piątek, 19 listopada 2010

Z ostatniej chwili !

A. chodzi !!!

4 dni temu zrobił swoje pierwsze samodzielne kroki a dziś po prostu zaczął chodzić !!
Wystarczy go postawić, puścić a on idzie :)
Cały wieczór nagrywam filmiki, jeden za drugim, nie mogę się nadziwić, napatrzeć, nacieszyć :)))
Pewnie jakiś wrzucę tu niedługo...
A póki co idę położyć spać mojego samo-chodzika, jak to Maniusia pięknie ostatnio wymyśliła ;)

poniedziałek, 15 listopada 2010

Pierwsze samodzielne kroki !!!

Dziś nastąpił ten dzień kiedy to Mały A. zdobył się na odwagę i ruszył przed siebie na własnych nóżkach bez trzymanki :)
Zrobił 3, może 4 piękne kroczki w moją stronę i wpadł mi w ramiona :)
Został wyściskany, wycałowany i obdarowany gromkimi brawami.

A do dzisiejszego "występu" A. przygotowywał się przez kilka ostatnich dni. Stawał w miejscu bez trzymanki i machał w powietrzu rączkami, chichrając się przy tym niesamowicie aż do momentu gdy upadał na pupę :) Tak czułam, że lada dzień mój Synuś zrobi swoje pierwsze kroki :)

sobota, 6 listopada 2010

13 miesięcy

9600 wagi, 72,5cm wzrostu, 4 zęby, oto moje 13 miesięczne Szczęście :)

Z lekkim żalem zapominamy o czasach kiedy A. wagowo był na 50 centylu a także o czasach kiedy pani doktor straszyła nas nadwagą. Teraz zaledwie 10 centyl.
Ale co tu się dziwić jak to dziecko jest wiecznie w ruchu, nawet jak śpi to się przemieszcza gdzie i jak tylko może.

Zęby. Kolejna górna jedynka wyszła jakoś ostatnio ale niestety z dnia na dzień przekładałam zapisanie kiedy aż w końcu zapomniałam :(

26 października zaliczyliśmy szczepienie na odrę, świnkę i różyczkę przy okazji, którego to nasiałam paniki na pół domu i netu a objawów u A. nie stwierdzono nawet po przewidywanych 7 dniach kiedy to miały się pojawić :)

3 listopada urządziłam w łazience mały kącik fryzjerski i kolejny raz (dokładnie to drugi) obcięłam Małemu A. włoski bo były już stanowczo za długie, z przodu wchodziły mu do oczu a z tyłu opadały na plecy ;) Teraz A. ma na głowie "garnuszek" :)

A. coraz sprawniej chodzi choć nadal tylko za rączkę, trochę jestem już niecierpliwa w tym temacie bo wszystko wskazywało na to, że będzie chodził szybciej niż J ale chyba nie będzie.
Bardo rozumnie bawi się piłką w rzucanie do kogoś, podawanie i łapanie, choć oczywiście to ostatnie najmniej mu wychodzi.
Gdy usłyszy dzwoniący telefon i słowo "halo" to przykłada rączkę (z jakimś przedmiotem lub bez) do ucha jakby trzymał telefon i mówi po swojemu "halo".
Pięknie bije brawo gdy ktoś inny to robi albo gdy usłyszy okrzyk "brawo", zazwyczaj gdy uda mu się coś zrobić i któreś z nas go chwali :) natychmiast przerywa wtedy coś co robi, składa łapki i bije sobie brawo. Nie muszę chyba pisać jak rozczulający dla rodzica jest to widok ;)
I ostatnia nowość to opanowane wręcz do perfekcji mówienie "nie" a w zasadzie to "nia" połączone z natychmiastowym odwróceniem głowy. Mamy ubaw :)
Np. mama wraca z pracy, A. wczepia się w mamę pazurami, podchodzi tata, wyciąga ręce i pyta: "pójdziesz do taty?", a A.: "nia" i myk głową w drugą stronę. Nie to żeby A. miał coś przeciwko tacie ale jak mama wraca po 12 godzinach do domu to nie ma zmiłuj, tylko mama i koniec.
Słynne "nia" da się też usłyszeć gdy A. nie chce czegoś zjeść, zrobić itd. Muszę nagrać to jego "nia" :)
Zanim jednak nastąpił etap halo, brawo i nia, A. nauczył się robić "pa pa" ale było to tak dawno temu, że nawet nie za bardzo pamiętam kiedy a tego też niestety nie zapisałam...

I tak każdego dnia moje dziecko staje się coraz bardziej dorosłe :)
Ciekawe co przyniesie nam kolejny miesiąc ...

wtorek, 19 października 2010

19.10.2010

Na 19.10.2009 miałam termin porodu.
Cały czas zastanawiam się i nie daje mi spokoju to, który dzień wybrałby sobie Mały A. na przyjście na świat gdybym nie miała planowanego cc.
Data urodzin jest dla mnie czymś bardzo magicznym i trochę żałuję, że data urodzin mojego A. jest wynikiem zwykłego wyliczenia matematycznego a nie działania natury czy układu planet i gwiazd...

czwartek, 14 października 2010

A jak Wam minąl 13-ty?

Bo mnie tak:

Rano, przed samym wyjściem do pracy rozsypałam na pół kuchni mój lek, którego biorę pół kapsułki także muszę ją otwierać i przesypywać te malutkie granulki i właśnie one wylądowały w rozsypce na kuchennej podłodze. Czasu na sprzątanie nie było, więc w nerwach czekałam potem aż M zadzwoni jak wstaną żebym zdążyła ostrzec go zanim puści A. na podłogę.
W drodze do pracy przez ogólnie panujące ciemności zagapiłam się i wysiadłam na złym przystanku a byłam umówiona z koleżanką, która miała mnie zabrać do pracy więc musiałam biegusiem dotrzeć do miejsca gdzie na mnie czekała. Trasa prowadziła mnie przez rozkopaną budowę mostu północnego, przez piach, doły, wertepy, koparki, dźwigi i inne cuda, a ja w nowych zamszowych kozaczkach na obcasiku skakałam jak ten konik polny przez to wszystko co spotkałam na drodze (pomijając koparki i dźwigi, te raczej omijałam szerokim łukiem).
W drodze z parkingu do pracy zgubiłam rękawiczki i zorientowałam się w pół drogi do biura, skąd znów jak ten konik polny w podskokach po nie biegłam.
W pracy zorientowałam się, że nie wzięłam z domu serka do bułki w związku z tym na obiad jadłam samą bułkę. No dobra, nie tak zupełnie samą bo z ziarnem ;) i popijałam sokiem, który to potem przed samym wyjściem z pracy rozlał mi się na pół biurka i cały telefon stacjonarny. Ostatnie pół godziny przed wyjściem spędziłam myjąc biurko oraz cały telefon. Sok oczywiście wpłynął do środka telefonu i zakleił przyciski, ledwo się dziś wciskają.
W drodze do domu miałam załatwić jedną drobną sprawę także po wyjściu z tramwaju nie udałam się jak zwykle do mojego autobusu tylko odbiłam w inną stronę w celu załatwienia sprawy. Najpierw nie mogłam znaleźć miejsca, które szukałam a jak już znalazłam to i tak okazało się, że nie mają tego co chcę.
Gdy doszłam na pętlę mojego autobusu to okazało się, że na pętli nie ma ani jednego autobusu za to stoi jakaś setka ludzi. Staliśmy tak ok 10 minut gdy nadjechały jednocześnie dwa autobusy, zabrały prawie wszystkich i zapchane po brzegi odjechały. Ja miałam niecny plan żeby poczekać na trzeci z rzędu, który miał być za 5 minut i bez ścisku dojechać do samego domu. Mój plan się nie powiódł bo autobusu nie było jeszcze przez ok 15 minut a gdy przyjechał to ludzi było już tyle samo co wcześniej zanim nadjechały dwa pierwsze autobusy. Ruszyłam do drzwi ale zostałam stratowana przez tłum dzikusów, którzy zaczęli się przepychać przez siebie nawzajem żeby tylko być pierwszym w autobusie i zająć miejsce. Przysięgam, że w życiu czegoś takiego na pętli autobusowej nie widziałam. Ja rozumiem gdzieś w środku trasy ale już na pętli takie akcje ? Oczywiście o miejscu siedzącym mogłam sobie pomarzyć a do tego stałam w mega ścisku bo jak pisałam wcześniej ludzi był cały tłum, na dwa autobusy spokojnie. A ja pod tym względem to trochę taka księżniczka jestem, mogę stać ale kuźwa nienawidzę jak się jakieś obce babska czy dziady lub jacyś kolesie kładą na mnie i ściskają jak imadło. W takich luksusowych warunkach, po całym dniu samych przyjemności dojechałam do domu dobrze po 18:00. Z pracy wyszłam o 15:10.
Do tego we wtorek zaczęło mnie coś rozkładać a wczoraj rozłożyło już na dobre i przez cały dzień męczyłam się z okropnym bólem gardła, zatokowym bólem głowy i ogólnym zmęczeniem jakie czuje się przy chorobie. Ta wczorajsza podróż do domu to było po prostu coś o czym marzyłam cały dzień zdychając w pracy.

czwartek, 7 października 2010

06.10.2010 ROCZEK !!!

Wczoraj o godzinie 10:15 A. skończył roczek.

 Była super udana impreza, tort, prezenty, śmiechy chichy do późnego wieczora w doborowym towarzystwie... a do mnie to wszystko nadal nie dociera !! Po prostu nie czuję i nie mogę uwierzyć, że minął już rok !! Poród mimo, że pamiętam jak przez mgłę to mam wrażenie jakby był wczoraj. I te wszystkie następne dni i miesiące, tak szybko przeleciały. I to małe, niespełna 3 kilogramowe zawiniątko, które pierwszy raz w życiu zobaczyłam, trzymałam na rękach i tuliłam 6 października 2009 roku teraz śpi sobie sam na górze w swoim łóżeczku i od wczoraj nie jest już niemowlakiem !

A. wszedł w kolejny etap swojego życia na czworaka (znaczy się nadal sam nie chodzi) i z 3 zębami, górna prawa jedynka wyszła 28.09 :) oraz ze sporo powiększonym zasobem słów, które rozumie gdy się do niego mówi. Dziś za to pierwszy raz miałam wrażenie, że mówił świadomie "mama". "Biegł" na czworakach do mnie przez pół mieszkania i powtarzał "ma-ma, ma-ma" aż znalazł się przy mnie.
Wspaniałe uczucie :)))

sobota, 2 października 2010

I po jeżyku :(

Pamiętacie mojego jeżyka ? Tego, o którym pisałam tutaj?

No to już go nie mamy. Wczoraj M znalazł go rozjechanego, centralnie przed naszą bramą :(
Raczej nie mam wątpliwości czy to aby na pewno był ten nasz ...
Smutno.

wtorek, 28 września 2010

dzień za dniem

Zaczęłam 3-ci tydzień pracy.
Jak można się domyślać najtrudniejszy był pierwszy. A dokładniej to pierwszy dzień, kiedy to zwalił się na mnie cały ogrom nowości, zadań, obowiązków, nowych procedur i sama nie wiem czego jeszcze.
Pracuję na 4/5 etatu to jest 4 dni w tygodniu a weekend mam 3 dniowy. Rozwiązanie jest to przymusowe ale jednocześnie bardzo dobre bo ten jeden dzień więcej wolnego a jeden dzień mniej pracy naprawdę daje się pozytywnie odczuć :)

Wstaję o 5 lub przed 5 rano, zależy czy muszę rano umyć głowę czy nie. Autobus mam 5:56 i dojeżdżam do pracy na 7:30, wtedy o 15:30 mogę wyjść i jestem w domu po 17:00. Chyba, że coś mi po drodze nie idzie (tak jak dziś) i wchodzę do domu ok 18:00 :/ To już tak naprawdę koniec dnia ale jeszcze załapuję trochę czasu z dziećmi. Nie dużo ale zawsze trochę a na więcej i tak nie miałabym sił. Dzieci kładziemy ok 21:00, niestety ja ze zmęczenia usypiam z młodszym czy starszym (zależy, którego akurat usypiam) i budzę się nieprzytomna po 22:00, wtedy wstaję, szykuję ubranka na drugi dzień dla A., J., siebie, słoiczki żeby M nie musiał już wybierać i inne potrzebne akurat rzeczy, sprzątam co tam jest do posprzątania, zmywam butle, chowam jakieś wysuszone pranie, szykuję następne i tak robi się godzina 23:00 a wtedy muszę się już położyć żeby na drugi dzień wstać o tej 5. Także jak widać w tygodniu czasu dla siebie mam 0, słownie ZERO. Dlatego też ostatnio nie piszę, chyba że robię to kosztem mojego spania tak jak teraz :/ Również kosztem snu uzupełniam na bieżąco mojego fotobloga gdzie oczywiście serdecznie zapraszam, udało mi się wstawić część weekendowych zdjęć pięknej złotej jesieni :)

Co do dojazdów to na razie jakoś daję radę i jeżeli trwa to ok 1,5 to jeszcze nie jest to dla mnie jakaś zbytnia uciążliwość, a czasem nawet duży plus bo ten czas dojazdu to w sumie jedyny moment w czasie dnia kiedy mogę sobie odpocząć. Ani w pracy ani w domu jest to niemożliwe żebym tak po prostu siedziała sobie i nic nie robiła. Także jadę tym tramwajem, siedzę sobie w spokoju (bo wsiadam na pętli), słucham, muzyki, której też od miesięcy nie mam możliwości słuchać tyle ile bym chciała ...

...myślę nad milionem spraw, nad którymi też nie mam kiedy indziej pomyśleć i po prostu ... odpoczywam ... Gorzej jak ten dojazd przeciąga się tak jak dziś to wtedy pod koniec mam już trochę dość. No i zimą te dojazdy to też pewnie nie będzie już przyjemność :/

Ze spraw bieżących to A. po tygodniu spokoju od kataru od soboty znów katar ma a J od niedzieli ma jakąś dziwną chrypę, M nadal walczy z ręką, mnie ukruszył się ząb a Adasiowi wychodzą górne jedynki.
Poza tym wielkimi krokami zbliża się dzień pierwszych urodzin A. więc w myślach urządzam mu już małe przyjęcie :) Planuję na dzień jego urodzin wziąć wolne i spędzić z nim ten dzień cały, bo to w końcu nasz dzień :)
Niestety do dziś nie udało nam się zorganizować chrzcin A. i w tym roku już nam się to nie uda :( Jestem o to zła i rozżalona bo zależało mi, żeby wyrobić się z tym tematem w jakimś ludzkim czasie czyli do pierwszego roku no ale niestety. Zawiodłam się bardzo na osobie związanej z tą sprawą i teraz temat leży odłogiem a dodatkowo ja czuję niesmak związany z tą sytuacją.


Tyle podsumowania ostatnich dni i mojego "nowego" życia jako mamy pracującej.
A teraz idę spać bo za 4 godziny zadzwoni mój pierwszy budzik.

niedziela, 12 września 2010

13-go wszystko zdarzyć się może...

