bliska smutek udzielił się i mnie. Obejrzałam zdjęcia, trochę poczytałam o Niej, wczoraj słuchałam wspomnień M, dziś łzy same płynęły ...

Zatrzymałam się na chwilę.
Wyszłam z dziećmi do ogrodu, ciepłe jesienne słońce, kolory, piękna złota jesień, żal umierać...

A jutro wszystko znów zacznie pędzić, szkoda :(((

Od drugiej minuty, ciarki mi przechodzą ...

niedziela, 7 października 2012

3 świeczki


Wczoraj Młodszy skończył 3 latka :)

Było wszystko tak jak miało być i tort ze zwierzątkiem i wyjście do rodzinnego parku rozrywki gdzie główną atrakcją były/są oczywiście "zezątka" i przejażdżka na kucyku (wow!!!) i skakanie po figurach zwierząt w tym dinozaurów, i bieganie po gigantycznych placach zabaw, zjeżdżalnie, drabinki i inne cuda. Wszystko aby na buzi jubilata gościł uśmiech :) I gościł :) I było pięknie :)

Tylko niech mi nikt nie pisze jaki to już duuuuży chłopak ;) Wcale nie duży, dla mnie nadal maleńki, mój mały, kochany syneczek, co wczoraj obchodził "ulodziny" :) Kocham ...



piątek, 21 września 2012

No i skończyło się przedszkolowanie :/

W nocy Młodszy zamienił się w mały piecyk. Rano sytuacja się nie zmieniła, termometr pokazał 38 stopni. Tak skończyło się właśnie trzy tygodniowe chodzenie do przedszkola z katarem :/
Starszy też pod znakiem zapytania bo rano narzekał coś na brzuch. Do szkoły poszedł. Co będzie dalej zobaczymy.
A jutro mieliśmy iść na rekonstrukcję bitwy. Rok temu byłam przez 15 minut i spektakl był niesamowity. Musiałam niestety uciekać bo Młodszy wystraszył się hałasu wybuchów i samolotu latającego nad samymi głowami. W tym roku chciałam koniecznie być na całej uroczystości :/

poniedziałek, 17 września 2012

Franklin

Młodszy od wczoraj jest pod urokiem Franklina (dla niezorientowanych to bajka o żółwiku). W związku z tym wszyscy jesteśmy żółwiami, mama jest żółwik, tata jest żółwik, starszy brat jest żółwik a Młodszy jest oczywiście żółwikiem Franklinem i ma skorupę! No bo jak to tak żółw bez skorupy? ;) Opowieściami o naszej żółwiej rodzinie tak go dziś zagadałam przy wejściu do przedszkola, że nawet nie zauważył jak znalazł się w swoje sali a ja zniknęłam :)

Poprzednie dwa tygodnie Młodszy chodził do przedszkola na tzw. pół etatu, tzn. był zabierany po obiedzie, ok 13:00. Dziś pierwszy raz zostanie na cały dzień i będzie leżakował. Mówiłam mu o tym rano z czego był bardzo zadowolony, mam nadzieję, że mu tak zostanie.

***

Urywek rozmowy sprzed paru dni:
Starszy: Mamo, patrz tam są poduchy.
Młodszy: Duchy? Mogę zobacyć ?

czwartek, 13 września 2012

Coś dla mnie :)


Zdjęcie pochodzi z tego oto bloga (otrzymałam zgodę na publikację zdjęcia u siebie), na którym można obejrzeć jeszcze wiele innych pięknych słodkości (polecam!) ale ja już swój ideał znalazłam :) Wypisz wymaluj tort dla mnie, nic dodać nic ująć :) Tylko do urodzin jeszcze daleko ;)

wtorek, 11 września 2012

On chce do maluszków!

W piątek pojawił się pierwszy problem w zostawieniu Młodszego w przedszkolu. I wcale nie chodziło o jego rozstanie ze mną tylko o salę. Bo Młodszy przez 5 dni przedszkolowania zdążył już znudzić się swoją salą i zainteresować innymi. A, że przedszkole nasze nie jest jakimś wielkim molochem tylko zwykłym domem to on czuje się jak w domu i nie rozumie czemu nie może chodzić po całym domu i odwiedzać innych sal, dla niego to przecież zwykłe pokoje.
Panie w przedszkolu stwierdziły, że to żaden problem żeby zobaczył co jest w innych salach i tym sposobem bezproblemowo wyszłam  w piątek z przedszkola do pracy.
Sytuacja powtórzyła się jednak i wczoraj i dzisiaj, czego się niestety obawiałam :/ No bo skoro raz panie pozwoliły chodzić po innych salach to on przyjął do wiadomości, że można i tyle. Zarówno wczoraj jak i dzisiaj przed drzwiami do naszej sali był krzyk, że on che do maluszków :/ Wczoraj pani z nim poszła a dziś próbowałam go przekonać, żeby jednak wszedł do swojej sali ale skończyło się płaczem :/ Pani dyrektor powiedziała, że nie ma problemu i, że może iść. Poleciał nawet się na mnie nie oglądając.
I niby powinnam się cieszyć, że mamy tylko taki problem z zostawianiu go w przedszkolu ale ja się trochę martwię jak to potem jest z wyprowadzaniem go z tej innej sali i powrotem do jego. Panie mówią, że na razie nie było problemu. No właśnie, na razie ...

