środa, 30 grudnia 2009

Miała leszczynowe w łosy :)

...albo kasztanowe?
a może po prostu brązowe?
Jak zwał tak zwał, fakt, że z jaśniuteńkiej blondynki całkiem przypadkiem przeistoczyłam się przedwczoraj w szatynkę :)

A stało się to tak:

Pierwotnie było to (Srebrzysty jasny blond):















 Miało być to (Srebrzysty średni popielaty blond):












  

A wyszło dokładnie to (Kaszmirowy jasny brąz):

Mimo innego efektu niż zamierzony jestem bardzo zadowolona i czuję się świetnie w nowym odcieniu. Ciekawe ile z nim wytrzymam? Jak znam siebie to góra jakieś dwa tygodnie :)


a tytuł wziął mi się stąd:
 
o, jak mi to w duszy dziś gra ...
 

środa, 23 grudnia 2009

I po zimie.

Dziś dla odmiany oprócz szamotania A. (który śpi od jakiegoś czasu z nami) obudził mnie jakiś dziwny szum. Wstaję, rozglądam się po pokoju w poszukiwaniu źródła dźwięku i po paru sekundach zaczynam kojarzyć, że szum dochodzi zza okna. Podchodzę, wyglądam, a tam normalnie deszcz leje !! Patrzę w dół, śnieg nadal leży, temperatura +2 stopnie. Patrzę na zegarek: 7:15, patrzę na A., ten się nadal szamocze ale śpi, no to niewiele myśląc wskoczyłam znów do łóżka i następny moment jaki pamiętam to godzina 9:15 :) Deszcz już nie padał, za oknem na termometrze +5, śniegu coraz mniej a przed domem prawie w ogóle tylko błoto i kałuże wielkości małych jezior. Czyli już po zimie i znowu nici z białych świąt. Do tego już widzę tego kuriera co to dziś ma przyjść (z wyczekiwanym prezentem pod choinkę dla A.), jak próbuje przebrnąć przez tę breję ...
A jeszcze wczoraj było tak pięknie:





Dziś jak można się domyśleć dzień spędziliśmy w domu a w ramach spaceru zaliczyliśmy moje "ulubione" werandowanie, z którego oczywiście prawie nic nie wyszło bo A. spokojnie pospał jakieś 20 minut a przez kolejne 20 wybudzał się co minutę wypluwając smoka i dając mi do zrozumienia, że nie dał się oszukać zimnym powietrzem zza okna i nie będzie spał tyle co na normalnym spacerze bo wcale na spacerze nie jest i tyle.

Do tego wszystkiego wczoraj (po kilku dniach spokoju) zaliczyliśmy mega atak kolki (od 18:30 do prawie 24:00) i dziś chyba zapowiada się powtórka z rozrywki :(
Dajcie mi siły żeby to przetrwać !!!

Aha, no i jest godzina 18:40 a kuriera ani widu ani słychu :(

piątek, 18 grudnia 2009

Pięknie biało i okropnie zimno. Zima.

Przyszła zima, jest po prostu cudnie ...
Tylko ta temperatura, dziś -12, czyli znów siedzimy w domu. To już 12 dni :(
Najpierw był katar i bactrim, potem niepewność czy już możemy wyjść a teraz te minusowe temperatury. Bawię się w werandowanie czego bardzo nie lubię. Spacer to spacer, a to latanie po pokoju przy otwartym oknie, w kurtce, z A. w kombinezonie na rękach jakoś nie należy do mich ulubionych zajęć. Dziś dla odmiany zrobimy werandowanie w wózku przy otwartych drzwiach od tarasu. A póki co to Mały A. smacznie sobie śpi, od 22:00 wczorajszego wieczoru, czyli już 12 godzin, bo jest 10:00. Zazwyczaj śpi od 22:00 do ok 8:00, z małą przerwą na karmienie ok 5:00.
Hmmm, chyba czeka mnie dziś niezły maraton do wieczora skoro mój królewicz będzie aż tak wyspany.

wtorek, 8 grudnia 2009

Mała stopa Wielkiego Człowieka.

Nie mogłam się powstrzymać, tak kocham te małe stópki ;)
Dziś mierzone: 8 cm :)




P.s. Mały A. trzeci miesiąc życia przywitał katarem :(
W ruch poszła Frida, DisneMar i inne cuda. Dziś była pani doktor i dostaliśmy Bactrim. Nie wiem czemu ale wydaje mi się, że mój blog powoli zamienia się w encyklopedię leków ;)

niedziela, 6 grudnia 2009

2 miesiące w mikołajki :)

Dziś Mały A. kończy drugi miesiąc :)

W środę byliśmy w Dziekanowie na kontroli poszpitalnej i ku mojemu wielkiemu zdziwieniu okazało się, że A. waży już 4880g !! A miesiąc temu ważył 3488g, czyli przez miesiąc przybrał 1400g, to naprawdę ładny przyrost, pani doktor dwa razy liczyła bo nie mogła uwierzyć, że mój maleńki szkrabik tyle przybrał :)

Przez moją nadgorliwość czy też po prostu zwykłą troskę po kontroli pediatrycznej wylądowaliśmy u rehabilitantki, słynnej pani Grodner. Zaniepokoiło mnie to, że synuś patrzy i obraca główkę w jedną stronę, powiało asymetrią, brrr i rehabilitantka miała nas obejrzeć.
Obejrzała i powiedziała żebyśmy przyjechali jeszcze raz bo napięcia u A. nie widać ale pzy niektórych ćwiczeniach nie reagował ruchowo tak jak powinien i pani Grodner stwierdziła, że wygląda to tak jakby był bardzo zmęczony i po prostu nie miał sił wykonywać ćwiczeń bo tak jak powiedziała wcześniej, napięcia w nim nie widzi. A fakt, że A. zaspany był bardzo bo wizyta była dokładnie w czasie, kiedy to normalnie jesteśmy na spacerze i A. sobie smacznie śpi. Mam nadzieję, że na następnej wizycie rozwiejemy ostatecznie wszelkie wątpliwości na naszą korzyść i obejdzie się bez rehabilitacji bo po prostu sobie tego nie wobrażam, szczególnie metodą Vojty :(

sobota, 5 grudnia 2009

Kolki :(

To nasza nowa atrakcja :(

Od kilku dni zauważyłam, że z naszym pięknie wyregulowanym planem dnia zaczyna dziać się coś niedobrego. Od rana do południa wszystko jest jeszcze ok i planu się trzyma: jemy, śpimy, czuwamy, potem spacer, kolejne jedzenie i spanie i tak dochodzimy do godziny 17:00, o której to cały plan dnia nagle bierze w łeb i zaczyna się cyrk a raczej horror :( Rozdzierający płacz i nie pomaga żadne noszenie, tulenie itd. Dziecko się męczy, my bezradni patrzymy na to i nie wiemy co robić (bezradność w takich sytuacjach to chyba najgorsze co może spotkać rodzica).

Kilka dni zajęło mi dojście do tego, że to klasyczny atak kolki !! Nie kapnęłam się wcześniej bo objawy były nie do końca jednoznaczne i dopiero wczoraj gdy przy jedzeniu A. zaczął się miotać i wypluwać z płaczem butelkę po kilku łykach a do tego zaczął się prężyć i machać nóżkami olśniło mnie, że mamy doczynienia z kolkami. Podaliśmy Infacol. A. zasnął, po krótkim czasie się wybudził, spokojnie zjadł a potem przez ponad godzinę (!!!) leżał sam w łóżeczku i oglądał zabawki :) a ja w tym czasie siedziałam obok niego w szoku i zastanawiała się jak mogłam wcześniej nie zorientować się, że moje dziecko cierpi na kolki !!! Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że te objawy do wczoraj jeszcze nie były aż tak klasyczne a poza tym to A. od ponad miesiąca jest przecież na Debridadzie czyli leku, który reguluje pracę układu pokarmowego w tym także jelit i jest przepisywany dzieciom na kolki, więc nie przyszło mi do głowy, że po kilku tygodniach stosowania go możemy mieć problem z kolkami. A jednak ...

Inna sprawa, że o całe to zamieszanie podejrzewam też ewentualny kolejny skok rozwojowy bo to akurat ten czas, między 8 a 9 tygodniem a A. ma właśnie skończone 8 tygodni. Ratunku, jak przetrwać to wszystko razem wzięte ?
Ogólnie marzę o tym żeby to wszystko się już skończyło i żeby powróciły nasze spokojne,
uregulowane monotonnie dni ...

piątek, 4 grudnia 2009

Nasza codzienność.

Rytm dnia jakiś tam mamy, o tym już pisałam :) I wszystko byłoby super gdyby nie to, że A. zalicza się do grona tych dzieci, które za chiny ludowe nie poleżą nawet chwilkę same. I nie mówię tu o zastawianiu dziecka samego w łóżeczku na pół dnia tylko o zwykłym leżeniu np. w leżaczku w towarzystwie mamy lub taty i oglądaniu zabawek. NIE, U NAS TAKIEJ OPCJI NIE MA !! Po prostu nie ma mowy o tym żeby A. poleżał sam dłużej jak 5, max 10 minut. I nie ma znaczenia czy będzie to łóżeczko, leżaczek czy inne miejsce, chwilkę poleży, popatrzy i ... WRZASK, koniec leżenia. A zanosi się tak, że ściany pękają i chce się zrobić wszystko żeby tylko nastała cisza. Jednym słowem noszenie, noszenie i jeszcze raz noszenie, bo nigdzie nie jest tak dobrze jak u mamy lub taty na rączkach.
Bo przecież świata nie da się oglądać leżąc gdzieś indziej ;)

I teraz wyobraźcie sobie jak wyglądają moje próby zrobienia czegokolwiek wokół siebie lub po prostu w domu: ledwo wejdę do łazienki - wrzask, sam prysznic + ubranie się to jakieś 20 minut, a jak już chcę do tego wymyć głowę to łącznie z suszeniem przedłuża się do 40 minut - NIE MAM NA TO SZANS !! Tak samo jak na zrobienie śniadania a co dopiero mówić o zjedzeniu :(
Z jedzeniem obiadu po powrocie M jest tak, że jemy na zmianę bo ktoś musi bawić, czytaj: nosić A., inaczej wrzask. I muszę tu zaznaczyć, że to nie jest żadne tam pojękiwanie czy kwękanie takie jak u innych dzieci, NIE, u nas od razu jest mega wrzask, taki, że szyby pękają. Jak chcę np. pozmywać gdy jestem sama, czy w ogóle cokolwiek zrobić to jedyna opcja to leżaczek + włączony okap i nie to żebym miałam na to nie wiadomo ile czasu, mam tyle co zawsze czyli max 10 minut.

Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze fakt, że w dzień A. śpi jakoś dużo czujniej niż w nocy i po odłożeniu do łóżeczka od razu się wybudza. Także albo śpi na nas albo wcale. Ponieważ trochę nam jednak na tym jego spaniu zależy to po takim zjedzonym na raty obiedzie usypiamy A., który leży na brzuszku na mnie lub tacie i jeżeli rolę materaca przyjmuje akurat tata to ja w tym czasie zaczynam latać jak głupia po domu i: sprzątam, zmywam, piorę, chowam wyschnięte pranie, szykuję ubrania dla J. na następny dzień, dla siebie (bo w dzień nie będę miała na to czasu), robię jeszcze milion innych rzeczy i gdy już padam na twarz to Adaś właśnie kończy drzemkę (ale o tym też już pisałam).

Pewnie teraz zastanawiacie się jak to w takim razie robię, że mam czas na internet i pisanie tutaj ? Ano mam czas właśnie wtedy kiedy to ja pełnię rolę materaca dla A. :) On sobie na mnie śpi (tak jak teraz właśnie) a ja jedną ręką stukam w laptopa. Nie jest to ani łatwe ani wygodne (szczególnie pisanie polskich znaków) ale jest to jedyny moment kiedy mam na to czas i w zasadzie nic innego w tym czasie i tak robić nie mogę a bez netu, bloga i forum żyć nie umiem :) A jak jeszcze jednocześnie mogę rozkoszować się bliskością mojego Skarba, który się nie drze tylko śpi sobie słodko wtulony we mnie to nic mi już nie brakuje :)

A jak to robię, że w ogóle jakoś funkcjonuję ? Ano tak, że codziennie rano przyjeżdża do mnie mój tata i zajmuje się A. żeby dziecko się nie darło w czasie gdy ja pójdę do łazienki czy chcę zjeść itd. Bardzo cieszę się z tej pomocy i ogromnie ją doceniam (jest wiele takich dzieci jak A. i ich mamy nie mają żadnej popmocy) ale mimo wszystko łapię czasami mega doła bo taką sytuację jak mam teraz przerobiłam już z pierwszym synkiem i teraz do końca ciąży wierzyłam, że tym razem będzie jednak inaczej. No i jest inaczej bo z J. było jeszcze ciężej ale to zupełnie inna historia.

Wracając do A. to bardzo chciałam być samodzielna i sama zajmować się synkiem, to w końcu moje drugie dziecko, mam już spore doświadczenie ale okazuje się, że w naszym przypadku nie jest potrzebne doświadczenie tylko cierpliwość i siła do noszenia.
No i miałam wybór, opcje były trzy:
1. Zostaję sama i świetnie sobie radzę ale nie jem, nie myję się itd., albo 2. zostaję sama, jem i się myję a moje dziecko w tym czasie wyje, albo 3. godzę się na pomoc i wtedy mogę zjeść, wymyć się a jednocześnie synek nie dostaje histerii.
Oczywiście wybrałam ostatnią, trzecią opcję (która matka wybrałaby pierwszą lub drugą?) ale tak jak pisałam nie tak to sobie wyobrażałam ...

środa, 2 grudnia 2009

Wspomnienie...