W piątek 13-go lutego 2009 roku, przez zagrożenie poronieniem ciąży, wylądowałam nagle na zwolnieniu i od tamtego dnia nie wróciłam już do pracy. Nie było mnie tam do dziś. Teraz, po ponad 1,5 roku mojej nieobecności, 13-go września, wracam na stare śmieci i jak to ja mówię: do świata żywych :)

Włosy ufarbowane (znowu ciemniej niż przez ostatnie kilka miesięcy), nowa torebka zapakowana, nowe buty czekają w wiatrołapie.

Mam wrażenie jakbym wracała po prostu ze zwykłego kilkutygodniowego urlopu. A to przecież dużo więcej, bo pomijając czas jaki mnie nie było to dodatkowo idę już do nowej siedziby firmy. Przenosili się gdy ja byłam na zwolnieniu i teraz dla nich to już nic nowego, dawno się już z nowym miejscem zapoznali, obyli, przyzwyczaili...dla mnie wszystko będzie nowe. Z samą pracą zresztą też bo zmiany pozachodziły ogromne. Nie wiem jak poradzą sobie z pracą na nowym programie ? Choć dziś jakoś jest mi to zupełnie obojętne. Będzie co ma być, najwyżej przez jakiś czas nie będę przodownicą pracy i nie będę trzaskać zleceń jak kiedyś ponad 200 dziennie ;) z czasem się wyrobię i znów nie będę miała sobie równych :)

Gdyby tylko tak nie martwić się i nie tęsknić za dziećmi, przyznaję się, że w szczególności za Małym A. Bo to on teraz świata poza mną nie widzi, on płacze gdy nie ma mnie przy nim, on chce żebym to tylko ja go karmiła, ubierała, przytulała... J też mnie oczywiście potrzebuje ale jest już starszy i tak zakochany w szkole, że gdy tam jest to zapomina o całym świecie i smuci się gdy nie może tam pójść.
Przez choróbska na razie chłopaki będą razem w domu, może w połowie tygodnia sytuacja się zmieni.
Wiem, że sobie poradzą ale taka świadomość wcale nie sprawia, że nie martwię się już zupełnie. No i tęsknota, na to nie ma lekarstwa.

sobota, 11 września 2010

Totalna załamka.

JJ zaraził M.
M zaraził A.

Nasz dom jak szpital, każdy ma swój pokój: w salonie śpi M, w gościnnym mój tata, JJ u siebie, A. ze mną w sypialni.
Wczorajsza noc była ciężka. A. dusił się katarem i nie mógł spać. W dzień nie dawał rady pić, gorzej jadł, ogólnie utrzymywał się stan podgorączkowy.

A. mimo karmienia butelką, od urodzenia do tej pory chorował tylko raz i było to tak dawno temu, że nawet nie pamiętam kiedy, chyba na początku roku.
Także może nie powinnam nawet narzekać bo inne znane mi niemowlęta, nawet karmione piersią mają za sobą już kilka chorób i antybiotyków.
Ale jednak narzekam, bo nie mogę patrzeć jak się męczy :(
A co gorsza ciągle jest przecież temat mojego powrotu do pracy !

I jak ja mam zostawić chorego M samego z dwójką chorych dzieci ?

czwartek, 9 września 2010

Załamka.

JJ po drugim dniu chodzenia do szkoły przytargał infekcję. Zaczęło się standardowo w nocy (z wtorku na środę) od kilku jego pobudek z mega histerią, zatkanym nosem, kaszlem i odruchem wymiotnym podczas kaszlu. Oczywiście noc nieprzespana.
Od środy leki: Ibuprom, Isoprinosine, Pulneo, i oczywiście Flixonase do nosa. Od czwartku dom i na razie koniec szkoły. Zarąbiście po prostu. J zamiast chodzić do szkoły gdzie jak do tej pory bardzo mu się podoba i wreszcie ma zajęcie to będzie całe dnie zdychał na kanapie, oglądając TV w oczekiwaniu aż ktoś znajdzie dla niego trochę czasu między sprzątaniem, gotowaniem, robieniem zakupów, przewijaniem, karmieniem, zabawianiem i bieganiem po schodach za Małym A.

A tak na marginesie to przy okazji dziękuję wszystkim rodzicom, którzy przyprowadzają chore dzieci do przedszkoli, szkół i innych miejsc gdzie mogą przebywać tylko dzieci zdrowe. W ten sposób w naszej klasie zerówkowej dziś nie było już 4 osób a od jutra nie będzie kolejnych dwóch w tym mojego JJ'a.
Szlag mnie trafia. A pani wychowawczyni zwróciła dziś uwagę rodzicom żeby nie przyprowadzali chorych dzieci ale co to da ...

M za to walczy z chorobą młodych matek o czule brzmiącej nazwie Choroba De Quervain’a.
Zarówno nazwa jak i sytuacja gdzie facet ma do czynienia z chorobą młodych matek może wydawać się śmieszna ale zapewniam, że śmiesznie nie jest :/ Wiem bo miałam to samo i kiedyś przy J i jakiś czas temu przy A. Ból jest taki, że ręką prawie nie można ruszać, kciuk całkowicie nie do użycia, szklanki nawet podnieść nie można. U M pojawiło się to tak dawno, że już nawet nie pamiętam kiedy. Ponieważ z dnia na dzień było coraz gorzej to po kilku tygodniach męczarni M wylądował u ortopedy. Ortopeda zalecił maści i specjalny usztywniacz na rękę i jak najmiej pracy chorą ręką, taaaaaa. Poprawa miała być po ok 2 tygodniach a w razie jej braku M miał zrobić usg i wrócić z wynikiem do lekarza, który zaleciłby albo gips albo zabieg. Rehabilitantka sprzedająca M ten specjalny usztywniacz doradziła mu jakiś inny, mniej sztywny, tańszy i ponoć stanowczo wystarczający, "mamy sobie chwalą". Niestety M nie pochwali bo po ponad miesiącu nie dość, że nie nastąpiła poprawa to jeszcze się pogorszyło. USG wykazało zmiany a dziś ortopeda ocenił sytuację, że choroba po prostu postępuje. M musi kupić jednak ten usztywniacz z prawdziwego zdarzenia i brać jakieś prochy na receptę, jak się domyślam przeciwzapalne. I oczywiście jak najmniej forsować rękę.

A wszystko to akurat na dosłownie kilka dni przed moim powrotem do pracy.

poniedziałek, 6 września 2010

11 miesięcy

Nie wiem jak to się stało ale mój młodszy syn skończył dziś 11 miesięcy.
Pamiętam jak A. miał kilka tygodni a potem 3 czy 4 miesiące to jak wchodziłam na forum "niemowlę" czy jakieś o karmieniu i widziałam posty mamuś dzieci w wieku 10, 11 miesięcy to te dzieci wydawały mi się już taaakie duże, prawie "dorosłe" a ich świat odległy od naszego (wtedy typowo niemowlęcego) o co najmniej miliony lat świetlnych.

Okazało się, że to jednak wcale nie tak daleko.

A. cały miesiąc doskonalił wspinanie się i wstawanie, prób chodzenia jeszcze nie podejmuje, tyle co kilka kroków przy meblach. Odkrył za to schody i dokładnie od dziś (bo wcześniej go nie puszczałam) wchodzenie po schodach stało się najnowszym ulubionym zajęciem, dojście do półpiętra zajmuje mu kilka sekund. Potem ja znoszę go na dół, sadzam na podłodze w salonie a on w sekundę na czworakach znajduje się znowu przy schodach, zaczyna od nowa wspinaczkę i piszczy z radości gdy słyszy, że biegnę do niego żeby go złapać.

Mam wrażenie, że coraz więcej rozumie, zapytany gdzie jest mama, tata, czy brat, bezbłędnie wzrok kieruje w stronę danej osoby, odpowiada płaczem lub zadowoleniem gdy proponuję mu kaszkę, mleczko czy soczek, zależy na co ma w danym momencie ochotę. Z mówieniem nie za bardzo się spieszy ale za to pięknie mówi "ampa" i pokazuje na lampę :) Od pierwszych tygodni życia tak się już zapatruje na te lampy :) Pięknie mówi "tata" ale niestety nie zawsze ma to związek naprawdę z tatą. Z mamą jest sytuacja podobna.

Coraz częściej dostaje coś z naszego dorosłego jedzenia. Je z ogromną ochotą i spokojnie daje sobie z tym radę, choć stan uzębienia od miesiące się nie zmienił, sztuk 2 i ani widu ani słychu następnych.

Jest też pewien zaległy temat, od 2 miesięcy zapominam napisać, że w lipcu A. sam pożegnał smoczek i póki co chyba za nim nie tęskni.

Poza tym, bardzo nieśmiale i po cichu mogę napisać, że chyba powoli problem ulewania odchodzi w niepamięć, ale ciiiii, żeby nie zapeszyć, bo to był naprawdę koszmar :/

czwartek, 2 września 2010

JJ idzie do szkoły !!!

Wczoraj byliśmy na rozpoczęciu roku ... szkolnego !!
Mój maleńki J nagle z dnia na dzień osiągnął wiek 6 lat i zaczął kolejny etap w swoim życiu, szkolny. Mogliśmy zapisać go do pierwszej klasy ale zdecydowaliśmy się na zerówkę bo on nie zaliczył nawet porządnie przedszkola, przez ostatnie 3 lata więcej chorował niż był w przedszkolu. Nie wiem czy na całe 3 lata edukacji przedszkolnej uzbierałoby się z 5 miesięcy łącznie jego chodzenia do przedszkola :/ Uznałam, że nie ma co się pchać do pierwszaków, to jeszcze nie czas dla niego. Poza tym niech jeszcze ma kawałek dzieciństwa...

Samo rozpoczęcie roku poszło super. Wystroiłam mojego Skarba w czarne spodnie, białą koszulę, muszkę, wyglądał tak dorośle :)
J był trochę onieśmielony i oszołomiony ilością dzieci, cała sala gimnastyczna była wypełniona. A. za to rozglądał się z wielkim zainteresowaniem i cieszył się do wszystkich. W sumie to dziwne, że się nie wystraszył i nie dostał histerii od takiego tłumu i hałasu.
Ja oczywiście gardło miałam ściśnięte ze wzruszenia, moje małe dziecko idzie do szkoły !!!

J rozkręcił się później gdy w klasie spotkał swojego wielkiego przyjaciela i resztę kolegów z przedszkola oraz koleżankę, która wyraźnie okazuje mu zainteresowanie ;) Po powrocie do domu mówił, że szkoła jest super, bardzo mu się tam podoba i chce tam chodzić :) Kamień z serca ale na razie jestem ostrożna, jeszcze nie wiadomo jak będzie po paru dniach. Grunt jednak, że pierwsze wrażenie było dobre :)

Nie zmienia to jednak wcale faktu, że ogólnie bardzo boję się o J bo on zalicza się do mega wrażliwych dzieci, np. jako jedyne dziecko popłakał się na zakończeniu przedszkola, podczas występu jego grupy, dlatego, że śpiewali piosenkę, która miała smutną muzykę! Do tego jest bardzo grzeczny, w dwóch przedszkolach panie mówiły, że przez lata nie miały tak grzecznego dziecka w grupie. No i super ale w życiu takie dzieci nie mają łatwo. Przynajmniej tak to tutaj wygląda. I o to się właśnie boję, jak on poradzi sobie z tą swoją dobrocią i wrażliwością w tej dżungli gdzie trzeba być twardym i umieć walczyć o swoje ? A może za mało w niego wierzę ?

J zaczyna zajęcia od poniedziałku, ze względu na przebyty zabieg lekarze powiedzieli, żeby przetrzymać go jeszcze te 2 dni w domu, od poniedziałku ruszamy z pełną parą.

piątek, 27 sierpnia 2010

Po zabiegu.

Panowie wyjechali rano o 9:00.
Na miejscu byli po 10:00, zabieg miał być o 11:00.
Do godziny 13:00 cisza, zero wiadomości. Myślę sobie, co tam się dzieje, że tyle czasu M się nie odzywa? Gdy już prawie odchodziłam od zmysłów dostałam smsa, że nic się jeszcze nie dzieje bo nadal czekają na zabieg. Trochę się uspokoiłam, że nic się nie dzieje a potem znowu nerwy bo myślałam, że o 13:00 to będzie już po wszystkim a tu się okazuje, że nic z tego.
Po 14:00 przychodzi sms, że już po zabiegu, że jest ok.
Ok 15:00 w końcu dzwoni M i udaje mi się coś więcej dowiedzieć. Sam zabieg poszedł dobrze, J zaczął się denerwować dopiero w momencie gdy mieli już usypiać, wtedy do niego dotarło, że to się dzieje naprawdę, na szczęście nie zdążył wpaść w większą panikę bo usnął :)
Gorzej niestety poszło przy wybudzaniu. J dostał jakiegoś dziwnego ataku, wył, wydawał z siebie ponoć jakieś nieludzkie dźwięki a do tego rzucał się po łóżku tak, że M nie mógł go w ogóle utrzymać. Podobno to było w przewidywalnej normie ale M powiedział, że dobrze, że tego nie widziałam. Też tak myślę.
Po wybudzeniu z narkozy pozwolili mu pójść spać.
O 16:00 kazali wybudzić.
Po 16:00 już M dzwonił, że J zaraz po obudzeniu gdy tylko napił się pierwsze łyki wody to zwrócił to co miał zwrócić. Podobno dobrze to zniósł. Z pionizowaniem poszło gorzej bo był bardzo osłabiony (w końcu nie jadł już prawie od 24h) i nie miał siły chodzić i słaniał się na nogach. Potem niestety nastąpiły kolejne wymioty i podali mu coś przeciw wymiotnego bo jego organizm zwracał już za wiele.
Ok 18:00 J mógł wreszcie coś zjeść. Dostał kanapkę, zjadł, potem następną. Po jedzeniu zaczął nabierać trochę wigoru :)

Po wybudzeniu z narkozy gardło go bolało i dali mu coś przeciwbólowego dożylnie. Potem była przez chwilę wersja, że nie boli ale jednak okazało się, że boli (na szczęście tylko trochę), przy przełykaniu. Także cieszę się, że nie ma dramatu :)

No i jest jeszcze jakaś opcja z głosem, znaczy się z barwą głosu. J mówi jak małe dziecko, może jak trzylatek. Wstydził się tego i nie chciał ze mną rozmawiać kazał tylko mi przekazać, że mnie kocha i przytula i niedługo do mnie wróci. Wieczorem jednak zadzwonił do mnie i porozmawialiśmy, faktycznie miałam wrażenie jakby czas się cofnął i jakbym rozmawiała z nim parę lat wcześniej, dziwne uczucie. Ponoć wszystko ma wrócić do normy.

Aha, i jeszcze okazało się, że oprócz 3-go migdała, J miał też podcinane dwa migdały.

Cieszę się, że już po wszystkim i mój Skarb jakoś dał radę.
Nie mogę się doczekać jak już będzie w domu.

Trochę tylko skomplikowało się ze szkołą bo niestety nie będzie mógł na razie pójść i niestety potem będzie szedł do grupy gdzie inne dzieci będą się już doskonale znały a on będzie taki samiuteńki w tej grupie. A znam go i wiem, że ciężko będzie mu się odnaleźć.
I znowu coś nie tak :/

czwartek, 26 sierpnia 2010

dzieje się, dużo ...