niedziela, 9 września 2012

Kto je sałatę?

Dziś do zakatarzonego Młodszego dołączył zakatarzony Starszy.
Nie wiem czy złapał od Młodszego, czy przytargał katar ze szkoły czy może sama mu go zafundowałam wczorajszą przejażdżką rowerową przy tej zdradliwej pogodzie (raz słońce i upał a raz zimny wiatr), nie wiem.
Ale jechać wczoraj trzeba było bo nie byłam w stanie wymyślić nic ciekawszego niż krótka wycieczka rowerowa do ciastkarni na babeczkę z budyniem. Przy okazji przejrzeliśmy katalog z tortami w poszukiwaniu tortu dla Młodszego bo urodziny powoli się zbliżają. Motyw oczywiście nie żaden inny tylko ze zwierzątkiem. Myślałam, że będzie jeden lub dwa a tu się okazało, że opcji jest mnóstwo i teraz nie wiem, który wybrać, wszystkie są piękne :)

***

Moja rozmowa z Młodszym przy kanapce:
Młodszy: Co masz?
Ja: Kanapkę z szynką i sałatą.
Młodszy: Sałatą ? Bleeeee, to jedzą klóliki.
:D

piątek, 7 września 2012

Jest przedszkole jest i katar :/

Myślałam, że przebywania w otoczeniu miliona zarazków równo od 3 doby życia uchroni Młodszego przed chorowaniem przedszkolnym. Myliłam się. Katar jest już od wczoraj. Oczywiście nie nazywam kataru chorowaniem ale z doświadczenia wiem, że z głupiego katarku różne rzeczy mogą wyjść ale żeby nie wywoływać wilka z lasu nie będę tu teraz tego wymieniać. Tak czy inaczej walczymy z katarem ale wiadomo, że jest to walka z wiatrakami :/
Będziemy mieć zakatarzony weekend.

czwartek, 6 września 2012

No to jak to w tym "pseckolu" jest ?

Pytam się dziś rano Młodszego:
- Gdzie dziś pojedziemy ?
Oczywiście miałam nadzieję usłyszeć pełną radości odpowiedź, że do "pseckola".
Młodszy jednak pomyślał o zupełnie innym miejscu:
- "Do kuly (kury) ???
- Nie kochanie, nie pojedziemy dziś do kury (koło nas jest gospodarstwo gdzie są kury i jak jedziemy na spacer to zawsze je odwiedzamy). No, powiedz gdzie pojedziemy?
- "Do pseckola nieeeeeeee" - powiedział ku mojemu przerażeniu Młodszy, głosem spokojnym acz stanowczym.
- A dlaczego nie chcesz jechać do przedszkola ??? zapytałam zdziwiona ...
- "Bo w pseckolu jest niechajnie (niefajnie)" :(

yyyyyyyyyy :////// ?????

Na pytanie czemu jest niefajnie konkretnej odpowiedzi już nie uzyskałam, więc żeby niepotrzebnie nie drążyć i nie rozkręcać tematu, odwróciłam uwagę Młodszego od przedszkola i zajęłam się szykowaniem nas do wyjścia.
Z duszą na ramieniu jechałam całą drogę bo nie wiedziała co czeka mnie gdy przekroczymy furtkę przedszkola. Odbyło się jednak bez scen, Młodszy chciał bawić się na przedszkolnym placu zabaw a potem spokojnie wszedł do budynku, zaprowadził mnie do szatni, przebrał się i pobiegł do salki, uffff...
Hmmm, mimo wszystko smutno mi dziś jakoś było ... myślę, o tym, że powiedział, że jest "niechajnie" poza tym wczoraj po południu spytałam go czy płakał w przedszkolu a on odpowiedział, że tak :( a jak spytałam czemu, to ze łzami w oczach i płaczem w głosie wydukał: "chcę do mamy", tak jakby odtworzył to co mówił pani a ja zapomniałam dziś o to spytać :/ Teraz myślę o tym cały czas...