Wczoraj, ktoś wpisując w google hasło 7tc, trafił na moją notkę:

Wspomnienia wróciły.
Przypomniała mi się każda chwila strachu, każda łza i ta bezradność ...
Gdy to pisałam nie wiedziałam, że to dopiero początek koszmaru jaki miał nas jeszcze spotkać ale też tak jak pisałam wtedy: A. okazał się bardzo silny, przetrwał wszystko i teraz jest ze mną, CAŁY MÓJ :)))
I tylko czasem myślę o tym jakby to było gdyby jednak było ich dwoje ...

niedziela, 29 listopada 2009

Co u nas ?

Powoli się regulujemy. Mogę powiedzieć, że mamy coś takiego jak rytm dnia i nocy, w dodatku całkiem przyjazny dorosłemu, zmęczonemu człowiekowi ;)
Mimo tego ja jednak ciągle jestem zmęczona i cierpię na chroniczny brak czasu. Przy każdej drzemce A. muszę wybierać czy zrobię to czy tamto a i tak nigdy nie starcza mi czasu na wszystko. Generalnie przez całą drzemkę A ja prowadzę wyścig z czasem, który zazwyczaj przegrywam. Biegam z góry na dół, między kuchnią a pokojami i łazienką i staram się nadrobić to wszystko co leży odłogiem gdy A nie śpi, i jak już jestem bliska końca i jedną nogą stoję obok łóżka żeby się w końcu położyć to wtedy A. włącza syrenę, którą oznajmia całemu domowi, że właśnie się obudził i mój czas się skończył :)
I tak leci nam dzień po dniu, nawet nie nadążam sprawdzać w kalendarzu jaki jest dzień, pilnuję tylko żeby nie przegapić 6-go, bo wtedy kończymy kolejny miesiąc :)

W zeszłym tygodniu zaliczyliśmy kontrolę bioderek, jest ok :) moja żabka ma super bioderka !!Po weekendzie jedziemy do szpitala na kontrolę po pobycie (miesiąc temu) w szpitalu. Zupełnie nie czuję potrzeby tej wizyty no ale jak mus to mus.
Wczoraj za to był u nas nasz wujek pediatra, z którym omówiłam sobie tysiąc moich wątpliwości odnoście A., głównie sprawę tej cholernej reakcji poszczepiennej i dylemat co robić z kolejną dwaką szczepienia. Po rozmowie decyzja jest, że mamy szczepić, następna dawka 4 stycznia, już się boję :( tyle dobrze, że przynajmniej tą EMLĘ będziemy mogli już zastosować.

Z innych tematów to po miesiącu telepania się po wertepach moim wymarzonym, wyśnionym i wyczekanym MUTSY, dokładnie wczoraj pojechaliśmy i kupiliśmy nowy wózek ... MUTSY jest piękny, cudny i w ogóle ale na moje okolice się nie nadaje. Zresztą nie tylko na moje, on generalnie dobrze radzi sobie tylko z gładką jak pupa niemowlaka powierzchnią a takich miejsc to można sobie długo w Wawie i okolicach szukać. Jak sama jego nazwa (URBAN RIDER) wskazuje, wózek na wieś się nie nadaje choć ja myślę, że na naszych warszawskich chodnikach też by sobie nie poradził, on powinien mieć nazwę HIPERMARKET RIDER, tam jest jego miejsce ;) co nie znaczy, że te jego wielkie koła przeszkód nie pokonują, owszem, pokonują ale tak przy tym telepią dzieckiem, że ja już po prostu patrzeć na to dłużej nie mogłam. A wszystko przez brak amortyzacji ...
Kupiliśmy JEDO FYN 4DS i jestem przeszczęśliwa, wózek sam jedzie, dosłownie płynie, prowadzi się sto razy lżej i łatwiej niż MUTSY o podbijaniu i wjeżdżaniu na krawężniki nie wspomnę, no i ta amortyzacja, po prostu rewelacja !!

piątek, 20 listopada 2009

Albo albo :(

Albo zdrowie psychiczne i fizyczne moje i dziecka albo karmienie piersią. U nas te dwie rzeczy niestety nawzajem się wykluczają :(
W związku z tym, po miesiącu męczarni, od 6 listopada synek jest na butli. Wraz z przejściem na butlę zmniejszyły się ulewania i skończyły kilkugodzinne maratony z kupami.

Ja nie wiem co jest nie tak z tym moim mlekiem ale Mały A go po prostu nie toleruje, dla A jest jak środek przeczyszczający czy w sumie nawet nie wiem jak to nazwać bo przecież leciało z niego i górą i dołem :( Wiadomo, że to na pewno nie alergia na białka mleka bo gdyby tak było to po mleku sztucznym nie byłoby poprawy a wręcz przeciwnie. Co do innych produktów to był przecież czas, że żyłam o chlebie i wodzie (i to dosłownie) i było to samo, więc ogólnie to raczej nie alergia. Lekarze rozłożyli ręce i ja też. Mój przypadek jak zwykle nie może być prosty, no bo przecież jest MÓJ a u mnie nic nie jest normalne i mieszczące się w ramach jakiegoś konkretnego problemu, NIE, u mnie wszystko jest zawsze inne niż normy przewidują.

Po przejściu na butlę zaczęliśmy funkcjonować w miarę normalnie. Niestety ja bardzo ciężko psychicznie zniosłam odstawienie małego od piersi. No bo przecież jakto ? JA ? z taką ilością mleka, że dla połowy miasta by starczyło mam karmić sztucznie ? Z jednej strony nie mogłam tego znieść a z drugiej czułam ogromną ulgę, kiedy kolejne karmienie nie kończyło się kilkakrotnym chlustaniem, przebieraniem i 10 kupami pod rząd. Ponieważ jednak wciąż toczyłam wewnętrzną walkę o to czy robię źle czy dobrze to w drugiej dobie butelkowego karmienia postanowiłam przeprowadzić mały test, którego niestety moje mleko nie zdało :( Na chwilkę przystawiłam A do piersi, pomyślałam, że przecież te kilka mililitrów, które ode mnie wypije nie powinny zaszkodzić. Jak bardzo się myliłam przekonałam się parę minut później kiedy A zaczął po staremu chlustać tym moim mlekiem jeszcze w trakcie jedzenia a zanim skończył jeść i chlustać to już była pierwsza kupa a zaraz potem następna i następna i koszmar po prostu powrócił. A karmiłam go zaledwie kilka minut !!! To był ostatni raz kiedy przystawiłam go do piersi i od tamtej pory jesteśmy tylko i wyłącznie na butli.

W międzyczasie musiałam oczywiście zrobić coś z zalegającym nawałem pokarmu. Zamieniłam się dosłownie w fabrykę i co 2-3 godziny odciągałam po 160 ml mleka, to naprawdę ogromna ilość, miesięczne dziecko wypija na dobę co najwyżej połowę tego co ja produkowałam. A ja odciągałam i ze łzami w oczach wylewałam bo jakbym chciała to wszystko mrozić to po pierwsze nie miałabym w czym ani gdzie a po drugie to kto by to wszystko potem wypił ? W ciągu następnych kilku dni zrobiło się u nas bardzo ciężko za sprawą mojej anginy i ciężkich dni A, kiedy to nie spał i nosiłam go godzinami na rękach i po prostu przestałam się wyrabiać z czymkolwiek a już na pewno nie miałam czasu ani sił na wiszenie z laktatorem co 2-3 godziny i musiałam zmniejszyć produkcję fabryki. Przestałam odciągać tak często i takie ilości i po paru dniach laktacja zaczęła hamować ... teraz odciągam dwa razy dziennie po 100ml. Po co? Bo wciąż nie mogę pogodzić się z tym, że nie karmię piersią i gdzieś w głębi serca wierzę i liczę na to, że jeszcze do tego wrócę...

A póki co: BEBILON ... i życie stało się prostsze ...
Smutne.

czwartek, 19 listopada 2009

Po szczepieniu ...

Wczoraj bardzo się bałam ale gdzieś w głębi duszy do końca wierzyłam, że nic się nie wydarzy. No bo bez przesady, w końcu z drugim dzieckiem wszystko jest inaczej, nawet pani doktor powiedziała, że statystyka jest po naszej stronie, skoro z pierwszym były problemy to teraz nie powinno ich już być. A jednak ...
Szczepienie mieliśmy o 13:00, akurat kiedy wypadała godzina karmienia no ale na to nie miałam już wpływu. Do tego wszystkiego nie pozwolili nam zastosować EMLI, na którą bardzo liczyłam, a tu niestety :( Samo szczepienie, wiadomo, płacz i tyle, no ale tu na cuda nie liczyłam, szczególnie bez tej emli. Po szczepieniu wrzask, ale tu za to pomyślałam, że z głodu. Zaraz po wyjściu z przychodni A zasnął mi na rękach co bardzo mnie zdziwiło i ucieszyło zarazem. Niestety sen trwał 5 minut, tyle co droga do domu a potem znów płacz. Po nakarmieniu postanowiłam wyjść na spacer żeby synuś się wyciszył, uspokoił i odespał te nieprzyjemności, które go spotkały. Był najedzony, senny, zmęczony, więc liczyłam na dwie godziny spokojnego spacerowania na świeżym powietrzu. Niestety A pospał zaledwie 40 minut, wybudził się w trakcie spaceru i nie zapowiadało się na to, że znów zaśnie, więc skierowałam się w stronę domu bo sytuacja była niepewna. Przez chwilę los nade mną czuwał bo A rozwrzeszczał się dosłownie pod samym domem. Inna sprawa, że od jego wybudzenia już wiedziałam, że coś jest nie tak bo przed spacerem był naprawdę wymęczony i normalnie to spałby nawet i 3 godziny bez przerwy a nie 40 minut, szczególnie na dworze.

No i moje złe przeczucia mnie nie myliły. W domu koszmar rozkręcił się na dobre, A znów zjadł i po nieudanej próbie zaśnięcia wpadł w taki szał i histerię, że czegoś takiego to u niego nie słyszałam i nie widziałam odkąd jest na świecie. Widziałam to za to i słyszałam 5 lat temu po pierwszym szczepieniu J, bardzo dokładnie rozpoznałam ten płacz i to zachowanie i już wiedziałam: mamy reakcję poszczepienną czyli powtórka z rozrywki sprzed 5 lat :(((
Trochę się zastanawiałam czy podawać paracetamol czy nie, ponieważ obecna pediatra nie była za jego stosowaniem, jednak pamiętając historię z J i to, że wtedy wszyscy lekarze kazali dać paracetamol a przecież nawet wylądowaliśmy w szpitalu i tam też jedyne zalecenie to był właśnie paracetamol to postanowiłam nie przeciągać dalej męczarni i o 17:30 paracetamol został synkowi zaaplikowany. Jakież było moje zdziwienie i załamanie kiedy pół godziny po podaniu leku nie było zbytnio dużej poprawy, synek przestał się co prawda wydzierać ale nie dało się go odłożyć i wciąż był bardzo niespokojny, wystarczył mój minimalny ruch żeby od razu wykrzywiał się do płaczu a co najgorsze: nie zasypiał !! Siedziałam tak z nim wtulonym, wręcz wczepionym we mnie przy dźwiękach suszarki i w duchu modliłam się, żeby ten cholerny lek zaczął działać.
O 19:00 A zasnął.
Spał do 3 w nocy.

środa, 18 listopada 2009

6 tygodni.

A skończył wczoraj 6 tygodni :)
Dziś w związku z tym idziemy na nasze pierwsze szczepienie, którego się potwornie boję bo Jot miał bardzo silną reakcję poszczepienną i tego dnia kiedy to było nie zapomnę już do końca życia, w dodatku było to w moje imieniny :(
Teraz niby mam już doświadczenie i na ewentualną powtórkę z rozrywki jestem przygotowana, jednak na pewno nie psychicznie :( boję się i już.

Ostatnie dni nie należały do najłatwiejszych, stąd też brak jakichkolwiek wpisów, bo nawet gdybym miała czas to sił brakowało.
Dokładnie w samym środku mojej choroby i najcięższego stanu, Mały A też miał akurat fatalne dni i noce. Potrafił nie spać np. od 1 w nocy do 6 nad ranem !! I to nie to, że sobie poleżał, po pierwsze on leżeć nie może bo trzeba go cały czas pionizować a po drugie to on wcale leżeć nie chce, no chyba, że na rękach.
Generalnie nic mu nie było, nic go nie bolało, nakarmiony, przewinięty po prostu nie mógł zasnąć. I wiadomo, że jak to zasypianie trwało kilka godzin to z każdą godziną on coraz bardziej marudny a ja wykończona :( do tego tak jak pisałam działo się to wszystko w czasie mojej choroby, także cała obolała, z temperaturą, słaniając się na nogach i odbijając się od ścian chodziłam z nim tak na rękach po parę godzin w tą i z powrotem przy włączonym wentylatorze w kuchni z nadzieją, że w końcu stanie się cud i nasz maraton dobiegnie końca.
Dzięki tym naszym maratonom bardzo szybko dorobiłam się tak fatalnego bólu kręgosłupa, że po prostu ledwo się ruszałam, bolało mnie nie tylko jak nosiłam A ale po prostu cały czas :( i nie pomagało nic, masaże, prochy przeciwbólowe, zupełnie nic, kolejny koszmar po prostu :(

Stan mojego kręgosłupa a także przymus noszenia A zmusił nas do zakupienia chusty. Jak się okazało jest to naprawdę bardzo przydatna, praktyczna i wygodna rzecz :) Oprócz chusty zakupiliśmy też leżaczek i jak A jest już odpowiednio długo pionizowany to od czasu do czasu z leżaczka też korzystamy. Tyle, że A i tak od razu w nim ulewa a po 10, no może góra 15 minutach leżenia włącza syrenę, która oznacza: "już się należałem, proszę mnie natychmiast stąd zabrać" ;)

niedziela, 8 listopada 2009

Trzecia doba.