Zrobiliśmy przemeblowanie w pokoju J, do zestawu mebli, które kupowaliśmy mu dokładnie rok temu w wakacje, dokupiliśmy pozostałe części takie jak biurko itp., poustawialiśmy wszystko na nowo i J ma piękny pokoik w stylu już bardziej młodzieżowym niż dziecięcym :) Jakby nie patrzeć to za parę dni zaczyna nowy etap w swoim życiu ...

Tak się rozpędziliśmy tym kupowaniem mebli i zmianami u J, że zachciało nam się też zmian u nas. Ale miało być tak minimalnie, bez szaleństw, jeden mebelek tam, drugi tu, coś drobnego dokupić i styka. Jednak po ponad tygodniu planowania, oglądania katalogów z meblami, kombinowania, rysowania, nasze plany mocno wykroczyły poza salon i okazało się, że przemeblowujemy cały dom. Bo żeby coś mogło stanąć w jednym miejscu to trzeba było najpierw coś innego przenieść gdzieś indziej, a żeby można było to coś przenieść to najpierw trzeba było zrobić na to miejsce itd., itp. Tym sposobem w każdym pokoju mamy teraz całkowicie inny układ niż był wcześniej a w salonie nowe, wymarzone mebelki :)

Ale zanim wszystko stanęło na swoim miejscu to przez ponad tydzień charowaliśmy jak woły wynosząc wszystko z pokoi i po kolei z każdego mebla. Całe pokoje, korytarze i wszelkie zakamarki miałam zastawione rzeczami, ciężko w to uwierzyć ale to co mieści w jakimś jednym małym mebelku, po wyciągnięciu zajmuje pół pokoju !! Jak już wszystko powyciągałam to potem trzeba było te meble pomyć i w środku i z zewnątrz. Potem ruszyliśmy z przestawianiem tego co się dało, korytarzami między powystawianymi rzeczami. Potem na nowo przecierałam część tego co przestawiliśmy bo w całym domu unosił kurz, który momentalnie opadał na wszytko to co wcześniej myłam. Na te meble co wylądowały na swoim ostatecznym miejscu mogłam zacząć układać od nowa to co z nich wyciągnęłam. Tyle, że najpierw trzeba było wszystko przejrzeć i od nowa układać tak żeby pasowało do nowego ustawienia. W międzyczasie latałam też z odkurzaczem i mopem i odkurzałam oraz myłam wszelkie miejsca gdzie akurat nic nie stało. A w kolejnym międzyczasie przyjechały meble do naszego salonu i czekały na panów od montażu a M pojechał odebrać meble dla J i sam je potem skręcał. Do tego wszystkiego jednocześnie na zmianę z M zajmowaliśmy się Małym A, który nie zalicza się do dzieci, które siedzą same w bezruchu, więc generalnie całe to przemeblowanie i sprzątanie w towarzystwie A. okazało się niezłym wyczynem. I chyba nigdy więcej się na coś takiego nie porwę ;) Tak samo zresztą jak na branie ślubu dwa miesiące po porodzie, co uczyniliśmy dokładnie 6 lat temu, 21 sierpnia i w tym roku w dniu rocznicy zakończyliśmy ostatecznie przemeblowanie. O taki sobie prezent walnęliśmy na rocznicę.

W trakcie całego tego zamieszania przyszło sobie (podobnie jak za pierwszym razem na zły adres) pisemko z Zusu. Wezwanie na kontrolę. Wezwanie przyszło na 4 dni przed terminem kontroli. Przez te 4 dni myślałam, że się przekręcę tak się denerwowałam. Było bajecznie ale jakoś dotrwałam do dnia kontroli 16.08. Apogeum nastąpiło podczas oczekiwania na wizytę pod drzwiami gabinetu a czekałam 40 minut. Myślałam, że jeszcze chwilę posiedzę w tym napięciu i po prostu zejdę z tego świata. W końcu nastąpiła moja kolej. Na miękkich nogach weszłam do gabinetu, pokazałam całą dokumentację leczenia, która obejmuje czas od lipca 2009 roku do teraz, odpowiedziałam na sporo pytań o historię choroby itp., a potem pani doktor podsumowała to zaleceniem udania się na wizytę do kardiologa bo tachykardia zatokowa, którą mam mogła się pogłębić i powinnam to kontrolować. Na koniec oświadczyła, że zwolnienie UZNAJE ZA ZASADNE. No.

Dokładnie następnego dnia, 17.08 miałam kolejną wizytę u mojej pani doktor. Jestem od 5 miesięcy na lekach. Poprawa jest ale średnia, za mała żebym mogła powiedzieć, że czuję się już zupełnie normalnie i dobrze :( Pani doktor zaproponowała mi pójście na oddział dzienny, bo tak jak mówiła mi już wiele razy, warunki w jakich jestem na co dzień nie pomagają mi w leczeniu a tylko potęgują objawy i dlatego tak opornie to wszystko idzie. Taki "turnus" na oddziale trwa 3 miesiące. Nie zdecydowałam się. Musiałabym starać się o świadczenia rehabilitacyjne i dalej przeciągać mój powrót do pracy a już i tak bardzo długo mnie nie ma i nie mogę przeciągać tego w nieskończoność bo za chwilę nie będę miała gdzie wracać. Sama w to jeszcze nie wierzę ale zdecydowałam się na ... powrót do pracy!.

Jestem oczywiście niepewna swojej decyzji bo różnie się czuję i rozdarta bo dojazdy, wstawanie o 4 nad ranem (to jakaś masakra!!), te ploty o mnie, no i A., wymieniony na końcu ale najważniejszy z tego wszystkiego. Wiadomo, jest moim całym światem, ogromną miłością i cudem, na który czekałam tyle lat, każdy dzień zaczynam od najcudowniejszego widoku na świecie, mojego Skarbka stojącego w łóżeczku i uśmiechającego się na mój widok ... BEZCENNE ... każda matka wie o czym mówię ;)

Nie wiem jak przeżyję rozstania z nim, wiem, że będę ryczeć tak jak ryczałam kiedyś gdy zostawiałam J. Ale nie mam wyjścia :(((

Kolejna sprawa, która wyszła w zeszłym tygodniu zupełnie nagle i niespodziewanie, dotyczy J.

Jak żaliłam się tu już nie raz mój J jest dzieckiem notorycznie chorującym :( Do 3-go roku życia mieliśmy za sobą tylko JEDNO JEDYNE przeziębienie, nic poza tym się nie działo nie było nawet zwykłych katarków, kaszlu, nic a nic. A od pierwszego tygodnia w przedszkolu do dziś, czyli łącznie 3 lata, mój J choruje praktycznie non stop. Wziął niezliczoną ilość antybiotyków i przesiedział w domu w sumie całe te 3 lata bo chodził do przedszkola po 3 do 5 dni a potem chorował po 2-3 tygodnie. Przez te 3 lata odwiedziliśmy milion lekarzy z różnych dziedzin, byliśmy nawet u homeopaty znanego na cały kraj. I nic, J jak chorował tak chorował. Najczęściej oglądali J laryngolodzy bo u niego wszystkie choroby zawsze dotyczyły głównie uszu a wynikały z bardzo przerośniętych migdałków. Różni lekarze wspominali o wycinaniu ale ostatecznie taka decyzja nie zapadła. Aż do teraz. Przy ostatniej infekcji M wydębił od pediatry skierowanie do pewnej słynnej kliniki laryngologicznej. Jest to prywatna klinika, która przyjmuje też dzieci ze zgłoszeniami z NFZ. Mają tam super sprzęt i świetnych lekarzy a do tego warunki na bardzo wysokim poziomie. Dostać się tam graniczy z cudem. Najpierw na wizytę za skierowania czeka się całe tygodnie a potem dopiero na takiej wizycie lekarz decyduje czy dziecko kwalifikuje się do zabiegu. Jeżeli się kwalifikuje to na termin zabiegu czeka się kolejne tygodnie a nawet miesiące i jeszcze w dodatku trzeba mieć farta żeby dziecko w tym terminie było akurat zdrowe bo jak jest chore to termin przepada i czeka się kolejne tygodnie na następny. Także gdy dostaliśmy to skierowanie to nawet nie przejęłam się tematem zbyt bardzo bo wiedziałam, że zanim dojdzie do samego zabiegu to minie w najlepszym wypadku pół roku. I pewnie tak by było gdyby nie to, że M miał przyjemność spotkać pewną osobę, która okazała się kimś wysoko postawionym właśnie w tej klinice i osoba ta wzięła do nas kontakt i powiedziała, że ktoś zadzwoni. No dobra, myślę sobie, zadzwoni albo nie zadzwoni zobaczymy. Zadzwonili, szybciej niż się spodziewałam, zaprosili na wizytę konsultacyjną. Na wizycie mój M miał okazję pooglądać sobie na dużym monitorze wnętrze ucha naszego J, J patrzeć nie chciał. Zbadali mu uszy, gardło, nos. Pani doktor orzekła, że dwa migdały są gigantyczne, sama to wiem bo zaglądałam mu do gardła i wiem, że ma w nim nie migdały tylko dwie ogromne mirabelki, które w dodatku łączą się ze sobą, pani doktor zdziwiła się, że J w ogóle może z czymś takim przełykać i pytała czy kiedykolwiek skarżył się na to. Nie skarżył się, widać bidak przyzwyczaił się do tego i nawet nie wie, że można mieć inaczej :( Trzeci migdał również duży i oczywiście klasyfikujemy się do zabiegu. W sumie było to do przewidzenia. Pani doktor powiedziała co i jak trzeba zrobić przed zabiegiem, dała skierowanie na badania, które trzeba wykonać i powiedziała, że ktoś do nas zadzwoni i poda nam termin zabiegu. Uff, pomyślałam, że nie mam co się jeszcze denerwować bo teraz to pewnie już tak szybko nie będzie i ten termin to dostaniemy za ruski tok. Wróciliśmy spokojnie do swoich zajęć z przemeblowaniem a dokładnie 5 dni po wizycie, w dniu kiedy jechaliśmy akurat kupować meble do salonu zadzwonił telefon i usłyszeliśmy, że mamy na ura robić badania J bo zabieg jest za tydzień !! Padłam, jak to za tydzień ??? A tak to. I ten tydzień właśnie mija. Dziś odbyła się kolejna wizyta konsultacyjna z dwoma lekarzami, w tym również z anestezjologiem bo zabieg jest w pełnej narkozie. I tu właśnie zaczyna się mój stres. Boję się tej narkozy, wybudzania i innych atrakcji z zabiegiem związanych :( Już słyszałam o tym, że po wybudzeniu dziecko mimo tego, że jest nieprzytomne musi zacząć chodzić, że musi zwymiotować krew po zabiegu i z pewnością nie jest to miły widok dla rodzica ani przyjemna rzecz dla dziecka, szczególnie dla mojego J, który bardzo źle znosi wymioty i zawsze bardzo przy tym płacze :( Inna sprawa, że ja przy tym i tak nie będę bo muszę zostać z A. ale to, że mnie przy nim nie będzie to dla mnie tylko kolejny stres bo o dużo lepiej czułabym się gdybym mogła być przy nim, potrzymać go za rączkę gdy się będzie wybudzał, przytulić gdy mu będzie źle ... a ja nie mogę :( będę siedzieć daleko w domu i odchodzić od zmysłów. Trochę też mam wyrzuty sumienia, zupełnie jakbym robiła coś złego zostając z A. a nie jadąc J, tak jakbym faworyzowała A., ale to tak nie jest. Po prostu lepiej będzie jak ja zostanę z A. w domu mam większą wprawę w opiece nad nim niż M a z drugiej strony lepiej żebym nie była z J bo jestem słabsza psychicznie i mogę się tam rozkleić i tu z pewnością M poradzi sobie lepiej ode mnie. No i sam dojazd, ja nie mam prawka i M i tak musiałby nas tam zawozić, więc prościej będzie jak po prostu on pojedzie i już.

Boję się jutra.

czwartek, 12 sierpnia 2010

Pierwsze postrzyżyny.

Odbyły się dziś :)
Nudziło mi się a Mały A taki trochę zarośnięty i włoski mu do oczu wchodziły, więc wzięłam nożyczki obcięłam go na garnuszek :)
Tak poważnie mi teraz wygląda ...

Fotki może jutro wrzucę bo dziś już nie mam siły.

piątek, 6 sierpnia 2010

strzał w 10

A. skończył dziś 10 miesięcy.

Całe dnie nic innego nie robi tylko raczkuje, pełza, siada, wstaje, wspina się, siada, raczkuje, pełza, wstaje i tak w kółko.

Wstaje ale nie chodzi.

Rozumie słowa: mama, tata, J, kaszka i pitku.

Ustalił sobie nowy rytuał zasypiania. Skończyły się czasy gdy po kąpieli przy wieczornej kaszce zasypiał od razu w 5 sekund. Teraz pije kaszkę w pełni świadomie, po czym wstaje i rozpoczyna harce. Czekam aż się porządnie zmęczy wtedy rzucam zrozumiałe już hasło: pitku, A. ląduje koło mnie na podusi, gaszę światło, zapuszczam dzwoneczki i szum wiatru z karuzeli i odpływamy w błogi sen :)

Nawiązuje coraz większy kontakt ze starszym bratem. Wspaniale jest obserwować jak każdego dnia rośnie więź między nimi :)

Stan uzębienia nadal sztuk 1.

piątek, 16 lipca 2010

Jest ZĄB !!!

Jest ZĄB !!!

Dziś rano został przeze mnie osobiście wystukany metalową łyżeczką, także dowód jest w 100% namacalny :) Lewa, dolna jedynka wyszła na świat :)

Czekamy na prawą, która to przecież jako pierwsza pokazała się w postaci białej kreski na dziąśle ale okazała się leniwa i na razie wyjść nie chce.

środa, 14 lipca 2010

Lato w mieście

We wtorek, ot tak sobie, spędziliśmy kilka godzin w zupełnie innych okolicznościach przyrody niż mamy na co dzień.
JJ zabalował w fontannie. Trzeba było wejść potem do sklepu i kupić mu suche ubrania bo nikt nie przewidział, że ta wyprawa skończy się kąpięlą a ubrań zapasowych dla dziecka nie było.

A. siedział w wózku i zszokowany szumem i ilością lecącej w górę wody i przez chwilę zapomniał o wspinaniu się i marudzeniu. Siedział tak i obserwował.

Ja siedziałam i obserwowałam ich oboje, cieszyłam się chwilą, bo przez tę chwilę było tak beztrosko ...
I co z tego, że to miasto ... jak to akurat miasto, w którym tak dobrze się czuję, Warszawa, moja Warszawa...

niedziela, 11 lipca 2010

Siłownia dnia codziennego :/

Cały nasz dzień to jedna wielka siłownia.