środa, 5 września 2012

295 dni

Spełniły się moje przewidywania, że Młodszy pójdzie do przedszkola bezproblemowo. Od dawna już było widać, że nasze dziecko bardzo ale to BARDZO potrzebuje pójść do dzieci i takiego miejsca jak przedszkole.
Pierwsze spotkanie z przedszkolem było w dniu kiedy M poszedł zapisać tam Młodszego. Młodszy wpadł do dzieci i zabawek i nic go już więcej nie obchodziło, nawet nie zwrócił uwagi gdzie jest tata. Sytuacja powtórzyła się znowu gdy Młodszy poszedł do przedszkola kolejny raz z M na parę minut. Od tamtego czasu minęło pare miesięcy a Młodszy często wspominał te wizyty w przedszkolu i zawsze z dużą ekscytacją w głosie. Pytany czy będzie chciał iść do przedszkola odpowiadał głośno i przeciągle: "Taaaaak", z uśmiechem od ucha do ucha.
Dzień pierwszy odbył się tak jak te wcześniejsze krótkie wizyty. Weszłam za Młodszym do salki, Młodszy pobiegł do zabawek, od razu wypatrzył skrzynkę z figurkami swoich ukochanych zwierzątek (on ma na nie chyba jakiś wewnętrzny radar) i już go nie było. To mnie ciężko było wyjść i go tam zostawić!
Dzień drugi wyglądał podobnie.
Dzień trzeci, czyli dziś, również.
Z tą tylko małą różnicą, że dziś natrafiłam na naszą Panią wychowawcznię, więc chciałam skorzystać i podpytać się o kilka rzeczy co zajęło mi ok 20 minut, po których to Młodszy nagle jakby sobie o mnie przypomniał, zauważył mnie, że jestem, pobiegł do mnie i już nie chciał odejść :/ Kucnęłam przy nim, przytuliłam, a on położył główkę na moich kolanach i tak stał wtulony. Nic nie mówił, nie płakał, tylko tak stał. To był chyba pierwszy mały kryzys i ten moment, że jeszcze chwila i byłby płacz obustronny więc "odesłałam" go do zwierzątek i szybko się ulotniłam, z duszą na ramieniu :/
Mam tylko nadzieję, że po moim wyjściu było ok.
Z rozmowy z "naszą" panią dowiedziałam się, że Młodszy ogólnie bardzo dobrze sobie radzi, wszystko zjada, prawie sam, choć w domu jest karmiony, słucha się pani i jako pierwszy leci gdy pani woła żeby się ustawić czy gdzieś podejść, no w szoku jestem ;) z toaletą też do tej pory problemu nie było.
Ogólnie mogę powiedzieć, że póki co jest CHYBA dobrze ... ale to wcale nie znaczy, że siedzę sobie spokojna i zadowolona. Nic z tych rzeczy. Nerwa mam cały czas. Bo kto wie co przyniesie kolejna godzina, kolejny dzień, tydzień? Nie byłabym sobą gdybym się nie denerwowała, poza tym taki dobry start dla mnie jeszcze niczego nie wróży, jak to się mówi, jedna jaskółka wiosny nie czyni, to dopiero 3-ci dzień. Pożyjemy, zobaczymy, co przyniosą następne dni ale staram się być dobrej myśli, wierzę w mojego Skrzacika ;)
Starszy Skrzacik to już weteran i z jego pójściem do szkoły jedyny stres jaki był to brak tych książek ale zdążyliśmy, kupiliśmy i nasz syn z kompletną wyprawką poszedł wczoraj na pierwsze zajęcia. Przez pierwsze dwa tygodnie mamy troche chory plan lekcji jeżeli chodzi o godziny zajęć bo mamy 3 razy na popołudnie: 12:45 - 16:15 :/ i tylko dwa razy na rano z czego raz na 7:05 co znowu uważam za lekką przesadę tym bardziej, że zajęcia tego dnia przewidziane są na zaledwie 4 godziny lekcyjne z czego dwie to basen a, że na razie basenu nie ma to wychodzą tylko dwie godziny czyli dzieciak jedzie na 7 a o 8:45 jest już po zajęciach i co z nim potem zrobić? Bo do tego wszystkiego świetlica też jeszcze na razie nie działa :/
Dwa tygodnie szybko zlecą a potem ma być już codziennie na rano i będzie już i basen i świtlica. Tylko Starszy nie bardzo wcale zadowolo, że codziennie na rano bo po pierwsze nie lubi rano wstawać a po drugie lubi siedzieć długo wieczorem a nawet po nocy (po mamusi).
No cóż, będzie się musiał przestawić.

A wakacje już za 295 dni...

poniedziałek, 3 września 2012

Przedszkole - dzień pierwszy.