Jej Wysokość Angina trzyma.
Jeżeli kiedykolwiek wcześniej wydawało mi się, że jestem ciężko chora to myliłam się bardzo, teraz dopiero poznaję co to znaczy być ciężko chorą.
Dziś przekopałam trochę internet bo nie mogłam pojąć jak można się aż tak rozłożyć no i wyczytałam, że angina tak właśnie się objawia, dolegliwościami całego organizmu i to bardzo boleśnie. To był jeden z niewielu momentów kiedy net mnie uspokoił a nie nastraszył, bo teraz wiem, że to co się ze mną dzieje jest w jakiejś tam dopuszczalnej normie.
Szczegółów nie będę opisywać bo mój blog i tak już powoli zaczyna przeradzać się w opowieści o chorobach a nie taka miała być jego tematyka.

Od wczoraj wylądowałam ostatecznie w łóżku i znowu oczywiście w izolatce, tyle, że tym razem to ja jestem izolowana. Od wczoraj też nie zajmuję się A.
M świetnie sobie radzi, prawie bez mojej pomocy ale mimo wszystko nie mogę przeboleć całej tej sytuacji. Moje kochane dzieci - beze mnie :(
Serce mi pęka, nawet jak piszę to mam gardło zaciśnięte a łzy same płyną (tak, nadal nie nastał dzień, w którym nie uroniłam ani jednej łzy) ...

Mój kolega ma opis na gg: "Czarownicy do zdjęcia klątwy poszukuję..."
Aż mam ochotę napisać mu, że jak spotka tę czarownicę to żeby ją potem przysłał do mnie.

piątek, 6 listopada 2009

Masz babo anginę :(

Moje przeziębienie, o którym ostatnio pisałam urosło do gigantycznych rozmiarów :( Niby tylko bolało mnie gardło i głowa ale ból był taki, że jeszcze nigdy przy chorowaniu czegoś takiego nie przechodziłam :( Głowę dosłownie rozsadza mi z bólu, nie mogę za bardzo ruszać nią na boki ani pochylać się bo wtedy czuję jakby miała mi wybuchnąć. Z gardłem masakra a do tego temperatura.

Po 4 dniach samoleczenia się panadolem pojechałam dziś do lekarza i co się okazało ? Angina, ropna :( i stąd ten ból, zarówno gardła jak i głowy. Dostałam antybiotyk, czekam na poprawę.

A będąc w takim stanie sama zajmowałam się dzieckiem i w dzień i w nocy. Przedwczoraj mieliśmy maraton od 23:00 do 4 nad ranem, ostatniej nocy od 23:00 do 3 nad ranem, jestem tak osłabiona i wykończona, że dosłownie przewracam się jak próbuję stać i bujać synka na rekach, czy jak kolejny raz idę go przewijać.
Poza tym boję się o synka, a kto ma się nim zająć jak nie ja ? M w tym tygodniu wrócił do pracy po 3 tygodniach urlopu, więc nie ma opcji żeby znów brał wolne, mój tata zajmuje się starszym synkiem i na tym generalnie kończy się repertuar osób, które mogłyby mi pomóc.
Nie wiem jak przetrwam kolejny maraton...

Miesięcznica :)

A. kończy dziś miesiąc :)

Miesiąc temu o tej porze byłam już na IP, leżałam na KTG i przechodziłam milion procedur związanych z przyjęciem do szpitala. A potem o 10:15 urodził się mój kochany syneczek, mój własny, osobisty Cud :)

czwartek, 5 listopada 2009

Szpital i kryzys.

Do szpitala trafiliśmy jeszcze tego samego dnia kiedy pisałam ostatnią notkę. Zapis mieliśmy co prawda dopiero na 3 listopada ale było już tak źle, że zadzwoniłam zapłakana na IP czy możemy przyjechać wcześniej bo do 3-go to byśmy się wykończyli. Pani przez telefon powiedziała żeby przyjechać na IP, zostaliśmy zbadani przez bardzo miłą panią doktor, która później uprosiła kogoś na oddziale patologii noworodków żeby nas przyjęli wcześniej. No i zostaliśmy przyjęci.

Spędziliśmy w szpitalnej izolatce 3 dni, podczas których zrobili nam stos badań, które na szczęście wykazały, że wszystko jest ok :) Mam po prostu bardzo silnie ulewające dziecko. Dostaliśmy lek (wspomniany na forum debridat) oraz mamy dalej stosować wszystkie zalecenia o pionizowaniu itd., i czekać na efekty. Na dzień dzisiejszy jest trochę lepiej :) Odstawiliśmy też ten cholerny Nutriton, który jak się okazało był przyczyną miliona kupek dziennie, teraz kupek mamy zaledwie jakieś pół miliona ;)

No właśnie a co do tych nieszczęsnych kup to z tym właśnie wiąże się mój pierwszy kryzys :( Jak już sobie zaczęliśmy radzić z ulewaniem to te przeklęty kupy chyba nas wykończą. Cały czas wpadamy w to błędne koło: karmienie, kupa, karmienie, kupa, itd., i jak się zacznie to maraton trwa tak jak to już wcześniej napisałam po 5 a czasem nawet 6 godzin. W tym czasie latam bez przerwy z A z pokoju na przewijak i tak w kółko. I nie ma mowy o tym żebym mogła pójść się wymyć, zjeść coś czy po prostu zająć czymkolwiek innym niż karmieniem i przewijaniem A., który przez to nie śpi te wszystkie godziny aż w końcu nastaje cud i po kolejnym karmieniu nie przychodzi kolejna kupa. A. może wtedy wreszcie spokojnie zasnąć a ja mogłabym w końcu wyjść z nim na spacer ale wtedy jestem już tak wykończona, że jedyne na co mam siłę to paść plackiem koło A. na łóżku i zasnąć. I tak dzień w dzień lub noc w noc bo maraton przytrafia nam się o różnych porach dnia i nocy :( Nie wiem jak przerwać ten łańcuszek żebyśmy obydwoje w końcu odetchnęli i zaczęli normalnie żyć.

czwartek, 29 października 2009

Wyszliśmy z izolatki, jedziemy do szpitala.

U Jota się poprawiło to za to z A mamy sajgon.
Pisałam wcześniej o błędnym kole, w które wpadamy każdego dnia. Niestety w tym temacie zamiast się poprawiać to zmieniło się na gorsze bo Mały A już nie tylko co chwilę ulewał ale wręcz chlustał pokarmem, buzią i nosem. Nie ważne czy mu się odbiło czy nie to co zjadł to ulał a właściwie z siebie wystrzeliwał. Działo się tak już nawet w czasie jedzenia, zaraz po lub z upływem jakiegoś czasu, np.: w trakcie snu lub zaraz po obudzeniu kiedy to przeważnie już byłam spokojna, że się nic nam nie przydarzyło :( Do tego w międzyczasie oczywiście kupa za kupą i w kółko kolejne karmienie bo A jak ulał to znowu chciał jeść a jak była kupa to przy przewijaniu się rozbudzał i potem też chciał jeść. Oczywiście kolejne karmienia kończyły się kolejnym chlustaniem i tak w koło Macieju. Tak jak pisałam: SAJGON. Wczoraj zamiast skorzystać z ładnej pogody to męczyliśmy się tak od 10:00 rano do prawie 15:00 i taki kilkugodzinny rajd mamy każdego dnia.

Nie wiem ile już dni przeryczałam bo po prostu nie daję rady z tym wszystkim :(
I dzień, w którym nie uronię ani jednej łzy nazwę jakimś cudem chyba.

Ponieważ sytuacja stawała się nie do wytrzymania to napisałam posta na forum "karmienie piersią", który przyniósł mi sporo odpowiedzi, a także przekopałam net w tym temacie i generalnie opcje mogą być 3:
1. Alergia
2. Refluks
3. NIC - taka uroda dziecka.

Ja skłoniłam się najbardziej ku temu refluksowi, gdzieś w sieci dokopałam się informacji o preparacie do zagęszczania mleka: Nutriton i wysłałam M do apteki.
Zaczęłam też oczywiście stosować wszelkie rady znalezione w necie ale sajgon robił sie coraz większy bo: nakarmić dziecko piersią w pozycji pionowej to nie lada wyzwanie a jeszcze większe to podać mu przed piersią jakąś papkę (czyli ten nutriton) łyżeczką. Synuś głodny, płacze, chce do piersi a ja zamiast piersi wciskam mu łyżeczkę do buzi, ten się dławi, płacze, papka rozmazuje się wszędzie, po dziecku i gdzie tylko się da, ja się denerwuję, mały się denerwuje no ale w końcu po kilku łyżkach możemy skupić sie na piersi i wtedy kolejny cyrk bo A ma tyle tej papki w buzi, że nie może złapać piersi bo się po niej normalnie ślizga. W międzyczasie ze mnie zaczyna mleko tryskać jak za przeproszeniem z krowy i po kilku minutach oboje jesteśmy w tym mleku udyźdani po pachy. Czyli teraz mamy na sobie już papkę, mleko a za chwilę zaczynamy ulewać no i obowiązkowo gdzieś po drodze jest jeszcze ta nieszczęsna kupa.
Po prostu rozkosz. No ale faktem jest, że pierwszego dnia stosowania tej papki A przestał chlustać i ulewać, byłam przeszczęśliwa. Niestety szczęście to trwa ło tylko ten jeden dzień, na drugi dzień ulewania wróciły.

Wczoraj zaczęłam brać też pod uwagę opcję alergii na produkty mleczne, przed którą do tej pory zapierałam się rękami i nogami ale skoro jest tak jak jest to muszę wziąć jednak pod uwagę wszystkie możliwości. Od dziś jestem na diecie bezmlecznej, czyli generalnie nie mogę jeść prawie nic bo okazuje się, że białka mleka są ukryte dosłownie wszędzie, nawet w głupiej puszce z pasztetem !! Nie wiem jak to zniosę, szczególnie, że jestem uzależniona od nabiału, ja w zasadzie nic innego nie jadłam. Poza tym to cholerstwo tak jak pisałam jest dosłownie wszędzie, więc to nie chodzi już nawet o to, że nie będę mogła jeść moich ulubionych serków czy przepysznych zup robionych przez mojego M na śmietanie ale ja nie będę mogła jeść prawie nic, bo mimo, że jest sporo tych produktów bezmlecznych to akurat wiele z nich jest silnymi alergenami i przy karmieniu nie można ich jeść. Ratunku !!!

Poza tym umówiliśmy się też oczywiście na wizytę u pediatry żeby jednak ktoś nas obejrzał. Ponieważ szłam w kierunku tego refluksu to liczyłam też, że dostaniemy skierowanie na usg brzuszka. Nasza przesympatyczna pani doktor przyjęła nas na przychodni dla dzieci zdrowych (na czym mi bardzo zależało żeby nie targać 3 tygodniowego dziecka do chorych dzieci), obejrzała, wybadała, wysłuchała i powiedziała w sumie tyle co już wiedziałam z forum i netu :) No ale przynajmniej uspokoiła mnie, że dobrze robię podając ten Nutriton i dała nam skierowanie, ale nie na samo usg tylko do szpitala na kompleksowe badania. I z jednej strony to super bo zbadają A od góry do dołu ale z drugiej strony jestem tym oczywiście przerażona bo zupełnie nie wiem jak to ma wyglądać. Czy długo tam będziemy i czy będę mogła być z A (bo nie wyobrażam sobie, że nie !!!), no i co mu w ogóle będą robić ???
Dziś planuję zadzwonić do szpitala i się wywiedzieć.

czwartek, 22 października 2009

Duże smutki i małe radości.

Jot nadal chory, dziś 4 doba antybiotyku i niby trochę się poprawiło ale nadal jest kiepsko do tego przez stan zapalny ucha to moje biedne dziecko na jedno ucho w ogóle nie słyszy :(
M zaczął chorować wczoraj a mnie od ponad tygodnia dzień w dzień boli głowa a od 3 dni gardło.
Do tego ta izolacja zaczyna odbijać się na mojej psychice, nie daję już rady w tym zamknięciu i coraz gorzej znoszę to, że nie zajmuję się J. Jak schodzę na dół i widzę go takiego schorowanego to serce mi pęka a nawet nie mogę go przytulić :(
No dramat dosłownie !!!
Ryczę drugi dzień.
A miało być tak pięknie...

To były moje duże smutki a co do małych radości to wczoraj zaliczyliśmy z A pierwszy spacer, 20 minut. Dziś też mam nadzieję, że wyjdziemy. Tyle, że niestety nie mam zupełnie doświadczenia ani wprawy w ubieraniu noworodka na taką pogodę i całą drogę zastanawiałam się wczoraj czy dobrze ubrałam A i czy nie jest mu za ciepło lub za zimno.

W końcu doczekaliśmy się też wizyty pediatry, wszystko jest ok. Tylko, że przez to, że miałam tysiąc pytań to się pogubiłam i zapomniałam od kiedy mam podwać tę witaminę D, bo K to wiem, że już od teraz. No i trochę mnie zdziwiło to, że na tą D nie dostałam recepty na krople (jak to było przy J) tylko peditra kazała kupić jakąś tam w kapsułkach i wyciskać, hmmm, chyba łatwiej jednak byłoby z kroplami, no ale one są na receptę, której nie mam :(

A przedwczoraj dostałam od firmy przepiękny bukiet z okazji narodzin A :) Z piękną kartą i przemiłą dedykacją w środku. A na kopercie był napis: Szczęśliwi rodzice A i M :)

poniedziałek, 19 października 2009

19.10.2009 mój termin :)

Na dziś miałam termin :)

Ciekawe, który dzień wybrałby sobie Mały A gdyby sam mógł zdecydować o tym kiedy przyjdzie na świat. Tego już się nie dowiem, za to jutro A kończy już dwa tygodnie a ja od 13 dni jestem (jak to już wcześniej pisałam) najszczęśliwszą kobietą na świecie :) jak mogłabym nie być mając takiego Skarba...