Mały A. nigdy nie należał do dzieci typu: posadźcie mnie na macie, dajcie zabawki a będe tam sobie siedział i się bawił a wy róbta co chceta. Nie, tak nigdy u nas nie było. Obecność rodzica przy zabawie jest obowiązkowa bo inaczej zabawki są be, do tego nawet obecność rodzica i jego nieudolne próby zorganizowania ambitnych zabaw grzechotkami są na nic po ok 5-7 minutach zabawy bo generalnie A. nudzi się daną rzeczą zanim jeszcze dokładnie ją obejrzy. Także nigdy łatwo nie było ale teraz... teraz to po prostu jest masakra. Siedzimy sobie na kocyku, obrabiamy zabawki, jedna minuta, druga, i w max 3-4 minucie następuje rzut 9 kilogramowego ciałka na mamę w celu wspinania się po niej jak najwyżej tylko się da, używając do tego nóg i rąk z naciskiem na ręce, które to są wyposażone w super wbijające się w skórę mamy paluszki z paznokciami. Gdy synek dotrze już prawie na sam czubek mojej głowy następuje ryk i krzyk bo dalej nie dość, że dalej nie da się już wspiąć to jeszcze mama ściąga syna na dół bo już ledwo zipie od tej wspinaczki a do tego jest cała wyszczypana. Mały A.,prowadzony na ziemię i posadzony tyłem do mamy a przodem do zabawek, w ciągu jednej sekundy wykonuje śrubę w miejscu, potem rzut na mamę i zaczyna swoją wyprawę od nowa. I tak w kółko, cały dzień. Jeżeli mamy nie ma w pobliżu to może to być jakakolwiek inna osoba czy też każdy napotkany przedmiot.
I ja doskonale rozumiem, że on po prostu odkrywa swoje nowe umiejętności, tym razem akurat wstawanie na nóżki ale czemu z aż taką zachłannością ?
Nie ma mowy o normalnej zabawie, cały czas czuwania wygląda tak, że on się wspina a gdy już osiągnie cel i stanie na nogi to zaczyna się złościć i krzyczeć, ja go zdejmuję a on wtedy jeszcze bardziej krzyczy :/ Ja jestem cała umordowana i ugotowana bo to naprawdę niezły wysiłek prowadzić takie zapasy z niemowlakiem przez ok 3-4 godziny bez przerwy (bo tyle trwa czas czuwania u A.) i to w taki upał.
Kombinuję jak mogę, wózek, noszenie, basenik, wszystko a on wszędzie robi to samo, z każdego miejsca po prostu próbuje się wydostać o własnych siłach i za wszelką cenę.

Żeby tego było mało, po takim wyczynowym dniu następuje równie wyczynowy wieczór ponieważ od 3 dni moje dziecko, które przez ostatnie 7 miesięcy zasypiało zaraz po kąpieli w trakcie picia wieczornej kaszki, teraz w trakcie tej kaszki nagle wybudza się z płaczem i nie ma mowy ani o dalszym piciu ani tym bardziej o spaniu. Aż mi się przypomniały pierwsze tygodnie jego życia gdy właśnie tak wyglądało usypianie, ryki, wrzaski, noszenie, suszarka, okap i nadal płacz. I teraz ten koszmar jakby powrócił :( Nie wiem co się dzieje, obstawiam dwie rzeczy: po pierwsze zęby, bo ten ząb co to go widać od miesiąca od wczoraj jest bardzo wypukły na dziąśle i siny, ewentualnie po drugie podejrzewam też trochę te upały, że może A. jest po całym dniu w takim skwarze na wieczór coś z niego w końcu wychodzi. Ale oba powody wydają mi się dość słabe bo co niby ma być winien ząb, który wcześniej przez cały dzień jakoś dziecku nie przeszkadza a nagle na wieczór zaczyna męczyć ? To samo z upałami, w dzień jakoś znosimy a na wieczór nagle foch ? Nie wiem.

I jak jeszcze ciężkie dni mogę sobie wytłumaczyć po prostu tym, że A. jest mega energicznym dzieckiem i po prostu bardzo chce już chodzić i stąd ta wieczna siłownia, tak tych wieczorów nijak nie umiem rozgryźć :(

Może ktoś ma jakieś pomysły ???

wtorek, 6 lipca 2010

9 miesięcy

Trochę o A., na koniec 9-go miesiąca:

*Sam siada.

*Próbuje raczkować ale po kilku krokach pada na brzuch i dalej zasuwa po staremu czyli na brzuchu, odpychając się rączkami i nóżkami od podłogi.

*Wspina się jak tylko może i po czym tylko może a również po czym nie może i wtedy jest bęc.

*Za sprawą siadania i wspinania przewijanie to istny koszmar bo A. po prostu nie toleruje leżenia ani unieruchomienia ani w ogóle żadnej innej pozycji od tej siedząco-wspinającej.

*Zęby (dokładnie dwie dolne jedynki), które pokazały się dokładnie miesiąc temu po dziś dzień nie raczyły przebić się przez dziąsło co wywołuje u mnie lekki niepokój, bo niby czemu one tak tam siedzą i nie wychodzą na wierzch? Pani doktor, dziś na wizycie, też się zdziwiła i pod nosem sobie powiedziała: "no chyba się nie zblokowały?" Cokolwiek to znaczy to z pewnością nie to chciałam usłyszeć :/

*Z wagą trochę kiepsko bo wychodzi na to, że A. przez trochę ponad miesiąc przybrał zaledwie 60g, tu nic lekarka nie powiedziała a ja nie spytałam i teraz nie wiem co o tym myśleć.

*W końcu odbębniliśmy ostatnie szczepienie i teraz przez jakiś czas mamy spokój. A czemu dopiero teraz? A temu, że chciałam zaszczepić A. na obowiązkowe szczepienia oraz dodatkowe ale nie chciałam ich łączyć i szczepiłam partiami, po kolei jedno po drugim aż dotarliśmy do końca tyle, że zajęło nam to 9 miesięcy.

*W ostatnich dniach wyszliśmy z małej wanienki i przenieśliśmy się do dużej, dorosłej wanny. Jest ubaw.

*Jeszcze wcześniej odstawiliśmy Lovelę itp. i przestawiliśmy się na dorosłe płyny. Co za ulga !! Mniejszy wydatek a do tego mniej butli stojących w łazience.

piątek, 2 lipca 2010

Środa na Mazurach

W zeszły weekend J zapytał mnie zatroskanym głosem czy może przyjedziemy go odwiedzić jak będzie na wakacjach? No, mnie długo prosić nie trzeba było. J wyjechał w poniedziałek a my przyjechaliśmy do niego w środę, na ten jeden dzień. 2 godziny drogi samochodem i znalazłam się w zupełnie innym świecie, głusza, cisza, las ... słychać było tylko szum drzew i śpiew ptaków, no bajka po prostu - Nibork. Miejsce, którego (jak upierał się mój tata) nie ma na mapie. A jednak istnieje naprawdę :)

A. miał przyjemność przeżywać swoją pierwszą w życiu dalszą wycieczkę jednak chyba nie wiele z niej zarejestrował. Dla niego to był dzień jak co dzień, cały dzień na dworze a przy tym jedzenie, zabawa, spanie, jedzenie, zabawa, spanie ;)
Po obiedzie pojechaliśmy nad jedno z pobliskich jezior.
A potem do Nidzicy zwiedzić zamek.
Tutaj więcej o zamku, który zwiedzaliśmy.
Na koniec jeszcze tylko lody na rynku ...

i niestety trzeba było już wracać w domu :(

czwartek, 1 lipca 2010

Potop

Normalnie nas zalało. A dokładnie to łazienkę.

Miała dziś przyjechać nowa pralka więc M wziął się za odłączanie starej i okazało się, że zawór w ścianie, który prowadzi węża doprowadzającego wodę do pralki jest zepsuty i mimo, że powinien się zamknąć to jest otwarty. Woda jak na filmach dosłownie wystrzeliła nam na całą łazienkę, lało się wszędzie a na podłodze w oczach rosło jezioro na całej powierzchni łazienki. Woda doszła aż do wysokości progu. M brodząc w kałuży, mokry od stóp do głów, starał się jakoś zatamować ten prysznic ale ciśnienie było tak ogromne, że się nie dało.

Ja akurat miałam wyjść z A. na spanie do ogrodu ale musiałam go odłożyć i pomóc M. Zostawiony sam sobie A. nie skumał zupełnie czemu takiego marudnego i zaspanego zostawiłam go samego w łóżeczku i w biegu gdzieś się oddaliłam i zaczął się tak drzeć, że miałam wrażenie, że dodatkowo do tej powodzi jeszcze ściany zaczną pękać. Woda się leje, Adaś wyje a ja lecę na dół do piwnicy zakręcać całą wodę. M krzyknął mi tylko, że to taka czerwona wajcha przy pompie, no i była ale okazało się, że to nie ta i przekręcenie jej nic nie dało, właściwa była z drugiej strony. Wróciłam biegiem na górę, woda nadal leje się litrami, M już prawie pływa i cały mokry tym razem on leci do piwnicy. Krzyczę żeby tak nie leciał i w tym samym momencie widzę jak traci równowagę ale leci dalej, za chwile drugi raz prawie orła wywija ale nic a nic mnie nie słucha tylko leci. A ja już nie martwię się o zalaną łazienkę tylko o niego żeby doleciał w jednym kawałku.

Doleciał, wodę wyłączył. Szum wodospadu przestał wydobywać się zza drzwi łazienki, które wcześniej zamknęłam żeby może jak najmniej wody wylało się na resztę domu. Otworzyłam drzwi, zajrzałam, POTOP. A za 2 godziny miała przyjechać nowa pralka. Do tego w domu zero wody bo zakręcona a ja potrzebowałam wymyć butlę, z której za chwilę A. miał wypić kleik. Na szczęście w rurach zostało ciut wody, akurat na tą jedną butlę. Hydraulik przyjechał dość szybko. Pozachwycał się A., w jakieś 3 minuty założył nowy zawór, wziął 70zł i pojechał.
Taki pierd a tyle kłopotu.

I cenna uwaga na przyszłość, zanim się weźmiesz za grzebanie przy rurach w łazience - zakręć dopływ wody, to nawet jak zaworek będzie popsuty to domu nie zaleje.

A miałam dziś pisać o naszej wczorajszej wycieczce do Nidzicy, może jutro mi się uda :)

poniedziałek, 14 czerwca 2010

Poimprezowy bilans zysków.

* bardzo miło spędzone dwa dni w towarzystwie rodziny i znajomych
* fantastycznie spędzony dzień z przyjaciółką (długo wyczekiwany)
* dwa dni prawie całkowicie bez komputera (rewelacja !!)
* ponad 250 zdjęć
* piękna brązowa opalenizna, głównie na rękach i buzi, zarówno u dzieci jak i u mnie, u mnie dodatkowo żywa czerwień na plecach (nadal boli)
* ok 10 śladów po ukąszeniach komarów na twarzy i szyi Małego A oraz 2 (słownie: DWA) u mnie, u J nie widziałam w ogóle ale to było chyba przywidzenie albo po prostu MUGA zadziałała ;)
* 3 książeczki
* mały, święcący Scooby
* kilka zestawów LEGO, łącznie dokładnie 2925 sztuk klocków do złożenia (część już złożona, z resztą chłopaki będą mieć co robić) + do tego oczywiście kilka kartonów, z którymi teraz nie będzie wiadomo co zrobić bo J pewnie nie pozwoli ich wyrzucić ;)
* w lodówce ponad 1kg najlepszego na świecie tortu czekoladowego
* karton ciasteczek
* kilka litrów różnych soków, napoi, wód smakowych itd. (trochę przeceniłam możliwości gości ;))
* kilkanaście sztuk popękanych i porozrzucanych po ogrodzie baloników (chłopcy mieli zabawę: rzucali się balonami z wodą)
* ileś tam litrowy, wypełniony po brzegi worek śmieci
* cała torba plastikowych sztućców, talerzyków i kubków, znów przeceniłam ilości jakie mogą zostać zużyte, zapas starczy nam teraz na kilka sezonów grillowych ;)
* kilka nowych spostrzeżeń na temat znajomych i sąsiadów
* oraz to co oczywiście najważniejsze ale specjalnie zostawione na koniec listy: TEN konkretny uśmiech i szczęście w oczach J, tak jak pisałam: bezcenne :)

piątek, 11 czerwca 2010

Big Day today!

J przyszedł na świat 11 czerwca 2004 roku o 22:30.

Patrząc dziś na niego i oglądając zdjęcia z porodu, wręcz nie mogę uwierzyć, że to wszystko się wydarzyło, że J też był kiedyś takim maleńkim dzidziusiem śpiącym w śpioszkach i pieluszce, że jedynym jego posiłkiem było mleko, nie umiał mówić i robił tak samo cudne niemowlęce minki jak teraz Adaś :) To wszystko wydaje się takie nierealne gdy w urodzinowy poranek wręcza się dziecku torebkę cukierków, z którymi ma iść do przedszkola i częstować dzieci. I jeszcze bardziej nierealne gdy słyszy się, że na przyjęcie urodzinowe to ma być biała koszula i krawat lub muszka bo on nie jest już dzidzią, jest duży i chce wyglądać elegancko :)

Tak więc była i biała koszula i muszka i ten dorosły, elegancki wygląd :)
A do tego na specjalne życzenie dwa różne torty na dwa dni imprezowania. W piątek tort śmietanowy w białej czekoladzie, koniecznie bez owoców:



Żeby wilk był syty i owca cała owoce poszły na stół jako dodatek :) Truskawki oczywiście, no bo jak to tak, czerwcowa impreza bez truskawek?
W sobotę dla przeciwwagi piątkowej bieli i śmietany tort miał być w pełni czekoladowy i tym razem w specjalnym kształcie, dobranym oczywiście pod względem zainteresowań jubilata:

Jakby ktoś miał wątpliwości czy po prostu nie wiedział, to podpowiadam, że to paskudztwo to jest to Scooby Doo. No cóż, do oryginału mu daleko ale niestety w cukierni mieli taki akurat wzór i formę. Grunt, że J rozpoznał i był przeszczęśliwy :)
Do tego tort był naprawdę przepyszny wręcz rewelacyjny w smaku i mówi to osoba, która nie lubi tortów czekoladowych !! A i od pozostałych gości ochów i achów nie brakowało natomiast efekt tego był taki, że się państwo poprzejadało tymi słodkościami ;)

Ogólnie było jednak bardzo pysznie, miło i wesoło. Imprezy zaliczam do udanych i w sumie to jestem gotowa nawet jeszcze raz podjąć się takiego dwudniowego świętowania na własnym terenie, tylko może za jakiś czas ;)

czwartek, 10 czerwca 2010

Po środzie i po stresie.

Odbębniliśmy wczoraj kontrolę w szpitalu z Małym A.

Wcześniej o tym nie pisałam ale gdy A. miał 6 tygodni i wylądowaliśmy w szpitalu przez ulewanie to przy okazji usg brzuszka wyszło jakieś poszerzenie układu miedniczkowego, które to ponoć nie było niczym złym ale kazali nam robić kolejne kontrolne usg. Na poprzednim usłyszeliśmy to samo co na pierwszym czyli coś tam jest ale nic ważnego. Dziś to samo, że jakaś szczelinka, ale nawet na opisie usg nic o tym nie ma i ponoć mieści się to w normie. Ponieważ i tak mam cały czas mnóstwo zmartwień to nie zamierzam się więcej tym zamartwiać skoro specjaliści mówią, że nie trzeba.