Pojechałam i zostawiłam, mojego małego kurczaka w przedszkolu, pierwszy raz.
Chciałam napisać coś więcej ale ze stresu mam taki mętlik w głowie, że myśli zebrać nie mogę i zdania mi się nie kleją. Może potem, jak ochłonę ...
Poza tym na 11:00 mamy rozpoczęcie u Starszego i muszę zacząć go szykować a jesteśmy w proszku.

niedziela, 2 września 2012

Po zakupach.

Pojechaliśmy wczoraj po wyprawkę.
Kupiliśmy. Prawie wszystko. Niestety to prawie ma tu dość ważne znaczenie bo jest nim komplet książek do szkoły dla Starszego.
Mamy dwa dni na ich zakup. Mamy kłopot :///

Starszy nie chciał ani nowego plecaka ani piórnika, dziwne mi się to wydało bo ja jako dziecko pamiętam, że uwielbiałam kupowanie nowej wyprawki do szkoły i stanowiła ona swojego rodzaju uprzyjemnienie tego nieprzyjemnego czasu jakim był koniec wakacji. A Starszy generalnie nie chciał w ogóle nic zaczynając od niechęci jechania na zakupy. Prawdziwy mężczyzna ;) A niepotrzebowanie niczego ma chyba po tatusiu.
Rodzice jednak na zakupy wzięli, pokazali co nieco przeróżnego stafu na półkach i Starszy łaskawie wyraził zainteresowanie plecakiem i piórnikiem z jednym z bohaterów ze swojej ukochanej bajki. Kupiliśmy. Do tego inne klamoty typu: dodatkowe kredki, blok rysunkowy, papiery kolorowe i obowiązkowo długopis zmywalny, który był przedmiotem pożądanym już od dawna. Zabrakło nam tylko tych nieszczęsnych książek :( Aha i jeszcze stroju na WF nie mamy :(

Młodszy został zaopatrzony w piękne kapciuszki do przedszkola, ze swoim ulubionym motywem czyli ze zwierzątkiem :) Kapciuszki rozmiar tylko 22, stoją dumnie na komodzie i czekają na swoją jutrzejszą podróż do przedszkola a Młodszy od wczoraj namiętnie nosi nowe kapcie Starszego, rozmiar 29. Mówiąc przy tym, że są za duże a on za mały. Uroczo.

***

Starszy pyta dziś rano:
-Mamo, mogę pograć w Angry Birdsy?
-Możesz.
-"Ja tez poglam w engly bildsy, na telehonie".
Powiedział Młodszy, wziął moją komórkę, odwrócił ją w poziom, usiadł na dywanie i udawał, że gra.

Wszystko co robi starszy brat i on musi robić. Uwielbiam :)

A jutro? Jutro jakoś będzie... Byle nie padało bo do przedszkola jedziemy na rowerze.

piątek, 31 sierpnia 2012

W dzikim pędzie ...

... śpię, jem, myślę, pracuję, kocham, żyję ...
... tak się nie da, przynajmniej ja już nie mogę :/
a to dopiero początek nowej drogi, którą idę, przepraszam, PĘDZĘ.
Do tego początek roku szkolnego, JUŻ !!!
Książki niekupione, wyprawka również, może zdążymy w weekend.
Ale szkoła to pikuś, Młodszy zaczyna w tym roku przedszkole !!!
Dla niego wyprawki też nie mamy, ale to też żaden stres bo pewnie też jeszcze zdążymy coś kupić.
Gorzej ze świadomością, że już za dwa dni zostawię go tam samego, w nowym miejscu, z obcymi ludźmi, z dala ode mnie, od domu ...

stres

stres

stres

wtorek, 14 sierpnia 2012

1000 km naziemnej podróży

Wróciliśmy do domu z szaleńczej podróży, ponad 1000km w jeden tydzień, z dwójką dzieci na pokładzie, z czego jedno przechodzące bunt dwulatka w wieku prawie 3 lat ;) Jesteśmy wykończeni ale zadowoleni :)
A teraz czas na odpoczynek. W zaciszu domowym :) Chyba się starzeję bo po tym tygodniu bardzo zatęskniłam za domem i bardzo cieszę się, że mogę już spać we własnym łóżku, myć się we własnej wannie i wyjmować rzeczy z szafy a nie z torby :)

czwartek, 26 lipca 2012

Słodko i toksycznie.