Dziś mieliśmy wyjść na pierwszy spacer ale niestety A przespał najlepszą godzinę na wyjście kiedy było słońce, obudził sie dopiero przed 16:00 i zanim się przewinęliśmy, zjedliśmy itd. to słońce zaszło i zdecydowałam, że wyjdziemy jutro a dziś zrobimy spanie przy dwóch otwartych oknach na oścież.

Na telefon od pediatry A się dziś nie doczekałam i powoli zaczyna mnie to denerwować bo mieli dzwonić w piątek i nie zadzwonili, po telefonie M powiedzieli, że zadzwonią w poniedziałek no i też nie zadzwonili. A ja bardzo nie lubię takiego olewactwa i w ten sposób załatwiania spraw. Pewnie jutro też się nie odezwą i znowu my będziemy musieli się im sami przypominać, wrrrr. A dni lecą.

Jot za to był dziś u lekarza i niestety nie jest dobrze: zapalenie oskrzeli i ucha :(
Jednym słowem dramat :( mam wrażenie, że w ogóle już zapomniał, że ma mamę i w dodatku nie wiem ile czasu jeszcze spędzimy w takiej izolacji :(

sobota, 17 października 2009

W izolatce.

Jot jest chory :(
Zaczęło się już na początku tygodnia. Wysłałam M z Jotem do lekarza i myślałam, że będzie po sprawie. Niestety zamiast się poprawiać po kilku dniach brania leków wczoraj się pogorszyło i doszła temperatura. Do tej pory mimo choroby Jota funkcjonowaliśmy normalnie jednak wczoraj zarządziłam izolację i tym sposobem drugi dzień spędzam zamknięta z A w sypialni na górze a M siedzi z J na dole. Po tym drugim dniu zaczynam się czuć jak w więzieniu poza tym brakuje mi obecności M i J, że już nie wspomnę o rozdarciu wewnętrznym jakie czuję zostawiając starszego synka i siedząc tylko z A :( czuję się jakbym porzuciła swoje chore dziecko.
M ma zwolnienie i te dwa tygodnie to miał być czas dla nas a my siedzimy tak jedno na górze drugie na dole jak w dwóch osobnych mieszkaniach :(

Co do A to wszystkie dni wyglądają podobnie, śpimy, jemy (mleko mamusi), przewijamy się i tak w kółko. I mimo, że dla kogoś może to być największa nudą na świecie to dla mnie są to najpiękniejsze chwile :) A jest taki maleńki, stópki ma jakieś 5cm, łapki drobinki i te oczka, no nie mogę przestać się zachwycać !!!
Żeby tak jeszcze J był już zdrowy to znowu byłaby pełnia szczęścia :)

W przyszłym tygodniu planuję pierwszy spacer, już nie mogę się doczekać a z drugiej strony jakoś tak niepewnie czuję się co do pogody. Nie wiem za bardzo jak ubrać i jak przyzwyczaić najpierw do zimniejszego powietrza ?? Póki co od wczoraj w czasie dnia A śpi pod dwoma kocykami przy otwartym oknie, a jutro albo po jutrze może zrobimy krótkie werandowanie. Kurcze z J w lecie było o dużo prościej, po prostu wyszliśmy z domu na gigantyczny upał i tyle.

W przyszłym tygodniu ma też do nas przyjść pediatra na pierwszą wizytę i mam ogromną nadzieję, że będzie to najpóźniej we wtorek.

Wracając do dnia codziennego to mam już pewne patenty na różne tematy i tak np.: przewijamy się "na suszarkę" czyli przy włączonej suszarce, która na początku służyła tylko do osuszania pupci A (rewelacyjna metoda przeciw odparzeniom) ale bardzo szybko okazało się, że jest też świetnym uspokajaczem na te parę minut kiedy trzeba wymyć zimną chusteczką, posmarować maścią, zapiąć pampersa i ubrać :) dzięki suszarce cały ten proceder stał się o wiele prostszy :)
Z drugiej strony powinnam to doskonale pamiętać bo J pół swojego niemowlęcego życia spędził przy włączonej suszarce bo nic innego nie było w stanie go uspokoić.
W związku z tym, że przypomniałam sobie o suszarce to odkopałam też z czasów J pliki mp3 w kompie z dźwiękami nagranej suszarki, odkurzacza, szumu oceanu itp. I tak wczoraj po południu zasypialiśmy przy dźwięku fal uderzających o brzeg :) Jeżeli jednak chodzi o suszarkę to o dużo lepszy efekt daje taka prawdziwa niż ta w formie mp3 z kompa. Zupełnie nie pamiętam już od kogo dostałam 5 lat temu te pliki ale pamiętam, że zainteresowanie nimi były ogormne na forum i dziewczyny rozsyłały to sobie masowo, zupełnie tak samo jak elektroniczną wersję książki "Język niemowląt" słynnej Tray Hogg, której osobiście akurat fanką nie jestem.

Powoli też wyrabiam się w przewijaniu jedną ręką a drugą zakrywaniu tej małej sikawki coby pół pokoju nie zostało obsikane :)

Niestety nie za bardzo radzę sobie z ulewaniem :( Dość często sie nam ulewa i nie ma reguły, czy się po jedzeniu odbiło czy nie, jak ma się ulać to i tak się uleje :( Do tego A bardzo nie lubi być w pozycji pionowej do odbicia, dostaje szału jak się go bierze do pionu i często nic nam nie wychodzi z odbijania, z J nie było tego problemu. A lubi sobie po prostu zasnąć po jedzeniu i od razu się denerwuje jak się go bierze do odbicia. Potem na uspokojenie znów trzeba przystawić do cyca, potem odbić i w ten sposób wpadamy w błędne koło :( A po kilku takich próbach przeważnie pojawia się kupa i wtedy trzeba przewinąć a podczas przewijania przeważnie następuje ulanie na pół ubranka, więc nie dość, że mamy kupę do kompletu to jeszcze musimy się cali przebierać no i na koniec dziecko znów chce do cyca, więc wracamy do punktu wyjścia. I jak już tak wpadniemy w to błędne koło to nawet i 4 godziny możemy się tak karmić, odbijać, ulewać, przewijać i końca jakby nie widać :(

Ale jak uda nam się w to błędne koło nie wpaść to radzimy sobie naprawdę dobrze i bardzo miło spędzamy czas na wymienianiu czułości :)

wtorek, 13 października 2009

JESTEŚMY :)))))

Mały A. urodził się przez cc 6.10.2009 o godzinie 10:15, ważył 2910 i miał 53 cm, dostał 10 pkt.
Jest taki maleńki i śliczny i dzisiaj skończył tydzień :) A ja jestem oczywiście najszczęśliwszą kobietą na świecie, choć te słowa to i tak za mało żeby odzwierciedlić stan moich uczuć :)

Na ostatniej wizycie przed cc okazało się, że synek leży miednicowo, a na IP przed samym cc wyszło, że nie tylko miednicowo ale w dodatku poprzecznie, położna w ogóle nie mogła go wyczuć badaniem ginekologicznym i zrobiła usg a tam okazało się, że główką leży przy moich żebrach z prawej strony a nóżki po przekątnej, na dole, z lewej, no nijak by się nie urodził sn.
Co do cc to mogę powiedzieć, że kolorowo nie było.
I to zarówno samo cc jak i dochodzenie potem do siebie.

Podczas zabiegu miałam jakieś jazdy, źle zniosłam znieczulenie, zaczęło mi się robić słabo, przestałam czuć prawą stronę ciała i myślałam, że za chwilę zejdę. Myślałam, że to nerwy ale anestezjolog powiedziała mi, że reakcja organizmu na znieczulenie i zarządziła ileś tam jednostek efedryny (nie wiem czy dobrze zapamiętałam nazwę), nie pomogło, więc dostałam kolejną dawkę i dopiero nastąpiła poprawa i od tego momentu do końca było już w miarę ok.
Choć prawda jest taka, że oprócz leków, które mi podali to bardzo pomogła mi fantastyczna anestezjolog i mój gin prowadzący operację.
Na koniec powiedziałam im, że kiepsko chyba sobie poradziłam a oni oboje, że wręcz przeciwnie, że bardzo dobrze zniosłam operację a to co się ze mną działo to mały pikuś w porównaniu z tym co widzieli i z czym nie raz mieli tu doczynienia. W szoku byłam ale potem na popordówce spotkałam dziewczynę i jak posłuchałam tego co się z nią działo to faktycznie okazało się, że moje przejścia to mały pikuś :) No ale w momencie jak leżałam na tym stole to naprawdę od mojej strony nie wyglądało to za dobrze.
Tyle o samym cc.
To co było po to masakra, pionizowanie to był szok, nie spodziewałam się aż takiego bólu, normalnie aż mnie zatkało i nie mogłam złapać oddechu przez parę minut. Pomijając pionizowanie to ogólnie: ból koszmarny, cały wtorek, i noc do środy rano byłam na silnych lekach przeciwbólowych: pyralgina, ketonal i dolargan, po którym po prostu odpływałam i nie kontaktowałam tylko co jakiś czas otwierałam oczy i znów odpływałam.
CC miałam rano i na cały dzień miałam wynajętą osobistą położną i potem na noc też, gdyby nie one to nie wiem jakby to wszystko wyglądało bo synka miałam przy sobie od samego cc i ktoś musiał się nim zająć. Od środy rano byłam już sama a pierwsza wyczuwalna poprawa nastąpiła dopiero w piątek czyli w trzeciej dobie po cc.
Dziś, czyli dokładnie tydzień po cc mogę powiedzieć, że pierwszy dzień funkcjonuję prawie normalnie i to w sumie jest chyba całkiem dobry wynik :)

A mając za sobą dwa porody, sn i cc to mogę powiedzieć tyle, że ból po sn już zapomniałam a tego bólu co przeszłam w pierwszych 3 dobach po cc to mam wrażenie, że nie zapomnę już nigdy. Z drugiej jednak strony na 1000% tydzień po sn nie byłam w tak dobrej formie jak teraz tydzień po cc.
A biorąc pod uwagę to jak ciężki i niebezpieczny dla dziecka miałam poród sn teraz jestem wdzięczna za to, że przy cc moje dziecko urodziło się bez męczarni, spokojnie i bez narażenia jego życia.

To tyle o tym co było.
Ten tydzień zleciał szybciej niż jakikolwiek inny, wydaje mi się, że ten wtorek, kiedy przekraczałam drzwi szpitala był zaledwie wczoraj a tu już jest następny wtorek a ja nie leżę z raną, w bólach na łóżku szpitalnym tylko siedzę w swoim domu z syneczkiem w ramionach :)

Tym wpisem pewien rozdział w moim życiu, teraz jestem już w innej bajce :)

poniedziałek, 5 października 2009

Ostatnie 24h w dwupaku

Na początku zeszłego tygodnia zaliczyłam kolejne komplikacje zdrowotne i wylądowaliśmy znów u lekarza. Nie będę się rozpisywać co się działo itd., bo po pierwsze mam już dość opisywania ciągle napotykających mnie problemów a po drugie teraz to już i tak nie ma znaczenia. Chciałam tylko zaznaczyć fakt, że nawet na samej końcówce musiało mi się jeszcze coś przytafić !! W ostatnim tygodniu i w momencie kiedy sobie powiedziałam, że teraz to mi się już nic nie przytrafi. Po prostu: KOCHAM CIĘ ŻYCIE !!!

Pełnia 4.10 nie zadziałała na mnie w żaden sposób i nie urodziłam :)

Torba spakowana, zostało kilka drobiazgów, to czego na razie spakować nie mogę bo będę jeszcze używać.

Samopoczucie takie jak zwykle, wczoraj pomogło wyjście do kina ale po powrocie do domu znów się pogorszyło a do tego dół :(

Dziś z doła wylazłam ale za to napięcie sięgnęło zenitu i generalnie jestem oszołomiona, otumaniona i chyba za chwilę zacznę chodzić po ścianach.

Jestem od 7 rano na nogach, zrobiłam milion rzeczy w domu i po pierwsze: mimo, że zmachałam się totalnie to nadal nie urodziłam a po drugie: napięcie niestety nie zeszło.
I już raczej nie zejdzie.
Tyle, że dziś jestem usprawiedliwiona, w końcu ile razy w życiu przechodzimy narodziny własnego dziecka ?
Jutro, 10:00 CC.

środa, 30 września 2009

Nosiłam, nosiłam i donosiłam :)

We wtorek przekroczyłam magiczną granicę 37tc, zaczęłam 38tc, ciąża jest donoszona.
Dałam sobie dawno wypatrywaną, wyczekiwaną, wręcz porządaną ZGODĘ NA PORÓD.
Choć może nie do końca bo zapowiedziałam syneczkowi, że jeżeli chce być wrześniowy to niech to będzie 29.09.2009 a jak nie to niech poczeka już do października. I niech poczeka bo założenie było takie, że skoro już sobie wybrał na przyjście na świat październik 2009 (a nie tak jak chciałam czerwiec 2006) to ma być 100% wagą październikową :)

A na naszym forum Październikówek 2009 dzieci sypią się już od ładnych kilku tygodni, tyle, że teraz nabierają tempa. Do wczoraj było 15 urodzonych dzieci, dziś już 2 nowe maluchy się pojawiły. Oj, sypiemy się jedna po drugiej :)


Z tematów wyprawkowych to bujam się z tym cały czas. Wszystko co miałam po J udało mi się już poprać i poprasować ale w sobotę stałam się posiadaczką kolejnej reklamówki z ubrankami i to nowiutkimi. Do tego w końcu udało mi się kupić na allegro tego pajacyka polarkowego i ciepłą czapeczkę (bo po czerwcowym dziecku ciepłe czapki mam tylko w dużych rozmiarach). Pajacyk przyszedł dziś rano, liczę na to, że czapeczka będzie po południu i wtedy będę mogła odpalić ostatnią już pralkę z rzeczami dla A.
W weekend przewiduję pakowanie torby a po weekendzie...

wtorek, 22 września 2009

Finiszujemy !