W następnej kolejności była wizyta na oddziale chirurgii gdzie mieliśmy się stawić 4-5 tygodni od wypadku/upadku. Tej wizyty bałam się najbardziej przez tego guzka na czole w miejscu gdzie kiedyś był siniak. Oczywiście mój strach wynikał głównie z tego, że wszechwiedzący wujek google naprowadził mnie na takie wieści w temacie guzków pourazowych, że włosy dęba stawały. Pan doktor dokładnie zbadał miejsce na czole, potwierdził, że guzek jest ale powiedział, że to nic strasznego, po prostu zgrubienie okostnej po upadku, które z czasem powinno zejść. A póki co mam tego nie męczyć, nie dotykać, po prostu zostawić w spokoju i się nie stresować :)

Na koniec odwiedziliśmy naszą pediatrę szpitalną, pokazaliśmy wszystkie wyniki, powiedzieliśmy o wypadku i dzisiejszej kontroli i po badaniu pojechaliśmy do domu.
Pani doktor powiedziała, że nie chce nas więcej oglądać :)

Późne popołudnie spędziliśmy na kocyku w ogrodzie puszczając bańki mydlane.

środa, 9 czerwca 2010

Zaproszenia gotowe :)

Za kilka dni mamy wielki dzień, JJ kończy 6 lat !!

Już za chwilę, już za momencik zacznie siódmy rok życia i we wrześniu pójdzie do szkoły. Czuję jak powoli dobiega końca jakiś etap w naszym życiu. Po prostu czuję jak syn mi dorośleje...

Zaproszenia urodzinowe robiłam sama, o temi ręcami ;) 

niedziela, 6 czerwca 2010

8 miesięcy skończone.

Ósmy miesiąc Mały A kończy pod hasłem "prawie", bo:
prawie sam siedzi (choć sam jeszcze nie siada),
prawie ma pierwszego ząbka, dokładnie od wczoraj obserwuję białe kropki czy może nawet białą prześwitującą kreseczkę na dziąśle, więc jest szansa, że może rano będzie widać jeszcze więcej,
prawie raczkuje, również od wczoraj !! Z przemieszczania się na brzuszku za pomocą rączek nagle, w ciągu dosłownie minuty, odkrył, że jak się do tego zacznie poruszać opartymi o podłoże kolankami, i przesuwać raz jedną a raz drugą nóżką w połączeniu z rączkami to można przemieścić się jeszcze szybciej niż dotychczas i jeszcze dalej :) także drżyjcie wszelkie sprzęty i rodzice: A. rusza naprzód ;)

Z jedzeniem jakoś dajemy radę, domowe gotowanie okazało się jednak całkowitą klapą, A. zjadł dwa razy pełną porcję a przy kolejnych już po pierwszej łyżeczce była wręcz histeria. Wróciłam więc do słoików i tu o dziwo nastąpiła spora poprawa bo Adaś z większą chęcią zaczął jeść obiadki, aż nawet zaryzykowałam nowe różne słoiki i nie dość, że je polubił to smakują mu w takiej wersji w jakiej są i nie muszę mieszać tego z marchwią żeby ukrywać smak, bardzo mnie to very happy.
Inna sprawa, że jak jest dany rodzaj obiadków na topie to chce jeść tylko te a nie żadne inne. Teraz ma upatrzoną serię Gerbera gdzie mam 4 czy 5 smaków i na zmianę każdego dnia daję mu coś z tego. A ulubiony wcześniej HIPP stoi i jego czas na razie przeminął.
Wprowadziliśmy też oczywiście kilka nowych smaków, i wreszcie czuję, że nadrobiłam zaległości i jestem z wprowadzaniem produktów w miarę na bieżąco bo w sumie większość z oferty od 4-go do 7-go miesiąca + żółtko i gluten mamy już wprowadzone. Tylko cały czas jakoś nie mogę dojść do jagód i tak sobie deserki jagodowe czekają. I niech poczekają bo zaparć na razie nie potrzebujemy ;)

Ze smutków to niestety Mały A ma na czole wyczuwalnego małego guzka i jest to w tym miejscu gdzie był guz po upadku. Nie widać go ale czuć ręką jak się dotknie. A od wypadku minął już prawie miesiąc i powiem szczerze, że trochę mnie ten guzek martwi :( do tego prawda jest taka że guzek zrobił wcale nie od tego pierwotnego uderzenia tylko kilka dni po tym jak już siniak prawie znikł, A. wędrując po podłodze delikatnie spotkał się z nogą od krzesła :/ i to naprawdę delikatnie bo lekko tylko kwęknął i poszedł dalej a jednak coś się po tym spotkaniu pojawiło :( Ja wiem, że trzeba na dziecko uważać i nasz wypadek wiele mnie nauczył ale na litość boską nie mogę go przecież owijać całego w folię bąbelkową i trzymać na smyczy !
Także mam teraz nowe zmartwienie :(((

Mniej smutny ale też mimo wszystko problem, mamy z fotelikiem samochodowym, z którego A. po prostu sobie wyrósł. Fotelik jest do 13kg, A. waży 9kg i w foteliku siedzi wciśnięty jak sardynka w puszkę. A nasz kolejny fotelik jest dokładnie od 9kg ale za to przeznaczony jest dla dzieci od 1-go roku życia, no i zonk :/

środa, 26 maja 2010

Dzień Mamy

Wstałam z myślą o tym, że muszę dziś do Niej zadzwonić, znów to samo, lęk przed tym jaka dziś będzie gdy odbierze telefon ? Zwlekałam z telefonem cały dzień. Zadzwoniłam późnym popołudniem. Złożyłam życzenia, niby było ok ale już nie tak miło jak te parę dni temu gdy dzwoniłam w jej urodziny. Dziś znów ja nie byłam ważna, skupiła się na sobie i swoich problemach. Opowiedziała o tym, jak jej źle i ciężko nie pytając ani o dzieci ani o mnie. A ja standardowo po tych wszystkich wywodach i wyrzuconych żalach wpadłam w poczucie, że muszę jej natychmiast pomóc, bo jej jest źle i ciężko, bo jest moją ukochaną mamusią. I choć z drugiej strony w środku miałam żal, że ja ją nic nie obchodzę i ona w moje problemy się nie zagłębia z taką troską jak ja w jej, to i tak pod wpływem tego współczucia do niej zaproponowałam, że może przyjadę jutro na chwilę z dziećmi. I wtedy stał się mały cud, jej głos zmienił się diametralnie a ton jej wypowiedzi z wisielczego przeszedł w radosny.
Lubię wywoływać tą radość w jej głosie, lubię być powodem tej radości, w takich chwilach czuję, że jestem dla niej ważna. A przecież całe życia chodziło mi o to by być dla niej ważną.
Może jutro pojadę ...

***

Wstając rano z myślami o Mamie, zupełnie pominęłam fakt, że sama jestem mamą i to jest także mój dzień :) Moje starsze dziecko przypomniało mi o tym dając mi laurkę. Rozczuliłam się, naprawdę, bo po pierwsze niczego się nie spodziewałam bo nawet nie myślałam o tym dniu jak o swoim a do tego J naprawdę się postarał :)
Taka drobnostka a tak cieszy...

poniedziałek, 24 maja 2010

Porozumienie pisemne

Ja do M:



M do mnie:



Grunt to porozumienie ;)

A przy okazji tej sytuacji przypomniał mi się pewien kawał:

Pewne małżeństwo ma "ciche dni"... Ignorują się maksymalnie...Pewnego dnia wieczorem mąż podsuwa żonie karteczkę: "Stara krowo, obudź mnie jutro o 7:00". Następnego dnia rano mąż się budzi... patrzy - godzina 9:00 a obok niego leży karteczka: "Wstawaj stary durniu- już 7.00".

;)

niedziela, 23 maja 2010

Tup, tup ...

Od dziś w naszym ogrodzie mamy nowego mieszkańca a jest nim całkiem spory jeż :)
M wypatrzył go pod krzakiem porzeczki a ja od razu popędziłam do niego z J i z aparatem oczywiście. Gdy już nowy mieszkaniec naszego ogrodu został obfotografowany to przyszło mi do głowy żeby może net przekopać i ustalić co takowy jeżyk mógłby zjeść, no bo a nuż głodny tam bidny pod tą porzeczką siedzi ?

Wujek Google Dobra Rada, powiedział, że jeże są mięsożerne a te jabłuszka noszone na kolcach to tylko taki motyw występujący w bajkach. Jednak jakby co to jabłka jeże też jedzą. Z rzeczy wymienionych w necie miałam tylko mleko i jabłko :( więc poszłam z jabłkiem. Nasz jeż niestety jabłkiem zainteresowany nie był a po kilku minutach naszej obserwacji jego pięknego pyszczka oraz ogólnego znieruchomienia, jeżyk odwrócił się do nas pupą i podreptał w bardziej zarośniętą część ogrodu.

sobota, 22 maja 2010

Fala

Wraz z falą kulminacyjną na Wiśle przypłynęła do mnie fala problemów :/

Zaczynając od samej Wisły to oczywistym było, że znajdziemy się w rejonie zagrożonym, w końcu Wisła za rogiem a tuż obok okoliczne stawiki itd. Przedwczoraj przez pół nocy albo i dłużej jeździły na sygnale, jak oszalałe, wozy strażackie, jeden za drugim. Umacniali wały, po jakimś czasie zrezygnowali z syren i słychać już było tylko hałas rozpędzonych, ciężkich samochodów. Ogólnie wprowadziło to taką atmosferę strachu, może nawet grozy ?
Wczoraj o 13:00 zaczęły przeciekać wały w miejscowości obok mnie. I tak jak wcześniej zupełnie nie przemawiała do mnie groza całej sytuacji tak z każdą godziną zaczęłam się jednak coraz bardziej niepokoić. Do tego jeszcze zobaczyłam zdjęcia z miejsc, w których przedwczoraj byliśmy na spacerze i woda tam bardzo przybrała, chodniki, po których wtedy kursowali policjanci teraz są całe zalane i śladu po nich nie ma.
Wczoraj M zaproponował żebyśmy przenieśli się do Wawy na weekend ale mnie nie za bardzo się ten pomysł spodobał i opierałam mu się tak długo, że aż się z M o to pokłóciliśmy i temat pozostawał cały czas otwarty i czekał na decyzje. I gdy ja już pogodziłam się z tym, że muszę spakować pół domu w kilka toreb podróżnych i jechać do Wawy na parę dni to okazało się, że M usłyszał wypowiedź naszego burmistrza, który powiedział, że paniki nie ma, wszystko jest pod kontrolą.
Zostaliśmy w domu.

Parę godzin wcześniej gdy odwiedzałam swoje stare strony, mój tata wręczył mi jakieś pismo z ZUSU, które przyszło dokładnie dzień wcześniej. Zawsze mnie takie niespodziewane pisemka z różnych państwowych instytucji bardzo niepokoją. Tym razem też serce zabiło mi mocniej a jeszcze mocniej gdy przeczytałam, że ZUS wzywa mnie na kontrolę z okazji mojego zwolnienia. I wcale nie chodziło mi już o samą kontrolę bo zwolnienie mam w pełni zasłużone i legalne ale o to, że data i godzina na jaką miałam się stawić minęła godzinę przed otrzymaniem przeze mnie listu :/
Szlag mnie trafił na miejscu. Bo po pierwsze wysłali to na zły adres i na złe nazwisko bo panieńskie a na zwolnieniach są przecież moje inne dane i specjalnie wstawiany mój adres zamieszkania, żeby "w razie kontroli wysłali wezwanie na dobry adres" - przypomniały mi się słowa mojej lekarki. A po drugie to jak tak w ogóle można robić żeby wysyłać do kogoś pismo w dniu 18 maja, doręczać je 20-go z informacją, że dzień później, czyli 21-go jest termin kontroli ?? Żeby to jeszcze poszło na mój dobry adres to bym przecież pojechała a tak to w spokojny ciepły poranek w dniu 21 maja, po godzinie 10:00 rano otwieram sobie taki liścik i czytam, że godzinę temu miałam się stawić na kontroli w ZUSIE, zawał !!
Zadzwoniłam i powiedziała im, że to jest niepoważne a dodatkowo przy moich problemach zdrowotnych zupełnie niepotrzebnym dodatkowym bodźcem pogarszającym mój
stan. Poza tym oczywiście opowiedziałam wszystko co i jak z tym adresem i usłyszałam (od całkiem miłej pani), że mam napisać pismo z wyjaśnieniem czemu nie
dotarłam i to powinno wystarczyć bo moja nieobecność nie wynikneła z mojej winy. Taaa. Napisałam ale stracha mam i tak, co to teraz z tego wyjdzie bo w piśmie
jest napisane, że w razie uniemożliwienia badania (czyt. mojego niestawienia się na nie) moje zwolnienie traci ważność z dniem następnym po wyznaczonym terminie badania. Do tego oczywiście tracę prawo do zasiłku. No rewelacja. I szczerze mówiąc to nie wiem co mam teraz zrobić.

A na koniec dnia dostałam smsa z mojej kochanej sieci komórkowej, że ponoć nie zapłaciłam im poprzedniego rachunku. Bzdura, jest zapłacony jak wszystkie inne. Ale niestety oni tego nie widzą a na moim koncie internetowym też widać, że wpłaty nie było. Czyli następny temat do wyjaśniania.

Ja bardzo proszę żeby ta fala już sobie ode mnie odpłynęła.

wtorek, 18 maja 2010

Bez aparatu.

Parę dni temu mój aparat miał niezbyt przyjemne spotkanie z podłogą, tak, ostatnio wszystko mi upada :/.
Po upadku przesunęła się obudowa i rozjechał się zoom. Samą obudowę to bym oczywiście przeżyła ale bez zoomu ? No jak ?
TO SE NE DA.
Przez kilka dni jeszcze robiłam jakieś zdjęcia ale zoom wariował na maksa więc trzeba było z aparatem się rozstać na kilka dni :( M zawiózł mi go dziś do serwisu, kosztorys miał być jutro o 12:00 ale jakimś cudem zrobili go już dziś i już wiem, że będę miała swój aparacik naprawiony bo sumę jaką na rzucili da się jakoś przeżyć :)
Szkoda tylko, że ma im to zająć od 3 do 5 dni, bo ja już w tej chwili bez mojego aparatu czuję się jak bez ręki ;)

poniedziałek, 17 maja 2010

Bolek i Lolek.

Wczoraj mój tata zauważył, że mój J i A są zupełnie jak Bolek i Lolek :)
Starszy długi i chudy, młodszy mały i gruby.
Wszystko się zgadza, tylko Toli jeszcze u nas brakuje ;)

niedziela, 16 maja 2010

Urodziny mamy...

Zawsze o nich pamiętam, nie tylko gdy zbliża się maj ale po prostu zawsze pamiętam o niej i jej urodzinach. Dziś z samego rana zadzwoniłam z życzeniami, chciałam żeby wiedziała, że pamiętam i żeby nie czekała pół dnia na telefon ode mnie, na który dobrze wiem, że czekała.
Telefony do niej zawsze napawają mnie lękiem bo nigdy nie wiem w jakim stanie będzie gdy odbierze telefon ... gdy wybieram jej numer zawsze czuję napięcie.
Dziś czekała mnie miła niespodzianka, moja mama była w świetnej formie, była taka jaką ją kocham i za jaką tęskniłam całe życie. I te kilka minut rozmowy wywołały we mnie tyle pozytywnych emocji. Zawsze chciałabym się tak czuć w rozmowie z nią i chciałabym żeby zawsze była taka jak dziś.
Dla nas obydwu ta rozmowa była bardzo podbudowująca, ona czekając na mój telefon a nie mając pewności czy zadzwonię bardzo ucieszyła się i wzruszyła tym, że zadzwoniłam a ja za to przez te kilka minut znów czułam, że jest mi mamą :)
Nie łudzę się, że ten stan potrwa wiecznie, to niemożliwe ale dobre są nawet takie krótkie chwile.
Tak bardzo za nią przez całe życie tęsknię i odczuwam jej brak, że w takich chwilach stają się znowu jej malutką córeczką i gdy tylko wyczuwam w niej tą mamę, którą mogła mi być a nie była to od razu mam ochotę lecieć do niej na łeb na szyję i pobyć z nią i złapać to czego brakowało mi przez całe życie: kontakt z mamą.
Przysięgam, że gdyby nie to okropne wietrzysko to pewnie porwałabym się na podróż do niej z Adasiem, bo sam deszcz raczej by mnie nie odstraszył ale wychodzenie na taką wichurę z niemowlakiem to kiepski pomysł.
A tak bardzo chciałabym się z nią zobaczyć, właśnie dziś gdy ma urodziny.
I wiem, że byłaby bardzo szczęśliwa gdybym przyjechała do niej z Małym A.