Od męża dostałam kwiaty i przepyszną lazanię ze szpinakiem, mniam :)
Tata przywiózł coś słodkiego + jeszcze cosik :)
Szef kupił z mojej okazji wypasioną tartę z budyniem, jagodami i malinami. Też mniam i szok przy okazji ;)
Znów wyjechany starszy dzieć zadzwonił rano z życzeniami i ponoć sam pamiętał :)
Rysiek przytargał w prezencie kolejne zwierze, tym razem mysz polną, biedna mysz :/
Moja ćma hodowlana, w którą przestałam już wierzyć, że się kiedykolwiek wykluje zrobiła to dokładnie dziś, chyba specjalnie dla mnie ;)
Telefon dzwonił i piszczał, więc nawet parę osób pamiętało.
I wszystko pięknie i ślicznie gdyby nie to, że jest ktoś kto skutecznie zatruwa mi życie i odbiera wszelkie chwile radości. A ja jako artystyczna dusza, nadwrażliwiec i miękka istotka bardzo ciężko to znoszę :/  Parę minut temu los przyszedł mi z pomocą i zaprowadził mnie na pewien blog, gdzie trafiłam na taką książkę:

 Może powinnam ją kupić?


UPDATE, Sierpień 2012
Wstawiłam zdjęcia ćmy na mojego fotobloga, jak ktoś ciekaw to zapraszam :)

piątek, 20 lipca 2012

Dalej bez netu ...

Internetu nadal brak, szlag. Wyjaśnienie? Tepsa przegapiła wpłatę i zamiast sobie sprawdzić wyciąg i szbciutko nadrobić swój błąd to kazali zapłacić jeszcze raz (o zgrozo!, że niby to przyspieszy ponowne podłączenie netu) a potem dochodzić sobie swojej nadpłaty. Naiwny ten kto zapłacił czyli my. Wpłaty mają dwie a my netu w ogóle, dziś 3 dzień. $%*^%&*^*$

Z innej beczki.
Chłopaki wyjechani, w sensie tata + starsza latorośl. Nad morze, nasze, polskie. Pogoda ich nie rozpieszczała ale do wczoraj nie było aż tak źle. Dziś wracają. I dobrze bo tęsknimy. A młodsza latorośl przy każdym odgłosie samochodu zza okna, krzyczy: "przyjechali" ? I tak od dnia kiedy chłopaki wyjechali.

***

Wczorajsza rozmowa z młodszym:

A: Jestem pimbinem (pingwinem)
Ja: Jesteś pingwinem? A zaraz idziemy się kąpać.
A: Pimbin nie idzie.
:)

czwartek, 19 lipca 2012

Brak netu = sen

Od wczoraj nie mam netu, moje fotoblogi stoją: zaplanowane notki nie dodane, komentarze nie odpisane. Za to ja, pierwszy raz od nie wiem jak dawna, poszłam spać jak człowiek czyli po 22:00. Może nawet się w związku z tym wyspałam? Także dziękuję Ci Tepso droga, że mogłam zaliczyć trochę snu ;)
Mam jednak nadzieję, że dziś droga Tepso pozwolisz mi trochę popracować bo zaległości mi się robią :/

środa, 18 lipca 2012

Co to za piosenka?

"Mamusiu, włącz mi piesenkę jak dzieci śpiewają o zylafce!"

No i bądź tu mądry. Drugi dzień zastanawiam się o jaką piosenkę chodzi, on drugi dzień prosi a ja nadal nie wiem :/

poniedziałek, 11 czerwca 2012

8 lat ...

... temu, o tej porze, leżałam na łóżku szpitalnym i tuliłam do siebie malutkie zawiniątko. Trochę ponad godzinę wcześniej, o 22:30 urodził się mój Jot.
8 lat ? Kiedy to zleciało, wydaje się niemożliwe...

Pierwszy rok życia dziecka mija bardzo szybko ale kolejne lata lecą jeszcze szybciej...

czwartek, 17 maja 2012

Podaruj sobie odrobinę luksusu :/

Po pierwszym szoku jaki nastąpił po informacji o nieprzyjęciu nas do państwowego przedszkola przyszedł czas na mobilizację i szukanie miejsca dla mojej pociechy.

Research w sieci zrobił mój mąż, ja przeprowadziłam konsultację ze znajomą mamą, która prowadzi w mojej okolicy prywatny żłobek a sama jest mamą dziecka rocznik 2009, które to również nie zostało przyjęte do naszego państwowego przedszkola.
Decyzja zapadła szybciej niż się spodziewałam bo już od wczoraj przedszkole mamy w zasadzie wybrane.

M poszedł z Młodszym na "wizytację" i wyniósł z owego miejsca na tyle pozytywne odczucia, że jesteśmy gotowi oddać tam nasz mały cud ;) W decyzji tej duże znaczenie miała też reakcja Młodszego, który zakochał się przedszkolu od samego wejścia i o wizycie opowiadał z przejęciem przez całą resztę dnia, aż mi łzy wzruszenia w oczach się pojawiły...