W sobotę, 19-09-09 oficjalnie zaczęłam 9 miesiąc ciąży, rany ile tych dziewiątek :)

Na wizycie byliśmy 11-09 w piątek a następną mamy już w tym tygdoniu i będzie to chyba nasza ostatnia wizyta.
Ostatnio A. ważył 2340, to dokładnie tyle ile przewidują normy, na następną wizytę obstawiam jakieś 2800 i byłby to całkiem dobry wynik. Przekonamy się już w czwartek.

A już dziś biorę ostatni zastrzyk clexane :) Mój brzuch a w zasadzie boczki mają ich już serdecznie dosyć, mam siniak na siniaku a ostatnio dodatkowo coś mi nie poszło i zrobiła mi się jakaś dziwna gula, która oczywiście bolała. No ale jeszcze tylko dziś. Łącznie z tym ostatnim, wszystkich zastrzyków jakie sobie zrobiłam/zrobię wyszło 208.

Co do przygotowań to niestety nie udało mi się zrealizować mojego planu, który zakładał, że domową pralnię będę mogła zamknąć wraz z końcem poprzedniego tygodnia. Pralka chodziła non stop przez 7 dni ale przez to, że wypadły nam dodatkowe prania naszych rzeczy to temat przeciągnął się na ten tydzień. Ale nie ma opcji żeby się w tym tygodniu nie skończył.

Oprócz prania jestem na etapie gromadzenia ostatnich rzeczy i tak w ostatnich dniach przyszło kilka paczek, wszystko oczywiście zakupione na allegro: plecak MUTSY do wózka (choć mam już torbę MUTSY ale jakoś ten plecak bardziej do mnie przemawiał), step-up board MUTSY (żeby J miał większą frajdę ze wspólnych spacerów z braciszkiem), śliczny kombinezon dla A., prześcieradła z gumką itd., itp. A teraz jestem na etapie polowania na kombinezony-pajacyki welurowe lub polarkowe, na wyjście ze szpitala i pierwsze jesienne spacery :)

Wczoraj wzięłam się też w końcu za torbę do szpitala, ale nie pakowanie tylko póki co zrobienie listy rzeczy. Lista wyszła dość spora ale co się dziwić jak oprócz miliona zwykłych rzeczy, które wzięłabym na każdy kilkudniowy pobyt gdziekolwiek, tu dochodzi kolejny milion rzeczy potrzebnych po porodzie zarówno mnie jak i dziecku. Nie wiem w co to wszystko spakuję i nie wiem jak to zrobiłam 5 lat temu :)
I jeszcze jeżeli chodzi o rzeczy dla mnie to moja własna osobista lista pokrywa się z tą, którą zrobiły dziewczyny na forum ale jeżeli chodzi o listę rzeczy dla dziecka to jestem w lekkim szoku bo dziewczyny wypisały aż tyle różności:

1. Pieluszki jednorazowe - 1 paczka
2. Pieluchy tetrowe i pieluszki flanelowe
3. Podkłady do przewijania – 2 szt
4. Chusteczki do pupy - 1 opakowanie
5. Krem/maść na odparzenia (np. Sudocrem, Linomag)
6. Gaziki Leko do pielęgnacji pępuszka lub spirytus 70% + gaziki do przemywania
7. Sól fizjologiczna + waciki do przemywania oczek
8. Patyczki do uszu dla niemowląt
9. Żel do mycia lub mydełko
10. Oliwka lub mleczko do smarowania po kąpieli
11. Krem do buzi
12. Okrycie kąpielowe z kapturkiem lub ręcznik – 2 szt
13. Rożek i kocyk
14. Ubranka: śpioszki, body, pajacyki, czapeczki, skarpetki, łapki-niedrapki,kaftaniki (kto ile uważa)
15. Butelka
16. Smoczek uspokajacz - 1 szt
17. Smoczki do butelek – 2 szt
18. Szczotka do butelek
19. Porcja mleka modyfikowanego
20. Szczotka do włosków
21. Aspirator do noska lub gruszka

A ja z tego wszystkiego na swojej liście ujęłam zaledwie ubranka, pieluchy i chusteczki i w życiu by mi do głowy nie przyszło, że trzeba brać mleko dla dziecka, spirytus do przemywania, sól fizjologiczną czy kosmetyki do kąpieli. Na Karowej takie rzeczy zapewniał szpital i nie było to żadnym luksusem tylko normą. Było nawet mleko dla dzieci, gotowe, takie od razu do podania dziecku, w małych porcjach, w takich szklanych buteleczkach ze smoczkiem. Hmmm, muszę się chyba dowiedzieć jak to jest teraz i co oferuje mój szpital i tyle.


Poza tym cały czas nie dociera do mnie, że to już końcówka, ostatnie dni i to tak NAPRAWDĘ
OSTATNIE bo od ostatniej wizyty wiem już z dużą dokładnością kiedy mój Mały A. przyjdzie na świat...

poniedziałek, 31 sierpnia 2009

Przygotowania rozpoczęte.

Tak, w końcu i mnie ruszyło i zaczęłam w końcu organizowanie wyprawki.
Zupełnie nie rozumiem prania ubranek i pakowania torby na 2 miesiące przed porodem i sama zkładałam, że zacznę to wszystko robić w drugiej połowie września. Jednak ostatnia wizyta u gina wywołała u mnie potrzebę zaczęcia przygotowań. Nie jestem pewna czemu ale może to ta rozmowa o ewentualnej cesarce w 38tc uświadomiła mi, że mam jeszcze tylko ok 5 tygodni.

I tak wczoraj wyciągneliśmy Mutsy z piwnicy i zrobiliśmy jego generalny przegląd i odświeżenie w ogrodzie. Dziś zakupiliśmy wkładkę dla noworodka do fotelika samochodowego bo okazało się, że jakimś cudem jej nie mamy. Oprócz tego kliknęłam dziś na allegro łóżeczko turystyczne z wszelkimi możliwymi bajerami typu zamiana na kołyskę, zdejmowany daszek z moskitierą i misiami, melodyjki, wibracje, lampka, przewijak, półeczka, kieszonki itd., bo w końcu A. w czasie dnia musi też mieć gdzie spać i leżeć :) I założenie jest takie, że w salonie będzie właśnie to łóżeczko turystyczne a na górze w sypialni zwykłe ze szczebelkami po J.

Teraz czeka mnie nurkowanie w torbach z ubrankami. Jakiś czas temu M przytargał z piwnicy reklamówki z ubrankami po J a ja muszę to teraz przejrzeć, wybrać to co będzie potrzebne na początku, wyprać, uprasować, brrrr, wcale mi się nie chce tego robić, może ktoś mógłby do mnie przyjechać i mi pomóc ???
Bo ja już zrobiłam raz do tego podejście i skończyło się na tym, że z tego stosu reklamówek powyciągałam wszystko, obejrzałam i schowałam z powrotem i tak do dziś sobie to wszystko stoi i czeka, a mnie się NIE CHCE !!! Może jak będzie już komoda to będę miała większą motywację.

Poza tym wszystko to odbywa się przy moim naprawdę fatalnym samopoczuciu ale o tym za następnym razem...

piątek, 28 sierpnia 2009

8 miesiąc, po wizycie

Przeżyłam jakoś te 5 tygodni bez mojego gina i doczekałam się naszej wizyty :)
Wizyta była mi tym bardziej potrzebna, że parę dni temu ginka z enel-medu, u której byłam tylko po L4, wprowadziła sporą dawkę niepokoju w moje życie bo stwierdziła, że mało przybieram na wadze i w ogóle mam za mały brzuch i pewnie dziecko słabo rośnie, brrrrrr, NIE no wcale nie zafundowała mi tymi stwierdzeniami kolejnych powodów do wystąpienia ataku :(

Na szczęście, tak jak się spodziewałam, mój gin rozwiał wszystkie wątpliwości jakie zasiała ginka.
Synek rośnie dobrze, waży 1700gr i jest to jak najbardziej w normie, choć wiadomo, że gigantem nie będzie (a niby po kim ma być??), waga jest po prostu przeciętna, i najważniejsze, że w normie !!!
Ja przybieram na wadze faktycznie mało (6kg od początku ciąży) ale nie ma w tym nic złego bo to nie ja mam przybierać na wadze tylko dziecko.
Za 2 tygodnie mam to szczegółowe usg z przepływami itd., a potem pod koniec września już tylko jedna wizyta i kończymy rozdział pt.: "ciąża".

Na wczorajszej wizycie, tak jak to było w planach, wróciliśmy do tematu porodu i mój gin przychylił się w stronę cesarki ze względu na nasilone ostatnio ataki, a niestety są nasilone :(
Ja sama osobiście nie jestem ani za sn ani za cc, niestety nie odpowiada mi ani jedno ani drugie.
Ale skłaniam się powoli ku cc ponieważ niestety nie wiem jak będzie przebiegał mój poród sn i jakby doszło do takich komplikacji jak przy pierwszym porodzie to atak mam gwarantowany i byłoby to niebezpieczne a nikt nie zagwarantuje mi, że urodzę jak po maśle, nic się nie wydarzy i nie dostanę ataku.
Temat nadal pozostaje otwarty ale czasu na decyzję coraz mniej...

wtorek, 28 lipca 2009

Imię

Naszło mnie na rozważania na temat imion a głównie imienia naszego drugiego synka.
Bo jest problem i tak samo był przy J. M nie zgadzał się na moje typy, sam swoich nawet nie miał i ostatecznie Jot nosi imiona po dziadkach. Pierwsze dla uczczenia pamięci taty M a drugie po moim tacie.

Teraz mamy powtórkę z rozrywki, ja mam kilka imion, które mniej lub bardziej mi się podobają ale M się na nie kategorycznie nie zgadza a swoich typów nie przedstawia żadnych. Z listy moich typów wybraliśmy jedno imię i tylko na to jedno jedyne zgadzamy się obydwoje i w sumie już od dłuższego czasu nazywam tym imieniem synka w brzuchu. Tyle, że mam do tego imienia pewne zastrzeżenie (chodzi o datę imienin, żadna z możliwych mi nie pasuje) i kombinuję jeszcze nad jakimś innym a tu tak jak pisałam jest problem bo z M zgadzamy się tylko na to jedno już wybrane. No i klops.
Do tego drugiego imienia też cały czas nie mamy.

Odnośnie innych tematów to mebelki stoją już zmontowane w pokoju Jota i powoli ustawiam w nich dorobek mojego synka :) Trochę się zejdzie bo nie mogę za dużo robić ale myślę, że już jutro, może w środę wszystko stanie na swoim miejscu. O ile przy pięcioletnim dziecku jest to w ogóle możliwe żeby wszytsko miało swoje stałe miejsce ;)

piątek, 24 lipca 2009

Po wizycie.

Wczoraj zgodnie z planem byłam na kolejnej wizycie u gina.
Synek waży 1060 gr (28tc) a to nawet lepiej niż się spodziewałam :)
Szyjka też ok...
Kamień z serca.
Teraz tylko muszę jakoś wytrzymać 5 tygodni bez mojego gina, który na początku sierpnia zaczyna 3 tygodniowy urlop, aaaaaa !!! A ja wolę jak mam go "pod ręką".
W dodatku przez ten urlop mam zamieszane trochę ze zwolnieniem bo ze względu na urlop gin wystawił mi zwolnienie na maksymalną ilość dni ile mógł i tak się złożyło, że nie dość, że zwolnienie kończy mi się w sobotę to do tego i tak nie starcza mi do powrotu gina i będę musiała iść do tego cholernego enelmedu, do jakiegoś obcego lekarza i powiedzieć, że przyszłam tylko po zwolnienie. Szczerze mówiąc to trochę średnio to widzę :( bo do tej ginki, do której chodziłam jeszcze do czerwca już nie chcę wracać, a do kogoś zupełnie obcego iść i tak od drzwi walnąć, że ja tylko po zwolnienie ??? Nie wiem jak teraz z tego wybrnąć :( I choć mój gin powiedział, że jak nie załatwię sobie tego zwolnienia w enel to jak przyjdę na wizytę to coś pokombinujemy to ja i tak się już umartwiłam tym tematem totalnie :(
Bo ja po prostu taka już jestem, nie lubię otwartych tematów, niedomówień, niepewności i sytuacji typu: "jakoś to będzie". Nie !!! Ja lubię wiedzieć na czym stoję i mieć wszystko zapięte na ostatni guzik tak szybko jak to możliwe albo nawet szybciej. A tu kaszana, teraz przez miesiąc będę się stresować co z tym zwolnieniem będzie.
A gdyby nie ten urlop to miałabym zwolnienie od wizyty do wizyty u mojego gina i byłoby ok.

Gin będzie rozważał u mnie cesarkę.
A ja osobiście to sama już nie wiem, trauma po pierwszym bardzo ciężkim porodzie z komplikacjami, zakończonym zabiegowo pchają mnie ku cesarce. Z drugiej strony jak sobie pomyślę o tym, że mają mnie kroić a potem jeszcze na drugi dzień z tą raną każą wstawać i zajmować się dzieckiem, to jakoś kiepsko to widzę, nie wiem czy nie szybciej dałabym radę po zwykłym porodzie, nawet gdybym miała być nacięta.
Do tego te wszystkie teorie przeciw cesarkom, ja nawet tego nie czytam bo po co mi to, ale wiem, że nagonka przeciw cesarkom jest straszna i bez czytania wiem, że poród sn jest lepszy dla dziecka niż cesarka. No cóż, dobrze, że mam jeszcze czas i zamiast czytać te wszystkie mądre artykuły w necie po prostu zapytam jaką teorię na ten temat ma mój gin, czy ta cesrka to rzeczywiście takie samo zło ??

poniedziałek, 20 lipca 2009

28 tc, 7 miesiąc, III trymestr !!!