P.S. Żeby nie było, ona w moje urodziny parę dni temu też do mnie zadzwoniła.

piątek, 14 maja 2010

Polska paranoja szpitalna.

Pojechaliśmy dziś na to usg przezciemiączkowe co to miało odbyć się wczoraj.

Na oddział mieliśmy się stawić o 8:30 tylko dla samego stawienia się bo usg jest od 10:00.
Ponieważ wypisu ze szpitala nie mamy to czekało na nas nasze miejsce na sali. Chociaż tyle dobrze bo mogłam położyć Małego A na drzemkę i wygodnie go przewinąć czy na trochę odłożyć do łóżeczka.
Mając jednak w pamięci wczorajszą sytuację z usg, które ostatecznie się nie odbyło to dziś byłam czujna i kręciłam się obok pokoju pielęgniarek żeby przypilnować swojego interesu. Uspokoiłam się trochę gdy nasz lekarz (jak się okazało ordynator, ten sam, który nas przyjmował, badał, zlecił badania a dzień później na mnie nawrzeszczał) spotkał mnie na korytarzu gdzie krążyła, jak ten sęp, zapytał o A., wizytę neurolog i powiedział, że jeszcze tylko to usg i wychodzimy i, że to usg dziś na pewno będzie. No to luz.
Doczekaliśmy do 10:00 gdy przyszła po nas pielęgniarka i zabrała na usg. Pod gabinetem była jedna pani, więc mieliśmy po niej wejść a nawet jakby przyszedł ktoś
inny to i tak mamy pierwszeństwo bo my "z oddziału" wzywani na usg jesteśmy a nie z ulicy. Usiadłam sobie wyluzowana, z myślą, że jeszcze tylko chwila i już nas tu nie ma. I w tym momencie do poczekalni wchodzi inna pielęgniarka i wprowadza tabun mamusiek (jakieś 10 sztuk) z niemowlakami na rękach. Ponieważ już trochę wiem jak to wszystko tam wygląda to domyśliłam się, że to po prostu inna pielęgniarka z innego oddziału przyprowadziła swoje podopieczne na usg.
Pielęgniarka otworzyła drzwi do gabinetu od usg i oznajmiła, że przyprowadziła mamy z dziećmi z patologii noworodka i zaczęła ustalać, która z nich pierwsza wchodzi nie zwracając uwagi na to, że inni też tu po coś w tej poczekalni siedzą. Zamarłam bo już miałam wizję, że teraz nie wejdziemy wcale pierwsi tylko najpierw będą brać te wszystkie noworodki a wtedy posiedzielibyśmy tak ze 3h jak nic. Nasza pielęgniarka też wyczuła pismo nosem i wychyliła się zza ściany i mówi do tej drugiej pielęgniarki od noworodków, że jeszcze my tu jesteśmy do usg i też przecież z oddziału tyle, że z chirurgii. No ok do przepychanek nie doszło, pielęgniarki się dogadały pod drzwiami i w sumie okazało się, że i tak panie z gabinetu będą wywoływać i mogliśmy tylko mieć nadzieję, że zaczną od nas. Na nasze szczęście tak właśnie było, drzwi się otworzyły i pani zawołała: "chirurgia proszę". Raźnie powędrowałam z A do gabinetu, M za mną, pielęgniarka za nami. Kładę dziecko na łóżku, pani prosi o nazwisko, szuka w papierach i tu pada moje ulubione ostatnio stwierdzenie: "ale ja tu takiego nie mam" i się zaczęło, nasza pielęgniarka robi duże oczy i pyta nas gdzie jest skierowanie? (a skąd ja mam to k... wiedzieć, przecież sama się tu nie skierowałam), babka szuka dalej w papierach i nic niestety nie znajduje więc pada podejerzenie na nas, że może wcale mamy tego usg nie mieć !! I wtedy mnie już trafiło i mówię, że czekamy na nie od wczoraj, że wczoraj przez cały dzień się ono nie odbyło i dziś przyjechaliśmy tu tylko na to usg. Poza tym przecież przed chwilą nas wywołali !! No więc okazało się, że wywołali chirurgię ale na myśli mieli jakąś dziewczynkę, która jeszcze nie stawiła się na usg a my weszliśmy no bo przecież jesteśmy z chirurgii i na usg czekaliśmy. Czyli jednym słowem głupi przypadek sprawił, że znaleźliśmy się w tym gabinecie. Babeczka od usg mówi, że mamy wracać na oddział ustalić co się stało ze skierowaniem. Myślę sobie, akurat !! jak już w końcu po całym dniu czekania udało mi się przekroczyć drzwi tego gabinetu to ja się teraz stąd nigdzie nie ruszę tym bardziej, że za drzwiami stoi ten tabun mamuś i nie zamierzam od nowa ustawiać się za nimi w kolejce i czekać tu do nie wiadomo której na usg. Babeczka od usg okazała się ludzka i powiedziała, że w takim razie mamy zostać, ona zrobi badanie a w tym czasie nasza pielęgniarka ma iść na oddział szukać skierowania. Myślę sobie: po problemie. Usg trwało chwilkę i wyszło na szczęście ok, pomijając to, że babeczka dopatrzyła się jakiejś torbielki, która powstaje przy porodzie lub podczas ciąży i w sumie nie jest niczym ważnym i niektórzy lekarze o tym nawet nie mówią i, że mam się tym nie przejmować. Taa, łatwo powiedzieć, szczególnie, że jak A. miał usg przezciemiączkowe w październiku to
słowa o torbielce nie słyszałam więc teraz zaczęłam się jednak martwić i kilka razy pytałam czy to aby na pewno nic poważnego. Po usg wzięliśmy Grubcia i skierowaliśmy się na nasz oddział gdzie mieliśmy czekać na wynik usg, który miała przynieść pielęgniarka w zamian za skierowanie. Pod drzwiami oddziału chirurgicznego spotkaliśmy naszą pielęgniarkę, która jak się okazało do tej pory próbowała ustalić gdzie jest nasze skierowanie bo nigdzie go nie ma i naskoczyła na nas, że sobie to usg wymyśliliśmy bo skierowania żadnego na oddziale nie ma i kto nam kazał w ogóle to usg robić. Śmiesznie ? Bo ja po prostu myślałam, że tam pęknę ale ze złości. No bo jasne, sama sobie usg wymyśliłam, wczoraj czekałam na nie cały dzień a dziś tak dla jaj sobie na 8:30 do szpitala z dzieckiem przyjechałam i zarządziłam, że mają mu zrobić usg. M zobaczył, że jeszcze chwila a po prostu rozniosłabym ten szpital i spokojnym tonem zaproponował żebym sobie poszła z dzieckiem na salę a on to załatwi. Ponieważ nie zamierzałam się dalej nakręcać i doprowadzać do awantur (co niestety leży w moim charakterze) to zawinęłam się na pięcie i poszłam na salę, gdzie za parę minut przyszedł M i powiedział, że sprawa wyjaśniona. Teraz mieliśmy już tylko czekać na wypis. Po ok godzinie czekania i łażenia z kąta w kąt stwierdziliśmy, że kolejnego dnia w ten sposób nie spędzimy i skoro nie czekamy już na żadne badanie tylko na wypis to może i tu trzeba się upomnieć żeby potem się nie okazało, że lekarz poszedł do domu a wypisu nie ma. M poszedł więc zadziałać i wrócił za kilka minut z wypisem w ręku, o 12:00 byliśmy w domu.

A przy okazji domyśliliśmy się czemu nasze usg nie odbyło się wczoraj, ano dlatego, że te babeczki na usg nie miały tego cholernego skierowania i po prostu nie zadzwoniły na oddział chirurgii i nas nie wywołały. I dziś pewnie też by nie zadzwoniły, także to, że w ogóle znaleźliśmy się w tym gabinecie i wywalczyliśmy to co się nam należało już dzień wcześniej zawdzięczamy tylko temu, że czyjeś inne skierowanie z chirurgii leżało dziś w gabinecie od usg.

Tak właśnie wygląda leczenie się w ramach NFZ.
To jest właśnie Polska.

czwartek, 13 maja 2010

Śliwka :(

No i stało się to co wiem, że dzieje się wielu mamom i dzieciom jednak ja myślałam, że nam nie zdarzy się to nigdy !! No bo jak, mnie, mamie idealnej ? Tak dokładnej, tak dbającej o każdy szczegół ? No jak u mnie mogłoby dojść do takiego wypadku ? Ano mogło. Wystarczyła mała chwila nieuwagi, jedna sekunda i Mały A był już nie na łóżku gdzie go wcześniej położyłam a na podłodze :( wydarzenie miało miejsce wczoraj...

I ja doskonale wiem, że dzieci często spadają ale są upadki i UPADKI i u nas to stanowczo był UPADEK :(
Mały A runął główką prosto w gołą podłogę z wysokości ok 50cm :( i w sekundę po podniesieniu go na czole miał już guza i śliwę w jednym, o wielkości śliwki węgierki a odstawało mu to na centymetr od czoła :((( nie da się opisać jaki to był widok i jak to razem przeżyliśmy.

Nasz wypadek stanowczo nie zaliczał się do tych lightowych kiedy to dziecko spadnie sobie na dywanik i nawet nie zauważy co się stało, zapłacze chwilę i po wszystkim, także szybko wykombinowałam opiekę dla mocno wystraszonego J i pojechaliśmy z A do szpitala.

Na wejściu zbadał nas chirurg, potem pediatra i zrobili rentgena główki, który wyszedł ok, jednak po tych wszystkich badaniach chirurg zalecił pozostanie na oddziale w celu obserwacji gdyż uderzenie było dość silne i trzeba było A obserwować. Nie byłam szczęśliwa, że musimy tam zostać ale wiedziałam, że w domu nie będziemy tak bezpieczni jak tu, więc oczywiście zostaliśmy.

Po przyjęciu na oddział chcieli pobrać Małemu A krew i tu czekał nas niestety koszmar bo A jest naprawdę grubiutki i jak pielęgniarki zobaczyły jego napompowane łapki to od razu powiedziały, że będzie ciężko. Ale próbowały i to był istny horror, bo nie szło im za cholerę !! A to moje biedne dziecie wiło się i darło jak zarzynane a one mu te igły w łapki wbijały, igły sterczały, on się rzucał a krwi nic a nic nie poleciało :( nie wiem ile razy tak próbowały ale po 15 minutach takiej jazdy odmówiłam dalszych badań. Mały A tego dnia i tak już swoje wycierpiał a pobranie krwi było tylko rutyną przy przyjmowaniu na oddział więc uznałam, że gra nie jest warta świeczki i lepiej mu będzie jak oszczędzę mu kolejnego bólu i płaczu. Pielęgniarki kazały mi iść do lekarza i powiedzieć, że odmawiam badań. Lekarz się zgodził bo dziecko po upadku, wymęczone itd., żeby już dać mu spokój.
Poszliśmy spać, noc minęła w miarę ok, choć ja wzięłam przed snem jeden pramolan a chwilę potem drugi bo serce łomotało mi cały czas jak oszalałe i bałam się, że jakiegoś ataku po nocy dostanę a w obecnej sytuacji nie mogłam sobie na to pozwolić. Mimo pramolanu wybudzałam się dosłownie co 15 minut, cała mokra i z walącym sercem a do tego pielęgniarki co jakiś czas przychodziły mierzyć Małemu A. ciśnienie. Trwało to tak wszystko do północy aż w końcu zasnęłam. Dalej noc minęła dobrze.

A. obudził się o swojej stałej porze, bardzo miło zaczął dzień i gdy już byłam coraz bardziej spokojna to do naszej sali wpadły pielęgniarki z tekstem, że będą krew pobierać !! Ja zdziwiona mówię, że przecież u nas miało nie być pobierania, a one do mnie, że nic o tym nie wiedzą i idą to ustalić z lekarzem. I ten sam lekarz, który wczoraj odwołał badania dziś przyleciał do mnie z mordą, że o co mi chodzi i czemu nie zgadzam się na badania !! Ja zbita z tropu mówię, że przecież sam wczoraj mówił, że nie trzeba i ja to tak zrozumiałam a on do mnie, że to dotyczyło tylko wczorajszego wieczoru bo dziecko było zmęczone a dziś pobrać trzeba i żebym nie przesadzała !! A jeżeli się nie zgodzę to oni kończą hospitalizację !! Szok normalnie :(
Zgodziłam się bo co mi pozostało. A zaraz potem okazało się, że dziś nagle już nie mogę iść z dzieckiem na pobranie !! Ja się pytam dlaczego to mi mówią, że dziś jest pielęgniarka zabiegowa i do niej matki nie wchodzą, nosz k... mać. Dałam im mojego synka ale poszłam za nimi, postałam pod drzwiami a jak zaczął się wrzask to poszłam na salę i się poryczałam. Pomyślałam, że jakby co to i tak im go zabiorę bo nie będą mi go katować tylko po to żeby krew profilaktycznie pobrać bo wskazań w sumie nie było. Zdarzył się jednak cud, A. krócej płakał i mi go zaraz przynieśli zapłakanego ale uśmiechniętego i zadowolonego a pielęgniarka powiedziała, że jest bardzo grzeczny i płakał tylko jak mu coś robili a tak to nie. To samo było wcześniej na rtg, nic a nic nie płakał a babka przed rtg mówiła żeby nastawić się płacz a on patrzył w lampy i nic. Po tym pobraniu dokładnie sobie synka obejrzałam i dopatrzyłam się, że pobranie musiało być z główki bo miał powiększoną żyłę i widoczne ukłucie i dlatego
pewnie im się udało pobrać i to nawet dość szybko bo z rączki ta za nic by nie poszło ...
Po tej porannej przygodzie mieliśmy okulistę i neurologa i tu na szczęście wszystko było ok. Neurologa bałam się potwornie, że coś wypatrzy ale babeczka powiedziała, że nic złego nie widzi :) w dodatku była naprawdę rewelacyjna i super zajęła się moim Skarbem, synuś był przezadowolony z jej badań i śmiał się w głos a ja z nim :)
Następnie mieliśmy mieć usg a potem mieliśmy dostać wypis i wrócić do domu, tyle, że godziny leciały i nikt po nas nie przychodził aż w końcu po 17:00 zaczęliśmy się z M trochę niecierpliwić bo od południa nikt się nami nie zajmował a my tak gniliśmy w tym szpitalu i nikt nawet nam nie powiedział dlaczego nie robią tego usg i kiedy ono w takiej sytuacji ma być. I dobrze, że zaczęliśmy węszyć bo okazało się, że tego usg to oni nam dziś nie zrobią w ogóle i planowane jest jutro, więc dogadaliśmy się z lekarzem żeby puścił nas do domu na przepustkę a jutro wrócimy tylko na to usg. Mamy do szpitala 10 minut samochodem, więc naprawdę nie warto było koczować tam kolejnej nocy. Lekarz dał nam przepustkę i jesteśmy już w domu :)
Szkoda tylko, że straciliśmy dziś w tym szpitalu cały dzień, kisząc się z dzieckiem w sali a od południa spokojnie mogliśmy być w domu i siedzieć z Małym A w ogrodzie, wrrr
Ja nie wiem jak tak można robić żeby nawet pół słowem lekarz nie przyszedł i nie poinformował, że coś przekładają na następny dzień czy np., żeby powiedział chociażby wyniki tej niesłychanie ważnej morfologii !! Żeby było śmieszniej to inny lekarz, ten co dawał nam przepustkę na pytanie o wyniki badania powiedział, że są ok ale w ogóle to nie mają znaczenia dla naszego przypadku !! No ludzie !! To ja się pytam po co był ten cały cyrk o to pobranie i wczoraj i dziś ? Ech, ręce opadają.