Przedszkole, jest kameralne, mieści się w domu, więc od razu odczuwalna jest inna, bardziej domowa atmosfera, grupki dzieci małe, więc panie będą mogły poświęcić więcej uwagi każdemu z dzieci niż w państwowej placówce gdzie w grupach jest po dwa razy tyle dzieci co tu. To samo tyczy się pomocy w jedzeniu czy ubieraniu. Jestem o wiele bardziej spokojna niż byłam te parę lat temu gdy oddawałam Jot i zamartwiałam się czy w tej wielkiej grupie zagubionych trzylatków (wśród których ja sama czułam się wtedy zagubiona) w ogóle ktoś zwróci uwagę na to, że moje dziecie płacze czy na to, że się oblało zupą bo nie umie jeszcze jeść płynnych posiłków sam. Teraz mam w sobie więcej spokoju i pewności, że w takiej małej placówce i mniejszej grupce moje dziecko będzie miało właściwą opiekę.

Także wszystko to oczywiście przemawia na plus za przedszkolem prywatnym tyle, że nie ma nic za darmo a za luksus się płaci :/ i teraz pozostaje pytanie KTO za to zapłaci ...

niedziela, 6 maja 2012

Nie dla nas dwa kółka ?

Pojechaliśmy wczoraj kupić rowerek biegowy. Na zrealizowanie tego planu czekałam od minionej jesieni, to miał być taki super zakup, taka frajda dla mojego Adasia. Skończyło się oględzinami deskorolek dla Jot i powrotem do domu bez rowerka bo Adaś za żadne skarby nie chciał na nim nawet usiąść! A jak już usiadł to od razu z krzykiem chciał schodzić, płakał i mówił: "nie, dziękuję". No to co miałam go zmuszać ? Kupić to cudo za 170 zł żeby się potem stresować, doprowadzać dziecko do płaczu a siebie do szewskiej pasji jak nie będzie chciał na tym jeździć? W końcu nasze spacery to ma być przyjemność a nie tortura.
Za to na zwykły rowerek dwukołowy (14 cali) z bocznymi kółkami wsiadał z ogromnym zapałem, i próbował jechać, tylko co z tego jak nie umiał pedałować...
Na trójkołowca, którego mamy jeszcze po Jot, wsiada z chęcią i jeździ jak na biegowym odpychając się nogami, więc myślałam, że laufrad będzie spełnieniem jego marzeń, okazało się inaczej :(

piątek, 4 maja 2012

34-ta świeczka

Tak to dziś. I znowu telefon piszczał co parę minut przez pół dnia, na FB pojawiło się naście postów na mojej tablicy. I co z tego ? Jak ja bym chciała żeby Ci ludzi pamiętali o tym szczerze i z serca a nie tylko dlatego, że FB im o tym przypomina, że już nie wspomnę o tych co się nie odezwali mimo przypomnień FB.
Oczywiście nie twierdzę, że wszyscy ci co dziś się odezwali nie pamiętają o moich urodzinach ale tych co pamiętają można policzyć na palcach jednej ręki i co gorsza nie zalicza się do nich moja przyjaciółka, której co roku odpowiednia notatka w kalendarzu musi o tym wydarzeniu przypominać... Ech, może ja zbyt wiele wymagam, może powinnam się cieszyć, że w ogóle ktoś się do mnie w tym dniu odezwał i, że nie była to jedna jedyna osoba z najbliższego otoczenia ...

Podsumowania kolejnego minionego roku nie będzie, foto świeczki na torcie również nie będzie bo ani tortu ani świeczki nie było, ot, taki sobie zwykły dzień, tylko ja wewnętrznie czułam, że inny, MÓJ ...

Plany i postanowienia na kolejny rok życia?
TAK, mam jedno postanowienie: zacząć w końcu robić to co kocham.
Plan? Jakiś tam jest i zamierzam go zrealizować.

P.S. Nie dostaliśmy się do przedszkola.

piątek, 13 kwietnia 2012

Home sweet home :)

Jihlawa to przepiękne miasto, te uliczki, domy, kamieniczki, naprawdę cudowne, zakochałam się. Zrobiłam oczywiście setki zdjęć. W pracy z koleżanką odwaliłyśmy kawał dobrej roboty (po 10 godzin dziennie), poza tym poznałam bardzo fajnych ludzi i mocno trenowałam angielski całymi dniami a czasem nawet czeski ;) Zjadłam kilka pysznych kolacji w ciekawych miejscach i oczywiście zaliczyłam zakupy na lotnisku. Poza tym mogłam znów polecieć samolotem co zawsze jest dla mnie mega przeżyciem bo choć się boję to uwielbiam latać i kocham samoloty :)
Ale dziś wróciłam już do domu i jestem bardzo szczęśliwa bo wszystko było fajne, praca, ludzie, kolacyjki i wieczorne spacery po mieście ale bez moich Skarbów czułam się tam samotnie i tęskniłam za nimi okrutnie. Poza tym, jak wiadomo, wszędzie dobrze ale w domu najlepiej.Kilka fotek z przelotu wrzuciłam na mojego floga a fotki z Jihlavy pojawią się niedługo na moim bloxie :)