Dziś zaczynam :)))

Jutro kolejna wizyta u pani psycholog, w czwartek u gina.

Moje dwie znajome lipcówki już urodziły, także teraz kolej na sierpniówki, czekam na porody aż 3 koleżanek :) A potem już tylko wrzesień i zaraz po nim czas na mnie :) 

A dziś jestem sama w domu, Jot pojechał z M do pracy a ja zamierzam spędzić cały dzień z książkami (czytam jednocześnie aż 3) na leżaku w ogrodzie. Słoneczko świeci tylko ta temperatura jakby trochę za niska ale przynajmniej jest czym oddychać...

niedziela, 19 lipca 2009

Zakupowo

Za pieniądze, których nie mamy kupiliśmy dziś mebelki BRW do pokoju J :)
Strasznie się z nich cieszę bo napaliłam się na nie już bardzo dawno temu tyle, że przez to co się ze mną działo cały czas nie składało się żeby po nie jechać.
Przyjadą za 5 dni roboczych i moje dziecko w końcu będzie miało odnowiony pokoik no a do tego jego rzeczy znajdą w końcu swoje miejsce i przestaną walać się po podłodze.
Już nie mogę się doczekać :)

Wszystkie babeczki w ciąży kompletują wyprawki i meblują pokoiki dziecięce a my wzięliśmy się za pokój starszego dziecka. Ale prawda jest taka, że na pokój J to był już czas najwyższy a A i tak będzie na razie z nami w sypialni (tak jak kiedyś był J), więc dla niego potrzebujemy tego samego co kiedyś mieliśmy przy J a to wszystko akurat już mamy :)

Ale ponieważ przy BRW jest Świat Dziecka to zajrzeliśy i mogłam sobie pooglądać moje ukochane wózki, no i pojeździć w końcu MUTSY :) Mój własny stoi w naszej piwnicy już od maja ale jest zapakowany i w ogóle nie mogę się nim nacieszyć...

A tak ogólnie to bardzo miło było wyjść z domu gdzieś indziej niż tylko do lekarza czy na badania. Po półrocznym zamknięciu w domu takie wyjście nawet do sklepu jest dla mnie frajdą.

środa, 1 lipca 2009

Pierwszy lipcowy dzień

Zasnąć i obudzić się bez tego uczucia, bez tego lęku...

A lato w pełni, ja zwolenniczka upałów i wiecznego słońca, teraz błagam o chłód i deszcz.
Wczoraj na innym blogu wyczytałam takie zdanie: "upal mdli i zabija. deszczu przybywaj !"
I ja mam dokładnie takie odczucia, potrzebuję deszczu do życia, słońce mnie wykańcza, zaduch dosłownie poraża. Podczas gdy wszyscy cieszą się z w końcu przybyłego lata ja przechodzę męki. I prognozy nie są dla mnie przyjazne, lipiec ma być gorący z burzami a sierpień jeszcze cieplejszy i suchy :(

wtorek, 30 czerwca 2009

Szpitalna paranoja :/

...po kolei:

11.06 czwartek, świętowaliśmy urodziny J, wszystko było super, M tak jak zapowiedział sam zadbał o wszystko i ogarnął imprezę w ogrodzie na 15 osób. Ja sobie siedziałam i rozmawiałam z siostrą a J szczęśliwy bawił się prezentami.

13.06 - 14.06 weekend, przyjechała moja kochana L i nadrabiałyśmy zaległości z chyba ok 2 miesięcy. Przywiozła prezent dla J i prezenciki (zaległe urodzinowe) dla mnie, z czego jeden wydał mi się przeuroczy, skarbonka z napisem "becikowe".


Weekend niestety był krótki, L musiała jechać, mi było smutno, J (zakochany w L po uszy) płakał, no ale cóż, może w sierpniu pobędziemy razem trochę dłużej.

Potem w sumie nic się nie działo, nawet nie pamiętam za bardzo następnych dni.
Pamiętam za to środę, 17.06, o 23:15 obudził mnie niezbyt miły ból z prawej strony podbrzusza, na dole. Generalnie znam ten ból, bo już kilka razy coś takiego mi się zrobiło. Stanowczo odróżniam ten ból od wszelkich bóli związanych z ciąża. Tyle razy ile mi się nie przytrafił to zawsze wiedziałam, że to nie macica tylko prawdopodobnie jelita czy coś w tych okolicach. Wystarczyło wstać, rozchodzić, ból mijał. Tym razem jednak było inaczej. Żadne chodzenie nie pomogło, przekręcałam się tym bólem chyba z milion razy z jednego boku na drugi i nic, dalej bolało. Tak przemęczyłam się całą noc, śpiąc po godzince, lub dwóch i wybudzając się co jakiś czas.

18.06 czwartek niestety po obudzeniu okazało się, że ból nadal jest. W nocy zaliczyłam już wszystkie możliwe leki: nospę forte, scopolan, więc teraz pozostała mi tylko mięta. Wypiłam też siemię lniane żeby złagodzić pracę jeli - bo cały czas obstawiałam jelita. Niestety ból się nasilał, nie mogłam już się normalnie poruszać: siadanie i podniesienie prawej nogi byo bardzo bolesne a poza tym ból trwał już ponad 10 godzin, więc zadzwoniłam do mojego ginka i mówię co się dzieje, że chyba kolka jelitowa ale nie przechodzi po lekach itd. a ginek mi na to żebym jechała na IP.
No to pojechaliśmy, pierwszy strzał: oczywiście Karowa. Tam potwierdzili moje przypuszczenia częściowo: z ciążą ok, a bóle to prawdopodobnie kolka ale nie jelitowa tylko nerkowa i faktycznie ma prawo bardzo boleć.
I w tych bólach (naprawdę już ledwo dawałam radę nawet chodzić) ODESŁALI !! Bo to nie ich działka !! Miałam jechać do szpitala ogólnego z urologią i chirurgią. No to pojechaliśmy do Bielańskiego, tam znowu odsiedziałam swoje na IP ( i tu już nie było tak pieknie jak na Karowej gdzie była cisza i spokój i dwie pary w ciąży cicho siedzące tylko dziki tłum ludzi po przróżnych wypadkach, w różnym stanie i ja musiałam na to wszystko patrzeć), aż w końcu mnie przyjęli... po zaproszeniu na oddział wsadzili mnie od razu na kroplówkę z nospą (ulga w bólach po godzienie kroplówki) i zrobili badanie moczu. Okazało się, że to zakażenie dróg moczowych. Po kroplówce miałam mieć jeszcze usg dróg moczowych i dostać antybiotyk ale na koniec pobytu w szpitalu usłyszałam, że jednak usg nie zrobią bo nie ma po co (!!!) a antybiotyku nie dostanę bo oni nie są ginekologami i mam zgłosić się doswojego gina. Całe szczęście, że akurat na drugi dzień miałam wizytę, jakbym nie miała to nawet nie wiem kiedy wbiłabym się w jakiś termin i chodziłabym tak z tym zakażeniem i bólem, który był dla mnie gorzej niż koszmarny. Mój ginek na urlopie a u ginki w enel jakbym tej zaklepanej wizyty nie miała to by mnie nie wcisnęła na dodatkową. Także na koniec Bielański się też nie popisał, tak samo zresztą jak i Karowa, gdzie też przecież mogli mi dać kroplówkę i zbadać mocz i wyszłoby na to samo a nie odsyłać w bólach do innego szpitala.
No ale te wszystkie myśli naszły mnie dopiero później, wtedy po tej kroplówce i cąłym tym sajgonie byłam już tam umęczona i skołowana, że w sumie mało kojarzyłam i cieszyłam się, że jadę do domu a bólu póki co nie czuję. Była godzina 20:00 - 21:00.

19-06 piątek, o 8 rano miałam wizytę u ginki w enel, wstałam odpowiednio wcześniej i już po wstaniu niestety poczułam, że ból wraca. Ale ponieważ miałam za chwilkę wizytę to byłam w miarę spokojna. Ginka z enel była zła, że mi tego antybiotyku nie przepisali dzień wcześniej, skomentowała to, że to 24 godziny leczenia w plecy i miała rację. Tak samo skrytykowała też to, że nie zrobili mi tego usg dróg moczowych bo trzeba je zrobić i zamiast mieć już to zrobione wczoraj to teraz będę znowu musiała gdzieś jeździć i robić to usg. Do tego złapać termin na usg w enel tak po prostu na już to nie jest takie proste. Tyle, że ja przezornie dzień wcześniej jak nie zrobili mi tego usg w szpitalu to zaklepałam sobie termin w enel akurat na piątek. No i ok, tyle, że nadal jest to dla mnie kolejne wożenie się po wawie zamiast leżenia w domu.

czwartek, 11 czerwca 2009

Urodziny Jot :)

5 lat temu o tej porze byliśmy już w szpitalu, a o 22:30 przywitaliśmy na świecie naszego synka.

11.06 to jeden z najważniejszych dni w moim życiu, to pierwszy dzień życia mojego ukochanego dziecka .
... i dziś mija właśnie 5 lat ... a mój synek jest najwspanialszym dzieckiem na świecie !!!

wtorek, 26 maja 2009

20 tc czyli na półmetku!

Skopiowane z mojego kalendarza/terminarza ciążowego:

"26 maja. To połowa ciąży!
Nie masz czasem wrażenia, że byłaś w niej od zawsze?
Być może czujesz się już znużona tym stanem."


Nie, nie i jeszcze raz nie !!!
Nie mam wrażenia, że byłam w niej od zawsze, mam wrażenie, że test robiłam ze dwa miesiące temu.
I nie czuję się znużona tym stanem! Znużona to ja jestem wiecznymi komplikacjami a nie byciem w ciąży. Z pierwszej ciąży pamiętam, że to był cudowny czas, pełnia szczęścia i tak samo miało/powinno być teraz.
I w końcu będzie, nie zamierzam kolejnych 20 tygodni spędzić na umartwianiu się.

poniedziałek, 11 maja 2009

Wieści majowe

Zacznijmy do od tego, że na poprzednim usg gin z enel kazał mi zrobić to kolejne usg tylko w jednym konkretnym oddziale enel ze względu na sprzęt jaki tam mają. Niezbyt mi to pasowało bo musiałam przejechać całą Wawę no ale co miałam zrobić, pojechałam.
No i czekała mnie bardzo miła niespodzianka bo sprzęt faktycznie jest na poziomie tych, którymi dysponują Ci wszyscy guru warszawscy a do tego okazało się, że to 3d/4d :)
Poza tym lekarz naprawdę super (tak jak opinie w necie) i to usg było najdokładniejszym usg jakie do tej pory miałam w tej ciąży!!

A teraz najważniejsze:
Dziecko zdrowe, wszystko w normie, rozwija się prawidłowo Lekarz omówił mi wszystko: główkę, mózg, kości, serduszko, żołądek, nerki, no po prostu wszystko a nie tylko dwa parametry na krzyż jak to miałam do tej pory.
I co do krwiaka: to co widział gin na poprzednim usg (co mnie tak zdołowało i załamało) to nie krwiak tylko po prostu naczynie żylne-krwionośne na łożysku - podobno tak czasem mają kobiety i nie jest to żaden krwiak !! Kamień z serca...

Jednak żeby nie było za pięknie to okazało się, że skraca mi się szyjka i jak wszystko dobrze pójdzie to będę miała zakładany pessar. No właśnie, jak wszystko dobrze pójdzie, czyli: najpierw muszę dostać wynik posiewu a do tego ten wynik musi być jałowy bo jak nie będzie jałowy to nici z pessara tylko najpierw leczenie. Do tego ważne też jest żeby ten wynik przyszedł o czasie bo pessar zakłada się w szpitalu, ja oczywiście zapisana jestem na Karową, tyle, że tam zakładają te pessary tylko w piątki, więc zapisałam się na 15 maja i teraz modlę się żeby ten wynik posiewu przyszedł do czwartku bo jak nie przyjdzie to kicha, termin mi przepada, to samo tyczy się sytuacji gdy wynik nie będzie jałowy.
A jak wszystko pójdzie po mojej myśli to w piątek zamykają mnie na 3 dni w szpitalu...
I szczerze mówiąc to nie mogę się już tego doczekać.
Po drodze mam jeszcze wizytę u mojego gina, do którego dziś zadzwoniłam z nowinami po piątkowym usg i chciałam odwoływać wizytę u niego ze względu na to żeby już nigdzie nie latać tylko leżeć ale usłyszałam, że mam przyjechać bo on musi/chce mnie zobaczyć skoro zaistniały nowe okoliczności...to się nazywa porządna opieka lekarska i zainteresowanie pacjentką.

Na razie mam brać nospę forte i leżeć, niby żadna nowość dla mnie ale teraz to musze leżeć tak naprawdę plackiem, zero wstawania, chodzenia, tylko do łazienki i to na chwilkę, łatwo nie jest ale jestem gotowa zrobić dużo więcej dla mojego Skarba.

A skoro mowa o moim Skarbie to po piątkowym usg mogę ogłosić wszem i wobec, że noszę pod sercem drugiego synka :)
Nie sądzę, żeby się to zmieniło bo było widać bardzo dokładnie, zarówno w wersji 2D jak i 3D/4D.