Pomijając kwestię z tym nieszczęsnym pobraniem i brak jakiegokolwiek kontaktu w dniu dzisiejszym z lekarzem oraz niepotrzebne przetrzymanie nas to cała reszta była w miarę ok, Synuś zachwycał pielęgniarki z każdej kolejnej zmiany, zrównał je sobie wszystkie, tylko jedna pozostała oporna na jego uśmiechy i spojrzenia ;) Z całą resztą gadał jak najęty, śmiał się do nich w głos, machał rączkami, nóżkami, wręcz okazywał sympatię całym sobą a pielęgniarki nie mogły wyjść z podziwu jaki to on śliczny, kontaktowy, pogodny, mały, grubiutki człowieczek jest z tego mojego Synka ;) Najlepsza była pani od rtg, która to stwierdziła, że A. powinien mleko reklamować. Tylko nie do końca wiem z jakiego powodu, czy dlatego, że taki ładny czy, że gruby ? A może jedno i drugie ? ;)

I tym optymistycznym akcentem zakończę opowieść o naszej smutnej przygodzie. Dziś oczywiście robiłam jak zwykle zdjęcia Synkowi żeby uwiecznić jego beztroskę i radość w czasie pobytu w szpitalu, może jutro wstawię.

czwartek, 6 maja 2010

7m

Dziś A. skończył 7 miesięcy.
Ostatni miesiąc po prostu zniknął. Pojawił się i już go nie ma, już jest następny.
W tym miesiącu udało mi się wprowadzić następne nowe smaki oraz zrobić kolejne podejście do kurczaka i indyka. I zgłupiałam już w temacie alergii bo plamy się nie pojawiły. A. kąpany jest w oilatum soft, potem smaruję go kremem oilatum i na razie jest ok.

Za to w pewnym sensie nie jest ok z jedzeniem bo A. je dużo, znowu wciąga dość spore porcje ale niestety obiadki słoikowe nie idą mu prawie w ogóle :( Prawie, bo tak naprawdę to idą ale wszystkie smaki jak leci muszę mieszać i kamuflować w marchewce Gerbera bo inaczej nie przełknie. Także każdy obiad to porządna porcja tej marchewki + jakaś część obiadku z innego słoika. A do tego tak się Gruby wycwanił, że jak podaję mu łyżeczkę to najpierw sprawdza co na niej jest, otwiera tylko lekko usteczka ale zasiska dziąsła tak, żeby tylko trochę tego jedzenia przedostało się na wargi i jak czuje, że jest to tylko marchewka to otwiera szeroko buzię i wciąga resztę a jak tylko wyczuje, że jest tam coś dodatkowego to wypycha łyżkę i nie ma zmiłuj, nie da się jej nawet na siłę wcisnąć. Poza tym takim karmieniem na siłę mogę go tylko jeszcze bardziej zniechęcić, więc jak już widzę, że naprawdę jest totalny szczękościsk to się z nim nie siłuję tylo dokładam na łyżeczkę marchewki żeby ukryć ten dodatkowy smak i wtedy przechodzi.
Wcześniej nie robiłam z tego problemu bo wydawało mi się, że może to dotyczy tylko jednego lub kilku smaków ale teraz po kolejnym miesiącu widzę, że w sumie to jeszcze nie trafił się taki obiadek, który zostałby zaakceptowany i zjedzony bez osłony marchewki :(
Jutro zrobimy podejście do pierwszej zupki robionej samodzielnie, mam nadzieję, że mu posmakuje bo nie wyobrażam sobie, żeby to dalej tak wyglądało żeby jego obiadki miały tylko i wyłącznie smak marchewki. Poza tym mam też nadzieję, że jeszcze z czasem i te słoiki jakoś pójdą bo ktoś musi zjeść tę kolekcję co uzbierałam będąc w ferworze zachwycania się milionem smaków słoiczków ;)
Lekką ręką doliczyłam się łącznie ponad 70 sztuk i ani jednego psa w domu, który mógłby to ewentualnie pożreć ;)

Z nowości rozwojowych to parę dni temu A. odkrył w końcu swoje nogi i stopy !!
No wreszcie, bo już nie mogłam się tego doczekać i tu naprawdę w stosunku do innych dzieci w jego wieku był trochę do tyłu. Ale teraz już nadgonił :)

Za to w innym temacie radzi sobie nieźle bo jego rówieśnicy jeszcze nie wszyscy mają opanowany obrót z brzucha na plecy a A. opanował to już dawno temu i całe dnie spędza na turlaniu się z pleców na brzuszek i na odwrót oraz kręcąc się wokół własnej osi i w ten sposób potrafi pokonać już całkiem spore odległości, zostawia się go w jednym końcu dywanu a znajduje w drugim. Zostawienie go samego na łóżku już od dawna jest mega ryzykiem więc staram się tego nie robić.

Poza tym od kilu już miesięcy każdego dnia rozbraja mnie swoim uśmiechem, spojrzeniem i minami, które robi. Miłość nie do opisania żadnymi słowami, mamy to wiedzą ;)

a ja lubię deszcz ...

Lubię deszcz.
Lubię świeżość powietrza i spokój jaki ze sobą przynosi.
W słoneczne dni nie ma takiego spokoju, w około wszystko aż huczy. A gdy pada deszcz cichnie i słychać tylko szum tego deszczu. Szum, który uwielbiam, odgłos wody uderzającej o trawę i kropli deszczu spadających na szybę i parapet. Naprawdę uwielbiam to ... Uwielbiam w taki dzień otworzyć okno i oddychać tym deszczem, położyć się, zamknąć oczy i słuchać jak pada.
I dziś mi się to udało :) oczywiście dzięki A., z którym ułożyłam się do porannej drzemki, było cudownie :)

Jeden taki dzień, a może być nawet kilka (tym bardziej jak jestem w domu) zupełnie mi nie przeszkadzają a nawet dają chwilę wytchnienia ... nie muszę nic robić na łapu capu, nigdzie się nie spieszę bo nigdzie nie wychodzę, zamiast 3 godzin łażenia po dworzu z wózkiem mam możliwość zdrzemnięcia się razem z A., bo spacery to cudowna rzecz (naprawdę je uwielbiam) ale prawda jest taka, że po takim 3 godzinnym maratonie ja wracam padnięta a dziecko wstaje wyspane, w pełni sił i energii podczas gdy ja marzę tylko o śnie, więc raz na jakiś czas taki dzień jak dziś to naprawdę coś wspaniałego :)

Poza tym świat w kroplach deszczu potrafi wyglądać cudownie ...

wtorek, 4 maja 2010

Dawno, dawno temu...

... w pewien czwartek, 4 maja, o godzinie 21:05 przyszła na świat mała dziewczynka, wyczekana i ukochana córeczka tatusia :) Tutaj znana jako Anja ;)
Dziś świętuje swoje kolejne urodziny :)))

Jak żyję to nie pamiętam żeby w moje urodziny była taka zimnica !!
Razem ze mną swoje urodziny świętuje dziś moja babcia, niestety już w niebie...

środa, 28 kwietnia 2010

uzupełnienie

Bo przecież zapomniałam wczoraj napisać, że:

*przed szczepieniem, standardowo nakleiłam Emlę na nóżkę A., niestety w przychodni okazało się, że coś złego zaczęło się dziać po tej maści, A. miał w jej miejscu olbrzymi, czerwony placek i pielęgniarka stwierdziła, że lepiej w to niekłuć :( trochę wystraszona tym, że nici ze znieczulenia usiadłam z A. do szczepienia i ku mojemu zaskoczeniu A. zaledwie jęknął i tyle !! Może przed następnym szczepieniem odpuszczę już tę Emlę ?

*A. zaczyna być naprawdę coraz bardziej kumaty, po posadzeniu w foteliku do karmienia, na widok zbliżającego się śliniaka, podnosi główkę tak żebym mogła go zapiąć :) a po skończonym jedzeniu na sam widok chusteczki do wytarcia buzi zaciska oczka i usteczka bo już wie co zaraz nastąpi.

*Wczoraj A. pierwszy raz złapał za butlę i trzymał ją sobie sam.

*Również wczoraj przy wkładaniu do wanienki złapał się jej boków i sobie usiadł, to była pierwsza kąpiel na siedząco :)

No ale wszystko to wydaje się niczym w porównaniu z synkiem mojej koleżanki z forum rówieśniczego, który urodził się zaledwie 3 dni przed A., a teraz już od kilku dni sam wstaje, stoi trzymając sie o oparcie i chodzi wzdłuż tego oparcia !!
Widziałam to na własne oczy na filmiku a wcześniej widziałam jak chyba w wieku 4 miesięcy stał jak kotek na wyprostowanych nóżkach a oparty prostymi rączkami o podłogę, podczas gdy reszta dzieci z naszego forum dopiero odwracała się na brzuszek.
Skąd się biorą tak ogromne różnice w rozwoju dzieci ???

wtorek, 27 kwietnia 2010

Pod koniec 6-go miesiąca.

Byliśmy wczoraj w przychodni na szczepieniu i ogólnej kontroli.

A. przestał przybierać na wadze jak szalony. Wcześniej przybierał ponad 1kg na miesiąc, teraz przybrał zaledwie 0,5 kg :( Z jednej strony to dobrze bo według siatek centylowych i naszej pani doktor A. ma nadwagę ale wiadomo, że jak dziecko mniej przybiera to mama się niepokoi. Choć według lekarki nie mam czym bo A. jest tłuściutki a przybieranie na wadze w kolejnych miesiącach życia nie jest już tak duże jak na początku, czyli wszystko jest u nas ok. Poza tym mniejszy przyrost jest też spowodowany ogromną ruchliwością, której wcześniej przecież nie było bo dziecko tylko sobie leżało a teraz jest go wszędzie pełno i pomijając sen to ani sekundy nie jest w bezruchu.
Tak sobie to w kółko tłumaczę żeby się nie zamartwiać ;)

Z jedzeniem trochę poszliśmy do przodu ale nie za bardzo no bo jak tu szybko przejść jak każdy nowy produkt podaję 5 dni a potem przerwa i dopiero następny.
Także do jadłospisu doszedł: indyk, królik, winogrona, gruszka i zupka jarzynowa z jakimiś tam warzywami, których A. jeszcze nie jadł oraz odbyło się kolejne podejście do kurczaka. Myślę, że jak na ok 4 tygodnie to i tak niezły wynik z nowościami :)

Niestety do glutenu nadal nie doszłam i na razie nie dojdę bo po tym miesiącu wprowadzania nowych smaków i obserwowania A. pod względem alergii, niestety wyszło szydło z worka i już wiem na 100%, że A. JEST ALERGIKIEM :(
Zaczęło się od tego, że po 2 tygodniach przerwy z kurczakiem podałam mu kurczaka, plamy pojawiły się od razu na następny dzień :( Odstawiłam kuraczaka, wprowadziłam gruszkę, było ok, potem indyka, też było ok a potem królika i plamy pojawiły się jeszcze tego samego dnia :(
Ale nadal nie chcąc uwierzyć, że to alergia (no bo przecież skąd u nas alergia?, powtarzałam w kółko to pytanie) obstawiałam nadal różne inne przyczyny a pomagało mi w tym też to, że palmy znikały często na drugi dzień od pojawienia sie i wydawało mi się, że przy alergii tak się nie dzieje. I pewnie nadal bym tak broniła się przed stwierdzeniem, że mamy alergię gdyby nie przypadkowa rozmowa z teściową na temat plam na nóżkach u A. Gdzieś przy jakimś przewijaniu teściowa była ze mną i powiedziałam jej o tych plamach i o tym, że podejrzewam alergię ale jeszcze nie jestem pewna i nie powiedziałam jej też co podejrzewam jako przyczynę. Teściowa obejrzała A., podotykała tych plam, patrzy na to i mówi: "ooo, to to jest tak samo jak miał M.(czyli mój mąż a jej syn) jak był mały a wszystko zaczęło się po podaniu kurczaka". PADŁAM, przecież to identycznie jak u nas !!! To ja od 1,5 miesiąca bujam sie z tym tematem, zapieram, że to nie alergia, żyję święcie przekonana, że nie mamy w rodzinie alergików a tu proszę !! Mamy i to w prostej linii !! Szok lekki przeżyłam ale przynajmniej teraz już ostatecznie wiem na czym stoję i już niestety nie uda mi się wymigiwac przed alergią, ona jest i tyle :(
A mój M, zupełnie zdziwiony mówi mi, że on nic o tym nie wie, tak samo jak i o tym, że jego mama miała skazę białkową co też jest obciążeniem w genach dla reszty pokoleń. Faceci ...

Wracając do problemu to pani doktor powiedziała, żeby próbować oczywiście z innymi mięsami oraz z tymi co uczulają ale w małych porcjach i obserwować. Z glutenem powiedziała, że spieszyć się nie muszę bo to raczej tyczy się dzieci piersiowych, tylko żebym żółtko postarała się wprowadzić. No i oczywiście mnie uspokajała i mówiła, że to wszystko jest przejściowe i A. z tego wyrośnie, tak jak i M. wyrósł. No mam nadzieję ...

Poza tym jest tak:
*A. na razie nie przypadły do gustu chrupki kukurydziane, i nie chodzi o smak tylko o konsystencję (jeżeli tak można powiedzieć) owego chrupeczka, jak się go trochę pomęczy żeby pomemłał chrupa to jakoś przejdzie ale na pierwsze zetknięcie z ustami ten chrupek jest dla niego za twardy i chropowaty i A. się wykrzywia i tyle. Poza tym bidny jakoś nie łapie, że sam może go sobie trzymać i jeść, inne rzeczy pakuje do busi a tego nie. Chyba czasu trochę potrzebuje na zaprzyjaźnienie się z chrupami :)

*Coś nam się A. rozregulował i po 4 miesiącach przesypiania całych nocy i pobudek ok 9 rano najpierw zaczął zaczynac dzień dużo wcześniej bo nawet ok 6:30 a teraz ni z tego ni z owego trzeci dzień z rzędu budzi się o 4 nad ranem na butlę, wypija ok 220ml kaszki i śpi dalej ale maks do 8:00. Nie jest bardzo kłopotliwe zrobienie mu butli nad ranem ale wolałabym żeby spał tak jak kiedyś bez tych pobudek.