P.S. Niestety po powrocie okazało się, że na drugi dzień po moim wylocie Jot dostał zapalenia ucha i obecnie jest na antybiotyku. Młodszy za to kaszle jak wściekły aż się dusi i katar z nosa nadal się leje. Także jak wyjeżdżałam to stan był taki, że na antybiotyku był Młodszy a Jot zdrowiał bez antybiotyku. Po moim powrocie stan jest taki, że na antybiotyku jest Jot a Młodszy mimo, że antybiotyk skończył wcale nie ozdrowiał :( załamałam się bo nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy i nie wiem już jak leczyć te dzieci :(

piątek, 6 kwietnia 2012

Warsztaty jajcarskie.

Choroba trzyma, ale o tym potem.
Jajka trzeba było pomalować co też żeśmy wspólnymi siłami uczynili, kichając i kaszląc przy tym niemiłosiernie.

Młodszego malowanki trudno było nazwać świadomym malowaniem jajek choć zabrał się do zadania bardzo profesjonalnie...

...efekt końcowy przypominał pisankę wymalowaną chińskim alfabetem :) no i co, mnie się podoba :)



P.S. Chorujemy 5 dzień, poprawa raz przychodzi to znów odchodzi :/ Ja i Młodszy jesteśmy na antybiotyku od wtorku więc z całą pewnością powinno być już lepiej a nie jest. U Młodszego utrzymuje się lekki stan podgorączkowy choć były momenty, że już go nie było, mnie temperatura ogólnie skacze i łeb boli jak nie wiem co :/ A ogólnie wszyscy jak kasłaliśmy tak kaszlemy i katar jaki był taki jest. Czy w ogóle w końcu nastąpi poprawa? Nie wiem nawet czy pójdziemy jutro ze święconką ...
Poza tym okna mam nieumyte, firanki niepoprane i ogólny syf w domu bo wszystkie te porządki przewidziane miałam na ten tydzień. Nie przewidziałam jedynie choroby :/

Wszystkiego najlepszego z okazji Świąt, rodzinnych, spokojnych i zdrowych...


czwartek, 5 kwietnia 2012

Wiosna nas załatwiła :/

Chorujemy. WSZYSCY.
Poszło lawinowo, najpierw Jot, potem A., zaraz po nim ja i na końcu M.
Ja i A. jesteśmy już na antybiotyku, Jot jeszcze bez a M dopiero zaczął więc zobaczymy na czym się skończy.
Jest koszmarnie, dzieci gorączkują, kaszlą, kichają, jęczą, płaczą, marudzą, glut się z nosa leje ... a ja nie mam sił się nimi zajmować bo kicham, kaszlę, gorączkuję i glut mi się z nosa leje :/ Jest bosko.
A Święta za pasem ... a we wtorek zaraz po Świętach lecę do Czech i bynajmniej nie w celach wypoczynkowo - leczniczych tylko niestety służbowo :/

środa, 14 marca 2012

Rekrutacja

Złożyliśmy wniosek o przyjęcie Młodszego do przedszkola.
Wniosek poszedł do przedszkola, które znamy i (chyba) jesteśmy go pewni bo chodził tam Jot. Znamy panie a panie znają nas. Gdy zobaczyły M z Młodszym i wnioskiem to aż zdziwione były, że to już! No bo przecież ledwo co przychodziliśmy tam odbierać Jot a Młodszy maleńki leżał wtedy w wózku. A tu już przyszedł czas na niego, tak szybko to zleciało ...

I wcale nie jest mi z tym łatwo, martwię się podobnie jak kiedyś przy oddawaniu Jot. Serce mi się kraje, że muszę to moje małe dziecie już wypchnąć w ten szeroki świat i zostawiać same w obcym miejscu i wcale mi się do tego nie spieszy. Chciałabym jak najdłużej mieć go przy sobie i nie musieć martwić się jak on tam sobie sam poradzi i jak zniesie taką zmianę trybu życia, że nagle będzie gdzieś zostawiany na wiele godzin w obcym miejscu. I oczywiście, że w głębi duszy wiem i wierzę, w to, że będzie wszystko dobrze i wiem też, że tak naprawdę to będzie mu tam fajniej niż w domu bo będzie miał towarzystwo dzieci, nowe zabawki, zorganizowane zajęcia itd., wiem też jakie to wszystko ważne dla jego rozwoju. Ale to wcale nie zmienia faktu, że się martwię. A z jeszcze inne strony zupełnie nie wiem co zrobimy jak nas nie przyjmą :(
Nasze przedszkole jest dość popularne i polecane w naszej okolicy. Niestety co za tym idzie jest również najbardziej oblegane :( zresztą które przedszkole nie jest teraz oblegane ?