Kolejna nowość to to, że od 16t3d mogę już ostatecznie stwierdzić, że czuję ruchy :)
Nie jakieś motylki, przelewanie czy bulgotanie tylko konkretne ruchy i kopniaczki.
Wcześniej pisałam o tych dwóch kopniakach w urodziny (16t0d) i faktycznie to były pierwsze kopnięcie jednak później była cisza, ale tylko 3 dni, do tego 16t3d.

Co mogę jeszcze napisać, JESTEM SZCZĘŚLIWA, trochę nadal oczywiście zestresowana przez szyjkę itd., ale mimo wszystko szczęśliwa :)

poniedziałek, 4 maja 2009

Najwspanialszy prezent :)

Dziś o 1 w nocy dostałam od mojego Skarba najwspanialszy prezent urodzinowy: dwa kopnięcia! Pierwsze jego ruchy :)

I tym oto sposobem znów zagościł uśmiech na mojej twarzy...

sobota, 2 maja 2009

On my little island - the couch.

Trochę mnie tu nie było...
Jednak nie będę się zagłębiać w szczegóły bo nie chcę o tym pisać, myśleć, przeżywać.
Ziarno niepokoju znów zostało zasiane a ja przez ostatnie dni na siłę staram się je wyrwać i wyrzucić.
8 maja następna wizyta, to jeszcze tydzień...sama nie wiem jak przetrwałam ostatnie dwa tygodnie i ledwo mam siłę wytrwać kolejny tydzień.
Wszyscy na około cieszą się długim weekendem, bawią się, a ja tkwię w więzieniu własnych myśli i mam wrażenie, że niedługo oszaleję. Nie cieszą mnie nawet moje zbliżające się wielkimi krokami urodziny, to będzie tylko kolejny dzień na mojej drodze do 8 maja, dzień, który trzeba jak najszybciej przeżyć żeby zbliżyć się do celu, przykre...

Wczoraj w filmie usłyszałam rewelacjne zdanie, świetnie oddające moją sytuację: "on your little island - the couch". I ja tak właśnie sobie siedzę na tej swojej małej wyspie, którą jest sofa i czekam.

Poza tym mamy w rodzinie kolejny pogrzeb, to już drugi podczas tej ciąży i to jakże dramatyczny tym razem.

I to w sumie tyle...

Dla zabicia czasu i odgonienia niepotrzebnych myśli zajęłam się swoim hobby czyli: MUTSY :) a także wyborem imienia. Takie lekkie, łatwe i przyjemne tematy w ramach terapi relaksującej.
Szkoda, że M nie chce ze mną brać w tym udziału ale to przecież facet, i w dodatku na pewno nie z tych co to gadają do "brzusia" i wybierają kocyki. A o imieniu powiedział, że pogadamy we wrześniu.

sobota, 11 kwietnia 2009

Na koniec I trymestru.

Byłam wczoraj na usg genetycznym.
Wszystko jest ok !!!
Nosek, przezierność karkowa, kości czaszki, serduszko, nóżki, rączki...
Wielkie szczęście, ogromna ulga i cudowny widok !!!

Skarbek ma 6cm i zgadza się wielkością równiutko co do dnia ciąży, czyli 12t4d.
O płci nie było mowy i niestety nie mam też nagrania z usg bo nagrywarka się ginowi popsuła i nie nagrywa, ale co tam, moje serce i tak zrobiło zdjęcie J

Teraz mogę spokojnie cieszyć się zbliżającymi Świetami czego i Wam życzę...

sobota, 4 kwietnia 2009

I po urodzinach...

M zadowolony, ja w związku z tym też bo uwielbiam jak M się cieszy :)
Urodziny się udały, teraz czas na moje, równiutko za miesiąc...

Holterek założony dziś ok 13:00 i już powoli zaczynam go odczuwać na sobie choć nie jest źle.
Z dzisiejszych dolegliwości to jak zwykle dopadł mnie silny ból głowy i nadal też zmagam się z tym koszmarnym bólem gardła, niestety nie działa już nic: tantum verde, glosal czy mleko z miodem dają tylko chwilową ulgę, płukanie wodą z solą czy wodą utlenioną nie daje żadnego efektu :(
Jestem już strasznie umęczona tym bólem, do tego łeb mi pęka już któryś tydzień, no nie jest fajnie.
Przynajmniej u Jota poprawa.

piątek, 3 kwietnia 2009

Urodziny M.

To już dziś :) a pogoda jak co rok przepiękna :)
Od zawsze na urodziny M jest właśnie tak jak dziś a bywało nawet cieplej, wręcz upalnie.
Do dziś pamiętam pewien rok gdy jechałam z tortem przez pół miasta i już myślałam, że go nie dowiozę bo w cieniu było chyba 25 stopni...
Dziś tortu nie będzie bo świętujemy jutro.
I obym się jutro czuła lepiej niż dziś.

czwartek, 2 kwietnia 2009

środa, 1 kwietnia 2009

Jest źle

Chorujemy :(
Jot wylądował wczoraj u lekarza po tym jak dwie godziny dusił się od kaszlu.
Dobrze, że nie czekaliśmy do jutrzejszej wizyty u laryngologa.
Do problemu z uszami dołączyły oskrzela, dostaliśmy antybiotyk, po którym byłam już dobrej myśli, jak się okazało - zbyt wcześnie.
Dziś od 4:30 rano to samo co wczoraj, duszący kaszel, bez przerwy, cichnie może na kilka minut a potem kolejna seria. Nie pomaga nic a nic, żadne syropy (mamy wszystkie z możliwych a nawet więcej), żadne nawilżacze, sterimary i inne cuda, których mam już chyba pół apteki w domu.
Do tego ja obudziłam się dziś z bolącym migdałem, który promieniuje mi aż do ucha, a wczoraj myślałam że się wyleczyłam i, że jest już ok... jutro Jot jedzie do laryngologa a ja do internisty, tyle, że co on mi pomoże... no i jak tu przetrwać noc z tymi atakami... Płakałam dziś pół dnia z żalu i bezsilności nad własnym, umęczonym dzieckiem...

wtorek, 31 marca 2009

Tematy zaległe i bieżące

Po pierwsze:
Dokładnie tydzień temu na usg mój Skarbek miał 32 mm co oczywiście było zgodne z wiekiem ciąży :)
W czasie usg chyba sobie słodko spał bo nie zobaczyłam nic a nic z tego wszędzie opisywanego fikania i machania nóżkami i rączkami...co nie zmienia faktu, że widok był najpiękniejszy na świecie, nawet jak tak sobie leżał a serdusio biło :)

Po drugie:
Moje ukochane pierworodne dziecie znów choruje i tym razem infekacja doprowadziła do tymczasowego niedosłuchu a w zasadzie prawie ogłuchnięcia. Przed wizytą u laryngologa byłam sparaliżowana ze strachu ale na szczęście nastąpiła poprawa - ze słuchem, bo infekcja utrzymuje się nadal i końca nie widać :(
W ten czwartek kolejna wizyta u laryngologa a jak dalej pójdzie to potem pewnie i u pediatry.

Po trzecie:
Infekacja dopadła też mnie.
Zdychałam cały weekend ale teraz jest już lepiej.

Po czwarte:
Uciążliwe objawy ciążowe utrzymują się nadal, czyli: mam wieczne migreny, światłowstręt a serce jak łomotało tak łomocze. W sobotę 4-04 jadę na założenie holtera, w niedzielę 5-04 na zdjęcie a po weekendzie do kardiologa na wizytę z wynikiem i mam nadzieję, że wyrobią się z tym wynikiem do wtorku 7-04 bo wtedy mam umówioną wizytę u kardio.
Do tego z dnia na dzień chce mi się coraz bardziej spać i śpię coraz więcej a chyba powinno być na odwrót i powoli powinnam wychodzić z tej śpiączki a nie w nią zapadać...

Z kolejnych ważnych terminów to 10 kwietnia mam usg genetyczne i test pappa.
Potem 17 kwietnia powtarzam usg w enel ale najważniejsze dla mnie jest to usg u mojego gina 10-04

Po piąte:
W piątek mój M obchodzi urodziny a ja w związku z tym co opisałam powyżej kiepsko widzę nasze ewentualne wieczorne imprezowanie, a przecież nie chcę żeby w swoje własne urodziny M spędził wieczór sam przed tv :( muszę się jakoś na ten piątek ogarnąć...

wtorek, 24 marca 2009

Rozmówki dziecinne ;)

Cały czas zapominam napisać o tym jak to moje cudowne pierwsze dziecko rozmawia ze mną o moim drugim cudownym dziecku, które jest nazywane przez to pierwsze: dzidziusiem.

 "no i jak tam dzisiaj nasz dzidziuś mamusiu?" zapytał mnie ostatnio Jot :)

oczekiwanie

Dziś jadę na usg!! Nie widziałam mojego Skarba prawie 3 tygodnie... dla mnie i moich nerwów to stanowczo za długo!
Już odliczam godziny i nie mogę się doczekać :)
Wcześniej mam wizytę u kardiologa ale to mus, za to wizyta u gina czysta przyjemność, no prawie ;)

czwartek, 19 marca 2009

Zakaz netu ;)

Zakaz internetu - powiedział mi wczoraj mój M po tym jak wysłuchał moich wywodów o zusie :)
Ale ja tak bardzo lubię moje forumowe towarzystwo, bloga i w ogóle... tyle, że faktem jest, że często trafiam na forum na informacje, które mnie stresują a życie w słodkiej nieświadomości byłoby dla mnie raczej lepsze.

Dziś rano byłam na pobraniu krwi, zajęło to pani jak zwykle jakieś 5 sekund, wyniki jutro choć ja i tak jestem pewna, że wszystko będzie ok i w związku z tym wyląduję na ekg, a że to też wyjdzie ok to jak nic czeka mnie upojne 24h z holterem. I dobrze.

niedziela, 15 marca 2009

Na koniec 9tc

Ciąża daje mi popalić coraz bardziej, koszmarne bóle głowy połączone ze światłowstrętem, mdłości, ale najgorzej jest z sercem.
Jutro mam wizytę u ginki z enel-medu a we wtorek u kardiologa, bo już ledwie zipię a to przecież dopiero początek.
Zastanawiam się tylko czy jednak najpierw nie pofaszerować się trochę magnezem i dopiero jak nie będzie efektu to iść do kardiologa. Bo prawda jest taka, że wizyta u kardiologa pociągnie za sobą kolejne wizyty: ekg, echo serca, kolejne badania krwi, o 24h holterze nie wspomnę... a dla mnie każde wyjście z domu to mega wyprawa, do tego ciężka do zorganizowania...
Pogadam jutro z ginką i zobaczymy.

Mam za sobą pierwsze badania czyli morfologia, mocz i wszystkie inne podstawowe, które robi się w ciąży. Poza małymi różnicami w morfologii reszta jest ok.

Jutrzejsza wizyta to tylko formalność, idę tam z wynikami badań i najwyższy czas żebym dostała kartę ciąży. Jutro zaczynam 10tc i to ostatni dzwonek na założenie karty żebym nie miała potem problemów z tym becikowym. Nowy przepis zaczyna działać od 1 listopada tego roku a ja mając termin na 19-10 mogę urodzić między 05-10 a 05-11 więc lepiej tę kartę załatwić.
Natomiast wizyta na, którą czekam z ogromną niecierpliwością ma być dopiero 24-03. Wtedy idę do "mojego" lekarza i będę mieć usg. Znów zobaczę mojego Skarbka i bijące serduszko :)

sobota, 7 marca 2009

Dziś minął już miesiąc !!!

Miesiąc temu, w sobotę - 7 lutego zobaczyłam swoje wyczekane, upragnione dwie kreski...
Miesiące starań strasznie się dłużyły a ten miesiąc przeminął jak jedna chwila.
I gdzie te dni błogiej radości i szczęścia? Może w końcu nadejdą...


Wyjęłam sobie dziś te wszystkie testy, które wtedy zrobiłam. Tak naprawdę to wcale nie miałam jeszcze okazji nacieszyć się tym widokiem.
A gdyby tak zacząć wszystko od nowa?
Wymazać cały ten miesiąc co właśnie minął, jakby go nie było, popatrzeć na te dwie kreski od nowa jakby przed chwilą się ten test zrobiło i od tej pory mieć już tylko same szczęśliwe dni?
Tak, tak właśnie zrobię.

piątek, 6 marca 2009

Droga ku lepszemu ?

Ogólnie do tej pory nie mogę uwierzyć! To była najbardziej stresująca wizyta ze wszystkich ale w końcu jest światełko w tunelu!

Mój skarbek ma 11 mm i odpowiada to 7t2d a ja jestem w 7t3d, więc jest super!!
Serduszko bije pięknie a krwiak powoli się wchłania... choć nadal jest, plamienie też...

Zastrzyki clexane, acard, duphaston, leżenie i dużo pozytywnej wiary - to wszystko co mam nadal robić aby pielęgnować swoje
szczęście...

Czy jestem spokojniejsza? Tak, przez chwilę przestałam się trząść ze strachu ale to było wczoraj, dziś już chciałabym znów jechać na usg i zobaczyć na monitorze to bijące serduszko.

środa, 4 marca 2009

Jutro wielki dzień!

Jutro mam kolejne usg, jutro zapadnie wyrok...
Strach to nie jest dobre słowo na tę okoliczność, bardziej pasuje mi tu przerażenie ale to też nie to.
A z drugiej strony jakoś się trzymam, wierzę, że będzie dobrze. Serce mi tak łomocze, że wiem, że pracuje dla dwojga/

A z zastrzykami już się zaprzyjaźniłam, nawet mi ich brakuje w czasie dnia, one dają mi poczucie bezpieczeństwa i świadomość, że działam, walczę, jeszcze lepiej bym się czuła jakbym mogła brać ich więcej no ale ma być raz dziennie.

piątek, 27 lutego 2009

7tc - podsumowanie

W poprzedni weekend plamienia odeszły, jak się okazało tylko na dwa dni:(
Wszystko wróciło we wtorek i to ze zdwojoną siłą. Wylądowałam na Karowej, po dwóch godzinach siedzenia na izbie przyjęć wezwali mnie na usg.
"Bliźniak się roni" - usłyszałam.... a do tego jest krwiak, pozostałość po bliźniaku! Szok.
Miałam wrócić do domu, dalej leżeć, brać duphaston i czekać.
Ale było też coś pozytywnego, pierwszy raz zobaczyłam serduszko mojego Skarba, a to był dopiero 6t1d! Leżałam na tym łóżku i łzy ciekły mi po policzkach... było tam, biło sobie, moje maleńkie...