*Zębów nadal ani widu ani słychu, pani doktor to wczoraj potwierdziła :)

*Przewijanie odbywa się tylko na brzuchu, A. przewraca się na brzuch już od dawna ale od niedawna dopiero postanowił, że po położeniu do przewijania będzie leżał na brzuchu i koniec, odraca się w jedną sekundę i nie ma zmiłuj, jak go tylko przekręcę na plecy to on znów jest na brzuchu i tak w kółko, mogę go sobie odwracać a on i tak za chwilę zrobi obrót, czasem nawet nie zdążę sięgnąć po pampersa czy chustkę jak on już leży na nowo na brzuchu, także przestałam z nim walczyć i powoli nabieram wprawy w zakładaniu pieluchy gdy dziecko jest na brzuchu, bo z myciem poradziłam sobie już dawno.

*Mamy ze sobą coraz większy kontakt i pałamy do siebie coraz większą miłościa, A. na mój widok dostaje kociokwiku a jak odchodzę to wpada w taką histerię, że bębenki w uszach pękają. Tylko czasem pozwala komuś innemu zająć się sobą a ja wtedy latam po domu, sprzątam, coś po drodze jem i oczywiście zaglądam na bloga i moje ulubione forum, które po ostatnio burzliwych przejściach powoli kończy swój żywot a my z dziewczynami odnalazłyśmy się na nowym miejscu i jest nam tam bardzo fajnie :)

czwartek, 22 kwietnia 2010

w poszukiwaniu pracy

Oto jakie ciekawe wymagania można wyczytać w niektórych ogłoszeniach:

"Młodą z językiem zatrudnię"
lub
"Dobra znajomość jeżyka angielskiego"

Za młodą nadal się raczej uważam (mimo tego, że za parę dni stuknie mi kolejny roczek), według otoczenia tak też wyglądam. Język jak najbardziej posiadywuję ;) ale niestety nie udało mi się poznać żadnego jeżyka a tym bardziej angielskiego ;)

poniedziałek, 12 kwietnia 2010

żałoba i kołowrotek

Jest 11 kwietnia 2010 roku, godzina 8:00, budzi się A.
Ja nieprzytomna choć spałam 7h ledwo daję radę jedno oko otworzyć (to wina leków i ogólnego przemęczenia). Wykorzystuję chwilowe zainteresowanie A wszystkim co widzi wokół siebie i przymykam oczy jeszcze na parę minut.
Za jakiś czas przytomnieję, chwilę bawię się z A i wstaję żeby zrobić kaszkę dla niego.
Po drodze zaglądam do J, śpi ale niestety wydaje mi się ciepły :(
Schodząc na dół czuję, że mnie w nocy połamało i nie mogę szyją przekręcić w jedną stronę.
Docieram do kuchni, robię kaszkę, wracam na górę.
Przewijam i bawię się z A.
Schodzimy na dół, A wcina swoją kaszkę a ja mam chwilę spokoju.
Włączam TV, 1 i TVN24 na zmianę. Cały kraj i pół świata żyje tym co wydarzyło się wczoraj.
Jest dokładnie 8:56 gdy zerkam na zegarek, dosteję gęsiej skórki, właśnie mijają 24h ...
Chwila zadumy, coś na co od wczoraj przez ciągłe zabieganie zupełnie nie mogłam sobie pozwolić.
Chwila jednak nie trwa długo, A skończył jeść i domaga się wzięcia na ręcę, odbicia, itd.
Oddaję A dziadkowi a sama zmierzam w kierunku łazienki, po drodze odpisuję koleżance na wczorajszego smsa o spotkaniu (niestety nie przyjdę) i zachaczam jeszcze o kompa gdzie to samo piszę na naszym forum.
Jestem już jedną nogą w łazience gdy budzi się J a mój tata przynosi A i mówi, że trzeba go przewinąć.
Cofam się z łazienki, najpierw do J. Mówi, że czuje się dobrze ale jak zwykle przy infekcji ma tak sklejone oczy ropą, że za diabła nie może ich otworzyć.
Idę do łazienki po waciki namoczone ciepłą wodą i kładę je na oczach J i proszę żeby je trzymał.
Teraz biorę się za A, przewijam.
Wracam do J, rozklejam mu "odmoczone" oczy i daję mu termometr.
Idę w końcu pod prysznic.
Potem idę do J, sprawdzam termometr - 36,6 ufff, ale i tak zostanie jeszcze w izolatce.
Schodzę na dół zrobić J śniadanie, po drodze chcę coś wyrzucić do kosza, nie da się, kosz pełny. Wyjmuję śmieci i wkładam nowy worek. Myję ręcę, łapię za ręcznik papierowy a tu pusta rolka, wyciągam nowe ręczniki i wtedy czuję, że oprócz szyi boli mnie też kręgosłup albo to zawiane korzonki albo zwykły ból kręgosłupa, nie wiem ale ruszać się nie mogę, biorąc pod uwagę jeszcze tę szyję i ogólne otępienie po lekach to czuję się niefajnie. Biorę Ibuprom i jakąś tam witaminkę, tak na wszelki jakby to jednak był początek choroby.
Teraz biorę się za przyszykowanie porcji leków dla J i robię mu śniadanie, z którym idę do niego na górę.
Wysyłam J do łazienki, czyścimy zapchany nos, wpuszczamy sterimar, myjemy rączki i takie tam.
Wracamy do pokoju, J zabiera się za śniadanie i w tym momencie następuje gigantyczne kichnięcie i biedny J ma wszystko na twarzy. Łapię za chusteczki - nie ma - lecę do łazienki po papier, wycieram J i zapuszczam kolejny spray, tym razem już leczniczy, mucofluid oraz krople do oczu, sulfacetamid.
J je śniadanie, ja wysyłam smsa do M, że temperatura u J wyszła ok.
A zaczyna marudzić bo jest zmęczony i chce spać.
J zjadł, zbieram kubki, talerzyki i lecę na dół uśpić A.
A nie czekając na mnie zasnął sam.
Odkładam go do spania.
Dziadek idzie do J.
Patrzę na bałagan w kuchni, który doprowadza mnie do szału ale z rozsądku muszę przed sprzątaniem najpierw coś zjeść, bo jestem na nogach od kilku godzin, latam jak głupia w tę i z powtrotem i wzięłam już leki, więc organizm może paść.
Jem śniadanie.
Zaczynam pisać obecną notkę. Dochodzę do tego momentu i postanawiam jednak na chwilę położyć się z A.
Kładę się przy A a on w tej samej chwili się budzi.
Chwilkę razem sobie leżymy.
Wybija 12:00.
Rozlegają się syreny, cała Polska zamiera.
Wstaję, biorę A na ręce.
Ciarki mi przechodzą.
Serce zaczyna walić, robi mi się słabo i niedobrze, aha, nerwica się odezwała, zbyt dużo emocji, lęku, ale stoję, jakoś nie mogę się ruszyć.
Syreny milkną.
Chciałabym w pełni uczestniczyć w tym pożegnaniu ale nie mogę, tam czas jakby się zatrzymał, u mnie życie toczy się dalej, A zaczyna marudzić, jest głodny.
Szykuję mu obiad.
Przy jedzeniu A brudzi obranko obiadem.
Lecę na górę po czyste ubranko.
Brudne rzucam w łazience na dość sporej kupce prania, która czeka na moją wolną chwilę.
W drodze powrotnej zaglądam jeszcze do J a także mijam dwie suszarki uginające się pod wyschniętym praniem. Tak, trzeba to kiedyś pochować. Te suszarki generalnie ilekroć koło nich przechodzę to wręcz kłują mnie w oczy.
Na dole przebieram A i oddaję go na trochę dziadkowi żeby posiedzieć trochę dłużej na górze z J.
Po krótkiej chwili niestety orientuję się, że w sumie to jest już czas na obiad i dla reszty domowników a poza tym A coś nie za bardzo zadowolony z opieki zaczynam marudzić.
Schodzę na dół, patrzę a tam dziadek siedzi nad A, zagapiony w TV, pochłonięty myślami i nie kontaktuje zupełnie nic co dochodzi z innego miejsca niż TV.
Po chwili jednak dociera do niego głos marudzącego A i dziadek wraca myślami na ziemię i czule przemawia do A: "a czemóż to moja dzidzia płacze?" Taaaa
Wyłączam TV i tłumaczę dziadkowi co ma teraz zrobić przy A żeby ten już nie płakał, bo dziadek mimo, że zszedł na ziemię to niczym wyłączony z obiegu zapomniał w te kilkanaście minut co i jak się robi.
Zauważam nieodebrane połączenie. To koleżanka z sąsiedztwa pewnie idzie już na spacer i dzwoni żeby się umówić. Oddzwonię później, teraz zabieram się w końcu za obiad.
Woda na makaron się gotuje, zupa podgrzewa a ja sprzątam w końcu ten cały meksyk w kuchni, który powstał od rana.
Chowam milion rzeczy ze zmywarki do szafek i na odwrót: kolejne brudne lądują w zmywarce.
Myję i wyparzam butelki, nawet ścieram wszystie blaty bo mój pedantyzm nie pozwala mi spokojnie przejść obok brudu.
Robię mleko dla A, które wypije przed spacerem jako uzupełnienie obiadu.
Podaję zupę dziadkowi, biorę A i idę na górę z porcją zupy dla J.
Na górze znów zerkam na te suszarki, nic się nie zmieniło, one nadal tam są a pranie jak wisiało tak wisi.
J cały w katarze siedzi, chcę sięgnąć po chusteczki - nie ma - no tak, od rana jeszcze cały czas ich nie przyniosłam.
Idę na dół po chusteczki.
Wracam na górę, czyścimy nos, kolejna porcja sprayu.
W końcu J je obiad, ja zabawiam A i oddzwaniam do koleżanki mówiąc, że dziś na spacer nie idę, nie dam rady. Zostanę w domu z J a A pójdzie z dziadkiem.
Dziadek po zjedzeniu przejmuje ode mnie A a ja lecę do piwnicy przyszykować wózek na spacer. Wyjmuję śpiwór, wkładam kocyk i wystawiam wózek przed dom.
Wracam do domu, A zjadł, więc biorę go na górę do przewijania.
Zaglądam do J i mówię mu, że już za chwilę przyjdę do niego na dłużej jak tylko wystawię A na spacer.
Wracam na dół ubieram A na spacer, chwila zawachania, kombinezon wiosenny czy kurteczka. Nie wiem. Wybieram jednak opcję z kurtką.
Pakuję A do wózka na dworzu, wracam do domu. Cichego, spokojnego. Zamykam za sobą drzwi, uff, teraz chwila odpoczynku.
Ale zanim ta chwila nastąpi to najpierw:
idę do J sprawdzić czy zjadł obiad. Jeszcze je, więc zbiegam na dół.
Ogarniam kuchnię po obiedzie: chowam kolejne rzeczy do zmywarki, pozostały makaron ląduje w lodówce, butelkę po mleku A zalewam już tylko wodą, potem umyję.
Patrzę na zegarek, jest 14:40, za chwilę transmisja przewożenia trumny, nie mogę tam być ale muszę to chociaż zobaczyć.
Idę na górę po J, obiad zjedzony, możemy iść na dół.
Zbieram talerz po jego jedzeniu, butelkę z wodą, kubek na wodę, rozglądam się co jeszcze trzeba wziąć żebym za chwilę znów nie leciała na górę.
Nic nie trzeba wziąć ale widzę za to niewypity syrop. J, nie wypiłeś syropu, wypij !!
Schodzimy na dół do salonu.
Jest 14:55, sadzam J na sofie i idę do kuchni odstawić to co zniosłam z góry.
Wracam do salonu, J siedzi znów cały zasmarkany, sięgam po chustkę, i ... chustek nie ma. Tak, dziś wszystko postanowiło mi się jednoczesnie pokończyć, więc chustek nie ma i tutaj.
Idę po chustki.
Gdy zaczyna się transmisja ląduję w końcu na sofie obok J i mimo tego, że słyszę od niego 100 pytań na minutę odnośnie oglądanej przez nas uroczystości to udaje mi się jednak skupić myśli głównie na samym wydarzeniu i przeżywam bardzo mocno każdą kolejną scenę z transmisji.
W międzyczasie pojawia się długo wyczekiwana przeze mnie teściowa.
Oglądamy transmisję razem. Gdy trumna znika za murami Pałacu Prezydenckiego, teściowa idzie z J,(który znów ma stan podgorączkowy) na górę a ja szykuję się na powrót A bo już widzę ich w furtce.
Szykuję najpierw słoiczek i soczek, potem schodzę po A.
Wnoszę A z dworu, przebieram, zanoszę na górę (znów widzę te suszarki) do J i babci, a następnie znów na dół na jedzonko.
W tym momencie tempo dnia zaczyna w końcu zwalniać.
Większość najważniejszych punktów dnia już mam za sobą, odchaczone, zaliczone, już chyba powoli mogę przestać się spieszyć. Już w sumie wszystko zrobiłam i wszystko było ok i na czas. I choć teraz w końcu powinnam zająć się np tym praniem, to po prostu nie mam już sił.
Dziadek bierze A.
Ja idę na górę do J i teściowej, siedzimy, znów rozmawiamy o tym o czym mówi i myśli teraz cała Polska.
Te myśli towarzyszą mi zresztą cały dzień, bez przerwy, w każdej chwili dosłownie.
Dziadek teź przychodzi na górę. Siedzimy tak wszyscy razem, dzieci zadowolne a ja poczułam w końcu trochę spokoju i czuję, że zmęczenie zaczyna mnie rozkładać a ja zamiast siedzieć na łóżku to coraz bardziej się pokładam.
I tak odpłynęłam na jakieś 15 minut, kiedy to wybudził mnie płacz A, który kapnął się, że coś ta mama dziś zabiegana lekko jest i zbyt mało czasu poświęca jemu.
Wzięłam Grubego i poszliśmy na dół.
Od zabawy do zabawy dotrwaliśmy do wieczora.
M wrócił z pracy, znów wpadliśmy w temat, z kim to rozmawiał jeszcze parę dni temu, kto miał być w programie w przyszłym tygodniu, ile numerów telefonów musi usunąć z książki telefonicznej i jakoś nie jest w stanie tego zrobić. A ten numer już nigdy do niego nie zadzwoni ani też on nie będzie mógł go wybrać. Jak teraz będzie wyglądało życie, wybory i cały nasz kraj ...
Teściowa zabrała dziadka i pojechali do Wawy, my z M zajęliśmy się dziećmi.
Wieczór szybko minął, noc teraz też szybko mija.

Czekam na moment, kiedy ten kołowrotek, w którym żyję choć trochę zwolni tempo.
Czekam kiedy w końcu J wyzdrowieje.
I bardzo żałuję, że w obliczu tego co dzieje się w naszym kraju nie mogę w pełni w tym uczestniczyć, nie zapaliłam świeczki pod Pałacem Prezydenckim, nie mogłam być dzisiaj na trasie konduktu. Nie byłam na Placu Piłsudskiego.
Mam nadzieję, że na dniach tam pojedziemy.