Wspominam czasy kiedy składaliśmy wniosek o przyjęcie Jot, wtedy jeszcze mieszkaliśmy w Wawie. Złożyliśmy w 3 miejscach a przyjęli nas w aż dwóch !!! Choć były to już czasy kiedy problem z miejscami w przedszkolach był ogromny. A jednak się udało i to aż w dwóch miejscach, byłam tym mocno zaskoczona. Teraz mam wrażenie, że nie pójdzie tak łatwo :/

niedziela, 22 stycznia 2012

w Nowym Roku

Coraz mniej mnie tutaj, po 4 latach blogowania (minęły 6 stycznia) doszłam to etapu, w którym nie odczuwam już takiej potrzeby pisania o swoim życiu jak kiedyś.
Poza tym czasu też coraz mniej, w pracy pracuję, popołudnia mam dla dzieci, wieczorem ogarniam dom a gdy siadam do komputera przeważnie jest już noc. Poza tym moja fotograficzna pasja pochłonęła mnie już całkowicie, mam milion pomysłów na sekundę na różne sesje i wiele z tego realizuję, jak np. ostatnie zabawy z wodą i bąbelkami, to co umieściłam na flogu to zaledwie kropla w morzu z tego co mam jeszcze do pokazania a każdego dnia przybywa mi po ok 100 zdjęć, nie wiem kiedy to wszystko obrobię i pokażę, pewnie gdzieś na emeryturze.

W mojej nowy pracy bywa różnie, są plusy i minusy nowego miejsca i obowiązków, choć z dużą przewagą plusów także bilans wychodzi mimo wszystko na plus. Jednak minusy już oczywiście mnie wkurzają ale ja taka jestem, w gorącej wodzie kąpana ;) nie mam cierpliwości i jak mnie coś wkurza to od razu i na poważnie :/
Jednak jak już napisałam wcześniej bilans mimo wszystko wychodzi na plus i nadal cieszę się z podjętej w październiku decyzji i nie cofnęłabym jej! Minusy mam nadzieję wyeliminować ;)
Tak czy inaczej pracy mam bardzo dużo, przełom roków to chyba najgorszy moment jaki można sobie wybrać na zmianę pracy :/ Kończenie roku w systemie, którego się nie zna i dopiero uczy i w zasadzie bez żadnej pomocy to naprawdę mega wyzwanie, nie było łatwo, narobiłam sporo nadgodzin :/ do tego zmęczenie mocno daje o sobie znać. Tak jeszcze pewnie podziałam przez styczeń i początek lutego, potem powinno się unormować, zobaczymy...

Z innych ważnych spraw to zakończył się pierwszy semestr szkoły. Myślę, że mogę powiedzieć, że Jot skończył go z wyróżnieniem i to podwójnym bo najpierw na zebraniu podsumowującym semestr pani powiedziała, że Jot znajduje się w czwórce najlepiej czytających dzieci a na następny dzień, podczas ostatnich zajęć przed feriami pani powiedziała, że Jot jest najgrzeczniejszym dzieckiem w klasie i, że chłopcy powinni brać z niego przykład. Dzieci biły brawo a ja pękłam z dumy jak się dowiedziałam :D

Młodszy głównie mówi, mówi i mówi, cały czas! Tworzy zdania z dwóch wyrazów, wymawianych po swojemu ale coraz bardziej wyraźnie. Poza tym zamienił się w mały dyktafon i powtarza wszystko, dosłownie wszystko! To co mu się powie i to co usłyszy a słyszy też wszystko. Uwielbiam jego głosik i uwielbiam go słuchać :)
Niestety nadal jest ode mnie przesadliwie uzależniony, od momentu jak wejdę do domu nie liczy się nikt i nic tylko ja a gdy ktoś inny chce coś z nim zrobić to następuje mega histeria bo tylko mama... mama oczywiście nie może ruszyć się na krok bez dziecka, nie może się przebrać, zjeść ani odpocząć i tak trwa to już ponad rok ... ale nie złoszczę się tym, wiem, że są to chwile, za którymi jeszcze kiedyś będę bardzo tęsknić i z łezką w oku wspominać...