W gigantycznym strachu, z trudem powstrzymując narastającą we mnie rozpacz przeleżałam tak 3 dni aż nadszedł piątek. Dzień, w którym miałam mieć pierwszą wizytę u mojego lekarza. Pojechaliśmy z M razem.
Wizyta potwierdziła tylko to co usłyszałam na Karowej, ale mimo wszystko była mi bardzo potrzebna bo po pierwsze znów zobaczyłam serduszko a po drugie od mojego lekarza dowiedziałam się szczegółowo na czym stoję.
I na koniec usłyszałam coś co najbardziej podniosło mnie na duchu: "nie takie rzeczy widziałem a później było dobrze" - powiedział mój lekarz...
Dostałam dodatkowe leki, między innymi zastrzyki, które muszę sobie sama robić w brzuch i za tydzień mam pojawić się na kontrolnym usg. A przez ten tydzień mój Skarbek musi urosnąć i nabrać sił.


Zakładając tego bloga wierzyłam, że za chwilę uda mi się wygrać walkę o dziecko i każdego dnia będę rozpisywać się o przepełniającym mnie szczęściu. Teraz jest tak, że nie piszę bo każdy mój dzień to walka o przetrwanie i aż boję się cokolwiek napisać.
Przez myśl mi nie przeszło, że spotka mnie coś takiego. Oczywiście świetnie zdaję sobie sprawę, że takie rzeczy się dzieją ale myślałam, że u mnie to niemożliwe. Scenariusz był prosty: zajść w końcu w ciążę i się nią cieszyć. Dlaczego ktoś postanowił to zmienić?
Dlaczego zamiast płakać ze szczęścia to każdego dnia płaczę ze strachu? Dlaczego ktoś chce odebrać mi coś o co walczyłam 2,5 roku i kocham już teraz ponad życie?

Nigdy nie zrozumiem czemu tak się dzieje ale powiem tylko tyle: moje i nie oddam!!!
Nie będę płakać, nie dam się wpędzić w jeszcze większego doła, moje dziecko jest silne, rośnie i zostanie ze mną!

Od teraz serca mam dwa...

sobota, 21 lutego 2009

Beta po raz czwarty

M odebrał wynik bety: 31432,00!
Jestem w szoku bo wynik prawie przekroczył górną granicę dla mojego tygodnia ciąży, zupełnie jak w bliźniaczej ciąży ;)

A to mój/nasz wykresik:

Dni strachu

Wszystko zaczęło się w piątek 13-go...
Plamienia. Ale nie takie jakieś tam 3 plamki tylko potok. Nawet nie chcę do tego wracać.
Od tamtego dnia leżę i walczę o moją ciążę, duphaston co 6 godzin.
Przez te kilka dni przerobiłam chyba wszystkie możliwe stany emocjonalne i mogę powiedzieć, że jak zwykle najgorsza była bezradność.
Teraz jest już lepiej.
W piątek miałam mieć usg ale w czwartek nie wytrzymałam nerwowo i pojechałam wieczorem do enel, musiałam wiedzieć.
Oczywiście na serduszko było jeszcze za wcześnie, bo to był dopiero 5t3d ale mi chodziło głównie o to żeby sprawdzić czy mój Groszek jest i czy jest w dobrym miejscu.
No i jest!!! Ma 1,8 mm i jest umiejscowiony tam gdzie trzeba :)

Uspokoiłam się i jestem szczęśliwa, teraz czekam na serduszko...
W czwartek zrobiłam też kolejna betę, to już czwarta, dziś M odbierze wyniki. Dziś - bo wczoraj zapomniał.

Powoli kończę 6tc, dziś 5t5d.

wtorek, 10 lutego 2009

5tc

Do lekarza się wybraliśmy wczoraj.
Gin uznała ciążę z samych testów ciążowych i zarówno wizyta jak i pobranie na betę było w abonamencie :)
Dziś odebrałam betę, jest ponad 332,40 !!! Piąty tydzień! I dokładnie tak jest :)
Nie mogłam się powstrzymać i powtórzyłam pobranie, jutro wynik.
Powoli zaczyna docierać do mnie, że to dzieje się naprawdę...

Średnio się czuję, jestem strasznie osłabiona, do dziś udawałam, że to tylko moja wyobraźnia ale niestety to coś więcej.
Przejście po schodach w domu czy w firmie wywołuje zawroty głowy i łomotanie serca jakbym przebiegła 100 km, podobne sensacje mam jak po swojemu zerwę się z krzesła czy przejdę szybciej po pokoju. Dlatego wyłączyłam motorek i poruszam się ja ślimak żeby tylko mój błędnik nie odczuł, że cokolwiek robię i zachował równowagę.
Najgorzej jest rano a raczej w środku nocy jak wstaję do pracy, bo wtedy to po prostu jestem a jakby mnie nie było. Chodzę trzymając się ścian a muszę najpierw doprowadzić siebie do porządku a potem dziecko, łatwo nie jest i dziwne to wszystko bo to przecież zaledwie sam początek.

Po odebraniu bety miałam zadzwonić do mojego lekarza żeby pochwalić się naszym sukcesem ale niestety przegapiłam dobrą godzinę i jutro dopiero będę dzwonić.
I generalnie plan mam taki żeby to właśnie on poprowadził moją ciążę. Jest lekarzem o jakim zawsze marzyłam, nie dość, że jest profesjonalista w tym co robi to jeszcze ma bardzo dobre podejście do pacjenta. Chodząc do niego na wizyty czułam, że jestem pod dobrą opieką. A do tego jeszcze państwowo pracuje w szpitalu, w którym rodziłam i chcę rodzić po raz drugi.
Jest tylko jeden problem bo nie wiem jak połączyć to, że będę chodzić do dwóch lekarzy, do enel tylko po to żeby mieć badania za darmo a do mojego po to żeby czuć się bezpiecznie. I chodzi mi o to, czy informować tych moich lekarzy o tym fakcie, czy może tylko jednego z nich? Nie wiem.

poniedziałek, 9 lutego 2009

Test czwarty - ostatni

Druga kreska w pierwszej minucie, więcej testów chyba nie ma sensu robić…

27 cykli, 2,5 roku i w końcu jest!

Dziś idę do enel-medu uregulować tam swoje sprawy bo przez to leczenie niepłodności to byłam prawie, że wykreślona z abonamentu a teraz chciałabym w abonamencie prowadzić tam ciążę, może dostanę też skierowanie na betę, zobaczymy…

Cały czas boję się powiedzieć głośno: „tak, udało, jestem w ciąży”. Cały czas nie dociera do mnie, że to dzieje się naprawdę. Przecież to niemożliwe…

niedziela, 8 lutego 2009

Test number 3

Druga bardzo blada kreska, w pierwszej minucie! Lekko przyciemniała w czwartej...

Chyba 3 testy nie mogą się mylić?

sobota, 7 lutego 2009

Drugi test, drugi cień

...albo nawet bardzo bladziutka druga kreska...

Test oczywiście był innej firmy, nie tej samej co poranny, jutro rano test numer 3.

cień cienia

..pojawił się w czwartej minucie od zrobienia testu...
później cień zrobił się wyraźniejszy ale było to dopiero PO 10 minucie od testu...

Przez ten cień wzięłam duphaston, teraz jadę po kolejny test bo wczoraj kupiłam tylko jeden nie spodziewając się, że będę musiała go powtarzać.

niedziela, 1 lutego 2009

Jest luty jest czekanie

Moje oczekiwanie wkracza w ostatnią fazę a cierpliwość mam już u kresu wytrzymałości.
A prosiłam żeby ktoś uśpił mnie na te dwa tygodnie żebym nie mogła być świadkiem żadnych objawów, które potem okazują się w 100% ciążowymi u wszystkich tylko nie u mnie.

A tak przy okazji to w lutym mija dokładnie 2,5 roku odkąd zaczęliśmy starania.
Jaka ja byłam wtedy naiwna myśląc, że raz dwa i będę w ciąży...
Dwa miesiące zmieniły się w dwa lata a nawet dwa i pół...i to jeszcze wciąż nie koniec tej drogi...

piątek, 30 stycznia 2009

Kołtun :)

Po wczorajszej drzemce popołudniowej :D
KOCHAM !!!
No bo jak tu nie kochać ...

Z pamiętnika pechowca

Tak, przez kilka ostatnich dni starałam się nie zauważać ewentualnych przeciwności losu i wmawiałam sama sobie, że wszystko co mnie spotyka jest cudne :) Jednak dziś miarka się przebrała, nie dałam rady dłużej udawać. A plan był całkiem prosty: wyjść z samochodu, kupić w sklepie serek (na który od 3 dni mam wściekłą ochotę i jakimś dziwnym trafem nie ma go w żadnym napotkanym sklepie), zanieść buty do szewca, wrócić do samochodu.

No, to było tak: w sklepie mojej ostatniej szansy, serka nie było, szewc miał na drzwiach kartkę: „przerwa do 16:00” – a była 16:30 i drzwi zamknięte, a mój M czekał na mnie w samochodzie w zupełnie innym miejscu niż byłam ja.
$%^&*%^&*#@%$: tyle miałam do powiedzenia wsiadając z powrotem do niego do samochodu. Bo przecież nie mogło być tak żebym poszła, kupiła, załatwiła co trzeba i po prostu wróciła do domu, nieeee, w moim życiu nie może być prosto, cały czas nie dość, że pod górkę to jeszcze wiatr w oczy, unbelievable !!!

A teraz w ramach wyluzowania idę oglądać kolejne odcinki LOSTA z nowego sezonu, Desperados idzie ze mną :)

Miłego weekendu wszystkim…

wtorek, 13 stycznia 2009

Styczeń, luty i nadzieja.

„Większość ludzi uważa, że najgorsza jest śmierć. NIC PODOBNEGO. Po pewnym czasie nadzieja jest o wiele okrutniejszą panią. Kiedy żyjesz z nią tak długo jak ja, z mieczem nad głową przez całe dni, potem miesiące a wreszcie lata, zaczynasz marzyć żeby opadł i ściął ci głowę.”
Harlan Coben „W głębi lasu”

Sama lepiej bym tego nie ujęła, musiałam zacytować, nic dodać nic ująć…

Styczeń i luty to jakieś miesiące przełomów, wielkich zmian i ważnych dat w moim życiu.
Początek z M, zaręczyny, kredyt, dom, urodziny i imieniny kilku ważnych dla mnie osób, początek pierwszej pracy… aż mam ochotę zrobić sobie spis tych wszystkich dat…
Rok temu w styczniu przeszłam podobne załamanie co teraz. Skutkiem tego była decyzja o podjęciu leczenia, teraz minął rok… Całe szczęście, że nie wiedziałam wtedy, że po roku efektu żadnego nadal nie będzie a ja przybliżę się do celu zaledwie o jeden mały kroczek.
W styczniu tego roku podjęłam decyzję o klinice, na razie tylko jakoś nie mogę zdecydować się czy iść tam już w lutym czy może w lutym jeszcze podejść do stymulacji a w marcu uderzyć do kliniki?
Z drugiej strony nic nie stoi na przeszkodzie żeby w lutym się stymulować a jednocześnie odbyć pierwsze spotkanie w klinice… i to chyba jest najlepsze rozwiązanie bo jakby w lutym też się nie powiodło to przynajmniej byłabym już po wstępnym spotkaniu i od marca zaczęłabym już może przygotowania do czegoś poważniejszego niż zwykła stymulacja…

poniedziałek, 12 stycznia 2009

1dc czyli 27 cs rozpoczęty

Piękny początek tygodnia, nie dość, że poniedziałek to jeszcze to…

Ale przynajmniej nie tkwię już w starym cyklu.

Umówiłam się do lekarza na piątek, femarę zaczynam brać od jutra, dziś odbiorę (mam nadzieję) zarezerwowaną aletrę…

Życie toczy się dalej…

sobota, 10 stycznia 2009

Pustka, nie ma nic, nawet cienia tego czym jest nic...

No i po wszystkim.
Nie było nawet cienia cienia.

Łzy, ból i żal, dlaczego znowu się nie udało?

Jestem przeciwniczką testowania, nie wiem jak niektóre dziewczyny mogą katować się tak co miesiąc?
Dla mnie widok tej jednej kreski to większy ból niż widok @. Dlatego nie testuję, przez te 26 cykli test robiłam 3 razy, dziś był czwarty, bo musiałam. Od wyniku zależało czy będę dalej brać prg czy nie. Teraz wiem, że w ogóle niepotrzebnie go brałam bo pewnie @ już by sama przyszła skoro była owu a tak to tylko ją zblokowałam i pewnie stąd te bóle piersi, których nigdy wcześniej nie miałam, a teraz przez nie uwierzyłam, że się udało.

Przysięgam, że mam już tak dość całej tej sytuacji, że gdyby nie ciśnienie związane z pracą to w ogóle olałabym to wszystko! Rzygam lataniem na usg co parę dni i tymi nerwami, które towarzyszą temu wszystkiemu, mam dość odliczania kolejnych dni cyklu i dość tego końcowego wyczekiwania w tej złudnej nadziei, która nie przynosi nic oprócz rozczarowania i łez.